Miesięczne archiwum: Czerwiec 2010

Świnoujście 2010 II – dzień 3. – Ahlbeck, Heringsdorf, Bansin…


***** Tekst utworzony 27.03.2011r. *****

Dzisiaj śniadanie było jeszcze lepsze jak wczoraj. Dopiero o 13-tej wyszliśmy z pokoju. Zająłem pozycję bojową za sterami mojego bolidu i wyjechałem za szlaban naszego parkingu. Kiedy czekałem, aż mama ogarnie swój sprzęt, podszedł do mnie uśmiechnięty, „światowo” ubrany starszy jegomość z tłustym jamnikiem przypominającym ogromnego hot-doga. Hi! How are you? – zapytał w obcym języku. Ja oczywiście jako wykwalifikowany globtroter, z nie jednego słownika wyrazy jadłem, więc kontynuowałem rozmowę bez najmniejszego zająknięcia. Gadkę zaczęliśmy – jak to zwykle bywa – od pogody ;-) Pogadaliśmy chwilę o SuperFour’ze. Kilka zdań wymieniliśmy na temat Motoroli, która wywodzi się z USA. W międzyczasie okazało się, że ten przemiły pan pochodzi ze Stanów, dokładnie z Connecticut, ale teraz na stałe mieszka w Szwecji u swojej narzeczonej, która ma również apartament w Świnoujściu… Po trzech minutach przedstawiłem mu mamę, która właśnie dołączyła do nas zwarta i gotowa do jazdy… Zostawiliśmy „Johna” i ruszyliśmy ulicą Żeromskiego na wschód. Chcieliśmy po kolei zaliczyć Ahlbeck, Heringsdorf, Bansin, a może nawet Ückeritz i Koserow. Niestety tych dwóch ostatnich, nie udało nam się osiągnąć w ten piątek. Prawie do samej ulicy Bałtyckiej, przez niecały kilometr, sunęliśmy mijając niewidzących, niesłyszących i nieprzytomnych kuracjuszy pobliskich sanatoriów, którzy co jakiś czas włazili nam na ścieżkę rowerową. Kilkakrotnie byłem bliski otarcia się o takiego delikwenta, ale dzięki moim umiejętnością nikt nie ucierpiał ;-) Od skrzyżowania z ulicą Moniuszki, ruch emerytów i rencistów zanikł, ścieżka rowerowa z resztą też. Dalej jechaliśmy dziurawą jezdnią, aż do ostatniego polskiego wejścia na plażę, gdzie ponownie wjechaliśmy na chodnik. Szare popękane płytki skończyły się po stu metrach. Do granicy dotarliśmy po piaszczystej dróżce, ponadziewanej wieloma wystającymi korzeniami. Po drodze pojawiły się już pierwsze rowery. Przy słupach byliśmy o 13:30…

