Miesięczne archiwum: Czerwiec 2010

Świnoujście 2010 III – dzień 3. – Kawa w Ückeritz…


***** Tekst utworzony 10.04.2011r. *****

Muszę przyznać, że ktoś mądry układał terminarz… Dzisiaj i jutro nie ma meczy, więc dla prawdziwego kibica dzień stracony, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Za to możemy pojechać gdzieś dalej… Co prawda planowaliśmy wyruszyć trochę wcześniej, ale udało nam się dopiero o 12:30. Dzisiaj umówiliśmy się, że jedziemy trasą w kierunku Peenemünde do godziny 15-tej i gdy na moim czasomierzu wybije trzecia, wracamy tą samą drogą do bazy… Już koło granicy zaczęły się przygody… Dwóch „biznesmenów” sprzedających na chodniku papierosy, stanęli jak wryci z otwartymi gębami i jeden zawołał do drugiego dosłownie tak – Ty, pacz jakie on ma rence! Chyba po raz pierwszy widzieli ufoludka ;-) Do Bansin jechało się jak zawsze z pełną kulturką. Im więcej rowerów na trasie, tym większa zabawa… W Bansin zjechaliśmy z promenady i udaliśmy się do już słynnej z poprzednich wypraw 111-stki. Niestety na chwilkę skończyła się ścieżka rowerowa i przez ponad kilometr poruszaliśmy się po jezdni. Po drodze minęliśmy małe centrum handlowe. Dalej mama przez dobre 500 metrów hamowała ruch na głównej ulicy kurortu… Był tam dosyć stromy i długi podjazd, a ona zamiast zjechać na chodnik, twardo grzała pod górę prawym pasem Seestrasse… 5km/h. Droga była kręta i wąska. Na całym tym odcinku, dzielna kolarka miała za plecami miejscowy autobus UBB, a za nim ze dwadzieścia innych samochodów… Poczekałem na nią koło Lidla, poczym przejechaliśmy na drugą stronę ruchliwej B111 i polecieliśmy ścieżką rowerową do Ückeritz…

Zatrzymaliśmy się po drodze kilka razy w celu zrobienia fotek. Autostrada rowerowa to najlepsze określenie całego tego infrastrukturalnego majstersztyku. Szybko, sprawnie i co najważniejsze – bezpiecznie…

Z tej ekspresowej trasy zboczyliśmy dopiero za Ückeritz. Mama uparła się, żebyśmy odwiedzili obwoźne, znaczy mobilne Muzeum Chińskiej Armii Terakotowej. Gdy podjechaliśmy pod ten całkiem spory namiot, wybiegła z niego jakaś przerażona baba. Był to bramkarz, kasjer i kustosz w jednej osobie. Myślała, że chcę się tam władować na silniku spalinowy, żeby zatruć spalinami jej drogocenne eksponaty i zagłuszyć ekspresyjną chińską muzykę (rzępolenie) moim terkoczącym klekotem. Kiedy pokazaliśmy jej, że mam również napęd „ekologiczny”, wytrzeszczyła wytrzeszczone już oczy, podniosła do góry brwi i dodała – Alzu… Niestety, a może i na całe szczęście, nie zmieściłem się moim czołgiem do środka. Zabrakło dosłownie kilku centymetrów. Mama nie chciała iść sama, więc jako że była już 15-ta, pojechaliśmy lokalną drogą do mariny nad Zalewem – oczywiście w Ückeritz – tam, gdzie niecały miesiąc temu mieliśmy małą sprzeczkę ;-) Znaleźliśmy kawiarnię, gdzie zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę…

Na miejscu strzeliliśmy cafe latte i Schokokuchen – w zestawie taniej ;-) Zajęło nam (mi) to jak zwykle prawie godzinę. Ale jak wiadomo – szczęśliwi czasu nie liczą! Podczas tej przerwy obiadowej, koło nas jakiś Helmut w wieku dinozaura, walczył ze swoją deską surfingową i próbował złożyć żagiel… Jak ja skończyłem jeść, to on skończył składanie swojego sprzętu i zaczął szkolić jakieś babcie, jak złożyć ich dechy. Wyglądało to naprawdę komicznie… Na koniec rzut oka na Zalew Szczeciński i cała naprzód do bazy…

Na początku jechaliśmy skrótem, który odkryliśmy 3 tygodnie temu dzięki mojej wpadce. Żużel był trochę dziurawy, ale za to widoki były dużo przyjemniejsze i mniej monotonne, niż na szlaku wzdłuż 111-tki…

Po kilku minutach dotarliśmy do kolejnej mariny pełnej małych żaglówek i wjechaliśmy w wysoki bukowy las. Tamta okolica/dzielnica to Neu Pudagla…

