Miesięczne archiwum: Lipiec 2009

Świeradów-Zdrój 2009 – dzień 5. – misja Wyborcza, Czarci Młyn…


***** Tekst utworzony 14.02.2011r. *****

24.07.2009r. – piątek

Dzisiaj w nocy było spokojnie. Mimo tego, że wczoraj odpoczywaliśmy, wstawało się ciężko… Jak codziennie zaliczyliśmy śniadanie około dziewiątej. Na dworze było ciepło i słonecznie, tyle że mocno wiało. Byłem jakiś rozleniwiony i nie miałem ochoty jechać na jakąkolwiek wycieczkę. Mama za to była spragniona pchania swojego roweru pod górę i prawie siłą, zmusiła mnie do wyjścia. I tak trzeba było iść do miasta, no bo piątek. A wiadomo, że w każdy piątek wychodzi Wyborcza z najlepszym programem telewizyjnym, który trzeba mieć – obowiązkowo ;-) O 11:00 udało się mamie wyciągnąć mnie na przejażdżkę. Niestety w St. Lukasie nie ma boy’a hotelowego, który przyprowadza samochody z parkingu. Dlatego każde przygotowanie do rajdu, zajmuje nam ze 20 minut. Mama ma jeszcze mało wprawy, była ze mną i SuperFour’em właściwie tylko w Wągrowcu, ale muszę przyznać, że z dnia na dzień, idzie jej coraz lepiej. Pojechaliśmy do Domu Zdrojowego, żeby na Poczcie kupić gazetę, ale cały przybytek był nieczynny z powodu awarii. Okazało się, że 300 metrów od naszego hotelu, zaczyna się strefa bez prądu. Od wczoraj, energetycy walczą z pozrywanymi kablami w okolicy. W związku z tym, że Dom Zdrojowy był zamknięty, musieliśmy znaleźć jakiś inny otwarty punkt z prasą, żeby zdobyć bezcenną Wyborczą. „3 dni będę jeździł, a znajdę…” Za 3 dni to będzie wydanie poniedziałkowe z dodatkiem „praca” zamiast programu telewizyjnego, a ja żadnej roboty nie szukam! Dostaliśmy dodatkowy cel dzisiejszej misji – znaleźć czynny kiosk. Chcieliśmy przejechać przez Park Zdrojowy… Niestety, ale Park też był nieczynny. Spytacie – jak park może być nieczynny? A no tak:

Nie ma sensu wspominać o gałęziach połamanych wkoło St. Lukasa, bo w porównaniu do tego co zastaliśmy w centrum, nie ma o czym mówić. To tak, jakby porównywać jezioro Dąbie z morzem Śródziemnym… Park wyglądał, jak Nowy Orlean po przejściu Katriny. W ciągu kilku minut, połowa ponad stuletnich drzew poszła… w pizdu. To była kara, za porozpieprzanie asfaltowych uliczek w parku, o których już pisałem we wtorkowej relacji… Obraz był naprawdę „hollywoodzki”, dookoła krzątało się kilku strażaków z piłami motorowymi. Próbowali ogarnąć i udrożnić alejki parkowe. Zajmie im to pewnie parę dni, bo drewna na opał będzie naprawdę sporo. Park zamienił się w labirynt, taka nowa atrakcja Świeradowa. Każda z uliczek miała jakąś niespodziankę, albo na drodze leżało jakieś powalone lub połamane drzewo, albo była rozciągnięta taśma uniemożliwiająca przejazd. Była też wersja double – drzewo + taśma – którą możecie zobaczyć na powyższej fotce… Jakoś przejechaliśmy przez Park zygzakiem i znaleźliśmy się na głównej ulicy miasteczka. W centrum panowało ogólne wkur….nie, każdy chciał coś załatwić, a wszystko było „closed”. Podjechaliśmy na stację benzynową, ale ona też była zamknięta. Co robić? Ruszyliśmy dalej na północ do Orłowic. Jechało się tam ekspresowo – cały czas gnaliśmy po drodze nr 404, do tego non stop w dół. Jeszcze w Świeradowie o 12:15, przy przystanku autobusowym, natknęliśmy się na upragniony kiosk! Przed nim stał zdezelowany, dwudziestoletni Opelek, ale okienko w budce było zamknięte. Było widać, że ktoś tam w środku jest, złodziej to to nie był, ponieważ siedział w spokoju i czytał sobie gazetkę. Mama zaczęła walić w szybkę, żeby łaskawie nas obsłużył. Wygramolił się, otworzy drzwiczki z boku kiosku i spytał czego chcemy. Co będziemy rozmawiać z burakiem – krótka piłka: Jest Wyborcza? A on mówi – No jest, ale w sumie ja mam zamknięte, bo nie ma prądu. Jak byście widzieli tą ofermę, to pewnie podsumowalibyście to tak samo jak ja – ręce opadają… Po minucie negocjacji, daliśmy radę przekonać go, żeby sprzedał nam gazetę. Wykonaliśmy dzisiejsze zadanie i mogliśmy wracać do bazy. Prawdę mówiąc, byłoby głupotą w południe zakończyć dzisiejszą eskapadę. Tym bardziej, że przeszło mi już to rozleniwienie z rana, a pogoda była wprost wymarzona na przejażdżkę. Pojechaliśmy więc dalej drogą 404 do Orłowic. Bardzo spodobał mi się ten odcinek. Trasa składała się z samych krótkich i łagodnych zakrętów, a mimo to biegła cały czas w jednym kierunku. Tak jakby jechało się slalomem – lewo, prawo, lewo, prawo… Muszę przyznać, że odleciałem - zachowywałem się jak kilku letnie dziecko na karuzeli… Czułem się naprawdę, jakbym śmigał po torze Nordschleife w Nürburg za sterami rasowego BMW M5. Gdyby nie pędzące 70 km/h, 23-tonowe Kamazy wyładowane jakimś żwirem, to w ogóle droga byłaby super… Mama z góry jechała „ostrożnie”, nie przekraczając 10 /h. Trochę się od niej oddaliłem. Szukałem jakiegoś miejsca, gdzie mógłbym się zatrzymać i poczekać, aż mnie dogoni. Nie mogłem stanąć na drodze, chodnika tam nie było, a na poboczu albo były rowy, albo wjazdy na podwórka domów. Dojechałem sam do Orłowic, które praktycznie połączone są ze Świeradowem i tak naprawdę nie wiadomo, gdzie się kończy jedno, a gdzie zaczyna drugie. W górach z reguły główne trasy, buduje się w dolinach, a tam przeważnie płyną jakieś strumyki. Tak było i tym razem. Jezdnia biegła wzdłuż rzeki Kwisy. Skręciłem w prawo, zjechałem z głównej trasy na most. Tam się zatrzymałem. Obserwowałem mini wodospad na Kwisie i od czasu do czasu, spoglądałem na drogę 404, żeby zatrzymać „pędzącą” jak TGV w zajezdni – mamę. Nie trwało to zbyt długo, góra 3 minuty, ale dopingującą wiązankę „słów uznawanych za wulgarne”, na powitanie, musiałem puścić w jej stronę, bo nie byłbym sobą… Zatrzymaliśmy się na chwilę po drugiej stronie rzeki koło jakiegoś tartaku. Tam znaleźliśmy wąską, żużlową drogę wzdłuż Kwisy, równoległą do trasy 404, tyle że bez towarzystwa innych samochodów. Jako że nie mieliśmy z góry narzuconego rozkładu jazdy, pojechaliśmy tą dróżką z powrotem w kierunku Świeradowa. Jechaliśmy razem gęsiego, co chwilę zatrzymując się na sesję zdjęciową z rwącym potokiem. Po dziesięciu minutach dotarliśmy do końca tej ścieżki, przejechaliśmy przez podobny mostek jak wcześniej i znowu znaleźliśmy się na 404, wśród mknących tirów i osobówek. Machnęliśmy tą pętlę, która zajęła nam raptem kwadrans i z powrotem polecieliśmy drogą na Mirsk. Po kolejnych pięciu minutach, po raz drugi byliśmy w Orłowicach, gdzie skręciliśmy w lewo na Czerniawę-Zdrój, która od 1973 roku, jest dzielnicą Świeradowa. Gnaliśmy po drodze 361, która prowadzi do granicy z Czechami. Niestety poziom trasy uległ zmianie… na gorsze. Skończyły się zjazdy i znowu musieliśmy wspinać się pod górę. Dla mnie to nie problem, ale dla mamy na rowerze, zaczęła się prawdziwa katorga… Już na samym początku musieliśmy jechać przez kilometr non stop do góry. Może i przechyły nie były tak strome, jak te, które pokonywaliśmy w środę, w drodze na Polanę Izerską, ale mimo wszystko trzeba było ostro pedałować, żeby rower piął się w górę. Mama znowu została w tyle. Widziałem tylko w lusterku, jak powoli słabnie, aż w końcu zsiadła z bicykla i zaczęła go pchać. W międzyczasie dojechał do mnie Toyota RAV4… Droga była prosta, a samochód cały czas jechał za mną 15 km/h. Trwało to ze dwie minuty. Dwa inne auta nas wyprzedziły, a grafitowa Toyotka dalej wlokła się z tyłu. Pomyślałem sobie, że najwidoczniej zyskałem kolejnego wielbiciela… Jak znudziło mu się oglądanie mojego tyłka, zjechał na lewy pas, wyrównał ze mną i jadąc tak pod prąd otworzył okno. Nie miałem ochoty na pogaduszki podczas jazdy łeb w łeb na ruchliwej drodze, ale pasażer ravki tylko spytał, czy może zrobić mi zdjęcie. No wiecie, że nie umiem odmawiać fanom, więc i tym razem się zgodziłem. Ledwo wyjął solidną lustrzankę, a już nadjechało coś z naprzeciwka. Cykał mi fotki, poczym prawie spychając mnie z trasy, wyprzedzili mnie dosłownie w ostatniej chwili, unikając czołówki z pędzącym busem. Tamten tylko mrugnął im światłami i pogroził palcem… Po kilku minutach samotnej jazdy, dotarłem do Czerniawy, która przy Świeradowie, wgląda jak wioska… Prawie wszystkie domki położone są wzdłuż trasy. Dojechałem do skrzyżowania drogi 361 z jakimiś lokalnym traktem… Zauważyłem kierunkowskaz na „Czarci Młyn”, o którym czytałem w przewodniku. Była dopiero 13:00, więc mogliśmy pozwolić sobie na krótką przerwę w jeździe i zwiedzić Młyn. Znając mamę wiedziałem, że będzie chciała tam po drodze wstąpić, dlatego skręciłem zgodnie ze znakiem w lewo i zaparkowałem na uliczce, żeby poczekać na kolarkę… Trochę to trwało, ale wreszcie pojawiła się na horyzoncie i zauważywszy mnie, skręciła w moją stronę. Na pytanie czy jedziemy do Młyna, poprawiając kask zasłaniający jej oczy odpowiedziała – No jasne! Po 50-ciu metrach byliśmy na miejscu…