Stamtąd, do pierwszej niemieckiej miejscowości, a właściwie kurortu prowadzi leśna droga z płyt i ubitych kamyczków, cały czas oczywiście biegnąca wzdłuż morza. Na szlaku rowerowym robiło się coraz gęściej. Właściwie, to po raz pierwszy byłem uczestnikiem ruchu na tak licznie obsadzonej rowerówce. Bardzo byłem zdziwiony tempem otaczających mnie kolarzy, którzy nie „pruli” szybciej niż 12 km/h. Średnia wieku kształtowała się na poziomie 50-tki, może to właśnie było główną przyczyną takiej powolnej, spacerowej jazdy… Co kilkaset metrów wlekły się pociągi, złożone z czterech, sześciu rowerów, jadących zdyscyplinowanie gęsiego. Dzięki temu miałem tam nie lada frajdę z wyprzedzaniem tych grupek. Cały czas starałem się utrzymać swoją prędkość na najwyższym możliwym poziomie – 16-tu km/h. Mama już na początku została daleko, daleko w tyle, a ja zasuwałem jak karetka z organami do przeszczepu przez centrum wielkiego, zatłoczonego miasta. Zamiast sygnału, było słychać tylko mój terkoczący silnik, poza tym tam prawie każdy ma lusterko, więc widzieli mnie i słyszeli już z daleka. Droga była w miarę szeroka, więc często wyprzedzałem „na trzeciego”, wymuszając u tych pędzących z naprzeciwka jazdę po skraju trasy. Po ponad kilometrze, dotarłem do Ahlbecku, gdzie leśna droga zamieniła się w cywilizowany deptak, podzielony na część dla pieszych i rowerów. Tych ostatnich było pełno, pojawili się również zakały/kuracjusze, którzy czasami przecinali ścieżkę dla jednośladów, tworząc małe zamieszanie… Do molo w Ahlbecku, nie trzymałem się zbytnio którejś z wyznaczonych połówek. Starałem się po prostu nikogo nie zabić i jak najszybciej dotrzeć do celu. Dlatego grzałem zygzakiem pomiędzy rzędem niskich drzew, które oddzielały szutrową rowerówkę, od chodnika dla pieszych. Na początku miałem lekkie wątpliwości, czy za bardzo nie przeginam z frywolnym stylem mojej jazdy, wywodzącym się poniekąd z polskiej szkoły. W końcu byłem w Niemczech, a ci, jak wiadomo, nie mają poczucia humoru jeżeli chodzi o przepisy ruchu… Nikt na mnie nie krzyczał, nie wymachiwał rekami, dlatego poczułem pełną swobodę i kontynuowałem moją odważną jazdę. Większość na mój widok uśmiechała się, niektórzy do mnie machali, a Polacy byli ze mnie bardzo dumni – Widziałeś, widziałeś, miał naszą flagę! Kilkaset metrów przed molem zatrzymałem się na poboczu i przez prawie kwadrans czekałem na mamę. Mniej więcej tam, skończyła się biała szutrówka dla bicykli. Dalej przez większą część Ahlbecku, poruszaliśmy się razem po drodze z kostki. Na jej końcu ponownie pojawiła się jasna ścieżka rowerowa, sąsiadująca z chodnikiem, ale tym razem oddzielone od siebie były tylko i wyłącznie kilkucentymetrowym krawężnikiem. Wyprzedzanie było jeszcze bardziej ekscytujące, niż na poprzednich odcinkach, ponieważ zrobiło się wąsko. „Nasza” dróżka miała góra dwa metry szerokości, a deptak zaledwie półtora. Dla przypomnienia dodam, że mój pojazd zajmuje z tego 120 centymetrów. Ruch pieszych był mniejszy, ale rowerów wcale nie ubyło. Teraz już nie mogłem pozwolić sobie na jakiekolwiek wymuszenia i jazdę środkiem, ponieważ nie było na to miejsca. Rozpracowywałem każdy rower z osobna. Trzymałem się pół metra za nim i kiedy tylko pojawiała się luka w sznurze jednośladów jadących z naprzeciwka, w ułamek sekundy przyspieszałem z 10-ciu do 16-tu kilometrów na godzinę, poczym momentalnie wyprzedzałem tylu delikwentów, ilu tylko się dało i ponownie wciskałem się w pociąg… Dzięki elektrycznym silnikom, SuperFour przyspiesza naprawdę w piorunującym tempie. Mimo małej prędkości maksymalnej, wbija w fotel przy każdym gwałtowniejszym przyciśnięciu joysticka w przód. Za każdym razem, kiedy wykonywałem manewr wyprzedzania, uciekałem mamie o kilka rowerów dalej, ale gdy czekałem na kolejną okazje do dodania gazu, zawsze zdążyła mnie dogonić i była tuż za mną. Zabawa była naprawdę przednia. Z Ahlbecku do następnej miejscowości mieliśmy dwa kilometry – był to Heringsdorf. Główną atrakcją tego kurortu jest ogromne molo, które mierzy aż 508 metrów długości. Na jego początku możemy zaliczyć pasaż handlowy, natomiast na końcu, na pełnym morzu mieści się restauracja. My nie planowaliśmy tam żadnego postoju, mieliśmy zamiar przejechać tunelem pod molem i dalej gnać w kierunku Bansin. Na naszej drodze pojawiła się nieoczekiwana przeszkoda… Żeby nikt nie próbował wjechać na ścieżkę rowerowa samochodem, postawiono na niej barierki. Dla cyklistów minięcie ich nie było problemem. Wystarczyło zejść z jednośladu i ominąć barierki zygzakiem. W moim przypadku, nawet złożenie lusterek i wciągnięcie brzucha niewiele by dało… Już zacząłem zawracać, kiedy jakiś uprzejmy Niemiec poinstruował mamę, jak podnieść jedną z blokujących metalowych barierek. Zrobił się przez nas lekki korek, ale wszyscy cierpliwie czekali, jak to Germańcy. W końcu udało mi się przejechać. Na odcinku przy molu, obowiązuje zakaz jazdy na rowerze. Przy takowym czerwonym znaku, wszyscy skrupulatnie zsiadali z bicyklów i grzecznie pchali je przez zatłoczoną promenadę. Ja nawet nie próbowałem opuścić mojego fotela, ale za to radykalnie zmniejszyłem swoją prędkość, dostosowując się do idącej z tyłu mamy. 150 metrów dalej, ponownie musiałem uzbroić się w cierpliwość i poczekać, aż mama rozbroi kolejne zasieki… Za nimi, ponownie znaleźliśmy się na eleganckiej, szutrowej ścieżce. Mimo pokonywania kolejnych kilometrów, dobrze się bawiłem wyprzedzając rower, za rowerem. Przed wjazdem na terytorium Bansin, była do pokonania trzecia, ostatnie na tej trasie barykada, która znajdowała się na początku długiego podjazdu. Ahhh, tam to dopiero łykałem zasapanych kolarzy… Z Heringsdorfu do Bansin są 3 kilometry, więc pokonanie tego odcinka zajęło nam raptem kilkanaście minut. Jako że u naszych zachodnich sąsiadów molo nie jest niczym nadzwyczajnym, w Bansin również mają takowe. Żeby odpocząć i złapać trochę słońca, zrobiliśmy sobie właśnie tam przerwę…