Kiedy dojechaliśmy do B111, podłączyliśmy się do „autostrady” i dalej wracaliśmy tą samą drogą, którą zasuwaliśmy dwie godziny wcześniej. Zrobiliśmy sobie przerwę na zakupy we wspomnianym już dzisiaj Lidlu w Bansin. Mama kupiła niezbędne produkty do dalszego funkcjonowania naszej jednostki bojowej, czyli banany i tabletki do zmywarki ;-) Teraz już tylko pozostało nam polecieć ulicą Seestrasse w dół, aż do samej promenady nad Bałtykiem i tam włączyć się w szlak rowerowy prowadzący prosto do naszego hotelu… Kiedy czekałem kawałek przed Heringsdorfem, aż mama otworzy, a właściwie podniesie barierkę, która blokowała mi wjazd na ścieżkę rowerową, wyprzedził mnie czarny, ekstremalny góral prowadzony przez albinosa, uzbrojonego po zęby… Miał na sobie pas monterski wypełniony po brzegi najróżniejszymi narzędziami. Były to śrubokręty, klucze, imbusy… Najbardziej rzucała się w oczy cygańska broń masowego rażenia – młotek oraz siekierka. Przy barierce zahamował z piskiem opon, wyrywając przy tym masę białych kamyczków tworzących nawierzchnię, poczym dosłownie rzucił swój masywny rower na żywopłot i w stylu Johna Rambo podniósł całą barierkę na półtora metra do góry i odłożył ją na krzaki… Podziękowałem mu skinieniem głowy, a on odwzajemnił mój gest machnięciem ręki. Gostek chyba nie wiedział, że mama jest ze mną, więc śledził mnie aż do następnej blokady przez jakieś dwa kilometry. Przez cały czas siedział mi na tylnym kole, pedałując na stojąco bez użycia siodełka… Lecieliśmy jak konwój z prezydentem, wyprzedzając dosłownie wszystkich. Na czele kolumny jechałem oczywiście ja, pół metra za mną albinos, a 5 metrów za nim mama, która miała największe problemy z utrzymaniem stałej prędkości 16,9 km/h. Przy ostatniej blokadzie na trasie, poradziłem sobie bez pomocy zaliczając pobocze i wjeżdżając dwoma kołami na trawnik. Jak Rambo zobaczył, że pokonałem barykadę samodzielnie, to od razu wyprzedził mnie z niespotykaną na tej ścieżce prędkością ponad trzydziestu na godzinę i pognał dalej przed siebie… Dzięki ziom! Chyba miał praktyki jako asystent ;-) W Ahlbecku na końcu cywilizowanej promenady zrobiliśmy ostatnią pauzę. Gdy miałem już ruszyć, spojrzałem w lusterko i czekałem aż przejedzie ostatni rozpędzony rower. W tym czasie przed nosem przez drogę przebiegł czarny kot. Cyklista będący metr z tyłu, na widok pechowego stworzenia momentalnie się zatrzymał i puścił mnie przodem, poczym od razu wystartował za mną. A ja myślałem, że to ja jestem przesadny… W ogromnym skupieniu i napięciu dojechałem do Świnoujścia. Kiedy dojeżdżaliśmy wydmami do ulicy Bałtyckiej, jakby specjalnie, czekało tam na mnie dwóch orłów ze straży miejskiej. Na widok pędzącego po chodniku quada z szybką, zatrzymali radiowóz na środku skrzyżowania i liczyli, że zaraz będzie potrzebny bloczek mandatowy… Byli gotowi do interwencji i zwrócenia mi uwagi, że pruję po deptaku z nadmierną prędkością. Gdy byłem już 20 metrów od nich, jeden wygramolił się z kabaryny, nałożył czapeczkę z daszkiem i zaczął zmierzać w moim kierunku. Gdy tylko zobaczył mnie z bliska i wyczuł, że nie mam najmniejszego zamiaru „zdjąć nogi z gazu”, zszedł na pobocze i odpuścił sobie kontrolę, poczym z powrotem schował się do budy – Skody Octavii. Pewnie poznali mnie z telewizji i nie mieli śmiałości poprosić o autograf ;-) Kilka minut później byliśmy w Avangardzie. Była 17:45, komputer pokładowy naliczył 41 kilometrów – nie za dużo, nie za mało, w sam raz. Tym razem czarny kot nie przyniósł pecha… Over.

***** Tekst utworzony 10.04.2011r. *****

Świnoujście 2010 III – dzień 2. – Będzie dobrze…


***** Tekst utworzony 10.04.2011r. *****

Po śniadaniu zadzwonił do mnie tata i poinformował mnie, że Kaliebe jest out i już tam nie pracuję, ale jest stary majster, który przejął jego działkę. Ta dioda się zapala „podobno” w celu przypomnieniu o corocznym przeglądzie. Ale dzisiaj i tak nigdzie nie jedziemy, już wczoraj zmieniliśmy plany. Aktualne hasło na dziś to „plaża i mecze”. Bez odbioru.

