Miesięczne archiwum: Sierpień 2009

Sierpień 2009…


***** Tekst utworzony 11.03.2011r. *****

Zapowiadał się bardzo intensywny miesiąc. Nie miałem zaplanowanych żadnych dłuższych migracji na nowe, nieznane ziemie, jak miało to miejsce w lipcu. Chciałem pozwiedzać okolice Szczecina, w których nigdy nie byłem w roli turysty. W Świeradowie zwiększyłem swoją formę. W końcu to góry, a wiadomo, że właśnie w takich miejscach sportowcy podnoszą swoją wytrzymałość fizyczną. Ja dodatkowo, dzięki nieprzewidzianym zdarzeniom, ulepszyłem swoją psychikę. W takim razie pobyt w Górach Izerskich mogę zaliczyć jako obóz kondycyjny ;-) Początek sierpnia, miałem naprawdę bardzo aktywny. Niestety po 11-tym, mój pojazd, który miał chodzić jak szwajcarski zegarek, zaczął szwankować i to w bardzo nieprzyjemny sposób. Przez to, moje plany uległy zmianie i wiele wycieczek musiałem odwołać. Ale co się odwlecze, to nie uciecze…

2.08.2009r. – niedziela

GOLENIÓW

Pogoda jak na Polskę była iście tropikalna. W cieniu było 31°C – na wycieczkę rowerową, to zdecydowanie za gorąco. Na ulicach nie było widać żywego ducha. Co kilka minut, przelatywały tylko karetki na sygnale, pędzące do zasłabnięć. Kto mógł, siedział w szczelnie zamkniętym domu, przy zasłoniętych oknach, pośród włączonych wiatraczków, wentylatorów, czy klimatyzatorów i wyczekiwał na zachód palącego słońca. Osobiście nie przepadam za upałami, ale jeżeli chodzi o czas spędzony „w siodle”, nie jest w stanie zatrzymać mnie nawet front z nad Afryki. Poza tym, miałem przecież uruchomione dodatkowe pokłady energii po pobycie w Świeradowie ;-) Nie chciałem męczyć taty, ale on sam zaproponował, żebyśmy ruszyli gdzieś tyłki. Żeby zwiększyć zasięg, nie startowaliśmy bezpośrednio z „kwatery głównej”, tylko załadowaliśmy nasze ścigacze do przyczepy i pojechaliśmy samochodem do Klinisk Wielkich, położonych około 10-ciu kilometrów od domu. Podróż na miejsce dzisiejszego desantu, była bardzo przyjemna, ze względu na klimatyzację w aucie. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, tata wyładował SuperFour’a, poczym wrzucił mnie za jego stery. Stanąłem w cieniu pod drzewem i czekałem, aż mój kompan będzie gotowy do drogi. Widząc, jaka panuje dzisiaj temperatura, ubrałem się w białe lniane spodnie i białą grecką rubaszkę. Niestety nie miałem żadnego wyboru, jeżeli chodzi o dobór obuwia… Jedyne, jakie sprawdza się podczas dłuższych eskapad, to czarne, skórzane buty motocyklowe. Niby mam wersję letnią, ale mimo tego na takie dni jak dzisiaj – nie polecam. Myślałem, że się ugotuję… Z Klinisk chcieliśmy dotrzeć do Goleniowa. Zaplanowana trasa biegła po wschodniej stronie od drogi nr 3 w jedną stronę i wzdłuż „trójki” od zachodu w drugą. Gdy już ruszyliśmy, wcale nie było tak źle. Powiewał lekki wietrzyk, który skutecznie łagodził odczucie ciepła. Po minucie, dwóch, dojechaliśmy do tej cholernej drogi szybkiego ruchu, łączącej Szczecin ze Świnoujściem. Samochodem, szczególnie jakimś „konkretnym”, jeździ się po niej całkiem elegancko, pod warunkiem, że nie ma wakacyjnego weekendu, kiedy wszyscy chcą koniecznie dotrzeć nad morze. Poza tym misiaki stoją zawsze w tych samych miejscach, a tajną Vectre widać z daleka. W 1996 roku, nasza Skoda 120, pobiła swój rekord prędkości właśnie na „trójce”. W okolicy Miękowa wyciągnęła 145 km/h ;-) Dzisiaj tą drogą nie jechaliśmy, ponieważ rowery nie mają na nią wstępu, a poza tym nie jesteśmy samobójcami! Musieliśmy się jedynie przedostać na drugą stronę. Jako że to Polska, o jakimkolwiek wiadukcie można zapomnieć, ale nie jest tak źle, ponieważ drogowcy namalowali na jezdni zebrę… Po raz drugi