Zastaliśmy stary, poniemiecki budynek, który w ogóle nie przypominał z wyglądu młyna z prawdziwego zdarzenia. Nie ma wiatraka, koło młyńskie napędza pobliska rzeczka. Prawdę mówiąc, jak dla mnie żadna rewelacja… Wjechaliśmy na podwórko, stanąłem koło wejścia, a mama pobiegła do środka. Kiedy moja rodzicielka zwiedzała, ja zacząłem lekko obawiać się o naszą obecną sytuację, ponieważ z południa w zastraszającym tempie nadciągała burza. Zrobiłem zwiad w pobliżu i znalazłem dwie murowane szopy, w których w razie czego moglibyśmy się schować. Mama wróciła. Była trochę rozczarowana, ponieważ w Młynie nie było prądu, tak jak z resztą w całej Czerniawie, i nie można było zrobić sobie samemu chleba. Ale jako, że byliśmy jedynymi klientami tej oryginalnej atrakcji – mimo awarii – potraktowano nas wyjątkowo. Poza tym nie codziennie odwiedza ich gość w SuperFour’ze… „Pani Młynarzowa” była do nas bardzo przyjaźnie nastawiona, wyszła nawet z Czarciego Młyna i zamieniła z nami kilka słów. Mi się nie spieszyło, ponieważ chciałem tam przeczekać burzę. Pani w białym fartuchu podziwiała nasze hobby, jakim jest turystyka rowerowa. W pewnym momencie zrobiło się jej żal mojej mamy, która musi ciągle pedałować za mną na swoim grzmocie, podczas gdy ja siedząc sobie w kubełkowym, skórzanym foteliku, łykam kilometr po kilometrze bez względu na podłoże i pochylenie terenu… W związku z tym wróciła na chwilę do Młyna i przyniosła nam ogromne kanapki ze smalcem, zrobione oczywiście z różnych rodzajów chleba, wykonywanego od podstaw na miejscu. Mamie na pewno się przyda, tym bardziej, że do bazy musimy jeszcze pokonać całkiem spory podjazd… W międzyczasie czarne chmury nas ominęły i spokojnie mogliśmy ruszać dalej. Przed odjazdem zrobiłem sobie pamiątkowe zdjęcie z „Panią Młynarzową” ;-)

Pożegnaliśmy się i obiecaliśmy, że jeszcze tu przyjedziemy zrobić własny chlebuś… No i jak mówi stare szczecińskie przysłowie – nie ma co pierd…, trzeba zapier… W sumie do St. Lukasa nie było wcale tak daleko (około 4 km), tyle że musieliśmy – w szczególności mama – wjechać kawał pod górę. Z Czarciego Młyna kontynuowaliśmy jazdę drogą 361 w kierunku granicy z Czechami. Po niecałym kilometrze zjechaliśmy z tej trasy w lewo na Świeradów-Zdrój i kolejkę gondolową. W tym miejscu rozpoczął się kolejny dłuuugi podjazd. Na tej lokalnej drodze ruch był znikomy, tylko co kilka minut mijały nas ledwo ciągnące pod górę auta. Mama na samym początku zlazła już z roweru i jak zwykle go pchała. Ja mogłem się urwać i poczekać gdzieś na górze, ale wolałem jej potowarzyszyć. Cały czas jechałem za nią, żeby nie serwować jej moich spalin pod nos. Dodatkowo włączyłem moje szpanerskie LED-owe światła awaryjne i osłaniałem jej tyły, robiąc za safety car. Oj żebyście widzieli jak one pięknie mrugały… ;-) Po 30-tu minutach wspinaczki, byliśmy w najwyższym miejscu dzisiejszej wycieczki. Tam również dotarł wczorajszy huragan…

Drzewo, które zostało dosłownie wyrwane z korzeniami, miało większą podstawę od 175-cio centymetrowego SuperFour’a! Jakbym tego nie zobaczył na własne oczy, to chyba bym nie uwierzył… Mieliśmy bardzo blisko do dolnej stacji kolejki, a tam to już jak w domu. Jako że do hotelu znamy drogę na pamięć, wyrwałem ostro do przodu. Nie można powiedzieć, żeby mi się spieszyło, była dopiero 14-ta, ale nie mogłem pozwolić sobie na spacer u boku pchającej górala kolarki. Spytacie dlaczego? Odpowiedź jest „very simple” – prawie do samego St. Lukasa miałem nowiusieńką, dwukierunkową drogę, z pochyleniem rzędu 10-15 %. Powiedziałem tylko mamie – Do zobaczenia w bazie – poczym docisnąłem gałkę joysticka do końca w przód i ze średnią prędkością 20 km/h poleciałem w dół. Cały czas pod nosem powtarzałem sobie na głos – tylko nie hamuj, tylko nie hamuj… Nie chciałem powtórzyć tego co przeżyłem podczas środowego zjazdu. Zimny pot miałem i bez tego… Dla takich chwil warto żyć. Takie zjazdy są dla mnie czymś takim, jak dla surfera kilkometrowe fale… Na miejscu byłem po kilku minutach, zaparkowałem koło mojej przyczepy i cierpliwie czekałem na mamę. Za 5 minut dotarła do hotelu, była zmęczona, ale starała się tego nie okazywać. Pochowaliśmy sprzęt i poszliśmy do babci wręczyć jej kromkę zdobycznego chleba i zdać relację z dzisiejszej eskapady…

