Miesięczne archiwum: Maj 2009

Maj 2009…


***** Tekst utworzony 27.01.2011r. *****

W maju, ponieważ pogoda była warta grzechu, wygospodarowałem sobie wolne od zajęć na uczelni. Poza tym studia nie zając, zawsze semestr można powtórzyć ;-) Już od pierwszego kursowałem jak prom do Szwecji, w tą i z powrotem. Był to chyba najbardziej aktywny miesiąc SuperFour’a w Szczecinie. Praktycznie nie było dnia, żebym gdzieś się nie wybrał. W każdym tygodniu organizowałem dwie dalekie wyprawy, a pomiędzy nimi latałem lokalnie… W kwietniu moja forma i przede wszystkim kondycja, czy jak kto woli wytrzymałość, poszły ostro w górę. Nawet 5-cio godzinne wyprawy bez dłuższych przerw, przejeżdżałem bez żadnego problemu. Wiadomo, byłem trochę zmęczony, ale chyba każdy z Was, siedząc kilka godzin w jednej pozycji, odczuwałby lekki spadek formy.

 

Wzgórza Bukowe

W długi weekend, załadowaliśmy się z tatą do przyczepy i podjechaliśmy na osiedle Bukowe, tam gdzie we wrześniu 2008 wybrałem się z Rafałem… Na miejscu wyładowaliśmy sprzęt i ruszyliśmy w Puszczę Bukową. Tym razem miałem ze sobą mapę, bidon i chwilowo sprawny licznik prędkości. Cel obraliśmy sobie ambitny, ale jak najbardziej wykonalny. Trasę wycieczki wybrałem z przewodnika rowerowego. Mieliśmy przejechać przez całe Wzgórza Bukowe, zdobyć największy szczyt w okolicy  Szczecina i dojechać do wieży telewizyjnej w Kołowie, skąd nadawane jest radio i telewizja na pół województwa zachodniopomorskiego. Tata zabrał ze sobą swój „profesjonalny” aparat i zrobił mi kilka naprawdę kozackich zdjęć. Zwiedziliśmy kawał lasu, na początku parę kilometrów pod górę jechaliśmy po starym, niemieckim bruku i tak do samego Kołowa. Dotarliśmy do wieży, która z dołu robi spore wrażenie. Dalej trasa prowadziła wąską drogą Binowo-Szczecin przez jakiś kilometr. Ponownie wjechaliśmy do Puszczy, tylko że tym razem leśna ścieżka była szutrowa i cały czas, aż do granic Szczecina biegła w dół. Średnia prędkość przelotowa wzrosła praktycznie dwukrotnie. Po 7-miu kilometrach byliśmy na parkingu, skąd samochodem wróciliśmy do domu. Przejechałem 16 km, zajęło nam to ponad dwie godziny, ale to ze względu na sesję fotograficzną… Wzgórza Bukowe to magiczne miejsce. Co prawda to nie są Alpy, ani nawet Tatry, ale mimo wszystko zapierają dech w piersiach. Majestatyczne, kilkusetletnie Buki, zasłaniające szczelnie słońce i tworzące ponury, mroczny klimat. Do tego droga, której prawie cały czas towarzyszą kilkunastometrowe skarpy i przepaście po obu stronach. Chwila nieuwagi i lecisz w dół… Adrenalina idzie w górę bez znaczenia czy jedziesz rowerem, czy SuperFour’em. I jeszcze to rześkie powietrze… Jak za 10 lat będę organizował SuperFour Szczecin Gran Prix, to na bank trasa będzie przebiegała przez Puszczę Bukową. Czujcie się zaproszeni ;-)