***** Tekst utworzony 10.04.2011r. *****

Świnoujście 2010 III – dzień 1. – Szejk w Bansin…


***** Tekst utworzony 10.04.2011r. *****

Od wczoraj jestem z mamą w Świnoujściu. Stacjonujemy, tak jak poprzednim razem w Avangard, tylko że trzy tygodnie temu byliśmy w Panoramie, a teraz jesteśmy w Parku – tak nazywa się sąsiedni apartamentowiec. Teraz mamy parking pod nosem, ale za to do restauracji trzeba kawałek podejść… Wybraliśmy apartament numer 145, na samej górze – czwarte piętro. Niektórzy powiedzą, że już mi woda sodowa odbiła do głowy, ale w naszym pokoju można by śmiało kręcić nowe odcinki Alternatyw… Drewniane żaluzje się nie zwijają, ani nie rozwijają, po prostu stoją sobie w połowie i nic z nimi nie można zrobić. Drzwi balkonowe się nie domykają, no chyba, że do ich zamknięcia użyje się ciężaru całego ciała. Do tego ktoś podprowadził czajnik, połowę kompletu sztućców i filetową narzutę na łóżko… Od razu to zgłosiliśmy, żeby potem nie było na nas… Grzejnik na zero grzeje jak najęty, natomiast na piątce się wyłącza. Główne drzwi wejściowe się nie domykają, ponieważ za każdym razem włącza się blokada… Wszystkie usterki mógłbym wymieniać jeszcze przez kilka wersów, ale nie będę się już więcej pastwić nad moim ULUBIONYM hotelem w całym województwie, a może i nawet w całej Polsce. Najważniejsze, że jest duży telewizor, na którym można oglądać mistrzostwa w RPA. Jakby komuś 42’ nie wystarczyły, może przenieść się na dół do pubu, gdzie wyświetlają wszystkie mecze na ogromnym ekranie z rzutnika. Nie byłbym sobą, gdybym się nie przyczepił i nie wytkną, że niestety, ale HD to to nie jest ;-) Muszę tylko pamiętać, że oglądanie Mundialu, to nie nasz główny cel pobytu na Wyspie Uznam. Przyjechaliśmy tu w końcu „katać” naszymi furami po kozackich szlakach rowerowych! Prognozy pogody są do tego wprost wymarzone, temperatura ma dochodzić do 30°C – nic, tylko śmigać… Ze względu na mecz Holandia-Słowacja, dzisiejsze jazdy zaczęliśmy już po 11-tej. Zaskoczeni, co? :-) Plan był rekreacyjny i mało ambitny: Świnoujście-Bansin-sklep-Świnoujście. Do najdalszego punktu wycieczki – Bansin – dotarliśmy błyskawicznie. Praktycznie cały czas przemieszczaliśmy się wzdłuż linii brzegowej, moją ulubioną trasą… Byłoby jeszcze szybciej, gdyby na ścieżce jeździło mniej rowerów, albo poruszaliby się troszeczkę szybciej. A tak Helmuty wleką się jakby bali się, że wiatr popsuje im fryzury… Ale z drugiej strony, swoim tempem, fundują mi znakomitą zabawę. Już poprzednim razem bardzo polubiłem ich wyprzedzanie, ale teraz podoba mi się to jeszcze bardziej… To całe wymijanie rowerów poruszających się w iście emeryckim tempie, tak mnie wciągnęło, że gdy rozpracowałem jedną z takich grupek maruderów (około 5-ciu rowerów) i zauważyłem, że przede mną nie ma kolejnych klientów do wyprzedzenia, zatrzymałem się na poboczu udając, że spoglądam na mapę, poczekałem aż ci z tyłu będą z przodu, poczym z precyzją i refleksem kierowcy rajdowego „upokorzyłem” ich po raz drugi :-) W słońcu było upalnie, a za to w cieniu można było zmarznąć… W drodze powrotnej, na promenadzie w Bansin, zrobiliśmy sobie przerwę we włoskiej kawiarni. Znalazłem jedno miejsce pod parasolem, gdzie udało mi się zaparkować moją półtonową ciężarówką. Po chwili podszedł do nas dziadkowaty jegomość, który wyglądał na pensjonariusza domu starców, a tak naprawdę był… kelnerem. Ze słuchem i wzrokiem nie było u niego najlepiej, ponieważ rozmawialiśmy z mamą po polsku, za moimi plecami powiewała biało-czerwona flaga przyczepiona do mojego pojazdu, a on wziął nas za Włochów… Zamówiliśmy u niego w języku międzynarodowym, to znaczy wskazując palcem na obrazek, szejka bananowego. Po kilku minutach otrzymaliśmy solidną, ogromną szklanicę. Wypicie tej gęstej, przepysznej mikstury zajęło mi prawie godzinę, a i tak mama musiała mi pomóc z końcówką… Następnie około godziny 14-tej wyruszyliśmy w kierunku Ahlbecku, na zakupy do SKY’a. Po dwudziestu minutach bezkompromisowej jazdy na najwyższych obrotach, byliśmy na miejscu. Na parkingu prawie każdy samochód miał przyczepioną niemiecką flagę. W końcu mistrzostwa… Tata też zamówił u nas takie coś, ale już na szczęście nie było. Mama kupiła tylko słodycze… Była już 14:45 i trzeba było śmigać do bazy na mecz. Po jakiś dwustu metrach, na ścieżce rowerowej wzdłuż ulicy Swinemünder Chaussee zauważyłem, że na lewym joysticku pali się non stop znaczek „achtung”. Jest to taki czerwony trójkąt z wykrzyknikiem w środku. Szybki restart SuperFour’a wyłączył tę diodę, ale po ponownym odpaleniu silnika spalinowego, ta znowu się zapaliła. Jak mówi stare szczecińskie motto – nie ma co pier.…ć, trzeba zap….ć! Wszystko poza tą lampką wydawało się działać poprawnie, więc ruszyłem w te pędy do Polski. Cały sprzęt najwidoczniej po raz kolejny domaga się wizyty w serwisie… Akumulatory ładowały się normalnie, a silnik klekotał jak zawsze. Trochę zwolniłem tempo, żeby przy nieoczekiwanym awaryjnym hamowaniu nie doznać zbytniego szoku. Trochę, to znaczy z 16-tu do 12-tu km/h. Ale po chwili zapomniałem o usterce i ponownie zasuwałem ile fabryka dała ;-) Kilkaset metrów przed granicą, wyprzedziliśmy trzydziestoosobową pieszą grupkę naszych rodaków. Gdy ich wyprzedziłem, któryś z nich zauważył moją flagę i zaczął głośno krzyczeć – To nasi! Polacy! Wyglądało to tak, jakby w czasie wojny zobaczyli czołg wyzwalającej ich armii ;-) Dalej nie napotkaliśmy na żadne niespodzianki i jadąc jak po nitce do kłębka, o 15:20 byliśmy w pokoju. Od razu po zejściu z rumaka, zadzwoniłem do taty. Dostał trudne zadanie – ma poprosić ciocię Henię, żeby zadzwoniła do Greifswaldu, aby raczyli ruszyć tu tyłek i zobaczyli co jest grane z moim bolidem. Jutro okaże się, co będzie dalej z tym złomem… Podsumujmy dzisiejszy dzień – przejechałem około 18-20 kilometrów (przez ten popsuty sprzęcior nie spojrzałem na licznik), czas wycieczki to jakieś cztery godziny. Najważniejszym faktem jest to, że nikt na rowerze mnie nie wyprzedził! Tymczasem.