Niby jeździliśmy bez wcześniej ustalonego planu, ale było całkiem fajnie. Odległość 15-tu kilometrów nie jest porażającym wynikiem, ale tu nie chodzi o nabijanie przebiegu, tylko o przyjemność – czy jak kto woli – radość z jazdy, a taką dzisiaj jak najbardziej przeżyłem…

***** Tekst utworzony 14.02.2011r. *****

Świeradów-Zdrój 2009 – dzień 4. – relaks na Stogu Izerskim…


***** Tekst utworzony 11.02.2011r. *****

23.07.2009r. – czwartek

Zgodnie z prognozą, już z samego rana, pogoda była iście plażowa. Około dziewiątej, musiałem się zwlec z łóżka i zjechać na dół do restauracji na śniadanie. Od razu po obfitym porannym posiłku, wyszliśmy w trójkę na taras, żeby opalić trochę nasze zakazane gęby ;-) W cieniu przy wejściu do hotelu, na termometrze o 10:45 było 26°C. Jak na najzimniejsze miejsce w kraju, to całkiem nieźle… Według „amerykańskich naukowców”, Świeradów-Zdrój, a właściwie Hala Izerska jest polskim biegunem zimna. W 1940 roku, zimą odnotowano tam -42°C, a 20-ego sierpnia 1996, w środku lata było zaledwie -5,5 stopnia… Mama była obolała po wczorajszym ekstremalnym marszu, więc dzisiaj musieliśmy poddać się regeneracji. Poza tym było gorąco i nie było sensu się forsować. Jako że bardzo spodobała mi się miejscowa kolejka gondolowa, postanowiliśmy – za jej pomocą – wjechać po raz drugi na Stóg Izerski… Ja osobiście nie przepadam za upałami, tak samo z resztą jak moja babcia, a wiadomo, że im wyżej, tym chłodniej. Dlatego nie było co smażyć się w miasteczku… Mama z babcią odbębniły zabiegi w stylu kąpiel błotna, czy masaż suchy i około południa wybyliśmy z St. Lukasa. Dzisiaj zrezygnowałem z pomocy SuperFour’a, niech zbiera w przyczepie siły na kolejne eskapady… Nigdzie się nam dzisiaj nie spieszyło. Prawdziwy wakacyjny wypoczynek, którego na marginesie nie cierpię. Na stacji kolejki byliśmy przed 13-tą. Piętnaście minut później dojechaliśmy na górę. W wagoniku było jak w saunie. Gdy z niego wysiedliśmy, nie odczułem zbytnio, żeby 450 metrów wyżej było chłodniej. W tym przypadku, ta cała fizyka to jakiś pic na wodę ;-) Zadokowaliśmy na tarasie widokowym przy Schronisku PTTK „Na Stogu Izerskim” i rozpoczęliśmy czynny odpoczynek, poprzez łapanie promieni słonecznych. Muszę przyznać, że tam akurat było całkiem przyjemnie, dzięki delikatnie wiejącemu wietrzykowi. Mama się rozebrała i na wysokości 1060 m n.p.m., paradowała w samym stroju kąpielowym. Nie odnotowałem tam więcej takich „sajkoli”, prawdę mówiąc to w ogóle tam prawie nikogo nie odnotowałem. Wszyscy penetrowali górskie szlaki, czy jak? Kit z nimi, przynajmniej wszystkie stoliki były wolne i nigdzie nie było kolejek. Dlatego właśnie pojechaliśmy do Świeradowa, a nie tam do jakiejś Szklarskiej-Poręby, czy Karpacza, gdzie ludzi jest w ch… i ciut-ciut. Zjedliśmy po obowiązkowej drożdżówce, oczywiście z jagodami i o 14:30 wróciliśmy na górną stację. Wbiliśmy się w gondolę, w której było jak w piekle i zjechaliśmy na dół. Potem podreptaliśmy do hotelu, żeby „odpocząć” po wyczerpującej wycieczce do obiadokolacji.

Prawdę mówiąc, takie siedzenie w hotelu jest nie dla mnie. Zdecydowanie bardziej wolę aktywne spędzanie wolnego czasu, niż takie błogie lenistwo… O 17:15 – po Teleexpresie – którego mama razem z babcią, nie mogły sobie odpuścić, poszliśmy jeść. Po posiłku wyszliśmy na taras, żeby wypić kawę i wciągnąć jakiś deser. Właściwie to coś na wzór ogródka piwnego, czyli podłoga z desek, stoły i krzesła z logiem jednego z browarów, no i parasole… Oprócz naszej trójki, na zewnątrz relaksowało się z 8 osób. Zrobiło się duszno i ponuro, to była dosłownie prawdziwa cisza przed burzą… Wszyscy – same „Helmuty” i my – siedzieli sobie popijając różne trunki, przeważnie wyskokowe, i miło spędzali czas. Przy jednym stoliku rozgrywano partyjkę w Uno (niemieckie makao), przy drugi starszy siwy pan z wąsem, powiedzmy Hans, podrywał trzydziestoletnią hotelową masażystkę, stawiając jej Campari, jedno za drugim. Nasz stół był najcichszy, w końcu trawienie musi przebiegać w spokoju… Obserwowałem okolicę i kiedy spojrzałem na oddalone o kilometr drzewa, zdębiałem. Nie wiem dokładnie co to było za zielsko, bo z drzew odróżniam tylko liściaste i iglaste. Przypuszczam, że to były topole, ponieważ miały ze 30 metrów wysokości. Dlaczego zamurowały mnie drzewa? Na moich oczach, w mgnieniu oka zgięły się nagle dosłownie w pół. Z zachodu przyszedł taki podmuch, że wyglądało to tak, jakby jakaś ogromna, niewidzialna ręka machnęła w naszą stronę, zahaczając o wszystkie drzewa w okolicy. Miałem przeczucie, że zaraz jak mówi Owsiak – „o się będzie działo”. Postanowiłem – w razie czego – zawrócić i ustawić się przodem do restauracji, żeby być gotowym do szybkiej i sprawnej ewakuacji. W międzyczasie wiatr dotarł do nas i na twarzach u wszystkich będących w ogródku, pojawiła się niepewność i niepokój. Wszystko dookoła zaczęło latać – liście, śmieci, itd. Kolejny podmuch wiatru, wyrwał Niemiaszkom karty do gry, a oni sami uciekli do środka w niezłej panice zostawiając pełne kufle na stoliku. Powiedzenie – nie grasz, nie wygrywasz – traci tutaj sens, traci go kur… bezapelacyjnie. Jakby powiedział Dyzma – karty ch…, tylko piwa szkoda ;-) Ja też postanowiłem się stamtąd zmyć. Oprócz wichury, zbliżała się burza. W minutę zrobiło się ciemno i głośno jak na Marszałkowskiej. Do drzwi wejściowych miałem około 5-ciu metrów, cały czas były otwarte, więc sam mogłem wjechać z tarasu do restauracji. Ruszyłem do środka 20-30 sekund po Helmutach, którzy wymiękli jako pierwsi, tym bardziej, że zaczęło kropić ogromnymi kroplami. Jechałem 2 km/h, żeby nie wylać prawie pełnej filiżanki cappuccino. Kiedy przejechałem metr, drewniane krzesełko z tyłu przewróciło się i poleciało na płot. Wtedy mama z babcią, również zdecydowały się „opuścić lokal” za mną. Na drugim metrze nie można powiedzieć, że się rozpadało, miałem wrażenie, jakby ktoś nad nami odkręcił kran. Kolejne dwa krzesła zaczęły tańczyć po parkiecie. Hans olał „piękną” masażystkę i wyprzedzając mnie na trzecim metrze, wbiegł do restauracji z drinkiem w ręku. Fizjoterapeutka była lekko zakłopotana, że jej superman, któremu chciała poświęcić dzisiejszy wieczór, zostawił ją i uciekł w popłochu. W końcu to nie był deszcz meteorytów… Ona sama cierpliwie szła za babcią. W powietrzu panowała zawierucha, jakiej nigdy w życiu nie widziałem „live”. Na zewnątrz przy stoliku zostało tylko małżeństwo niemieckich dziadków. Nie wiem czy byli tak schorowani, że nie wiedzieli co się dzieje wokół nich, czy po prostu tyle wypili, że znieczuliło ich dogłębnie… W każdym bądź razie, kiedy byłem na czwartym metrze (metr przed drzwiami), ogromny parasol z betonową podstawą runął dokładnie w miejsce, gdzie wcześniej stałem. Podstawa wytrzymała, tyle że metalowy słupek się złamał jak zapałka. Gdybym dalej tam stał, to nie wiem czy wizyta w szpitalu by pomogła… Słysząc za mną krzyk mamy, przyspieszyłem i wpadliśmy wszyscy razem do restauracji. Ja pierwszy, dalej mama, babcia, masażystka i na końcu para Helmutów. Ci ostatni tak spieprzali z dworu, że aż Niemka zgubiła klapka podczas ucieczki. W budynku zapanowała radość, wszyscy odczuwali ulgę, że udało im się zbiec z miejsca wypadku. Kelnerka chciała wyjść na zewnątrz, żeby poskładać pozostałe dwa parasole, ale „szef” restauracji – Rafał – nie pozwolił. Bał się o jej życie, bo jakby coś się stało, ciężko by było znaleźć kolejną frajerkę, która pracowałaby tu przez 15 godzin dziennie za 800 zł miesięcznie… Żeby nikogo nie wywiało zamknęli drzwi, mama pobiegła do naszego pokoju, żeby zamknąć okno i przynieść aparat. Ulewa była tak mocna, że w ogóle nie było widać przez okno pensjonatu, który był 20 metrów dalej… Cała burza trwała zaledwie kilka minut. Potem nagle przestało padać, wichura zanikła, w oddali było słychać tylko pioruny. Mama wyszła na parking przed hotelem i zrobiła zdjęcia chmur, które tworzyły iście bajkowy klimat. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego…