Na zegarku była 14:30. Po 20-tu minutach błogiego lenistwa, ruszyliśmy dalej. Ścieżka straciła trochę na jakości, ale mimo tego i tak jechało się po niej szybko i przyjemnie. Rowerów było na trasie coraz mniej – powinno nam to dać do myślenia… Okazało się, że szlak prowadzący dookoła wyspy Uznam skręcił za molem w lewo. My za to dotarliśmy do plaży nudystów, która mieściła się na końcu promenady… Dalej były już tylko schody prowadzące na wydmy, gdzie biegł dalej nasza upragniona trasa. Na plaży średnia wieku była jeszcze wyższa, niż wśród cyklistów na ścieżce rowerowej, więc nie mieliśmy innego wyjścia, jak zawrócić i cofnąć się o 500 metrów. Tam, zgodnie z drogowskazem, którego wcześniej nie zauważyliśmy, odbiliśmy od linii brzegowej w kierunku centrum Bansin. Gdy przedarliśmy się przez tłum na deptaku, pojechaliśmy w prawo ulicą przy której mijaliśmy hotel za hotelem. Teraz musieliśmy wspiąć się kilkadziesiąt metrów wyżej. Pierwszy podjazd był już w mieście, drugi na granicy Bansin. Z niewielkimi problemami wdrapaliśmy się pod stromą górę w wysoki las. Nawierzchnia nie była rewelacyjna. Niby asfalt, ale strasznie dziurawy i popękany, było na nim więcej łat niż liści… Pomimo wczesnej pory i świecącego gdzieś w oddali słońca, w lesie było dosłownie ciemno. Czekając na mamę, zatrzymałem się na poboczu i w celu podniesienia poziomu bezpieczeństwa, zapaliłem światła. Dodatkowo od razu zrobiło się dużo, dużo chłodniej. Czułem się jak w Puszczy Bukowej – bardzo podobny teren i roślinność, tylko że w Niemczech jest zdecydowanie więcej „Rastplatz’ów”. Dla niewtajemniczonych dodam, że są to miejsca wyposażone m.in. w ławeczki, gdzie można odpocząć podczas rowerowej wycieczki. Na jednym z takich parkingów, przy drogowskazie „Ückeritz 6,5 km”, zrobiliśmy sobie dłuższą pauzę…