w tym roku, miałem „przyjemność” przejechać po tym najbardziej ekstremalnym przejściu dla pieszych w województwie. Wystarczyło, że przecięliśmy osiem pasów ruchu, po których wszyscy grzali stówą i znaleźliśmy się po drugiej stronie „trójki”. Bułka z masłem… Dalej gnaliśmy lokalną drogą w kierunku Stawna. Prawie cały prawy pas jezdni był sfrezowany, przez co nie nadawał się zbytnio do jazdy. Wiedziałem o tym, ponieważ w maju wracałem tędy z Reptowa. Wtedy jechałem z Rafałem w przeciwnym kierunku i nasz pas był w porządku. Ruch był dzisiaj zerowy, dlatego większość trasy przejechałem po angielsku – lewą stroną. Około dwóch kilometrów przed Stawnem skręciliśmy w lewo, w kierunku leśniczówki Łęsko. Dziurawy asfalt zamienił się w żwir pomieszany z piaskiem. Po chwili znaleźliśmy się przy jedynym budynku w promieniu kilku kilometrów – Kwaterze Myśliwskiej Łęsko. Zatrzymaliśmy się tam na moment, żeby zapoznać się z mapą, która stała przy wejściu do leśniczówki. Dalsza część trasy do Goleniowa biegła przez leśne drogi Puszczy Goleniowskiej. Na dzień dobry, musieliśmy sforsować zielono-biały szlaban – taki sam, jak zatrzymał mnie na świeradowskiej Agrafce. Wyrastają te barykady, jak grzyby po deszczu. Nie nadążam ich niszczyć ;-) Na szczęście tutaj nie było trudno go ominąć. Ścieżka za nim była w miarę równa, ale wiadomo, że po takim czymś jedzie się zdecydowanie wolniej. Łatwo zgubić plombę na na przykład wystających korzeniach. Średnia spadła nam z 14-stu, do 10-ciu km/h. W lesie było całkiem przyjemnie. Wysokie drzewa, skutecznie osłaniały nas od palącego słońca. Co jakiś czas, mijaliśmy ogromne „pola” jagód, które jeszcze nie były dokładnie przetrzebione przez miejscowych zbieraczy. Kilometr przed granicami Goleniowa, skończyła się Puszcza, a nasza trasa, prowadziła przez jakieś polany. Chyba nikt dawno tamtędy nie jechał, ponieważ musieliśmy przedzierać się przez ponad metrowe trawy i chaszcze, z których co chwilę wpadały mi do „kabiny” jakieś obleśne robale. Bleee! Na szczęście, kilkaset metrów dalej, pojawiły się jakieś zabudowania i ścieżka była już coraz bardziej ucywilizowana. Minęliśmy małą stajnie, przejechaliśmy przez przejazd kolejowy i znaleźliśmy się w Goleniowie na ulicy Żeromskiego. Przemknęliśmy przez nią w mgnieniu oka, mijając jeden domek, za drugim. Dotarliśmy do ulicy Norwida. Tam, żeby od razu za bardzo się nie rozpieszczać, wskoczyłem na zdezelowany chodnik, którym dolecieliśmy aż do stacji benzynowej na wylocie z miasta. Można powiedzieć, że cel został osiągnięty – Goleniów zdobyty. Teraz zostało nam tylko dokończyć pętlę i wrócić na nasz lotniskowiec, zacumowany w Kliniskach Wielkich. Opuściliśmy Goleniów, jednym z głównych wylotów z miasteczka. Po kilku minutach, doturlaliśmy się do drogi nr 3. Na rondzie skręciliśmy w lewo, przejechaliśmy pod wiaduktem, jak zwykle przepełnionej w niedzielę o tej porze „trójki” i dalej udaliśmy się lokalną drogą w kierunku Dobroszyna. Jechało się bardzo przyjemnie. Droga była świeżo po remoncie, a ruch był naprawdę znikomy. Żałowałem tylko, że nie zabrałem ze sobą ipod’a, który mógłby mi uprzyjemnić nudną, aczkolwiek szybką jazdę. Za Dobroszynem przemknęliśmy przez Rurzyce i kilkanaście minut później, byliśmy już w Kliniskach. Nasza przyczepa stała w tym samym miejscu, w którym ją zostawiliśmy… Nową trasę, którą dzisiaj pokonaliśmy, mogę spokojnie dodać do „ulubionych”. Może kiedyś uda mi się ją pokonać prosto z domu. Dzisiaj przejechałem 32 kilometry. Średnia, mimo „zatoru” w Puszczy, była całkiem niezła, bo wyniosła 13,8 km/h. Nawet upał nie był w stanie uprzykrzyć mi dzisiejszej eskapady…