Siedzieliśmy dalej w restauracji, ponieważ mama się cykała, że zaraz wyłączą prąd, a my utkniemy w windzie do rana. Słysząc naszą rozmowę – kelnerzyna Rafał – powiedział nam, że ktoś tam do niego dzwonił, matka, żona, czy kochanka i podobno w Szklarskiej już nie było prądu, tak samo jak w dolnej części Świeradowa. Po dwudziestu minutach udało mi się namówić mamę i wsiedliśmy do windy. Wszystko działało, do pokoju dotarliśmy bez niespodzianek… W wiadomościach o 19:30, pokazywali już jaką moc miał ten huragan. Najgorzej było w Legnicy, gdzie pozrywało dachy z domów. Wszędzie połamało drzewa i pozrywało kable. Nawet ktoś zginął… Dobrze, że zrobiliśmy sobie dzisiaj wolne od jazd, bo jakby złapała nas ta burza gdzieś w trasie, to mięlibyśmy naprawdę ekstremalne przeżycia i nie wiadomo co by z nas zostało…

***** Tekst utworzony 11.02.2011r. *****

Świeradów-Zdrój 2009 – dzień 3. – oldtimery i marsz w góry…


***** Tekst utworzony 10.02.2011r. *****

 

 

22.07.2009r. – środa

Wstawanie o ósmej – drugi dzień z rzędu – to dla mnie prawdziwe tortury… „Nawet we Wronkach mnie tak wcześnie nie budzili” ;-) Gdyby nie mocny, czarny Lipton od razu po wstaniu, spałbym dalej na siedząco… Umyłem zęby, ubraliśmy się i na 8:45 umówiliśmy się z babcią na śniadanie. Dalej byłem zaspany. Ja jestem z tych, na których nie działa nawet zimna woda. Słońce w takiej sytuacji jest zabójcze. Na szczęście ciemne Oakley’ie na nosie uratowały mi skórę. Szybko zjedliśmy i poszliśmy spakować się na dzisiejszą wyprawę. Babcia została na miejscu, a żeby się nie nudziła, mama zorganizowała jej zabiegi w hotelowym spa.

Z St. Lukasa wyjechaliśmy dopiero o 10:35. Liczyliśmy na brak punktualności uczestników zlotu, ponieważ w przeciwnym razie nie obejrzelibyśmy żadnego ze starych samochodów. Co najwyżej moglibyśmy tylko powąchać pozostawiony przez nie dym z rur wydechowych. Po kilku minutach byliśmy na miejscu. Droga była zamknięta przez straż miejską, ponieważ zrobili na niej wystawę tych oldtimerów. Utworzyli tam taki jakby deptak, dzięki czemu można było chodzić i oglądać te gruchoty z bliska. Udało nam się, odjazd odłożyli na 11-tą. Jakoś wrąbałem się na tą drogę, zjeżdżając z 30-sto centymetrowego krawężnika, który na marginesie jest tutaj uzdrowiskowym standardem. Mama zaparkowała swój rower koło jakiejś budy z pamiątkami i ruszyliśmy zobaczyć pojazdy. Było ich może ze 20. Zwiedzających była zaledwie garstka, cała reszta (zdecydowanie ponad połowa) to byli uczestnicy zlotu. Kiedy pojawiłem się SuperFour’em wśród tych wszystkich historycznych aut, zapanowała lekka konsternacja. Ludzie zaczęli robić mi zdjęcia i nikt w promieniu kilkudziesięciu metrów nie zwracał uwagi na przepiękne oldtimery. Miałem wrażenie, że tylko ja je oglądam… W międzyczasie mama robiła fotki. Po kilku minutach zrobiło mi się  głupio, że rujnuję im cały pokaz. Poprosiłem jednego ze strażników miejskich – wyglądającego na najinteligentniejszego z całej komendy – żeby podniósł mi taśmę, która blokowała wyjazd z zamkniętej ulicy. Z uśmiechem na twarzy wykonał moje polecenie, za co mu serdecznie podziękowałem i wjechałem w boczną drogę, żeby poczekać na mamę. Tam zaparkowałem i oglądałem trąbiące pojazdy ze zlotu, które minutę po mnie odjechały w siną dal w kierunku Szklarskiej-Poręby.

 

 

