Miesięczne archiwum: Lipiec 2010

Świnoujście 2010 III – dzień 5. – Rezerwat „Karsiborskie Paprocie”…


***** Tekst utworzony 15.04.2011r. *****

Wczoraj mama przedłużyła nasz pobyt do niedzieli. Pogoda jest w sam raz na wycieczki, do siedzenia w pokoju jest zdecydowanie za gorąco. Musieliśmy dzisiaj się sprężyć i wyjść trochę wcześniej, ponieważ o 16-tej grają Holendrzy z Brazylią. Trzymam kciuki za… Chyba wiadomo, że każdy miłośnik jednośladów będzie za Oranje (Holandia) ;-) Dzisiaj „paszporty” nie były nam potrzebne. Udaliśmy się do Rezerwatu „Karsiborskie Paprocie” na samym dole wyspy… Droga jest prościutka, przyjemna i mało wymagająca – w sam raz dla początkujących. Prawie cały czas jechaliśmy po pustych ścieżkach rowerowych. Świnoujście to nie Niemcy, także im dalej od cywilizacji, tym mniej cyklistów na trasie. Koło przeprawy promowej Krasibór wjechaliśmy w las zgodnie z drogowskazem prowadzącym do rezerwatu. Po drodze przestraszyliśmy strażników miejskich, którzy zrobili sobie piknik w czasie pracy. Schowani w bocznej leśnej dróżce, rozłożyli sobie kilka miseczek i talerzyków na przedniej masce radiowozu i pałaszowali śniadanko. Mieli nawet obrus! Co prawda to było dwóch Panów, ale może oni mieli tam po prostu randkę ;-) Kawałek dalej zrobiliśmy sobie przerwę i w ostatnim domku w tej części wyspy zapytaliśmy, ile jeszcze do tych paprotek. Lekko dziabnięty jegomość mruknął, że jeden a może i trzy kilometry…

No i faktycznie zmieścił się w przedziale. Rezerwat, żadna rewelacja, pełno paproci, ale nic poza tym. No może z wyjątkiem komarów, ale o tym za chwilkę… Dotarliśmy do miejsca z dostępem do Odry (lub Świny), gdzie akurat przepływał gazowiec z turecką banderą w obstawie naszych strażaków…

W słońcu na postoju było tragicznie… Po kilkuset metrach piaszczystej leśnej drogi, zaczęliśmy powoli wracać. Mamę co jakiś czas obsiadały komary, a właściwie to całe stada tych paskudnych insektów. Nawet Off nie pomagał… Mnie nie ugryzł ani jeden. Najwidoczniej SuperFour zakłócał ich sensory, albo po prostu mam mniej słodką krew od mamy ;-) Uciekliśmy stamtąd, jak żołnierze spod ostrzału…

Przy pierwszych drewnianych domkach, skręciliśmy w prawo do przystani, gdzie roiło się od miejscowych emerytów i rencistów, którzy albo łowili ryby, albo grali w karty na rozłożonych kocykach. Najbardziej wytrwali opalali się na PRL-owskich leżakach… Po drugiej stronie rzeki, było widać przystań promową Krasibór. Wyjechałem fotelem, żeby rozprostować nogi przed sprintem do bazy. W tym czasie podszedł do nas „Maliniak”. Rozmowa się zbytnio nie kleiła… Był bardzo przewidywalny i wskazując palcem na mój wehikuł, rzucił na dzień dobry standardowe pytanie przeciętnego Polaka – Ile to kosztuje? Mama mu odpowiedziała pytaniem na pytanie – A co? Chce pan kupić, czy ukraść? Trochę się facio zawiesił, ale po chwili zastanowienia powiedział, że chciałby sprawić coś takiego swojej niepełnosprawnej żonie. Potem opowiedział nam całą historię swojej rodziny. Chcieliśmy upamiętnić nasze spotkanie wspólnym zdjęciem, ale świnoujszczanin wstydził się wystąpić z nagim torsem. Po chwili negocjacji, wyperswadowaliśmy mu (bez użycia siły), że to prawie plaża i bez koszulki będzie bardziej autentyczny…

W międzyczasie oglądaliśmy ekspresową akcję transportowania promem karetki na Warszów. Się działo… Pożegnaliśmy się z Maliniakiem i pojechaliśmy po betonowych płytach wzdłuż kanału do terminala promowego. Jak zwykle kilka zdjęć i ruszyliśmy dalej, na Avangard…

Dojechaliśmy do bazy jak niemiecki InterCity – bez przesiadek i zbędnych postojów. Dzisiaj machnęliśmy jedynie 24 kilometry. Jutro mają nas odwiedzić znajomi z Poznania, którzy wczasują się obecnie w Międzywodziu. Do tego mamy ćwierćfinał… Niemcy-Argentyna… Zapowiada się ciekawe widowisko… Musimy również się gdzieś przejechać, dlatego szykuje się kolejny intensywny dzień…