Ze względu na późną porę, niską temperaturę i długie, strome, męczące dla mamy podjazdy, zawróciliśmy do bazy. W kilka minut opuściliśmy las i ponownie wjechaliśmy do Bansin. Żeby nie jechać okrężną drogą, wybrałem tą samą, którą śmigaliśmy wcześniej. Był tylko jeden mało istotny szczegół – ta uliczka była jednokierunkowa… Na znakach znam się jak mało kto, w 97-mym za pierwszym podejściem zdałem egzamin na kartę rowerową. Nie chciało mi się błąkać gdzieś dookoła po nieznanej drodze, więc pojechaliśmy pod prąd… Na samym końcu Bergstrasse, przed samym wjazdem na nadmorską promenadę, prosto na mnie, wyjechał policyjny Opel Zafira… Trochę miałem pietra… Chciałem jak najszybciej zjechać na chodnik, ale nie zdążyłem, ponieważ po prawej stronie stały zaparkowane w równym rzędzie samochody. Policjantka prowadząca radiowóz radykalnie zwolniła włączając lewy kierunkowskaz. Pomyślałem – no to po mnie… Leżę i kwiczę… Nawet nie miałem przy sobie dowodu osobistego… Ale ku mojemu zdziwieniu niemiecka, powtórzę niemiecka policjantka zjechała na chodnik, uśmiechnęła się i wyciągając rękę przez otwartą szybę, pokazała mi sugestywnym ruchem otwartej dłoni – droga wolna, proszę jechać. Lekko byłem zdziwiony i zakłopotany jej reakcją. Ładnie podziękowałem energicznym skinieniem głowy, poczym dodałem gazu i poleciałem dalej w kierunku morza. Znowu mi się udało… Ciekawe czy pani „władza” jest fanką motoryzacji, czy podziałał na nią mój urok osobisty ;-) Po drodze między Bansin a Heringsdorfem, zrobiliśmy sobie przerwę. Opalaliśmy się przez jakieś 20 minut, właściwie to mama się opalała, a ja się ogrzewałem, ponieważ byłem już trochę zmarznięty, głównie przez wizytę w lesie… Około 16-tej ruszyliśmy dalej. Ruch na ścieżce był już znikomy, za to w kawiarenkach i restauracjach wzdłuż promenady, ciężko było o wolny stolik. Powrót zajął nam dokładnie godzinę. O 17-tej byliśmy w bazie. Dzisiaj machnęliśmy 26 kilometrów. Po raz kolejny wynik nie powala, ale mimo wszystko wycieczka się udała. To wyprzedzanie tak mi się spodobało, że na pewno pojawie się tam jeszcze nie raz. Wróciliśmy do hotelu w samą porę na Klan ;-) Podczas seansu musiałem wtrząchnąć banana w celu regeneracji sił, które będą mi potrzebne za 18 godzin, na kolejny dzień pełen przygód…

***** Tekst utworzony 27.03.2011r. *****

Świnoujście 2010 II – dzień 2. – Fort Gerharda…


***** Tekst utworzony 26.03.2011r. *****

 