Kolejnym punktem dzisiejszej wycieczki była Hala Izerska. Podszedłem do tego etapu zbyt optymistycznie i lekceważąco. Na moje usprawiedliwienie dodam, że byłem pierwszy raz w górach w celu uprawiania turystyki rowerowej… Od razu za Domem Zdrojowym droga, którą musieliśmy pokonać, była bardzo stroma i o wjeżdżaniu rowerem pod górę mogliśmy zapomnieć. Miałem przy sobie przewodnik, w którym była opisana nasza dzisiejsza trasa od A, do Z. W tejże książce, oprócz dokładnego opisu, był wykres wysokości n.p.m. całego szlaku. Nie chciałem straszyć mamy i powiedziałem jej, że tak stromy podjazd będzie tylko przez 500 metrów. W rzeczywistości wspinaczka do góry liczyła 4 kilometry ;-) Po 700 metrach pchania roweru załapała, że coś tu nie gra i rozpoczęła strajk. Powiedziałem, że to moja wina, bo źle spojrzałem na mapę i dodałem, że przed nami pozostało 300 metrów męczarni. Mama ledwo żyła, kapało jej z czoła i była cała czerwona. Od dawna choruje na serce, więc lepiej jej za bardzo nie szarżować. Mimo  wszystko, chciałem ją trochę zdopingować, żeby wykrzesała z siebie ukryte pokłady energii i wspięła się z bicyklem jeszcze te 3 kilometry. Gdyby udało nam się tam dotrzeć, to dalej przez kolejne kilka kilometrów trasa byłaby prawie równa, ponieważ szlak jest poprowadzony przez Polanę Izerską, aż do Hali Izerskiej i dalej leci w kierunku Jakuszyc. Jak powszechnie wiadomo, polany oraz hale (nie chodzi o sportowe) są w miarę płaskie, także gdybyśmy tam dotarli, to jechałoby się już elegancko… Ale niestety mama była dosłownie w opłakanym stanie. Nawet wyzwiska z mojej strony, nie dały jej pozytywnego kopa. Po krótkiej kłótni, byłem gotów zawrócić do hotelu i zrezygnować z tej niewypalonej wyprawy rowerowej. 200 metrów w górę był ośrodek „Czeszka i Słowaczka”. Mama wymyśliła, że zostawi tam swój rower i dalej pójdzie za mną pieszo. Chodzi szybko i sprawnie, nie powiem, że nie. Podjechaliśmy więc do tego przybytku, cyklistka zostawiła swój pojazd przy recepcji i krzyknęła do jedynej osoby, która gdzieś się tam krzątała, że na parę godzin zostawi tu rower. I tak ruszyliśmy dalej w nieznane. Droga cały czas pięła  się ostro w górę, ale jechało się przyjemnie, bo wszędzie był asfalt. Żebym nie czuł się zbyt pewnie, przypomniał mi o sobie SuperFour. Jechałem jakieś 5 km/h i nagle zaczęło coś w nim pipkać. Usłyszałem 3 krótkie sygnały beep-beep-beep. Pomyślałem, że może gdy dodałem gazu, komputer pokładowy wyczuł nadmierny przechył i tyle. Ale po chwili alarm się powtórzył. Co u licha? Może z tyłu, zamiast silnika, siedzi jakiś zamknięty murzyn i próbuje nadać mi alert morsem, że już nie ma siły. Bzdura! Zatrzymałem się i zresetowałem mój pojazd poprzez ponowne włączenie. Nic to nie dało, po 50-ciu metrach znowu się odezwał. Kolejną przyczyną, która przyszła mi do głowy, było przegrzanie się nowych silników elektrycznych. Jakby nie było, od około godziny jechałem non stop powoli pod górę. Stanąłem na poboczu i postanowiłem dać im chwilę odpocząć. Mama dreptała dalej, powiedziałem, że zaraz ją dogonię. Po dwóch minutach ruszyłem. Nie będę stał jak kretyn i czekał, aż jaśnie wielmożny SuperFour będzie wypoczęty i łaskawie wtoczy się do góry. Ja nie raz po wspólnych wyprawach padałem na ryj, więc tym bardziej on mógłby czasami dostać w kość. Poza tym to w końcu wózek terenowy, także olałem jego skamlanie i pognałem za mamą.  Ona była nawet zadowolona i mówiła, że mam za swoje. Jej rower tu nie dotarł, a mój sprzęt odmówi posłuszeństwa kawałek dalej. Chciałaby… Po raz pierwszy przydał się mój ekstremalny zegarek Casio. Podczas następnych pipnięć, zmierzyłem czas pomiędzy alertami i było to dokładnie 60 sekund. Teraz już byłem pewny, że komputer chce mnie powiadomić o jakimś problemie. Jakby to było coś poważnego, to nie pozwoliłby mi dalej jechać i po prostu by się  zatrzymał… Przejechałem nad jakimś strumyczkiem, minąłem punkt czerpania wody i dogoniłem mamę. Po pięciu minutach – o 12:30 – dotarliśmy do skrzyżowania trzech szlaków. Przeprowadziliśmy naradę i zmieniliśmy kierunek dzisiejszej przechadzki. Jak pisałem niedawno – trzeba być elastycznym ;-) Do Chatki Górzystów, która mieści się na Hali Izerskiej, mieliśmy jeszcze spory kawałek. Gdyby to było na płaskim terenie, to już dawno bylibyśmy na miejscu, a tak… dupa. Przebyliśmy dopiero połowę trasy, do celu dotarlibyśmy za kolejne półtorej godziny, a do hotelu zjechalibyśmy wieczorem. Martwiąca się babcia zawiadomiłaby GOPR, TOPR, WOPR, a może i nawet SWAT. Nie chcieliśmy prowokować z  mamą, tak szeroko zakrojonej akcji na skalę międzynarodową, dlatego też wybraliśmy inny wariant. Na skrzyżowaniu poszliśmy prosto lub w prawo – zależy skąd się patrzy ;-) Podążaliśmy w kierunku Stogu Izerskiego, tam gdzie dojeżdża kolejka gondolowa, którą mieliśmy przyjemność wczoraj jechać. Droga zrobiła się płaska jak stół, a my i tak poruszaliśmy się w spacerowym tempie 5 km/h. Próbowałem namówić mamę, żebyśmy wypożyczyli dla niej quada lub skutera na resztę górskich wycieczek, ale z jej zdolnościami prowadzenia wszelakich pojazdów, szybko mógłbym stać się półsierotą. 30 minut później, znaleźliśmy się centralnie pod stalowymi linami kolejki. Pozowałem mamie, a ona robiła artystyczne zdjęcia. Co chwilę, nad moją głową, przejeżdżały kolejne wagoniki. Nieznajome twarze machały do mnie z góry. W tym miejscu trasa znowu zamieniała się w stromy podjazd. Uzgodniliśmy, że na dzisiaj kończymy eksplorację nieznanych ziem i wracamy do bazy.