***** Tekst utworzony 10.04.2011r. *****

Misja „Karta Parkingowa”…


***** Tekst utworzony 6.04.2011r. *****

Po dwutygodniowej przerwie w globtroterowaniu, wreszcie mogłem wybrać się w krótką przejażdżkę. Wcześniej nie było kiedy, ponieważ codziennie po 12-tej pisałem pracę magisterską, a potem do wieczora oglądałem mecze… W końcu jest Mundial! Dzisiaj miałem do załatwienia pewną sprawę w mieście, do której pogoda była wprost idealna – za oknem od rana świeciło słońce, a termometr wskazywał 23°C. Zwerbowałem Rafała i wyruszyliśmy w misję specjalną pod kryptonimem „karta parkingowa”. Czas najwyższy wyrobić nową, ponieważ stara jest już od dwóch lat nieważna :-) Z bazy wyjechaliśmy około 12:30. Jechało się sprawnie i bez żadnych problemów, z jednej ścieżki rowerowej w drugą. Przelecieliśmy przez Dąbie, dalej ekspresowo pokonaliśmy ulicą Przestrzenną, poczym mięliśmy lekki spadek prędkości, ponieważ byliśmy zmuszeni przejść na drugą stronę pętli autobusowej na Basenie Górniczym. Pokonanie dwóch przejść dla pieszych z sygnalizacją świetlną, zajmuje aż 5 minut! Kiedy znaleźliśmy się już po drugiej stronie ulicy Gdańskiej, mięliśmy przed sobą najmniej przyjemny odcinek dzisiejszej trasy. Przez 800 metrów jechaliśmy z Rafałem po asfaltowej ścieżce rowerowej, potem 700 metrów estakadą Pomorską pod prąd. Nie ma tam prawie ruchu, dlatego mogliśmy sobie na to pozwolić… Jedyne co nam tam groziło to… mandat. Kolejne 200 metrów to chodnik, tragiczny chodnik. Gdy go już pokonaliśmy, trafiliśmy na rowerówkę z czerwonej kostki, którą pokonaliśmy zaledwie pół kilometra. Następny etap to 300 metrów po jezdni, a dalej wałczyliśmy przez kilometr z kilkudziesięcioletnim chodnikiem, którym musieliśmy dostać się do Mostu Długiego. Tam na szczęście ponownie pojawiła się cywilizacja… Do celu pozostały nam jeszcze 3 kilometry, ale już cały czas po ścieżce rowerowej. Niestety takie szlaki dla cyklistów, przebiegające przez same centrum półmilionowego miasta, nie są autostradą… Co chwile trzeba pokonać jakieś skrzyżowanie ze światłami, albo przejście dla pieszych. Nie jest lekko. Do tego nie wszyscy piesi mają oczy dookoła głowy i zdarza im się wejść prosto pod koła. „Stłuczka” z jednośladem nie należy do przyjemności, nie mówiąc już o półtonowym quadzie z rajdowcem za sterami ;-) Do Zamku Książąt Pomorskich było jeszcze całkiem nieźle. Najwięcej czasu zajęło nam pokonanie Placu Żołnierza, a dalej poszło nam w miarę sprawnie. O 14-tej byliśmy już w punkcie docelowym – pod urzędem miasta. Komandos (Rafał) zostawił swój pojazd bojowy (rower) i pobiegł wyrobić mi nową kartę. Ja obróciłem się do słońca i cierpliwie czekałem kontrolując sytuację… Aż tu nagle, niewiadomo skąd pojawił się dziadek ubrany w długi płaszcz a’la szpieg z krainy deszczowców. Pomyślałem sobie od razu – karrramba… Bardzo nieśmiale spytał – Czy jest pan niepełnosprawny? Potwierdziłem jego przypuszczenia, poczym dodał – Niech pan ściągnie okulary. Ja odpowiedziałem, że nie mogę. A on na to – Czy ma pan słabe dłonie? A może łokcie nie domagają? Powiedziałem mu, że całe ręce mam słabe. W tym miejscu gostek popłynął ostro i zaczął swój wywód – Ja też kiedyś byłem taki słaby, proszę na mnie popatrzeć… Tu trzeba się codziennie masować – pokazał na swoje ręce i uda – Do tego trzeba się kąpać w wodzie z pokrzywami, plus codzienne rano i wieczorem robić sobie okłady z pokrzywy. Machając palcem kontynuował – To jeszcze nie wszystko. Nie może pan w ogóle oddychać buzią, tylko prawą dziurką nosa (ciekawe k… jak) i broń boże niech pan nie słucha lekarzy. Jak będzie pan to wszystko robił, to dopiero będzie pan żył. Jak spotkamy się za rok to mi pan podziękuję… Po całym tym wykładzie siadł na miotłę (rower) i odleciał. Co za kosmita… Wiem, że chciał dobrze, ale chyba jednak nie będę stosował tych jego metod kuracji… Po kilku minutach wrócił Rafał z nową zalaminowaną kartą parkingową z moim twarzowym zdjęciem, jak z ogłoszenia „WANTED” ;-) Czas mieliśmy niezły, więc zrobiliśmy rundkę w parku Kasprowicza i tą samą trasą wróciliśmy do domu. O 15:15 byliśmy w bazie cali i zdrowi. Przejechaliśmy 30 kilometrów. Mission complete! Następna jazda możliwa od niedzieli… w Świnoujściu :-)

***** Tekst utworzony 6.04.2011r. *****

Świnoujście 2010 II – dzień 5. – Kamminke…


***** Tekst utworzony 4.04.2011r. *****

Już z samego rana pogoda była genialna. Po sytym śniadaniu zrobiliśmy krótki spacer, żeby mama przetrawiła to co udało jej się sfutrować i ruszyliśmy w drogę. Wiem, że to już nudne, ale mieliśmy wyjechać szybciej, a wyszło jak zawsze… 13:00 to najwcześniejsza pora, o jakiej udało nam się zebrać. Tak było i tym razem. Kiedy opuszczałem parking, minąłem „Johna”, który właśnie wracał z przechadzki ze swoim „dobrze” odżywionym jamnikiem. Zatrzymałem się na ulicy i zamieniłem z nim kilka słów w celu utrwalenia mojej znajomości angielskiego. Jak na polskie realia, rozmowa była trochę śmieszna. Hi, how are you? I’m fine, thanks, and you?… U nas nikt tak nie mówi… Kiedy mama się już ogarnęła i wyjechała rowerem z parkingu, pożegnałem się z nim i wystartowaliśmy. Na dowidzenia usłyszałem przewidywalne – Have a nice day :-) Już na początku dzisiejszej wyprawy, jakiś „utyty”, czerwony burak, który wyglądał w swoim busie jak właściciel warzywniaka, na ulicy Bolesława Chrobrego miał czelność trąbnąć na mnie dwukrotnie za to, że jechałem pod prąd. Znający mnie wiedzą, że wcale się tym nie przejąłem i pojechałem dalej… Przejazd Chrobrego był ułatwiony, ponieważ droga nadal była zamknięta dla samochodów. W kilka minut dojechaliśmy do ulicy Armii Krajowej gdzie skończyła się ścieżka rowerowa i byliśmy zmuszeni wbić się na jezdnię. Mimo tego, że są tam dwa pasy ruchu, droga ta jest jednokierunkowa. Jest to główne połączenie pomiędzy przystanią promową, a centrum Świnoujścia. Najwidoczniej w ostatnich kilku minutach, żaden „Bielik” nie dostarczył nowej porcji aut na wyspę, ponieważ ulica była dosłownie pusta. Żeby trochę się rozerwać, parokrotnie zmieniłem pas, denerwując tym mamę, która nie należy do najodważniejszych krążowników szos ;-) Minęliśmy po prawej Empik, po lewej Muzeum Rybołówstwa Morskiego i znaleźliśmy się na Placu Wolności, który jest prostokątny, ale działa jak rondo – cały ruch odbywa się w koło. Mama spanikowała i wskoczyła na chodnik, a ja nie zwracając uwagi na jej komendy poleciałem dalej. Na zjeździe z tego a’la ronda, musiałem się zatrzymać. Przyczyną postoju było czerwone światło, które puściło mnie dopiero po minucie. Aż do Netto śmigałem po jezdni jednej z najdłuższych ulic w mieście – Grunwaldzkiej. Mama niestety nie była tak odważna i tłukła się po chodnikach… Przy ulicy Wilków Morskich pojawiła się typowa ścieżka rowerowa z czerwonej kostki brukowej, która po dwóch kilometrach sprintu doprowadziła nas, aż do samej granicy…