Dzisiaj mamy Boże Ciało. Jako stuprocentowy ateista, na ten temat wiem tylko tyle, że jest to dzień wolny od pracy… W nowym miejscu spało się całkiem nieźle, tylko troszeczkę za krótko ;-) Co prawda, w naszym apartamencie jest aneks kuchenny, ale jako długodystansowcy, nie mamy zbytnio czasu na pichcenie, więc wykupiliśmy sobie śniadania w hotelowej restauracji. W swoim życiu zjeździłem całą Europę, bywałem w różnych hotelach, lepszych i gorszych, ale takiego żarcia jak tutaj, nie było nigdzie! Na śniadanie można przyjść od 7:00 do 11:30 – do 11:30!!! Oprócz szwedzkiego stołu jest specjalna śniadaniowa karta dań, z której można zamówić sobie coś na ciepło – np. jajecznicę samą lub z kilkunastoma dodatkami do wyboru, omlet, a nawet naleśniki z czym tylko dusza zapragnie. Normalny jegomość mógłby tam „pęc” z przejedzenia. Mama po śniadaniu ledwo żyła… Ja na jedno posiedzenie, nie dam rady zjeść zbyt dużo. W domu nie ma z tym większego problemu, staram się regularnie co dwie godziny spałaszować coś kalorycznego. Natomiast na tourne jest z tym trochę gorzej. Zazwyczaj posiłek zajmuje mi godzinę, więc tak na dobrą sprawę, z przerwami co 60 minut, wiele byśmy nie zjeździli. Na śniadanie wtrząchnąłem „jajecznice z dwóch jajek, smażoną na maśle z pomidorem, oczywiście bez skórki” ;-) Jak dla mnie to gigantyczna porcja… Muszę też wspomnieć o kelnerze, który cały czas stał w koncie jak figura woskowa i czekał na gest żrących gości. Przez 20 minut nie drgnął nawet o centymetr, nie ruszył ani głową, ani ręką, a nogi stały jak zamurowane. Jedyne poczym można było odróżnić go od eksponatu muzealnego, to oczy, które co jakiś czas mrugnęły. Albo to rzeczywiście taki kelner zawodowiec, albo był na kacu po jakiejś wczorajszej imprezce. Zobaczymy jutro… Jeżeli ktoś z Was będzie kiedyś rano głodny w Świnoujściu, to polecam Avangard. Dla ludzi „z zewnątrz”, śniadanie kosztuje 30 złotych. Mało to to nie jest, ale jedzenie jest niesamowite… Na przykład mama, to pochłaniała tam takie ilości, że same produkty są więcej warte niż te 3 dychy. Wczoraj wieczorem jedliśmy też tam kolację. Żarcie super (kuchnia śródziemnomorska), ale trzeba mieć duuużo czasu i cierpliwości… Wszystkie potrawy są przyrządzane dopiero po złożeniu zamówienia. Dlatego średni czas oczekiwania na danie główne to 45 minut. Przynajmniej wszystko jest świeże i co najważniejsze… przepyszne. Jeżeli nie lubicie czekać i jesteście naprawdę głodni, to nie macie tam czego szukać. Pozostaje Wam rybka z oleju, w jednej z budek przy promenadzie ;-)