9.08.2009r. – niedziela

GLINNA

Dziś zaliczyłem kolejny dłuższy wypad w nieznane. Tym razem z osiedla Bukowego, gdzie jak zwykle dojechaliśmy samochodem, pojechaliśmy do Glinnej. W tej właśnie miejscowości mieści się „znany” Ogród Dendrologiczny. Trasa była dzisiaj bardzo zróżnicowana, od drogi żużlowej, przez piaszczysto-błotne ścieżki leśne i kocie łby, aż do asfaltu „first class”. Dla pedałującej części ekipy, najcięższy był chyba początkowy etap wycieczki, czyli odcinek Szczecin-Kołowo. Trzeba tam nieźle się na wiosłować, żeby wspiąć się na ten najwyższy punk w okolicy. Ja osobiście nie odczułem żadnego zmęczenia, ale za to akumulatory w SuperFour’ze lekko dostały w kość i wymagały odpalenia silnika… Puszcza Bukowa, jak zawsze robiła na mnie piorunujące wrażenie. Kiedy doczłapaliśmy już na szczyt, niedaleko wieży telewizyjnej w Kołowie, po krótkiej pauzie polecieliśmy dalej asfaltową drogą. Do głównego celu dzisiejszej ekspedycji jechaliśmy kierując się nosem. Glinna jest na południe od miejsca naszego startu, więc tam właśnie podążaliśmy. Po niecałym kilometrze, byliśmy w wiosce Kołowo. Byłem tam po raz pierwszy. Kolejny etap podróży, był zupełną eksploracją nieznanych, dziewiczych terenów. Przemknęliśmy przez opustoszałe Kołowo, aż dojechaliśmy do leśniczówki. Zrobiliśmy kolejną przerwę przy tablicy informacyjnej Rezerwatu Przyrody – Kołowskie Parowy im. Józefa Lewandowskiego. Rezerwat jest częścią Puszczy Bukowej…

Od leśniczówki jeszcze jakiś kilometr śmigaliśmy asfaltem, aż do skrzyżowania. Rzuciłem okiem na mapę, sprawdziłem naszą pozycję na mojej Nokii Navigator i zdecydowałem udać się na południe drogą prosto w las. Muszę przyznać, że ścieżka, którą wybrałem, nie była najlepszym trafem… Na początku prezentowała się elegancko – szeroka, sucha i równa. No i szeroka była prawie do końca. Sucha w przeważającej części też, ale równa była tylko i wyłącznie przez pierwsze 250 metrów… Ubite, piaszczyste podłoże zamieniło się w tragiczne, wystające kocie łby. SuperFour jakoś dawał sobie radę, ale ja po kilku minutach jazdy po nierównych kamieniach miałem już wszystkiego dosyć. Czułem w sobie każdą nawet najmniejszą kostkę. Mięśnie brzucha tak mi się napinały, że miałem wrażenie, że zaraz rozerwie mnie coś od środka. Cały czas, chociaż połową mojej furmanki, próbowałem jechać poboczem, ale nie zawsze mi się to udawało. Im wolniej się posuwałem, tym gorzej mną telepało…