Wybiła 14-ta. Przejście graniczne Świnoujście-Garz było opustoszałe jak miasto w filmie „I’m a legend”. Wszystko było pozamykane, w okolicy nie było widać żywego ducha. Przejechaliśmy przez mały mostek i znaleźliśmy się na terytorium Niemiec…

Tam około 300 metrów jechaliśmy po drodze, a następnie skręciliśmy w lewo w polną dróżkę… Wszystko wydawało się w porządku, do czasu, gdy na skraju lasu zatrzymało nas powalone, ogromne, stare drzewo. Do tego po lewej stronie była skarpa, a po prawej ściana drzew… Byliśmy zmuszeni zawrócić. W międzyczasie rzuciłem okiem na mapę i znalazłem trasę alternatywną. Cały czas kierowaliśmy się do Kamminke, które było głównym celem dzisiejszej wyprawy. Na początku planowaliśmy dotrzeć tam szlakiem rowerowy od północy, ale przez tę napotkaną barykadę, postanowiliśmy zdobyć wioskę od zachodu. Tak naprawdę nie mieliśmy innego wyjścia. Droga, którą jechaliśmy od granicy jest na tyle lokalna, że nie ma nawet swojego numeru, ale nawierzchnia… tylko pozazdrościć. Po dwóch kilometrach dotarliśmy do pierwszego skrzyżowania na trasie, a tam udaliśmy się w lewo na Garz. Kolejny kilometr przelecieliśmy w iście ekspresowym tempie i o 14:33 byliśmy już w miejscowości Garz…

W samym centrum tej niewielkiej wioski, krzyżuje się kilka szlaków rowerowych. My podczepiliśmy się do takiego, który miał nas doprowadzić do naszego głównego celu dzisiejszej eskapady, czyli Kamminke. Następne dwa kilometry jechaliśmy przez pola, czasami zahaczając o jakiś niewielki lasek. Oczywiście cały czas grzaliśmy po ścieżce przeznaczonej wyłącznie dla rowerów, tym razem wykonanej z szarego „polbruku”. Osobiście, pomimo tego, że jestem właścicielem pojazdu stworzonego do pokonywania wszelkiego rodzaju nierówności, zdecydowanie wolę asfaltowe ścieżki rowerowe, zresztą to samo powie każdy kolarz. Ale nie wypada mi marudzić…

Gdy wyskoczyliśmy z jednego z zagajników, w oddali ukazał się nam młyn/wiatrak. Dojeżdżając do niego, uświadomiłem sobie, że jesteśmy już w Kamminke… Na pierwszy rzut oka normalna niemiecka wioska, ale gdy wjechaliśmy w głąb, okazało się, że panuje tam niesamowity urok i niepowtarzalny klimat… Wszystkie drogi, z wyjątkiem głównej, są wąziutkie i jednokierunkowe. Prawie wszędzie obowiązuję zakaz wjazdu, który nie dotyczy jedynie mieszańców. Wzdłuż małych uliczek porozmieszczane są mikroskopijne domki z dachami pokrytymi strzechą – pełen folklor. Wszystkie te chatki są przy tym tak małe, jakby mieszkali w nich niziołki. Można by rzec – Das Deutsche Shire…

Zjechaliśmy stromym zjazdem w dół w kierunku Zalewu Szczecińskiego. Mama, jak zwykle zsiadła z roweru i sprowadziła go do samego portu. W tym czasie przeprowadziłem szybki rekonesans po okolicy… Woda stała jak w kałuży, nie było wiatru, nic tylko smażyć jajecznice na masce samochodu… Na cypelku znalazłem wolne ławki i kawiarnię, również pokrytą słomą. Poczekałem tam na mojego kompana, który walczył jeszcze z tym zjazdem… Zająłem wolną ławkę. Mama zorganizowała przepyszną cafe latte, a ja łapałem parzące promienie słońca…

W słońcu było z 50°C, nawet kawa nie chciała wystygnąć. Uffff… Nigdzie w pobliżu nie było cienia, więc wypiliśmy ją raz, dwa, poczym poprosiliśmy grupę Polaków, żeby zrobili nam kilka fotek i w zorganizowanym pospiechu uciekliśmy z tego okropnego żaru…

Bardzo nie lubię wracać do bazy tą samą trasą, którą docieram do jakiegoś celu. Nie jestem przecież pociągiem kursującym na linii Świnoujście-Kamminke, więc mogę pozwolić sobie na urozmaicenia. Tym razem z powrotem do Garzu pojechaliśmy zupełnie nowym wariantem. Wybrałem normalną drogę lokalną, która (zdaniem mamy) była bardziej męcząca ze względu na kilka dłuższych podjazdów. Mi tam się bardzo podobała… Widoki były boskie, jak z amerykańskich filmów drogi – ja, malownicze żółte pola, i całkowicie pusta szosa… Po prawej w oddali pasły się zniechęcone upałem krowy, które tłoczyły się pod jedynym w okolicy drzewem. Po lewej na lotnisku turystycznym Heringsdorf, lądował właśnie jakiś mały samolocik. Przez te dwa kilometry, które pokonałem w samotności do Garza, nie minął mnie ani jeden samochód. Kiedy po trzech minutach pojawiła się mama, znaleźliśmy odpowiedni szlak dla cyklistów, którym ruszyliśmy „nach” Ahlbeck. Nawierzchnia była tak zróżnicowana, jak krajobraz, który otaczał nas przez następne 7 kilometrów. Najpierw musieliśmy opuścić Garz jadąc po drodze z betonowych płyt. Po trzystu metrach pojawiła się ścieżka rowerowa z czerwonej kostki, którą gnaliśmy przez pola. Szlak był po obu stronach obsadzony drzewami. Dzięki temu większość czasu jechaliśmy w cieniu. Po kilkunastu minutach dotarliśmy do drogi Świnoujście-Zirchow, która przecinała nasz szlak. Przejechaliśmy na drugą stronę jezdni i pojechaliśmy dalej w kierunku Ahlbecku. Rowerówkę zmieniła się w żużlówkę. Dalsza część trasy prowadziła przez górzysty, ciemny i chłodny las. Tam niestety nasze tempo drastycznie spadło ze względu na długie i strome podjazdy… Do tego mama napotkała na ścieżce dwa konie i źrebak, które skutecznie przyblokowały ją na jakiś czas. Była jedyną osobą, która bała się ich wyprzedzić. Jeźdźcy nie chcieli, a właściwie nie mieli jak jej przepuścić i przez to nasz rajd zamienił się w spacer… Gdy wreszcie wyjechaliśmy z puszczy, znaleźliśmy się przy polu golfowym, gdzie zrobiliśmy sobie chwilę przerwy…