Binowo

W następną sobotę 9.05. po raz kolejny pojechaliśmy w to samo miejsce. Tylko, że tym razem w obie strony jechaliśmy tą samą drogą. Odpuściliśmy sobie bruk i wybraliśmy szuter… A że byliśmy już wprawieni, obraliśmy dalszy cel. Był to kolejny wariant wycieczki z mojego przewodnika. W pół godziny zdobyliśmy Wzgórza Bukowe i pognaliśmy dalej do Binowa. Po drodze minęliśmy pole golfowe i znaleźliśmy się w samym centrum, to znaczy na główny, a właściwie jedynym skrzyżowaniu w Binowie. Skręciliśmy w prawo w kierunku jeziora i spróbowaliśmy je okrążyć. Trasa była bardzo lajtowa, ale ku mojej uciesze zrobiło się całkiem sympatycznie. Zadanie utrudnił deszcz, który ostro lał przez ostatnie dwa dni. Przejażdżka zamieniła się w rajd przełajowy. Samochody osobowe raczej miałyby znikome szanse pokonać ten odcinek specjalny bez ugrzęźnięcia w błocie. Rowerem można było śmignąć poboczem, a SuperFour’em musiałem ładować się w sam środek ogromnych kałuż. Emocje rosły, ponieważ niebyło widać ich dna. W niektórych z nich dosłownie tonąłem. Od razu zrobiło mi się cieplej. Kilka razy, tata był zmuszony zejść z bicykla i pomóc mi pokonać kawałek bagna. Momentami przechył mojego czołgu na bok, był tak duży, że włączał się sygnał ostrzegawczy… Gdybym się gdzieś zarył na amen i nie pomogłoby wypychanie rękami, nie było strachu, ponieważ w kufrze zawsze mam przy sobie saperkę… Można nią np. wykopać grób, zakopać zwłoki, a nawet ściąć drzewo, bo z boku ma ząbki jak nóż. Nigdy nie wiadomo do czego się przyda ;-) Po drodze, koło jakiegoś pola kampingowego, miałem spotkanie na szczycie – SuperFour kontra Hummer H3. Wiadomo, gostek nie chciał mi podskakiwać, podwinął ogon, spuścił głowę i grzecznie zjechał na pobocze, robiąc mi wolne miejsce. Zatoczyliśmy koło i ponownie wjechaliśmy na moją ulubioną ścieżkę przez Puszczę Bukową… Machnęliśmy 24 km w dwie i pół godziny. Wycieczkę oceniam na 4+…

 

