Miesięczne archiwum: Wrzesień 2008

Maraton do Płoni…


***** Tekst utworzony 19.01.2011r. *****

Dzisiejszy dzień był jednym z bardziej wyczerpujących dni w 2008 roku. Zapuściłem się z Rafałem na „dalekie” południe… Wszystko jak zwykle potoczyło się spontanicznie. Było gorąco więc wybraliśmy się do McDonalda dziabnąć sobie po szejku. Zajęło nam to niespełna pół godziny, więc dalej pojechaliśmy jak to mówią – gdzie mnie oczy poniosą, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Przez pierwsze 300-500 kilometrów, jeżeli była taka możliwość, śmigałem po chodnikach. Głównie przez strach rodziców, że ktoś mnie rozjedzie… Ale przecież od 1999 roku mam kartę rowerową, dlatego z czasem przerzuciłem się na ulice. Stosuję zasadę płynnej jazdy, więc wybieram różne warianty tras – byle do przodu ;-) Wróćmy jednak do dzisiejszych wydarzeń… Przemknęliśmy przez osiedle Słoneczne, minęliśmy osiedle Majowe i znaleźliśmy się na osiedlu Bukowym. Prawdę mówiąc byłem tam pierwszy raz w życiu. Rafał zresztą również… Skończyły się bloki i wszelakie inne zabudowania, przed nami była tylko wąska, dziurawa droga przez pole w kierunku autostrady i Puszczy Bukowej. Godzina była jeszcze młoda, więc ruszyliśmy odważnie dalej. Po około pięciuset metrach przejechaliśmy pod wiaduktem autostrady A6. Wzdłuż drogi, na odcinku kolejnych trzystu metrów, po obu stronach rosły jabłonie. Jako że była to moja pierwsza, tak odległa wycieczka, całkowicie obnażyłem swój brak doświadczenia w kwestii przygotowania do podróży. Nie mieliśmy przy sobie ani picia, ani jedzenia. Do tego ostro grzało słońce, potęgując nasze wyczerpanie. Na całe szczęście jabłka były w „najlepszej” fazie swojego życia. Rafał zjadł z pięć papierówek, drugie tyle zapakował do mojego kufra i polecieliśmy dalej na południowy-wschód. Przed wjazdem do lasu pojawiły się nawet jakieś domy, lecz ludzi nie zaobserwowaliśmy. Tam dosłownie psy dupami szczekały ;-) Asfalt niespodziewanie zamienił się w szuter i nagle zrobiło się ciemno. Znaleźliśmy się w Puszczy Bukowej… Wreszcie można było trochę poszaleć na leśnej drodze i podnieść choć odrobinę poziom adrenaliny we krwi. Cały czas czyhały na nas różne niespodzianki… Nie chodzi mi tu o dziką zwierzynę, taką jak wilki i niedźwiedzie. No chyba, że zaliczymy do tego grona żaby, które trzeba było często omijać. Pełno było kamieni i głębokich rowów w poprzek trasy. Byliśmy w Polsce, więc nie mogło się również obyć bez pobitych butelek w lesie… Na jednym z zakrętów spotkaliśmy jakiegoś kolarza górskiego, który chyba urządził sobie tam trening. Trzeba powiedzieć, że na mój widok minę miał nietęgą jakby co najmniej zobaczył ufo w swojej sypialni ;-) A my jechaliśmy dalej, to mijając jeziorko, to rzeczkę, czasami powalone drzewa. Co jakiś czas stawałem przed wyborem – teraz w lewo czy w prawo? Jechałem na nosa, aż po godzinie „zwiedzania” Puszczy znaleźliśmy się na jakimś osiedlu domków jednorodzinnych… Nie mieliśmy bladego pojęcia gdzie jesteśmy. Stanęliśmy na chwilkę, żeby trochę odpocząć. W tym czasie, z lasu, wylazła jakaś drobna kobitka z ogromnym, oślinionym dogiem niemieckim. Mi nie wypadało, więc zleciłem Rafałowi, żeby zrobił mały wywiad i dowiedział się w końcu gdzie my kur… jesteśmy?! Podszedł do niej i skromnie zapytał – Przepraszam panią bardzo, gdzie my jesteśmy? Paniusia uśmiechnęła się i powiedziała – Jak to gdzie? W Szczecinie, w Płoni. Dla osób spoza mojego ukochanego miasta spieszę z wyjaśnieniami. A mianowicie Płonia to dość szemrana dzielnica Szczecina, położona na południowo-wschodnim wylocie z miasta. Nazwa pochodzi od rzeki Płoni, która gdzieś tam sobie płynie. Wśród mobilków dzielnica jest bardziej znana jako „Kurwi dołek”. Dlaczego to już musicie się domyśleć sami ;-) Tak na marginesie, to jeszcze warto wspomnieć, że oprócz ssaków leśnych, często i gęsto suszą tu misiaki. Oprócz tego jest tu giełda samochodowa, na której w weekendy można kupić wszystko – od piły motorowej po niemiecki proszek do prania. Łatwo też spotkać tam ruską mafię z Kaukazami na czele, którzy „ganiajut masziny” na wschód. Ale jak dla mnie największą atrakcją Płoni, oczywiście zaraz po paniach łagodnych obyczajów, jest moja rodzina, która tam mieszka ;-) Okazało się, że wyjechaliśmy z Puszczy Bukowej niedaleko ich domu! Od razu wstąpiły we mnie nowe siły i ruszyliśmy szukać ich przybytku. A musicie wiedzieć, że byłem u nich około 5-ciu razy samochodem i zawsze błądziliśmy, ale tym razem poszło jak po sznurku. Mówiąc delikatnie, zdziwili się na mój widok. No właściwie to cioci opadła szczęka jak zobaczyła przed domem SuperFour’a, a mój kuzyn Adaś, zszedł na dół w samych gaciach… Zrobiliśmy im prawdziwą niespodziankę. Znam ich od urodzenia, więc byłem przekonany, że nie zastaniemy suto zastawionego stołu. Nie pomyliłem się, dostaliśmy dzbanek kranówy i pół bobolady ;-) Uzupełniliśmy płyny, czekoladę wciągnął Adaś, pogadaliśmy chwilę i zrobiliśmy mały pokaz możliwości quadzika… Było już grubo po 15-tej, więc trzeba było się ewakuować. Mój genialny kuzyn polecił nam, żebyśmy pojechali inną, niby krótszą trasą. Nie wiem dlaczego, ale uległem i pojechaliśmy zgodnie z jego wskazówkami. Zaraz koło ich domu, zamiast w lewo starą drogą, pojechaliśmy w prawo. Przemknęliśmy koło ogródków działkowych i dojechaliśmy do leśniczówki. Był tam nawet znak miejscowości Mazurkowo. Tej wiochy nie ma na żadnej mapie! Po około dwóch kilometrach wjechaliśmy na kocie łby. Po kolejnym kilometrze, można powiedzieć, że trafił mnie szlag… Na środku drogi, która biegła w takim mini wąwozie, leżało ze 20 ogromnych pni po wycince lasu. Barykada mierzyła około 15-stu metrów szerokości oraz trzech, czterech wysokości. Rower można by jakoś przerzucić, ale półtonowy czołg raczej nie bardzo… Nie było innego wyjścia, jak zawrócić i skierować się na tę samą trasą, którą dotarliśmy do Płoni. W miedzy czasie minęła już 16-ta, a my byliśmy coraz dalej od bazy. Wieczorem w domu przeglądałem mapy i okazało się, że te powalone drzewa uratowały nam tyłek… Ta droga, na którą skierował nas Adaś, prowadziła całkiem w drugą stronę – do Nowego Czarnowa… Niech ja go dorwę! Przebyliśmy kolejne 3 km i znaleźliśmy się znowu pod domem mojej rodzinki. Akurat wujek wracał z pracy, ucięliśmy sobie krótką pogawędkę szyba w szybę na środku ulicy. Po raz trzeci pojawiliśmy się koło ogródków działkowych. Przeżyliśmy tam jedną ze śmieszniejszych sytuacji, kiedy jakiś dziadek z babcią przerwali pielenie swojego skrawka ziemi, rzucili narzędzia i wiwatując wybiegli na ulicę. Zatrzymali się na poboczu i zaczęli bić nam brawo… Chyba myśleli, że Tour de Polonia zawitał do Szczecina… Strasznie nas to rozbawiło, ze śmiechu nie widziałem gdzie jadę, a Rafał prawie wpadł do rowu. Nigdy nie spodziewałem się, że będę świadkiem takiego „standing ovation”. Widać, że u ludzi wytwarzam pozytywną energię. Żebyście widzieli tą osiemdziesięcioletnią babuszkę, która na widok SuperFour’a skakała do góry jak królik po koksie ;-) Szkoda, że u trochę młodszych pań nie wywołuję takich reakcji… Doszliśmy do siebie i wjechaliśmy znowu do Puszczy Bukowej. Najtrudniej było sobie przypomnieć, którędy jechaliśmy. Na szczęście było widać ślady kół mojego bolidu na ścieżce. Przejazd z Płoni przez las na osiedle Słoneczne przebiegał bardzo sprawnie. Im bliżej domu, tym ruch był większy. Po drodze sprzyjały nam zielone światła i nawet nie staliśmy na przejeździe kolejowym na ulicy Wiosennej, który przeważnie jest zamknięty. Ostatnie 5 km jechałem ostatkiem sił. Z trasy zadzwoniłem do taty, który był już w domu, żeby wstawił ryż dla dwóch wycieńczonych Globtrotterów… Jakoś doczłapaliśmy do bazy około 18-tej. Zrobiliśmy około 40 km. Podobno wyglądaliśmy jak trupy – bladzi, z przekrwionymi oczami i żyłami na wierzchu. Nie miałem nawet siły zjeść ryżu z kurczakiem, ruszyłem go dopiero po godzinie odpoczynku. Udało mi się jedynie wydoić Powerade’a… Mimo wszystko warto było! Może jutro nie, bo trzeba poddać się regeneracji, ale pojutrze chętnie powtórzyłbym taki maraton, tylko tym razem obowiązkowo z pełnym bidonem ;-)

***** Tekst utworzony 19.01.2011r. *****