Miałem konkurencję – po polu jeździł jeden gracz na melexie… Widząc mnie miał tak zdziwioną minę, jakby zobaczył Tiger’a Woods’a… Trawa była tak perfekcyjnie przystrzyżona, że aż szkoda mi było ją „deptać”. Na zegarze była 16:20, konie już zniknęły, więc mogliśmy śmiało ruszać dalej. Przez następne 500 metrów lecieliśmy wzdłuż pola golfowego. Na samym jego końcu, wjechaliśmy do miejscowości Korswandt. Cały czas kierowaliśmy się na północ w kierunku Ahlbecku. Przemknęliśmy przez dziurawy chodnik przy plaży jeziora Wolgastsee, poczym przeszliśmy na drugą stronę ruchliwej ulicy i ponownie wjechaliśmy w górzysty, mroczny las. Mama, która nie ufała mi po wczorajszym błędzie nawigacyjnym, zapytała przejeżdżającego faceta na rowerze – Ahlbeck hier? – wskazując palcem kierunek. Gostek odpowiedział – Tak, tak, ale niech pani mówi po polsku, bo tutaj sami nasi :-) Po raz kolejny musieliśmy się zmierzyć z wymagającymi podjazdami. Na końcu tej tajemniczej puszczy, pełnej niedzielnych turystów, dotarłem do tablicy „Ahlbeck”. Koło ogródków działkowych musiałem poczekać na mamę… Po chwili przejechaliśmy przez tory kolejowe linii UBB i przed nami ukazał się nasz „ulubiony” sklep w okolicy – SKY. Zaparkowałem w słońcu, żeby wygrzać kości, które przemarzły w lesie, a moja rodzicielka pobiegła jak zwykle na zakupy. Zajęło jej to ponad 20 minut. Co kupiła? Jak zwykle słodycze, chemię no i wino. Znalazła również nową, aktualną mapę wyspy Uznam. Spakowała te wszystkie gówna do swoich toreb i mojego kufra, poczym piorunem ruszyliśmy w kierunku Świnoujścia. Na granicy, niemiecka straż graniczna przeprowadzała cotygodniową akcję „Zigaretten”. Przeszukiwali wszystkie niemieckie samochody w poszukiwaniu nadmiernych zapasów papierosów, które nasi zachodni sąsiedzi kupują u nas w iście hurtowych ilościach… Każde dziecko przecież wie, że papierosy są do dupy! 200 metrów dalej od przejścia granicznego skręciliśmy w ulicę Bałtycką, nazywaną przez nas Kruczkowskiego. Dwie minuty później byliśmy już nad morzem, a tam to już jak w domu. Na parkingu koło przyczepy, miałem przejechane dokładnie 30 kilometrów. Była 18:00. Za nami kolejna bardzo udana wycieczka…

Szkoda, że już jutro rano wracamy do domu :-( Od czwartku przejechaliśmy ponad 122 kilometry. Zawsze mogłoby być więcej, ale i tak nie jest to mało, tym bardziej, że to dopiero początek sezonu. Był to na pewno najbardziej aktywny długi weekend w moim życiu… Sprzęt spisał się wzorowo. Nowe mocowanie czujnika prędkości zdało egzamin na szóstkę. Wcześniej był on przyklejany przeróżnymi klejami i za każdym razem, w różnych odstępach czasowych, po prostu odpadał. Teraz jest przykręcony śrubami do felgi i jeżeli nie urwę całego koła, to nie ma mocy, która mogłaby go wyrwać… Dzisiaj wieczorem zarezerwowaliśmy sobie apartament na tydzień na przełomie czerwca i lipca. Już nie mogę się doczekać…

***** Tekst utworzony 4.04.2011r. *****

Świnoujście 2010 II – dzień 4. – pętla w Ückeritz…


***** Tekst utworzony 31.03.2011r. *****

Przed śniadaniem na balkonie było już 18°C! Dobrze, że zawsze zabieram ze sobą z domu bezprzewodową stację pogodową ;-) Zapowiadał się kolejny hardcorowy dzień. Dzisiaj mamy sobotę, w związku z tym, na promenadzie było pełno ludzi, ale my mieliśmy to z mamą w nosie… Plan jak zawsze był ambitny – wstajemy oczywiście wcześniej, śniadanie zaliczamy do 10-tej i najdalej o 11:30 ruszamy w drogę do oddalonego od Świnoujścia o 24 kilometry Koserow. Trasa biegła tym samym szlakiem, którym mieliśmy przyjemność śmigać wczoraj, tylko tym razem nie wymiękniemy tak szybko. Było co prawda lepiej niż dzień wcześniej, ale plan posypał się już na pierwszym ogniwie… Wstaliśmy dopiero o 10-tej, śniadanie zjedliśmy o 11-tej, a z bazy wyruszyliśmy grubo po 13-tej :-) Zacznijmy jednak od początku…