Z Reptowa przez Sowno

Na wtorek, 12.05. zaplanowałem wypad z Rafałem do Reptowa, gdzie pracuje mój tata… Z domu do biura ma niecałe 16 km, więc w kwietniu zaczął od czasu do czasu jeździć do roboty rowerem. Wyruszyliśmy skoro świt, czyli po 12-tej ;-) Nakleiłem sobie na nos plaster „breathe right”, żeby lepiej się wentylować i w drogę. Trasa jest w miarę prosta. Najpierw wbiliśmy się na ulicę Tczewską, która biegnie przez las. Łączy dwie dzielnice Szczecina, Dąbie z Wielgowem. Jest wąska i kręta, do tego panuje na niej spory ruch – to zdecydowanie najniebezpieczniejszy odcinek. Następną dzielnicą po drodze było Zdunowo, które łączy się bezpośrednio z Wielgowem. Tam za szpitalem skręciliśmy w lewo i wjechaliśmy do lasu. Po czterech kilometrach dotarliśmy do Niedźwiedzia, tak nazywa się wioska… Strasznie tam śmierdzi, bez względu na porę dnia i roku. To wszystko przez kilka ferm, które mieszczą się na końcu Niedźwiedzia. Tak na marginesie to ciekawe, czy mieszkańcy dostają jakieś dopłaty z Unii za wdychanie tego smrodu? Ja na ich miejscu doprowadziłbym Brukselę do bankructwa ;-) Stamtąd pozostał nam już tylko kilometr do granic Reptowa. Do biura jest jeszcze kawałek, ponieważ trzeba przejechać całą wieś, żeby tam dotrzeć. Na miejscu zaparkowaliśmy koło samochodu taty i zadzwoniłem do niego, żeby wyszedł z firmy i zobaczył czy stoi jego auto, bo chyba przed chwilą widziałem je w Szczecinie. Nietrudno się chyba domyślić, że nie musieliśmy na niego długo czekać. Wybiegł jakby co najmniej się paliło ;-) A tam – suprise – ja z Rafałem we własnej osobie. Oprowadziliśmy Rafała, który był tu po raz pierwszy, w iście ekspresowym tempie dokoła biura. Do dzisiaj wypomina mi, że nie pozwoliłem mu wejść do środka i nie mógł zapoznać się z wszystkimi „pracownicami”. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu, ponieważ, jak już wiecie, nie lubię wracać tą samą trasą do domu. Jeżeli tylko się da, staram się zatoczyć pętlę. W tym przypadku jak najbardziej była taka możliwość, tyle że powrót był ponad dwa razy dłuższy. Miałem przy sobie dwie mapy, które uzupełniały się nawzajem. Lepsze to niż nic. Mój telefon wypadł blado, nie widział połowy dróg, którymi wracaliśmy do Szczecina. Trasa była iście pionierska, byliśmy chyba pierwszymi ludźmi, którzy ją pokonali. Prawie jak Armstrong na księżycu ;-) Z Reptowa polecieliśmy w kierunku Cisewa. Kilometr po starcie mieliśmy przymusowe lądowanie. Staliśmy 20 minut na przejeździe kolejowym… Nie tracąc czasu, strzeliliśmy sobie z Rafałem po wafelku. Szlabany poszły w górę, a my jak spuszczone z łańcucha psy wyrwaliśmy przed siebie. Po drodze nie minęliśmy żadnego samochodu, ani człowieka. Domy jakieś były, ale żywych istot poza inwentarzem żywym nie stwierdziliśmy. Naprawdę jak na księżycu… Na końcu Cisewa było lapidarium. Jakby ktoś nie wiedział co to lapidarium to wikipedia zawsze służy pomocom – miejsce przechowywania i prezentowania zgromadzonych okazów kamieni naturalnych i kamiennych fragmentów elementów architektonicznych, rzeźb, nagrobków, pomników, pochodzących z zabytkowych budowli. Strasznie korciło mnie, żeby się tam dostać SuperFour’em. Nie miałem zamiaru zwiedzać tej wątpliwej „atrakcji turystycznej”, broń borze. Ja po prostu chciałem pokonać dwa granitowe schody, które dzieliły mnie od głównego pomnika. Powoli wjechałem na pierwszy stopień, a po nim momentalnie wskoczyłem na drugi. Teraz wystarczyło tylko wciągnąć za sobą ciężki tyłek, w którym mieści się silnik i kufer z tysiącem „niezbędnych” przedmiotów. Musiałem zrobić to inteligentnie, ponieważ jakbym za ostro dodał gazu, mógłbym najzwyczajniej w świecie, wkleić się w pomnik. Ale co to dla mistrza joysticka… Wjechałem bez mrugnięcia okiem. Następnie spróbowałem zawróciłem, chwilkę mi to zajęło. SuperFour nie jest zbyt zwrotny… Po kilku sprawnych manewrach w końcu się udało. Zjazd był chyba najłatwiejszy. Najpierw przód, potem tył i byłem na dole. W trakcie całej operacji „schody”, Rafał, jak przystało na rasowego reportera, cykał mi fotkę za fotką. Kiedy zjeżdżałem z podwyższenia, położył się nawet pod moim wozem bojowym, żeby złapać lepsze, niekonwencjonalne ujęcia. Niestety tydzień później padł dysk i wszystkie zdjęcia z tej wyprawy przepadły… Po dogłębnym zwiedzeniu lapidarium pojechaliśmy do Wielichówka. Tam na nasz widok, ludzie powyłazili z wszystkich sześciu chałup i zrobili tak zdziwione miny, jakbyśmy byli pierwszymi turystami w ich wiosce po drugiej wojnie światowej. W sumie to może i tak było… Wielichówek miałem tylko na jednej mapie, miałem na niej również jedną drogę. W rzeczywistości w samym centrum wioski, a właściwie osady, było skrzyżowanie. Do wyboru mieliśmy w lewo, w prawo lub prosto. W lewo była leśna dróżka, przez którą nie wiem czy chociaż rower dałby radę. Tak na marginesie to była ta droga z mapy… W prawo niby asfalt, ale chyba jeszcze niemiecki. A prosto, droga z tego wszystkiego co pozostaje z budowy… Na pierwszy rzut oka zauważyłem pojedyncze dachówki, papę, trochę wełny, trochę siatki, nie mogło zabraknąć styropianu o różnej grubości, cegieł i opakowań ch… wie po czym. Wszystko to było skrupulatnie przysypane gruzem i wyrównane chyba przez jakiś traktor w czynie społecznym. Po prostu masakra! Wybór był trudny, żeby nie powiedzieć przesrany. Jak u Chajzera, co nie wybierzesz to i tak będzie zonk ;-) Poszliśmy po radę do tubylców. Pierwszy nawinął się jakiś wcięty siwy pan z taczką. Rozmowa z nim wyglądała mniej więcej tak: na pytanie – Czy tam w lewo dojedziemy do Sowna? Odpowiedział – Taa. A tędy na wprost dojedziemy do Sowna? Mruknął – No, taa. Najwięcej problemu miał z ostatnim pytaniem – a którędy lepiej? Podrapał się po mytym w zeszłym miesiącu łbie i powiedział – No prosto, tylko to by trzeba samochodem jechać… Tak się nieszczęśliwie złożyło, że zapomniałem wziąć z domu mojego małego, nadmuchiwanego samochodu na taką okoliczność. Ale takich dwóch komandosów jak my, nie jest w stanie załamać jakiś wiejski głupek z miejscowości, której nie ma na mapie ;-) Zacisnęliśmy zęby i ruszyliśmy prosto, drogą „budowlaną” położoną pomiędzy polami. Udało nam się pokonać ten wymagający odcinek tras (2,5 km), bez przebicia opony. Uznaliśmy to za spory sukces. Jakby Rafał złapał flaka to jeszcze pół biedy, bo miał przy sobie zapasową dętkę. Ale gdybym ja przebił koło to byłaby kaplica. Nawet nie wiedziałbym gdzie wezwać assistance… Dojechaliśmy do Podlesia, które bezpośrednio łączy się z Sownem, a tam to już prawdziwa metropolia – widzieliśmy pierwszy sklep od Reptowa. Przefrunęliśmy przez całą wieś, wprowadzając spore ożywienie. Od Podlesia, aż do samego domu, poruszaliśmy się już po normalnych drogach. Następnym celem były Strumiany. Na końcu tej miejscowości zrobiliśmy sobie przerwę na mocną herbę i wafelki ;-) Kolejny etap był wyczerpujący, ponieważ droga była prosta, jakby ktoś ją narysował linijką. Najpierw przez 3 km do skrzyżowania i stamtąd jeszcze 4 km do Klinisk Małych. Po pierwsze to takie 30 minut bez zakrętów jest strasznie nużące. Po drugie to jadąc non stop prosto, trzymając joystick w jednej pozycji, drętwieje ręka. Dlatego jak nikt nie jechał, śmigałem zygzakiem, żeby trochę „odpocząć”. Teraz mieliśmy trudne zadanie… Musieliśmy przejść na drugą stronę S3. Co prawda po przejściu dla pieszych, ale na drodze szybkiego ruchu, gdzie po czterech pasach zapier…..ją 120 km/h to prawdziwe wyzwanie. Po dziesięciu minutach jakoś udało nam się przemknąć i znaleźliśmy się w Kliniskach Wielkich. Minęliśmy piekarnię ASPROD i skręciliśmy w lewo na Szczecin, a tam to już prawie jak w domu. Ostatnie 10 km przebiegło bez żadnych przeszkód. Przejechaliśmy przez Pucice, potem dzielnicę Szczecina – Załom i byliśmy w Dąbiu. Wyprawa, jak już pisałem, była iście pionierska. Zwiedziliśmy nowe, nieznane zakątki województwa zachodniopomorskiego. Zrobiliśmy ponad 46 km w niecałe 4 godziny. Z dnia na dzień, średnia prędkość stale rośnie, forma idzie w górę – czego chcieć więcej?!