Ta męczarnia skończyła się dopiero po czterech kilometrach, jak wreszcie dotarliśmy do Glinnej. Pokonanie tego odcinka zajęło nam około 45 minut. Aż dziwne, że nic nie odpadło z SuperFour’a, ani jedna śrubka… Przynajmniej jedno jest pewne – nigdy więcej nie pojadę tamtą brukowaną drogą, NO FUCKING WAY! Na końcu tego odcinka specjalnego wjechaliśmy na drogę nr 120, którą przejechaliśmy przez całą Glinną. Było to zaledwie 500 metrów, poczym skręciliśmy w lewo w kierunku Ogrodu Dendrologicznego. Ponownie wjechaliśmy w las, trochę się bałem, żeby znowu nie natknąć się na wertepy, których miałem już po dziurki w nosie. Niestety, kocie łby wróciły na kolejne kilkaset metrów. Na końcu miejscowości odwiedziliśmy niemiecki cmentarz wojenny – Stare Czarnowo. Następnie na krzyżówce udaliśmy się w lewo i po kilku minutach byliśmy już przy Ogrodzie. Na chwilę się tam zatrzymaliśmy, żeby przejść po ścieżce dydaktycznej, kierowanej do dzieci w wieku 3-10 lat ;-) Teraz przynajmniej wiem, jakie ślady zostawia żubr, bóbr, a nawet łoś… Było już późno, więc po kwadransie ruszyliśmy dalej. 250 metrów za Ogrodem Dendrologicznym pożegnaliśmy kocie łby, które znienawidziłem po dzisiejszej wycieczce na zawsze. Wszystkie krzywdy wynagrodziła mi droga powrotna. Przez przypadek trafiliśmy na nową ścieżkę leśną dla pieszych i rowerów, świeżo sfinansowaną ze środków niezastąpionej Unii Europejskiej. Szkoda, że nie wiedzieliśmy o niej wcześnie, bo wtedy ominęlibyśmy ten felerny odcinek. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jechało się po tej ścieżce, a właściwie drodze, całkiem sympatycznie. Była ona bardzo kręta i dosyć stroma. Dookoła oczywiście same buki. Muszę przyznać, że ten fragment trasy, był bardzo fotogeniczny. Chyba już wiem gdzie rozpocznę zdjęcia do mojego filmu… Po trzech kilometrach dotarliśmy z powrotem do Kołowa i stamtąd wracaliśmy do Szczecina tym samym szlakiem co zawsze. Pozwoliłem sobie na chwilę szaleństwa i wjechałem na niedawno skoszone pole…

Chciałem „narysować” tam znaki, ale jakoś mi to nie wychodziło. Rola rolnika bardzo mi się spodobała. Gdyby dało się podczepić do SuperFour’a pług, heder, czy bronę, mógłby nawet popracować na polu… Kalosze i kufajka też by się znalazły ;-) Po sesji zdjęciowej wróciliśmy na drogę i polecieliśmy w Puszcze. 3-4 kilometry zjazdu i byliśmy na osiedlu Bukowym. Odległość jaką dzisiaj pokonaliśmy była przyzwoita – 27 kilometrów. Ale czas był fatalny. Wszystko przez ten poniemiecki bruk… Omijając tamten odcinek, można zaliczyć całkiem fajną przejażdżkę, na której nie ma praktycznie ruchu, a widoki i krajobrazy są naprawdę wysokiej klasy. Polecam!