Z Avangard pojechaliśmy najpierw ulicą Żeromskiego, a następnie Bałtycką na stare, dobre przejście graniczne, na którym nieraz kwitło się z nielegalnym przemytem alkoholu od zachodnich sąsiadów ;-) Na mapie jest ono nazywane turystycznym przejściem granicznym pieszym i rowerowym, ale po wejścia Polski do Schengen zostało także otwarte dla aut do 3,5 tony. Zaraz za granicą zaczyna się również stara i dobra ścieżka rowerowa prowadząca do Ahlbecku. Asfalt na niej jest już dość leciwy i pomarszczony przez korzenie, ale nie jest to jakąś rażącą niedogodnością. Po kilku minutach ciągłej jazdy (1,5 km) byliśmy pod SKY’em – taki Real. Mama poleciała po wino, słodycze i kosmetyki jak za dawnych lat, a ja czekałem i pilnowałem roweru. Po dwudziestu minutach wybiegła ze sklepu, jak zawsze z masą różnych gówien, jakby mieszkała w Zamundzie! Zapakowała wszystkie zakupy na rower i ruszyliśmy w kierunku Ahlbeck’owskiej promenady, przejeżdżając przez dzielnicę domków jednorodzinnych – tzw. Zone 30. Potem polecieliśmy do Bansin i w górę w las. Jechało się dzisiaj równie sympatycznie i szybko jak wczoraj. Puszcza powitała nas chłodem. Na niektórych podjazdach gubiłem mamę, a właściwie ona mnie, ale na zjazdach nadrabiała stracony dystans i siedziała mi na kole. Na końcu lasu skręciliśmy w prawo, poczym wjechaliśmy na pole kampingowe, położone na trzech kilometrach wydm przy samej plaży. Podzielone było na kilka sekcji – namioty, przyczepy kempingowe oraz domki. Co 500 metrów były prysznice i budki z lodami. Musze przyznać, że czas zatrzymał się tam kilkanaście lat temu. Jezdnia również świeżością nie grzeszyła… Na końcu tego przybytku trasa do Koserow odbijała w górę ponownie w las. Ze względu na późną porę (była 15:15) zboczyliśmy ze szlaku i udaliśmy się do centrum Ückeritz normalną drogą. Wzdłuż trasy biegła ścieżka rowerowa z czerwonej kostki, ale jako że ruch był dosłownie zerowy, wybrałem równiejszą ulicę. Miałem już dość wertepów po tym kempingowym odcinku… Po kilometrze i dwustu metrach dojechaliśmy po Strandstrasse do głównej drogi na wyspie – B111. Samochodów było na niej naprawdę sporo, ale wzdłuż trasy, ciągnęła się asfaltowa ścieżka rowerowa, spełniająca najwyższe kryteria jakościowe, którą w kilka chwil dotarliśmy do Neu Pudagia. Ciekawe, kiedy w Polsce doczekamy się takich rowerowych autostrad… Był to krytyczny punkt naszej dzisiejszej wycieczki. W tym momencie zawiodła mapa „Insel Usedom”, zakupiona dwa lata temu w Greifswaldzie. Na niej, nasza ścieżka kończyła się i byliśmy zmuszeni do opuszczenia 111-stki w leśną, lokalną drogę. Później okaże się, że trasa dochodzi aż do Heringsdorfu. Nie widząc o tym, skręciłem w prawo. Jakby tego było mało, zamiast o 45 stopni, skręciłem o 90. Mama widziała, że rowerówka, z której uciekłem, idzie dalej. Ale to ja jestem pilotem! Cyklistka uparła się i powiedziała, że dalej nie jedzie. Olałem ją i poleciałam sam… Trasa była całkiem niezła i praktycznie nieuczęszczana…

Kilometr dalej poczekałem na nią jakieś 5 minut, ale ona nawet nie drgnęła z miejsca. Uparta jak osioł… Pojechałem jeszcze kawałek dalej i znalazłem się w takim malutkim porcie, poczym wróciłem po nią. Na dzień dobry rzuciłem w jej kierunku kilka dopingujących wyzwisk i wcisnąłem jej niezły kit. Ściemniłem, że tam skąd przyjechałem, jest kawiarnia z jej ulubioną cafe latte. To ją przekonało i w końcu zaczęła za mną pedałować w nieznane. Przy tej skromnej marinie, asfalt zamienił się w dawno nie ujeżdżany przez nas żużel. Wjechaliśmy na taką małą górkę skąd rozpościerał się przepiękny widok na okolicę. Wszędzie dookoła otaczały nas bajkowe, nieregularne, kolorowe pola, a w oddali słońce odbijało się w spokojnej tafli Zalewu Szczecińskiego, który w tych rejonach jest bardziej znany jako Stettiner Haff. Po dwóch kilometrach dotarliśmy do miejsca, w którym prawdziwy obieżyświat spogląda na kompas – było to skrzyżowanie… Tam dotarło do mnie, że w gruncie rzeczy nie wiem gdzie obecnie się znajdujemy. Do tego mój telefon z GPS-em się rozładował. Nie chciałem prosić mamy, żeby poszukała ładowarki, która najprawdopodobniej wala się gdzieś w moim kufrze, ponieważ była tak naburmuszona, że bałem się w ogóle odezwać. Tym bardziej, iż wiedziałem, że zaraz wyda się na jaw fakt o braku kawiarni na naszym szlaku. Poza tym jestem zdania, że lepiej jechać dalej, niż stać w miejscu i rozmyślać. Jak to mówią w BMW – „radość z jazdy”, a nie ze stania. Ale z drugie strony lepiej mądrze stać niż głupio biegać. Hmmm… rozmyślanie zostawmy innym, tym co siedzą w domach. Trzeba było gnać dalej, ponieważ było już dawno po 16-tej, a my byliśmy 25 kilometrów od Świnoujścia…