Kiedy wykonałem manewr zawracania, z naprzeciwka podjechał do mnie samochód GOPR-u. zjechałem na pobocze, żeby go przepuścić, a on zatrzymał się koło mnie. Był to wiśniowy Chevrolet Captiva. Otworzyła się w nim boczna szybka i ukazało się dwóch panów ratowników. Powiedziałem ładnie – dzień dobry. Strażnicy Teksasu odwzajemnili przywitanie i grzecznie zapytali – Młody człowieku, czy masz pozwolenie na poruszanie się tymi drogami? Jako że od urodzenia szkoliłem się m.in. w sztuce przekonywującego kłamania na zawołanie, bez najmniejszej wątpliwości odpowiedziałem, że mam. Na tej drodze jest zakaz wjazdu, więc normalnym autem, quadem, skuterem, czy koparką nie powinno się tu zapuszczać. Przy wjazdach na te górskie trasy, są nawet zielono-białe szlabany nadleśnictwa. Mnie to jakby nie dotyczy, poza tym ja wszędzie się wepcham – taki los globtrotera ;-) Tamtych gamoni miałem z głowy, więc zrobiliśmy sobie postój. Ja sączyłem herbatę na poboczu, a mama zbierała wszechobecne jagody. Wkurzyła mnie tym niemiłosiernie, ponieważ cała była upieprzona. Czego się nie dotknęła, barwiła wszystko na fioletowo. Pod tym względem jestem bardzo pedantyczny… Żeby było jasne, nie ma to nic wspólnego z homoseksualizmem. Potęgowała jeszcze bardziej moje wkur….nie ciągłym śmiechem… Jak już się nażarła tych brudnych jagód, zająłem pozycję za sterami mojego bolidu i wystartowaliśmy z powrotem do St. Lukasa. SuperFour przestał już marudzić, więc od czasu do czasu pozwalałem sobie na chwilowe szaleństwo. Zatrzymywałem się co jakiś czas, żeby poczekać na mamę, którą dreptała gdzieś za mną. Pogoda zaczęła trochę szwankować, zachmurzyło się i po chwili zaczęło kropić. Takie są uroki gór, aura potrafi się zmienić momentalnie… Kiedy dotarliśmy do „Czeszki i Słowaczki”, wyszło słońce. Mama odebrała swój rower i pojechaliśmy dalej w dół. Od ośrodka do samego centrum Świeradowa był najlepszy odcinek trasy – nowiutki asfalt, kładziony najprawdopodobniej kilka miesięcy temu, po obu stronach otoczony półmetrowymi rowami. Droga była bardzo wąska, dlatego co 100 metrów były zrobione szersze mijanki. Tam właśnie czekałem na mamę, która nie odważyła się zjeżdżać rowerem w dół i prowadziła go w podobnym tempie jak pod górę. Przez całą wycieczkę nie mogłem wykorzystać 70-ciu procent mocy SuperFour’a. Czułem się tak, jakbym przez 4 godziny jeździł Ferrari 50 km/h po autostradzie. Normalnie można zasnąć. Dlatego na końcówce tego ekstremalnego odcinka, musiałem podnieść sobie trochę poziom adrenaliny. Powiedziałem mamie, że poczekam na nią na dole i poleciałem. Nie, nie przesadzam  - dosłownie… poleciałem. Pochylenie trasy było non stop ponad 20%, jeden błąd, chwila nieuwagi i mogłem zakończyć wycieczkę przed czasem. W ogóle nie odczuwałem tego przechyłu, dzięki jednej z lepszych funkcji mojego wozidełka – autopoziomowaniu fotela. Gnałem więc w dół jak Małysz na skoczni i aż bałem się spojrzeć na licznik prędkości… SuperFour – według katalogu – ma maksymalną prędkość 15 km/h. A ja pobiłem swój osobisty rekord wyciągając z tej kabaryny 22,6 km/h !!! Prawie 8 na godzinę więcej, robiło ogromną różnicę. Hamulce, które powinny ograniczać moją prędkość, najwidoczniej nie dawały sobie rady z rozpędzoną półtonową maszyną… Przy końcu tej „autostrady”, z naprzeciwka wyjechała na mnie biała Skoda Felicja Pickup i mówiąc krótko, nieźle mnie spłoszyła. Jako że jechałem na czołówkę, odruchowo usiłowałem zwolnić, żeby zjechać na pobocze i przepuścić delikwenta. Kiedy ostro przyhamowałem, poczułem, jak unosi mi się tył SuperFour’a do góry, a „dziób” pojazdu zaczyna opadać w dół. Komputer pokładowy zwariował i zaczął natychmiast pipczeć jak opętany. Ponieważ w mojej krwi poza herbatą, płynie również benzyna, w tej sytuacji intuicyjnie dodałem gazu i w ułamku sekundy odzyskałem panowanie nad pojazdem. Od razu po tym, ponownie zacząłem zmniejszać swoją prędkość, tylko że dużo, dużo wolniej. Gdyby na moim miejscu siedział jakiś amator, to bankowo, SuperFour nadawałby się do kasacji, a nawet nie chcę myśleć co by się stało z driverem… Całe zdarzenie trwało dosłownie kilka sekund, ale mimo to zrobiło mi się strasznie gorąco i poczułem zimny pot na plecach. Na szczęście wyszedłem z tego cały i zdrowy. Dodatkowo zyskałem nowe, bezcenne w moim zawodzie – doświadczenie ;-) Na dole zauważyłem, że mam wyłączony silnik spalinowy, który powinien cały czas ładować akumulatory. Podczas zjazdu tak głośno szumiał wiatr, że nie wyczułem kiedy zgasł. Wydaje mi się, że zdechł w momencie ostrego hamowania. Musiał gdzieś się przydusić w międzyczasie. Na joysticku non stop mrugała zielona dioda, która oznacza ładowanie baterii, dlatego nie przypuszczałem, że silnik przestał pracować. Nie wiedziałem o tym wcześniej, ale, skoro silnik był nieczynny, a baterie naładowały się prawie na maxa, najwyraźniej mam na pokładzie wbudowane dynamo, które dodatkowo przekazuje energię uzyskaną podczas zjazdu do akumulatorów. Następnym razem, kiedy będę zasuwał gdzieś w dół, obadam to i na pewno podzielę się z Wami wynikami moich badań… Gdy czekałem na mamę, powoli dochodziłem do siebie. Musiałem ochłonąć po tej szaleńczej przejażdżce. Moment zjazdu wynagrodził mi niepowodzenie zdobycia Polany Izerskiej… O 15:15 byliśmy pod hotelem, załadowaliśmy nasz sprzęt do przyczepy i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Najbardziej zmęczona była oczywiście mama, która przeszła za mną 12 kilometrów w przeważającej części zasuwając 10 km/h z górki i pod górkę. W takiej sytuacji stawy siadają momentalnie. Do tego połowę dystansu pchała jeszcze rower. Na pewno jutro odezwą się jej zakwasy. Żeby jakoś temu zapobiec, zainstalowała mnie w pokoju razem z babcią i przed obiadokolacją pobiegła na basen.

 

Dzisiejszy dzień przyniósł mi spore rozczarowanie. Większość tras, które zaplanowałem na pobyt w Świeradowie, jest podobnych do dzisiejszej eskapady. Chyba będziemy musieli zmienić plany i wynaleźć jakieś alternatywne wycieczki po okolicy, bo przecież nie będę zmuszał mamy, żeby za mną przez tydzień biegała „z buta”. Może tata przyjedzie ze dwa dni przed naszym powrotem, to wtedy z nim spróbuję zdobyć Chatkę Górzystów…

Jutro ma być upał – 30 stopni, dlatego rano zadecydujemy gdzie się wybierzemy.

 

***** Tekst utworzony 10.02.2011r. *****

Świeradów-Zdrój 2009 – dzień 2. – atrakcje uzdrowiska


***** Tekst utworzony 8.02.2011r. *****

 

21.07.2009r. – wtorek

Wczoraj byliśmy zmęczeni, więc szybko poszliśmy spać. Przed snem, do mamy zadzwonił jej brat – mój wujek – i poinformował ją, że jutro (czyli dzisiaj) odwiedzi nas razem z moim kuzynem, Adamem. Nie byłem zwolennikiem ich wizyty, ale skoro akurat byli w pobliżu, niech będzie moja strata. W końcu pojechałem do Świeradowa, w Góry Izerskie, żeby „aktywnie” wypoczywać, a nie zajmować się organizowaniem wakacji mojej rodzince. Na szczęście jestem elastyczny i jakoś zawsze się dopasuję do otoczenia i obecnej sytuacji. Nigdy nie wiadomo kiedy zadzwonią z Gromu i wezwą mnie na akcję ;-) W ramach odbycia aklimatyzacji w nowym miejscu, na dzisiejszy dzień zaplanowaliśmy piesze wycieczki – tzw. zwiad… Najgorsza była poranna pobudka. Żeby być gotowym na podjęcie gości, musiałem wstać o ósmej. Na dziewiątą poszliśmy w trójkę na śniadanie. Kiedy kończyłem przeżuwać chałkę z dżemem, na horyzoncie pojawili się Panowie W. Oczy mieli bardziej zaspane ode mnie, ale w końcu są wakacje i nikt nie mówił, że będzie lekko. Poza tym, jak ktoś jest zmęczony, to niech w domu siedzi, a nie włóczy się po świecie ;-) Załadowaliśmy plecaki, mama przygotowała babci kijki do nordic-walking i wybraliśmy się na jedną z ciekawszych atrakcji w Świeradowie – kolejkę gondolową. Ja osobiście jestem wielkim fanem wagoników wciąganych po linie i między innymi dlatego wybraliśmy właśnie tę mieścinę. Musiałem zrezygnować ze wsparcia SuperFour’a, ponieważ nie zmieściłbym się do gondoli… Mama nas prowadziła, wujek próbował dorównać jej kroku, ale słabo mu to wychodziło. Ja z Adamem traciliśmy do nich jakieś 30 metrów. Najgorzej miała babcia, która ledwo człapała gdzieś daleko z tyłu. Co chwilę dochodziły do nas komendy od mamy, żebyśmy ją przyspieszyli. Niby kur… jak? Babcia to nie króliczek Duracell, nie da się jej wymienić baterii! Normalnie jak w wojsku… Po dwudziestominutowym marszu, byliśmy na stacji. Innych turystów, było jak na lekarstwo. Zakupiliśmy bilety, załadowaliśmy się do gondoli, ja z mamą w jedną, reszta „wycieczki” w drugą i  pojechaliśmy na górę. Stacyjka początkowa mieści się na wysokości 617 m n.p.m.,  a końcowa na 1060 m n.p.m. Alpy to to nie są, ale mimo wszystko jest bosko. Po kilku minutach wjechaliśmy na Stóg Izerski. Pogoda się poprawiała, chmury znikały i zaczęło pojawiać się słońce. Dzięki temu, z minuty na minutę, panorama robiła się coraz większa. Udaliśmy się do Schroniska PTTK, które mieści się przy górnej stacji kolejki. Zajęliśmy sobie stolik na tarasie widokowym i podziwialiśmy okolice. Ponieważ Stóg Izerski jest pierwszym wzniesieniem Izerów, nic nie zasłaniało nam widoku na północ. Widoczność była wspaniała, bez problemu można było zobaczyć Mirsk, a nawet Gryfów Śląski położony 18 km od Świeradowa. Jako że byliśmy w Schronisku, trzeba było zaliczyć drugie śniadanie. Zjedliśmy po drożdżówce z jagodami i wypiliśmy po herbatce. Niektórzy (Adaś) dziabnęli coś mocniejszego ;-) Posiedzieliśmy tam z godzinę poczym rozdzieliliśmy się na dwie grupy bojowe. Ja z mamą i babcią załadowaliśmy się do gondoli, a żołnierzyki – Adam z wujkiem – wybrali ambitniejszą wersje powrotu. Wzięli od nas mapę i ruszyli czerwonym szlakiem w dół przez jakieś chaszcze. Chętnie pojechałbym z nimi, ale zwykłym wózkiem daleko bym nie zajechał… Poczekaliśmy chwilkę na kolejkę, ponieważ poza sezonem, jak nie ma chętnych, jeżdżą tylko co pół godziny przez 10 minut. Zjechaliśmy w trójkę na dół i wróciliśmy do hotelu. Umówiliśmy się z Panami W. o 16-tej w Domu Zdrojowym w samym centrum Świeradowa.