Po genialnym śniadaniu wyszliśmy z mamą na rekonesans pogodowy. Na balkonie było tylko 13°C, ale na dole w słońcu dało się wytrzymać. Około 13-tej udało nam się zebrać. Przyczepę mamy zaparkowaną na parkingu Panorama Avangard, który sąsiaduje z naszym hotelem. Jest to jedna banda, także nie ma problemu. Wystawiliśmy nasz sprzęt, dosiadłem rumaka i ruszyliśmy ulicą Uzdrowiskową na wschód. Tutaj muszę nadmienić o moim nowy gadżecie, który wykonałem specjalnie na ten wyjazd – chodzi o flagę. Na wyspie Uznam przeważająca część ludności to Niemcy, dlatego żeby nie myśleli sobie, że jestem jednym z nich, postanowiłem wyeksponować polskie barwy. Biało-czerwoną flagę znalazłem na Allegro, do tego zakupiłem w sklepie wędkarskim szczytówkę (cienka końcówka wędki), która posłużyła mi za maszt… Po 50-ciu metrach jazdy, wjechaliśmy w nadmorski las. W cieniu było chłodno, żeby nie powiedzieć zimno. Piorunem dotarliśmy do końca ulicy Uzdrowiskowej i skręciliśmy w prawo. Przez kolejne kilka minut telepaliśmy się po piaszczystej ścieżce, aż znaleźliśmy się przy głównym wejściu do Fortu Anioła. Zrobiliśmy tam sobie krótką przerwę, ale nie wchodziliśmy do środka. Wtedy mama rzuciła hasło „latarnia”. Pomyślałem sobie – why not. Takie spontaniczne akcje są zawsze najciekawsze. A żeby dostać się do latarni trzeba zaliczyć prom. Jupi! Od miejsca, w którym 20 lat temu, mój dziadek miał domek letniskowy, wróciliśmy ulicą Chrobrego do hotelu. Musieliśmy to zrobić, ponieważ zapomnieliśmy jednej z ważniejszych rzeczy prawdziwego globtrotera – aparatu fotograficznego – a bez niego ani rusz… Przy hotelu zaparkowałem na zatłoczonej promenadzie. Czekałem na mamę, która pobiegła na górę po brakujący sprzęt. Do tego miała jeszcze zrobić herbatę na wynos. Kiedy ode mnie odchodziła, koło mnie przechodziło małżeństwo z dwójką dzieci. Te oczywiście przyglądały mi się z otwartą buzią… Ośmiolatek dodał po chwili – Tato, jakie ten pan ma super autooo! A ten powiedział jedną z mądrzejszych sentencji, jaką słyszałem na „mój” temat – Ten pan na pewno wolałby chodzić tak jak my, niż jeździć takim samochodzikiem… Mama oczywiście się wzruszyła, ale ona ryczy nawet na komediach… Po piętnastu minutach wróciła, spakowaliśmy się i jak to mówił Pan Kleks – cała naprzód ku nowej przygodzie! Pod Avangardą miałem przejechane już/dopiero 6 kilometrów. Ponownie polecieliśmy ulicą Chrobrego, tyle że tym razem w drugą stronę w kierunku miasta. Cała ta ulica jest chwilowo nieczynna dla ruchu kołowego, ponieważ w połowie zerwano nawierzchnię i kładzione są jakieś rury. Dzięki temu mięliśmy prawdziwą autostradę tylko dla siebie… Dalej od ronda, po chodniku z wydzieloną ścieżką rowerową, dojechaliśmy do terminalu. Punktualnie o 14-tej byliśmy na promie, którym musieliśmy przedostać się na drugą stronę. Jak nietrudno się domyślić, wrąbałem się bez kolejki tam gdzie samochody. Jako pierwszy, zaparkowałem zgodnie z instrukcją „naprowadzacza” na skrajnym prawym pasie. A mama stała z reszta turystów za barierką, w miejscu dla pieszych i kolarzy…

Dwadzieścia minut później, na pokładzie „Bielika”, wylądowaliśmy na wyspie Wolin – w krainie żubrów i wikingów. Z nabrzeża wystartowaliśmy na północ po ścieżce rowerowej, która skończyła się już po 200 metrach. Niezła podpucha… Następnie wytrzęsło nas trochę po bruku, po czym wjechaliśmy na równiuteńki asfalt, którym grzaliśmy ulicą Barlickiego, aż do skrętu w lewo w uliczkę Ku Morzu. Przejechaliśmy przez tory i asfalt zamieniliśmy na betonowe płyty. Na nich czułem się jakbym prowadził pociąg. Podskakiwałem na każdym łączeniu płyt, wydając tępy, monotonny dźwięk – tam-tam, tam-tam, tam-tam… I tak przez ponad 2 kilometry. W międzyczasie napatoczyła nam się para trzydziestolatków na rowerach. Chłopak ciął z przodu, co jakiś czas zwalniając i czekając na swoja kompankę. Ta mimo 30-tu wiosen, wyglądała jakby drugi raz w życiu siedziała na jednośladzie wyposażonym w pedały. W jej pomalowanych oczach, było widać tylko i wyłącznie strach. Kiedy ją wyprzedziłem, jechała 8 km/h. Chłopaczyna był strasznie podirytowany wyczynami swojej lubej. Zatrzymał się na poboczu i nie wiem co jej powiedział, ale po kilku minutach, 200 metrów od brzegu morza, wyprzedzili nas z prędkością ponad 25 km/h! Byłem w szoku… Aż ze zdziwienia otworzyłem buzię… Ale 100 metrów dalej, przy takim niby rondzie, dziewczę spuchło i ponownie zatrzymali się na poboczu. Kiedy przemykaliśmy koło nich, uśmiechnąłem się do tego gostka hamowanego przez swoją towarzyszkę, a on tylko pokazał na nią palcem i pokiwał załamany głową… Tak właśnie dotarliśmy do płazy, na której kontrolę przejęli kiteboarderzy…