Dojechaliśmy do jakiejś miejscowości i skręciliśmy w lewo, w dół do kolejnej mariny. Tam skończyła się droga i dalej zostawała nam tylko amfibia lub prom… Gdybym podczas jazdy ruszył mózgownicą zauważyłbym, że cały czas przesuwaliśmy się na północny-zachód, czyli dokładnie w przeciwnym kierunku do naszego miejsca docelowego. Chyba byłem za bardzo zajęty podziwianiem widoków, a może ciągłym spoglądaniem pod koła w celu monitorowania toru jazdy… Kiedy mama zobaczyła koniec drogi, normalnie wpadła w furię i zatrzymała przejeżdżającego na rowerze chłopaka. Językiem przypominającym angielski zapytała go, gdzie jesteśmy. On odpowiedział – Eee… I’m from Poland… Ta od razu podsunęła mu mapę pod nos i stanowczo powiedziała – To dobrze, niech Pan mówi gdzie jesteśmy! Pokazał palcem na przystań w Ückeritz… Pani dyrektor wyrywając mu naszą mapę, jak wściekły pitbull, rzuciła się przy nim na mnie, wydzierając się na cały port – Poje…ło cię? Ty debilu… Gdyby nie oddzielała mnie od niej szyba mojego pojazdu, na pewno zostałbym przez nią co najmniej podrapany… Zszokowany turysta z Polski ustawił się za mną i wyjechał z bardzo odważnym pytaniem – Jak dziewczyna może tak brzydko się odzywać? Nie ma co się denerwować… Jak mama to usłyszała, ponownie wybuchła i zaczęła na mnie psioczyć, używając przy tym niecenzuralnych słów na pe i na ka. Facet niewiadomo gdzie i kiedy, ale momentalnie wyparował. Pewnie ze strachu. Wcale mu się nie dziwię, gdybym sam nie był egoistą i zadufanym w sobie drobnym cwaniaczkiem, uciekałbym nawet wpław ;-) Dla potwierdzenia naszego położenia, mama spytała parę podstarzałych Niemców, ale oni chyba dostali udaru słonecznego, ponieważ pokazali palcem na plażę nad morzem… Myślałem, że moją rodzicielkę zaraz zaleje krew… Przynajmniej zapomniała o cafe latte ;-) Ruszyliśmy dalej zgodnie z mapą pod górę do centrum miejscowości. Po chwili wyjechaliśmy na tym samym skrzyżowaniu ze 111-stką, na którym znaleźliśmy się jadąc z pola kempingowego, z tymże tym razem z drugiej strony. Surprise!!! No i znowu mieliśmy przyjemność zasuwać autostradą rowerową do Heringsdorfu. Tym razem obyło się bez żadnych niespodzianek. Po lewej stronie cały czas towarzyszyła nam droga B111, a po prawej tory kolejki UBB…

Po dziesięciu kilometrach, w Heringsdorfie niestety ścieżka się skończyła. Mogliśmy skręcić w lewo, dojechać do promenady i stamtąd kontynuować powrót moim ulubionym nadmorskim szlakiem, aż do samego Swinemünde (po niemiecku Świnoujście). Nie chcieliśmy tracić czasu i znowu nabijać zbędnych kilometrów. Wbiliśmy się na zatłoczoną jezdnię i polecieliśmy dalej pomiędzy powolnym sznurem przemieszczających się samochodów. Dzięki temu, w ekspresowym tempie dotarliśmy do SKY’a, gdzie kilka godzin temu robiliśmy zakupy. To znaczy ja dotarłem… Mama nie wytrzymała narzuconego przeze mnie ostrego tempa i już w Heringsdorfie zniknęła mi z lusterka. Przez to sam minąłem dworzec UBB, Termy, Plus’a i centrum Ahlbecku. Pierwszy i jedyny postój na tym odcinku zaliczyłem dopiero 250 metrów przed SKY’em, zatrzymując się na czerwonym świetle… Przede mną zatrzymał się prawdziwy rarytas – biały, zardzewiały i skrzypiący… Trabant. Zazwyczaj w takiej sytuacji staram się wszystkich wyprzedzić i zebrać ze świateł jako pierwszy. Tym razem nie miałem gdzie się wepchnąć i musiałem kiblować za tym muzealnym eksponatem made In DDR. Gdy stał to nawet nie było aż tak źle, ale kiedy kierowca ujrzał zielone światło i wcisnął pedał gazu… Nagle dookoła zrobiło się czarno. Z jego rury zaczął wydobywać się gesty jak śmietana dym. Jako że byłem tuż za nim, cała ta chmura wleciała prosto pod moją szybę. Czułem się jakby ktoś wrzucił mi do środka granat dymny. Fuuuuu! Do tego wszystkiego to auto, czy raczej ten złom praktycznie nie ruszył z miejsca, ponieważ „kustosz” miał problem z wbiciem biegu. Po 30-tu sekundach w końcu zaczął się turlać. Przez pozostałem 200 metrów, które dzieliły mnie od parkingu sklepu, gdzie chciałem poczekać na mamę, osiągnął prędkość 9-ciu km/h. Spojrzałem w lusterko – za nami nie było widać końca kolejki samochodów. Gdy tylko nadarzyła się okazja, z refleksem kierowcy F1, pierwszy raz w życiu (nie licząc śmieciarki), wyprzedziłem samochód tak jak dotychczas robiłem to z rowerami. Przynajmniej ci z tyłu zobaczyli, że to wcale nie ja jestem przyczyną tego zatoru… Przez kolejne 8 minut warowałem przy skupie butelek na moją kompankę. Gdy pojawiła się na horyzoncie, wjechałem ponownie na drogę, po stu metrach skręciłem w lewo i wskoczyłem na rowerówkę, którą dojechaliśmy aż do ulicy Bałtyckiej w Świnoujściu. Mama była już wyczerpana, więc co jakiś czas musiałem czekać na nią na poboczu. Od Żeromskiego jechaliśmy już razem. Koło Klubu Albatros, jakiś siwy kretyn w dziadoskiej czapeczce stojący na środku ścieżki rowerowej, krzyczał do mnie kilkakrotnie, że to droga dla rowerów. No a ja to niby co? Helikopter? Byłem już zmęczony i podirytowany wszystkimi tymi dzisiejszymi przeżyciami, a tu jeszcze przy hotelu Rezydent napatoczyły się misiaki jadące radiowozem z prędkością niemieckiej babci z balkonikiem. Trochę nam się spieszyło, więc wyprzedziłem ich będąc połową na jezdni i połową na chodniku, poczym skręciłem w lewo w drogę pod prąd. Tak byli zamurowani moim manewrem, że bali się interweniować… A mama jak to cielę wlekła się za nimi 5 km/h. Na miejscu pod przyczepą byliśmy po 18-tej. Machnęliśmy dzisiaj 44,8 km. Wycieczka trwała niecałe 5 godzin. Jak do tej pory odnotowałem najwyższą średnią prędkość przelotową – 14,8 km/h. Było całkiem klawo, jutro czeka nas ostatni wypad, tym razem na południowy zachód…

***** Tekst utworzony 31.03.2011r. *****