 

  

 

Babci brakowało już sił, więc przed kolejnym wypadem z bazy, udaliśmy się na kawę. Około 15:30 podeszliśmy na hotelowy parking do mojej przyczepy… Prawie wszystkie drogi w miasteczku są bardzo wymagające dla wózkowiczów – albo w górę, albo w dół. Do tego większość chodników, pamięta jeszcze czasy, kiedy na wjeździe do uzdrowiska zamiast „Świeradów-Zdrój wita”, było „Willkommen in Bad Flinsberg”. Ale jak to mówią – w naszym fachu, nie ma strach. Właśnie do takich zadań został stworzony SuperFour! Jak łatwo się domyśleć, do Domu Zdrojowego pojechałem w komfortowych warunkach, za sterami mojego wszędołaza. W sumie to nie tak wszędo, bo do kolejki gondolowej by się nie zmieścił… Do celu z hotelu było zaledwie kilkaset metrów, góra kilometr. Jechałem trochę niepewnie, byłem pierwszy raz w Świeradowie i nie wiedziałem czego mogę się spodziewać. Większość dróg, poza głównymi, jest w mieście jednokierunkowych. Chodnik jest właściwie tylko w centrum, ale i tak dla SuperFour’a za wąski. Pozostało mi latać po stromych, ciasnych uliczkach. Dziewicza podróż do Domu Zdrojowego trwała kilkanaście minut. Jechałem równo z mamą i babcią, oswajając się z  górskimi uliczkami uzdrowiska… Na miejscu zastaliśmy spory, stary budynek, z charakterystyczną wieżą, która jest wizytówką miasta. Przed nim mieści się Park Zdrojowy, który ma zdecydowanie najnierówniejsze ścieżki w całej europie. Śmieszna sprawa, żeby przy sanatorium, w centrum miejscowości uzdrowiskowej – czyli dla dziadków – były tak ekstremalne parkowe alejki. Tam się można zabić… Przed wojną musiało tam być pięknie – asfaltowe ścieżki dla kuracjuszy, równo przystrzyżona trawka, tu rabatka, tam donica… A teraz, po 64-ech latach wegetacji wszystko trafił szlag. Jedyne co przez ten czas dobrze rosło to drzewa, które porozpieprzały korzeniami alejki ;-) Szlajaliśmy się po tym parku, ponieważ czekaliśmy na „harcerzyków”. Trochę wydłużyło im się zejście ze Stogu Izerskiego dlatego, że pomylili szlaki. Po konsultacji telefonicznej ustaliliśmy, że mają półgodzinną obsuwę. Udaliśmy się do Domu Zdrojowego mając nadzieję, że tam nas znajdą. Odkryliśmy główne wejście i wyczailiśmy, że budynek jest podzielony na dwie części – Sanatorium oraz Halę Spacerową. To pierwsze nie było w kręgu naszych zainteresowań, więc poszliśmy do „spacerniaka”. Pamiętajcie, że byłem SuperFour’em, więc liczyłem się z tym, że może nie dam rady wjechać do środka. Z jednej strony był podjazd dla wózków inwalidzkich, ale dla mnie za wąski. Na szczęście z drugiej mańki, cztery schody były zalane cementem, który tworzył stromy, ale zawsze podjazd. Wjechałem bez problemu, a żeby w razie czego, ktoś się nie burzył, że do środka wrąbał się jakiś cwaniak na quadzie, poprosiłem mamę, żeby podniosła moją szybę. To już moja stała praktyka np. w sklepach. Otwieram szybę do góry i z batmobilu, robi się wersja cywilna. Wewnątrz jeździło się tak samo jak w Castoramie… Cała Hala ma 80 metrów długości i w przeważającej większości zbudowana jest z drewna. Dokładnie mówiąc, jest to modrzew, dzięki któremu wewnątrz panuje specyficzny wilgotny klimat. Oprócz tego mieści się tam pijalnia wód. To atrakcja dla prawdziwych twardzieli – szczawiany świeradowskie są podobno lecznicze, ale z drugiej strony mają w sobie zabójczy rad. Jak w reklamie „zabij pragnienie” – po co Sprite, wystarczy woda ze Świeradowa ;-) Ja za żadne pieniądze w przedziale od X do XX XXX zł, nie tknę tego paskudztwa… Poza tym wodopojem, w Hali Spacerowej można odwiedzić kawiarnie, kilka sklepików, galerię, a nawet placówkę Poczty Polskiej. Zgodnie z zapowiedzią, pojawili się wędrowcy. Spróbowali tej „wspaniałej” wody, porobiliśmy sobie zdjęcia i powoli zaczęliśmy wracać do St. Lukasa na zasłużony posiłek. Po obiadokolacji nasi goście poszli na basen, poczym pojechali do swojego pensjonatu gdzieś w rejonie Szklarskiej…

Prognoza pogody na jutro jest całkiem obiecująca, więc kończymy te amatorskie spacery i zaczynamy nabijać upragnione kilometry na górskich szlakach. Wieczorem zadzwonił do mnie tata i polecił nam na jutro zlot pojazdów historycznych. Notkę na ten temat, znalazł na oficjalnej stronie internetowej Świeradowa. Najgorsze jest to, że auta mają zatrzymać się o 10-tej pod Domem Zdrojowym tylko na pół godziny. Ehhh, znowu będzie trzeba rano wstać… Jako że dzięki temu będziemy mieli cały dzień na wycieczkę, przed snem zaplanowaliśmy z mamą trasę na Polanę Izerską…

 

***** Tekst utworzony 8.02.2011r. *****

Świeradów-Zdrój 2009 – dzień 1. – przylot


***** Tekst utworzony 7.02.2011r. *****

 

Odkąd stałem się szczęśliwym posiadaczem SuperFour’a, marzyłem o wyjeździe w góry. Wcześniej był to dla mnie teren trudno dostępny, a w górach z reguły dobrze się czuję… Ze Szczecina najbliżej mamy do Szklarskiej-Poręby, a że nie lubię tłumów, wybraliśmy z mamą pobliski, prężnie rozwijający się Świeradów-Zdrój. Jako że to uzdrowisko, myślałem, że nie będziemy mięli problemu ze znalezieniem zakwaterowania – myliłem się. Problemem nie był brak wolnych miejsc, tylko stara, poniemiecka baza noclegowa. Wysłałem zapytanie do kilku hoteli i pensjonatów, ale okazało się, że żaden z nich nie jest przystosowany dla osób niepełnosprawnych. Żeby nie tracić czasu, napisałem maila do informacji turystycznej z prośbą, o pomoc w wyszukaniu odpowiedniej miejscówki. Odpowiedź dostałem dosłownie po 15-tu minutach. Wybór padł na jeden z fajniejszych hoteli w okolicy – St. Lukas. Razem z mamą namówiliśmy na wyjazd babcię. Nie jeździ ona co prawda na rowerze, ale zmiana klimatu dobrze jej zrobi… Zarezerwowałem dwa pokoje od 20-ego do 30-ego lipca. Wróciłem z Niemiec, zapakowałem pół domu i wyruszyliśmy na dwa samochody do Świeradowa…