Do latarni zostało nam jeszcze 1,5 kilometra wzdłuż linii brzegowej. Przejechaliśmy obok poniemieckich bunkrów i Baterii Brzegowej. Tam zrobiliśmy sobie przerwę na herbatę i ciasteczka. Musze przyznać, że trochę zmarzłem… Po kwadransie pauzy ruszyliśmy dalej – tam-tam, tam-tam, tam-tam… Po chwili minęliśmy Fort Gerharda, poczym dotarliśmy do latarni morskiej…

Wybiła 15-ta. Na miejscu przywitało nas stado bezpańskich kotów i ogólna rozpierdziucha… Na liczniku miałem już 14 kilometrów. Mama nie chciała wejść na górę, dlatego szybko się stamtąd zwinęliśmy do pobliskiego Fortu. Strażnik/bramkarz, który wpuszczał do tej atrakcji, podobno gdzieś pił w krzakach, więc olaliśmy go i wjechaliśmy do środka bez biletu. Przejechaliśmy po grobli i wjechaliśmy na dziedziniec. Przywitało nas tam pięciu „miejscowych głupków”, poubieranych w ruskie mundury. Mama wyłudziła od nich mapę całego Fortu Gerharda, poczym udaliśmy się sami na zwiedzanie. Jeździło się tam bardzo fajnie… Na początku musiałem pokonać bardzo wąski i niski tunel – zmieściłem się w nim na styk…

Podczas pokonywania jednego z podjazdów, przydał się napęd na cztery koła. Mama cały czas mówiła, żebym uważał. Przecież min tam już nie ma!

Na koniec zwiedzania, zostało nam jeszcze takie jakby muzeum. Ja nie chciałem się tam pchać, no bo to chyba jasne, że quad’em nie wjeżdża się do budynków tego typu. Ale miejscowi wojacy uparli się, żebym wjechał chociaż kawałek. Aby mi to umożliwić, usiłowali otworzyć mi bramę wejściową…

Gdy wjechałem do środka, na mojej drodze stanęło działo przeciwlotnicze. Tamci oczywiście chcieli je przenieść, żebym mógł objechać wszystkie pomieszczenia, ale okazało się, że 5 metrów dalej były 3 schody, więc udało nam się ich przekonać, żeby odpuścili sobie gruntowne przemeblowanie muzeum…

Kiedywyjeżdżałem z tego gmachu, stali za mną jacyś Niemcy. Jeden z nich to chyba jakiś profesor, ponieważ spojrzał na moją rejestrację, przeczytał ją – „Cet ainc, szumi…” i stwierdził – „Das yst polnisze Schumacher”. Z reguły, nasi zachodni sąsiedzi, nie są aż tak lotni jak my, Polacy. A tu proszę, miłe zaskoczenie ;-) Jakby było nam mało wrażeń, na pożegnanie, jeden z wojaków wystrzelił na naszą cześć z armaty…

Buuum!!! Takiego huku jeszcze nie słyszałem… Kiedy opuszczaliśmy Fort, pod główną bramą kupiliśmy zaległe bilety/przepustki i zrobiliśmy sobie zdjęcia z tym nieszczęsnym strażnikiem…

Moim zdaniem to iście hollywoodzka twarz ;-)

Fort Gerharda opuściliśmy o 15:55. Zapiąłem bluzę, mama nałożyła kask i mogliśmy ruszać w drogę powrotną. Dokładnie po 30-tu minutach byliśmy na Nabrzeżu Warszów, skąd odpływają „Bieliki”. Ominąłem wszystkich „frajerów” stojących w kolejce i ustawiłem się ponownie jako pierwszy :D Gdyby ktoś miał jakieś uwagi co do mojego cwaniactwa, miałem już przygotowaną odpowiedz – Kiedy ja tu stałem w kolejkach, to ty synku na chleb mówiłeś bep… Kilka minut później przypłynął pełen prom. Gdy wszystkie samochody zjechały na ląd, podszedł do mnie gostek podobny do Andrzeja Ch. z Goleniowa i pokierował mnie na miejsce postoju jak pilota F-a 16-tego na lotniskowcu, dając mi energiczne znaki i prowadząc mnie na skrajny prawy pas na promie. Wyczul chyba u mnie moją żyłkę sportowca, ponieważ powiedział, żebym przy wyjeździe cierpliwie czekał, aż wyjadą wszystkie auta ze środkowych pasów i dopiero po nich wystartował. Strasznie nie podobał mi się ten jego pomysł… O 16:47 byliśmy już na Wyspie Uznam…