———————————————-

W następnym tygodniu również miałem zakrojone plany na szeroką skalę. Niestety mój rumak załapał infekcję i wszystko legło w gruzach. Pierwsze objawy dało się zauważyć już w poniedziałek, kiedy to udałem się z Rafałem na pobliską stację benzynową, żeby go zatankować. Gdy jechałem przez Dąbie ulicą Jugosłowiańską i skręciłem w prostopadłą Chorwacką, nagle coś zgrzytnęło w przednim lewym kole i pojazd zatrzymał się na środku skrzyżowania, włączając światła awaryjne i pipcząc trzykrotnie beep-beep-beep. Marne pocieszenie, ale dobre i to, bo gdyby podobna sytuacja wydarzyła się po ciemku, ktoś mógłby mnie nie zauważyć i najzwyczajniej w świecie we mnie wjechać… Zrestartowaliśmy SuperFour’a i wszystko wróciło do normy. Po powrocie do domu spróbowałem ponownie ostro skręcić w lewo i gdy wykonałem taki manewr z prędkością 15-tu km/h, wóz znowu odmówił posłuszeństwa i stanął :-( Powtórzyłem jeszcze kilka razy taki test i zawsze, kiedy skręcałem w lewo jadąc ponad 9 km/h, było to samo – beep-beep-beep… Wieczorem – z pomocą mojej kuzynki Asi – wysłałem maila do Thomasa Kaliebe ze zgłoszeniem reklamacji. Na marginesie mówiąc, drugiej w przeciągu dwóch miesięcy… Odpisał, że będzie w Greifswaldzie dopiero za półtora tygodnia i dopiero wtedy zbada sprawę… W kolejnych dniach, również jeździliśmy z Rafałem po okolicy, z tym że unikałem zakrętów w lewo. Chciałem nawet udać się z nim do Puszczy Bukowej, ale 5 kilometrów od domu (osiedle Słoneczne), SuperFour ujawnił nowe objawy infekcji i musieliśmy zawrócić. Podczas normalnej jazdy do przodu, skręcał samoczynnie przez ułamek sekundy, raz w jedną, raz w drugą stronę. Nie były to jakieś duże odchyły, ale było to dość niebezpieczne, szczególnie na ruchliwej drodze. Nawet gdy stał w miejscu i nikt nie trzymał joysticka, koła same z siebie drgały w oba kierunki – taki „SuperFour Dance” ;-) Moja miłość do bolidu, była na tyle silna, że nawet to nie było w stanie powstrzymać mnie przed jeżdżeniem po okolicy. Poza tym pierwsze 2-3 km każdego dnia sprawiał wrażenie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Niestety usterka z dnia na dzień, była coraz bardziej uciążliwa i 17-tego sierpnia przestałem go dobijać. Czekanie na naprawę było strasznie irytujące, tym bardziej że pogoda za oknem była wprost wymarzona na wypady w plener…

27.08.2009r. – czwartek

MIEDWIE

Przedwczoraj mój pojazd nareszcie wrócił z serwisu i według Thomasa, wszystko miało być ok. Nie do końca go zrozumieliśmy, ale w każdym bądź razie szprechał, że coś tam poczyścił i teraz już jest dobrze. Mówił, że odbył nawet jazdę próbną i nie zauważył żadnych problemów z prowadzeniem mojego SuperFour’a. Mimo wszystko jakoś nie wierzyłem w te jego zapewnienia. Miałem dziwne przeczucie, że chyba mój rumak szybciej wróci do „szpitala”, niż miało to miejsce poprzednim razem…