20.07.2009r. – poniedziałek

Załadunek przeszedł bez niespodzianek. SuperFour do przyczepy, rowery na przyczepę, manele do aut i w drogę. Ja z tatą w jedną Renuwkę, mama z babcią w drugą i pojechali. Ze Szczecina wyjechaliśmy po 10-tej, a właściwie przed 11-tą ;-) Z domu do Świeradowa (przez Niemcy) mamy 430 km. Pierwszy etap jest bardzo przyjemny, autostradą na Berlin, potem do Cottbus i tak aż do polskiej granicy. Tam niestety kończy się autobahn’a, a zaczyna dziurawa, dwupasmowa dróżka, z chwilowymi ograniczeniami prędkości do 30 km/h. Momentami myślałem, że zaraz urwie się nam przyczepa… Na lokalnych drogach wcale nie było lepiej… Mimo wszystko dotarliśmy cali i zdrowi. Babcia powiedziała, że jakby wiedziała, że jedziemy tak „daleko”, to na pewno by zrezygnowała. Tata nas wypakował i zwinął się do domu, a ja zostałem sam w górach i to z dwiema wariatkami… Hotel St. Lukas spodobał mi już na samym wejściu, od razu załapaliśmy się na obiadokolację. Jadło bardzo smaczne, szkoda tylko, że dookoła nas siedziały same niemieckie dziadki… Mogliśmy się tego spodziewać po tym, jak na miejscu do kupienia były tylko widokówki w języku Angeli Merkel, a  zamiast Świeradów-Zdrój, na pocztówkach było Bad Flinsberg… Nasze pokoje mieściły się na pierwszym piętrze, nieopodal recepcji. Kilka kroków dalej, była część kawiarniana, gdzie można rozsiąść się wygodnie w fotelu, zjeść domowe ciasto lub deser lodowy i wszystko to popić przepysznym cappuccino. Jak ktoś nie lubi kisić się w pomieszczeniu, może wyjść sobie na kilkudziesięciometrowy balkon i tam zajadając miejscowe przysmaki, relaksować się wdychając świeże, górskie powietrze. Jeżeli do tego chciałby ktoś wysłać maila lub wrzucić coś na bloga, do dyspozycji gości hotelowych jest bezprzewodowy internet. Czego chcieć więcej? Tylko że przyjechałem tu zdobywać szczyty, a nie siedzieć w hotelu!  

 

***** Tekst utworzony 7.02.2011r. *****

Lipiec 2009…


***** Tekst utworzony 2.02.2011r. *****

W lipcu – dokładnie trzeciego w piątek – przyjechał do mnie naprawiony SuperFour. Przywracanie go do życia zajęło niemieckim inżynierom niecałe dwa tygodnie. Wyglądał jak nowy, błyszczał się bardziej, niż zaraz po zakupie. Chyba dwa dni go reperowali, a resztę czasu poświęcili na dogłębne mycie całego pojazdu ;-) Okazało się, że przyczyną awarii było spalenie się jednego z czterech silników elektrycznych, napędzających koła. Z fabryki jak do tej pory, wyjechało zaledwie kilkadziesiąt takich pojazdów i tak naprawdę każdy z nich to prototyp. Przed wprowadzeniem tego wehikułu do sprzedaży, może i były przeprowadzane testy, ale najprawdopodobniej tylko jakieś podstawowe. Natomiast wątpię czy któryś z „wynalazców” SuperFour’a, piłował nim 50 km jednego dnia… Thomas Kaliebe zapewnił nas, że teraz już żaden silnik się nie spali, ponieważ wszystkie cztery zostały wymienione (w ramach gwarancji) na silniki nowej generacji – Motor neue Generation ;-) Tak na marginesie mówiąc, to tych też pewnie nikt nie przetestował… Jasne, najlepiej dać polakowi i niech nam sprawdzi. A co ja kur…a oblatywacz jestem?! ;-) SuperFour – za jednym zamachem – został zreperowany i przeszedł coroczny przegląd. W książce serwisowej mechanik, który wykonywał „Inspektion” wpisał całkowity przebieg pojazdu – 1321 km, taka informacja podobno znajduje się w moim komputerze pokładowym.

Trzeba było sprawdzić silniki nowej generacji w terenie. Już następnego dnia – w sobotę 4.07. – nawinęła się pierwsza okazja. Podjechaliśmy przyczepą do Lasku Arkońskiego i właśnie tam miałem przyjemność – po raz pierwszy - przejechać się SuperFour’em z nowym napędem elektrycznym… Od razu po starcie było czuć, że to nie jest ten sam pojazd, którym jeździłem do tej pory. Nowe silniczki wydają z siebie inny dźwięk, są bardziej piskliwe. Do tego wydaje mi się, że teraz SuperFour ma trochę słabsze przyspieszenie. Ale widocznie tak musi być. Na dłuższą metę, to nie jest wcale tak źle, a poza tym do wszystkiego idzie się przyzwyczaić. Znalazłem również plusy nowej wersji – mój bolid stał się bardziej zwrotny i przede wszystkim dużo szybciej, a właściwie ostrzej skręca. Za pierwszym razem lekko się zląkłem reakcją wozu na mój skręt. Później potrenowałem takie manewry omijając gałęzie, liście i żaby w Lasku Arkońskim. Muszę przyznać, że po przymusowym tuningu, SuperFour stał się bardziej agresywną maszyną i teraz daje jeszcze więcej przyjemności z jazdy. Zastanawia mnie tylko dlaczego inaczej skręca, skoro wymieniane były jedynie silniki napędzające koła…

W dzień testu przejechałem 21 kilometrów. Wystartowaliśmy z pod stadionu Arkonii i polecieliśmy w kierunku Głębokiego. Dojechaliśmy do plaży, a tam wskoczyliśmy na ścieżkę biegnącą właśnie, wokół tego jeziora. Jechałem równo z jakąś dziewczyną uprawiającą jogging. Cały czas wyprzedzaliśmy się z nią na wzajem, trochę mnie to zaczęło irytować, więc dodałem gazu i zniknąłem jej gdzieś pomiędzy drzewami… Dalej zaczęliśmy oddalać się od jeziora Głębokiego na północ. Tym razem miałem ze sobą mapę i telefon z GPS, także trzymałem rękę na pulsie i czuwałem nad poprawnym przebiegiem wycieczki. Kilkanaście minut później, po przeprawie przez grząski piach, dojechaliśmy do Pilchowa. Stamtąd do Szczecina wróciliśmy ścieżką rowerową położoną wzdłuż drogi nr 115. Trasa cały czas prowadziła w dół – uwielbiam długie, szybkie zjazdy… W Szczecinie wbiliśmy się z powrotem do Lasku Arkońskiego i pojechaliśmy do Parku Kasprowicza pod Pomnik Czynu Polaków (takie 3 orły). Pokręciłem się chwilkę po okolicy, tata porobił trochę fotek i ruszyliśmy z powrotem w kierunku Arkonki. Po drodze zatrzymaliśmy się przy Różance. Jest to po prostu, znany w całym Szczecinie, Ogród Różany. Ja oczywiście – jak nietrudno się domyśleć – byłem w nim po raz pierwszy ;-) I pewnie ostatni. Nudy… Nie będę tracił mojego cennego czasu, żeby oglądać z podziwem jakieś pierd…..ne kwiatki… Przeszliśmy całą tę wątpliwą atrakcję turystyczną i pojechaliśmy na parking, żeby załadować sprzęt i zwinąć się do domu. Kolejne dwie godziny jazdy zaliczone.

Później miałem przerwę w jazdach spowodowaną wypadem do Niemiec na GP Formuły 1. SuperFour czekał na mnie pokornie w garażu, zbierał siły na wyjazd do Świeradowa… A tam sporo się działo, dlatego o mojej wizycie w Górach Izerskich napiszę w osobnym wpisie…

***** Tekst utworzony 2.02.2011r. *****