 

  

 

 

Lubczyna

W dzień mamy, dla niegrzecznych dzieci dodam, że to 26. maja, miała odwiedzić mnie moja rodzicielka. Z rana o 10-tej na dworze termometr wskazywał 26°C! W taką pogodę nie można siedzieć w chacie. Co prawda jestem stu procentowym ateistą, ale nie ruszając się z domu bym zgrzeszył… Przygotowaliśmy z Rafałem ucztę na przyjęcie mamy i wybraliśmy się w kolejną podróż w nieznane. Gość miał być u mnie o 16:30, więc mieliśmy jakieś 4 godziny na przejażdżkę. Wybrałem nową trasę przez wsie w okolicy jeziora Dąbie. Są tam miejscami strasznie dziurawe drogi, ale za to od Pucic ruch jest bardzo mały. Przebieg wycieczki wyglądał następująco: Dąbie-Załom-Pucice-Czarna Łąka-Lubczyna-Warcisławiec-Rurka-Rurzyca-Kliniska Wielkie-Pucice-Załom-Dąbie. W Czarnej Łące zboczyliśmy na chwilę z trasy i podjechaliśmy na plażę. Oprócz nas był tam zaledwie jeden fan wiatrów, który próbował zmontować swoją deskę… Mój termometr w liczniku prędkości wyświetlał 32 stopnie, więc trzeba było zwinąć się z tej tropikalnej plaży, bo ciężko było wytrzymać. W SuperFour’ze pod szybą było chyba ze 40… Uzupełniliśmy płyny i ruszyliśmy dalej. Podczas jazdy powiewał wiatr i zrobiło się całkiem sympatycznie. Po kilkudziesięciu minutach byliśmy w Lubczynie. Jest to spora wioska turystyczna położona nad jeziorem Dąbie. Mają tam jakiś mały port, przystań i kąpielisko. Nie mieliśmy czasu na zwiedzanie każdej plaży po drodze, skręciliśmy na wschód i zaczęliśmy oddalać się od wody. Kolejną „dużą” miejscowością na naszym szlaku były Kliniska Wielkie. Tamtędy wracaliśmy już dwa tygodnie temu z Reptowa… Byliśmy zmuszeni dodać trochę gazu, ponieważ od zachodu nadciągały ogromne chmury burzowe. Jakoś nam się udało, zaczęło padać w momencie kiedy wjechałem na podwórko. Z Klinisk jechaliśmy do domu około godziny. Przejechaliśmy 37 km w 3 godziny. Średnia prędkość jazdy wyniosła 13,6 km/h – to mój nowy rekord…

 

 

***** Tekst utworzony 27.01.2011r. *****