Żeby sprawdzić, czy rzeczywiście mój wóz jest już w pełni sprawny, musiałem zaliczyć jakiś test-drive. Większość z Was zrobiłaby to koło domu, ale nie ja… Jak testować, to testować! Przygotowaliśmy się z Rafałem na prawdziwą, całodniową wyprawę. Przez awarię SuperFour’a straciłem ponad dwa tygodnie, dlatego żeby zacząć to nadrabiać, wybrałem pionierską trasę nad jezioro Miedwie, które zajmuje drugie miejsce w województwie zachodniopomorskim i piąte w Polsce pod względem wielkości. Położone jest na południowy-wschód od Szczecina, 5 kilometrów na zachód od Stargardu Szczecińskiego. Plan był prosty – jedziemy nad jezioro, rozbijamy się na plaży, jemy obiad i około 16-tej zwijamy się do bazy. Dodatkowo, jak starczy nam czasu, to chciałem odwiedzić niemiecki poligon doświadczalny, którego pozostałości są podobno gdzieś nad Miedwiem… Nad jeziorem jest sporo jadłodajni, ale my nie chcieliśmy iść na łatwiznę i zabraliśmy ze sobą „kuchnię polową”. Jako że pomysł wyjazdu powstał dwie godziny przed startem, postanowiliśmy zrobić na miejscu jajecznicę, ponieważ w lodówce z rzeczy nadających się do przyrządzenia na plaży znaleźliśmy tylko jajka. Przygotowania do wyprawy, zajęły nam ponad godzinę, ale przynajmniej wszystko było dopięte na ostatni guzik. No może z wyjątkiem tego, że zapomnieliśmy wziąć ze sobą aparatu fotograficznego… Wyruszyliśmy około 11-tej. Po dwóch minutach byliśmy już na ulicy Tczewskiej, którą dotarliśmy do Wielgowa. Tam skręciliśmy w prawo i ulicą Bałtycką polecieliśmy w kierunku szpitala w Zdunowie. Potem wpadliśmy do lasu i znaną nam trasą, dojechaliśmy do Niedźwiedzia, a później do Reptowa, gdzie pracuje mój tata, który dzisiaj także wybrał się do Reptowa rowerem. Kiedy mijaliśmy jego firmę, pomyśleliśmy nawet, żeby go odwiedzić, ale tak dobrze nam szło, że nie chcieliśmy wybijać się z rytmu. Cały ten odcinek z domu, zajął nam niewiele ponad godzinę – 16 kilometrów mieliśmy już za sobą. Dalej niestety skończył się asfalt i ponownie znaleźliśmy się w lesie na piaszczystej drodze z pasem trawy na środku. Po kilkunastu minutach pożegnaliśmy się z drzewami i wjechaliśmy w żółte, wysuszone pola… Nagle ścieżka zamieniła się w jezdnię. Był to nowy wiadukt nad świeżo ukończoną obwodnicą Kobylanki, drogą nr 10. Niestety 150 metrów dalej asfalt się skończył i znowu musiałem trochę zwolnić. Na horyzoncie było już widać domy w Morzyczynie. Po trzech minutach dotarliśmy do starej „dziesiątki”, przelecieliśmy na drugą stronę ulicy i włączyliśmy się do ścieżki rowerowej, która biegła w rowie, wzdłuż głównej trasy w kierunku Stargardu. Dubaj to to nie był. Jej jakość i styl odbiegał od wszystkich norm, z jakimi spotkałem się dotychczas. Co kilkadziesiąt metrów zmieniała się nawierzchnia na ścieżce. Było tam wszystkiego po trochu – kostka brukowa, płytki chodnikowe kwadratowe, płytki chodnikowe ośmiokątne, a nawet betonowe płyty z wystającymi drutami. Do tego, co jakiś czas, szlak rowerowy przecinały drogi dojazdowe do posesji. Prawie każda z nich, była położona 20-30 centymetrów wyżej od ścieżki, przez co, co chwilę miałem darmową wyskocznie ;-) Kiedy tak gnaliśmy jak na BMX-ach po skateparku, minęło nas czarne Volvo, które zatrzymało się na poboczu i wysiadł z niego… mój tata. Trochę był zdziwiony widząc nas jadąc do Stargardu. Minę miał niezłą… Ucięliśmy sobie krótką pogawędkę, jak globtroterzy z globtroterem na temat dzisiejszej wycieczki i ruszyliśmy dalej. Cel był już tuż tuż. Kiedy ta paskudna ścieżka rowerowa zamieniła się w równiusieńki asfalt, my zjechaliśmy z niej w prawo, w kierunku plaży. Nagle, nie wiadomo skąd, pojawiły się tłumy, prawie jak na Miami Beach. Spodziewaliśmy się z Rafałem ludzi, ale ich ilość przekroczyła nasze najśmielsze oczekiwania i to kilkakrotnie. Przelecieliśmy wzdłuż pełnego parkingu w stronę promenady, która biegnie nad brzegiem jeziora. Na marginesie mówiąc, to już tam dawało się odczuć nerwową atmosferę plażowiczów, którzy wyzywając się od ch…..w i kut…..w, walczyli o wolne miejsce do zaparkowania. Mieliśmy niezły ubaw, chyba byliśmy najbardziej wyluzowanymi ludźmi w promieniu kilku kilometrów. Dodatkowo bardzo rozbawił nas znak zakazu wjazdu quad’ów, który wyglądał mniej więcej tak:

Jakoś nie zniechęciło nas to i z uśmiechem od ucha do ucha, kontynuowaliśmy nasz genialny plan ;-) Po promenadzie, a właściwie deptaku, jechało się świetnie. Wszyscy ze strachu odskakiwali na boki, jak w początkowej scenie filmu „Transporter”, tylko że tam było Monte Carlo, Lazurowe Wybrzeże i BMW 750, a tutaj Morzyczyn, jezioro Miedwie i SuperFour :-) 5 minut później dotarliśmy do końca cywilizowanej plaży. Postanowiliśmy pojechać jeszcze kawałek dalej, żeby odnaleźć ten niemiecki poligon doświadczalny, gdzie testowano m.in. torpedy. Leśna dróżka była mało przyjazna. Porysowałem sobie karoserie, zgubiłem magnez od licznika prędkości, a poligonu i tak nie odszukaliśmy. Może następnym razem… Wróciliśmy na plażę, żeby rozbić obozowisko. Gdy ponownie wjechaliśmy w tłum, czułem się jak pod ostrzałem. Wszyscy patrzyli się na mnie, jakby nie mieli nic ciekawszego do roboty. Prawdę mówiąc, to nie mieli, bo co można robić na plaży? Leząc plackiem i opalać plecy? Zatrzymaliśmy się na piasku wśród połowy mieszkańców Stargardu, ale po chwili nie mogłem znieść popularności i postanowiłem znaleźć jakieś bardziej intymne miejsce. Straciliśmy przez to kilka minut, ale w końcu wyczailiśmy przyzwoita miejscówkę, w sam raz na piknik. 20 metrów za plecami mieliśmy półtorametrową stertę łajna, najprawdopodobniej krowiego lub końskiego. 25 metrów dalej były jeszcze trzy takie ubite górki… Teraz już wiecie czemu nikogo tam nie było ;-) Ale szczerze muszę przyznać, że w ogóle nie odczuwaliśmy żadnego dyskomfortu z tego powodu. Zaparkowałem 2 metry od brzegu, oczywiście przodem do wody. Wszystko dookoła było otoczone drzewami, wiec klimatyzacje w postaci cienia, mieliśmy zapewnioną. Koło nas rosła ogromna wierzba, która prawie leżała na tafli jeziora. Rafał na niej usiadł i relaksowaliśmy się obserwując okolice… Po kwadransie błogiego lenistwa, zabraliśmy się za obiad. Zaczęliśmy od wypakowania sakwy wypełnionej po brzegi sprzętem kuchennym. Na początku sprawdziliśmy, czy jajka są cale, a następnie uzbroiliśmy kuchenkę turystyczną w butle z gazem. Do przyrządzenia jajecznicy potrzebowaliśmy jeszcze zapalniczki, patelni, silikonowej łopatki, oliwy z oliwek, soli i pieprzu. Rafał odpalił sprzęt i po dwóch minutach „obiad” był gotowy. Mieliśmy przy sobie jednorazowe talerzyki, ale nie ma jak jajecznica prosto z patelni. Zrobiliśmy tylko podstawkę z gałęzi pod gorącą patelnie i mogliśmy siadać „do stołu”. Nie mogło zabraknąć świeżego chlebka. Ja mimo tego, że byliśmy na dworze, z dala od paparazzich, starałem się jeść z kulturką – tzn. za pomocą plastikowego widelca, a „Makłowicz” nałożył sobie jajecznice łopatką na kromkę chleba i pożarł wszystko w oka mgnieniu. Mi zajęło to troszeczkę więcej… Po obiedzie, kontynuowaliśmy relaks. W międzyczasie, w naszą okolice podpłynęła policyjna motorówka. Zatrzymali się 30-40 metrów od nas. Jeden z policjantów wyciągnął