Do hotelu wracaliśmy ulicą Bolesława Chrobrego, aż do Juliusza Słowackiego, gdzie był nasz parking. Około 17-tej byliśmy na miejscu. Machnęliśmy dzisiaj zaledwie 21 kilometrów. Trasa, którą pokonaliśmy, była bardzo lightowa i spokojna. Polecam ją wszystkim „niedzielnym kolarzom”. Późnym popołudniem zrobiło się już całkiem ciepło i przyjemnie. Jutro wskoczymy do Niemiec…

***** Tekst utworzony 26.03.2011r. *****

Świnoujście 2010 II – dzień 1. – przyjazd…


***** Tekst utworzony 24.03.2011r. *****

No i mamy czerwiec… Przez ostatnie dwa tygodnie prawie nie jeździłem. Siedziałem za to w domu i finalizowałem „Wpływ działań podejmowanych w ramach Partnerstwa na Rzecz Rozwoju „Winda do pracy” na zwiększenie stopnia zatrudnienia osób niepełnosprawnych”, czyli moją pracę magisterską :-) Muszę się Wam przyznać, że kilka razy, kiedy np. na pytanie – co chcesz na obiad? odpowiadałem – beneficjenta ostatecznego, musiałem odpocząć od pisania. Wtedy wykradałem się z domu i przez 30 minut jeździłem jak wariat po lesie, bez żadnego ładu i składu – taki freestyle pełną gębą. Chociaż przez chwilę mogłem zapomnieć o tych dyrektywach, programach, i całym tym unijnym bełkocie… Bleee… Za dwa tygodnie dzieło musi być gotowe. Dam radę, nie będzie tak źle. W końcu licencjat napisałem w 30 godzin, a moja praca magisterska ma być tylko jego rozwinięciem… Gdyby za oknem świeciło słońce, to pewnie olałbym tą całą obronę i przełożyłbym ją na październik. Ale najwidoczniej „przeznaczenie” chciało, żebym miał to jak najszybciej z głowy. Od dawna, nie było już dnia bez deszczu. Padało, padało i padało, aż tu nagle dzisiaj, na „trójce”, między Wolinem a Międzyzdrojami wyszło upragnione słońce. Aaaaa… Zapomniałem wspomnieć, że od dzisiaj (środa) do poniedziałku zmieniłem miejscówkę na Park Avangard w Świnoujściu… Poprzedni majowy pobyt był jednym wielkim niewypałem… Teraz zmieniliśmy hotel, o dwa w prawo ;-) Jedno jest pewne, gorzej jak w Villa Rezydent nie będzie, ponieważ gorzej już być nie może… Pierwsze wrażenie – szok – pokój, znaczy apartament (muszę się przyzwyczaić) 35 metrów kwadratowych, prawie tyle, co w mieszkaniu mojej babci. Do tego aneks kuchenny, naczynia, gary, ogromny telewizor lcd i nawet wieża stereo! Do tego duuuży balkon z widokiem na morze, skierowany na zachód. Wózkiem można dosłownie tańczyć. Szkoda tylko, że łazienka jest mała. Wątpię czy uda mi się wcisnąć do kabiny prysznicowej. Najważniejsze, żeby tylko była pogoda. Nie mam zamiaru znowu kisić się przez cały długi weekend w pok… w apartamencie. Wolę koczować w namiocie na plaży i codziennie robić po 50 kilometrów, niż siedzieć w klimatyzowanym Park Avangard i gapić się w telewizor… Dzisiaj się ogarniemy, a jutro jedziemy podbijać świat! Syndrom pierwszej nocy mnie nie dotyczy, więc na pewno będę wyspany i gotowy do akcji…

***** Tekst utworzony 24.03.2011r. *****