lornetkę, poczym zamiast obserwować kąpiących się plażowiczów, gapił się na mnie, a właściwie na mój wóz przez ładnych parę minut. Dopiero kiedy zaczęliśmy krzyczeć w jego stronę, żeby wziął się do roboty, odłożył sprzęt obserwacyjny i łódka odpłynęła w siną dal. Około 16-tej zwinęliśmy obóz i opuściliśmy kąpielisko. Piaszczystą drogą pomiędzy domkami letniskowymi doturlaliśmy się do głównej trasy – starej „dziesiątki”. Odpuściliśmy sobie tą tragiczną ścieżkę rowerową i dalej pojechaliśmy jezdnią w kierunku Kobylanki. Przez cały ten odcinek, aż do zjazdu na Reptowo, towarzyszyła nam ogromna koleina, która prowadziła SuperFour’a, jak szyny lokomotywę… Po kilkunastu minutach byliśmy już w Reptowie. Koło remizy strażackiej skręciliśmy w lewo i stamtąd kontynuowaliśmy powrót tym samym szlakiem, którym przyjechaliśmy rano. Chwilę później przelecieliśmy przez wioskę Niedźwiedź i wjechaliśmy w las. Po pięciu kilometrach byliśmy koło szpitala w Zdunowie. Przez Wielgowo jechało się bez żadnych zewnętrznych zakłóceń, z tym że znowu zacząłem odczuwać lekkie, niekontrolowane skręty mojego bolidu. Trochę się tym zmartwiłem, ale mimo wszystko ciąłem dalej przed siebie. Została nam jeszcze do pokonania ulica Tczewska, która łączy dwie dzielnice Szczecina – Wielgowo z Dąbiem. Przez około cztery kilometry biegnie ona przez las, po drodze nie ma żadnych zabudowań, z wyjątkiem przystanków autobusowych. Właśnie na jednym z nich, zrobiliśmy sobie ostatnią przerwę przed metą. Kiedy tak staliśmy, w lusterku, moją uwagę zwróciło pulsujące światło. Była to lampka rowerowa… Im kolarz był bliżej nas, tym więcej było widać szczegółów… Czerwony góral obładowany wielką sakwą i torbą na laptopa, prowadzony był przez osobę w kasku z lekką nadwagą. Mogła to być tylko jedna osoba… mój tata ;-) Właśnie wracał z pracy… Zatrzymał się przy nas, łyknął napój izotoniczny i pojechał dalej. Nie było sensu go gonić, ponieważ jak powszechnie wiadomo, mój wózek ma „elektroniczną blokadę prędkości” i choćbym chciał, na prostej nie wyciągnę więcej niż 16 km/h, tym bardziej z kuchnią polową na pokładzie. A mój tata, dzięki swojej masie, mógłby śmiało bić rekordy prędkości zjeżdżając z górki ;-) Wystartowaliśmy zaraz po nim i przed 18-tą byliśmy w domu… Dzisiejszy wypad w plener zaliczam do bardzo udanych. Przejechaliśmy ponad 46 kilometrów i w ogóle nie byliśmy zmęczeni. Widocznie forma wypracowana w Świeradowie nadal się mnie trzyma, mimo dwutygodniowej przerwy w jazdach… Dodatkowym atutem dzisiejszej wycieczki, był samodzielnie przyrządzony posiłek na łonie natury. Co prawda jajka były ze sklepu, ale następnym razem spróbujemy coś upolować, żeby być bardziej autentycznymi globtroterami ;-) Mam nadzieję, że nie umrzemy z głodu… Najgorzej, że SuperFour znowu zaczął szwankować i po raz kolejny muszę zgłosić się do serwisu Otto Bock’a…

***** Tekst utworzony 11.03.2011r. *****