***** Tekst utworzony 15.04.2011r. *****

Świnoujście 2010 III – dzień 4. – Maraton do Usedom…


***** Tekst utworzony 14.04.2011r. *****

No i tak dotarliśmy do lipca… Dzisiaj również nie ma meczy, więc i wycieczka była dłuższa… Miejsca docelowego nie wybraliśmy i tym razem. Zdecydowaliśmy tylko, że wyruszymy na zachód w kierunku Anklam. Wczesny start znowu nam się nie udał, zebraliśmy się dopiero grubo po 12-tej. Koło szlabanu naszego parkingu, spotkaliśmy „Johna”, który siedzi już w Świnoujściu od ponad miesiąca. Temu to dobrze. Wesołe jest życie staruszka… jak nie ma polskiej emerytury ;-) Mama jak zwykle cykała się jechać przez centrum Świnoujścia jezdnią, dlatego pojechaliśmy wzdłuż Świny wybrzeżem Władysława IV-ego. Niestety natknęliśmy się tam na remont drogi i przez to, straciliśmy tylko kilka cennych minut… Kiedy dojechaliśmy do ulicy Grunwaldzkiej, ja zasuwałem ulicą, a mama oczywiście wybrała stary dziurawy chodnik, po którym wlekła się w żółwim tempie… Po chwili pokazała się ścieżka rowerowa, którą dotarliśmy do przejścia granicznego Świnoujście-Garz. Na granicy stuknął nam dokładnie piąty kilometr od bazy. Dalej kilka, kilkanaście minut grzaliśmy drogą do miejscowości Garz. Bułka z masłem… Tam ostry manewr w prawo, zgodnie ze znakiem „Dargen 7km”, i stamtąd cały czas jechaliśmy już szlakiem rowerowym, znanym jako Haff-Radfern-Weg, który biegnie wokół Zalewu Szczecińskiego. Na początku była nierówna i zarośnięta chwastami kostka brukowa. Przez kilka minut jechaliśmy przez pola, poczym przemknęliśmy pod wiaduktem kolejowym…

Za nim zaczął się rzadki lasek, na którego końcu dosłownie zahaczyliśmy o wioskę Kutzow. Przez następne 4 kilometry poruszaliśmy się po jezdni, gdzie samochody występowały bardzo sporadycznie. Rowerów było jeszcze mniej… Z Kutzow ruszyliśmy pod górę mało uczęszczaną drogą lokalną koło lotniska. O 13:40 przejechaliśmy w pobliżu kilku domków tworzących Neverow…

Półtora kilometra dzieliło nas od kolejnej wioski na naszej dzisiejszej trasie – od Bossin. W związku z tym, mknęliśmy przez malownicze pola pełne motylów i różnokolorowych kwiatków…

Za Bossin na chwilę opuściliśmy szeroką i równą szosę, zamieniając ją na równie nienaganną ścieżkę rowerową, którą zmierzaliśmy do Dargen. Po drodze mijaliśmy spore stada, kwiczących jak zarzynane świnie krów, które najwidoczniej miały dość upału… O 13:55 dojechaliśmy do wspomnianego Dargen…

W całej gminie Dargen mieszka niewiele ponad 500 osób. Same miasteczko jest mizerne, poza nowym przystankiem autobusowym, wszystko jest w opłakanym stanie. Nawet droga, którą przejechaliśmy przez opustoszałe centrum, była tragicznej jakości. Jedyne co rożni niemiecką wieś od naszej, to ogólnie panujący ordnung. Poza tym było tam zdecydowani więcej obór, niż domów mieszkalnych. Oprócz tego w pobliżu znajduje się tam hodowla strusi i żubrów oraz muzeum dwusuwów…

Nie mieliśmy czasu na zwiedzanie tych atrakcji, ale kiedyś na pewno to zrobimy. Teraz przed nami był najgorszy odcinek trasy, przynajmniej jak dla mnie… Przez prawie 4 kilometry jechaliśmy ulicą, która była równa jak stół, ale za to bardzo wąska i aby minąć się z samochodem, których z minuty na minutę było coraz więcej, byłem zmuszony zjechać na szutrowe pobocze. Było to strasznie uciążliwe…

Po kilkunastu minutach, o 14:28, dotarliśmy do Stolpe. Była to kolejna, ostatnia już wioska przed naszym głównym celem. Szlak rowerowy jest poprowadzony przez obrzeża miejscowości, więc po dwóch, trzech minutach ponownie znaleźliśmy się na ścieżce dla cyklistów. Śmigaliśmy nią przez pola, poczym wjechaliśmy w iglasty las…

Rowerówka, jak na Niemcy, była niestety w kiepskim stanie. Kostka brukowa była mocno powybrzuszana przez korzenie, do tego była jeszcze wypukła na środku. Widać, że jest rzadko uczęszczana, ponieważ na całej ścieżce walczyliśmy z dywanem z szyszek, które co chwilę wystrzeliwały nam spod kół. SuperFour jakoś sobie z tym radził, ale mama nie wspomina najlepiej tego odcinka dzisiejszej trasy… Kiedy pokonaliśmy ten trzykilometrowy las, znaleźliśmy się w miasteczku Usedom, od którego pochodzi nazwa wyspy Uznam… Mieścina, nie można powiedzieć, żeby była spora, ale w porównaniu do tych, przez które mieliśmy dzisiaj przyjemność przemknąć, to prawdziwa metropolia. Po opuszczeniu lasu, przez 300 metrów podróżowaliśmy jezdnią, poczym wskoczyliśmy na chodnik, którym poruszaliśmy się po mieście. Wcale nie był taki zły… Minęliśmy jakiś supermarket (chyba KiK) i podjąłem samodzielną decyzję o skręcie w lewo zgodnie z drogowskazem na Altstadt (stare miasto). Po przejechaniu kolejnych pięciuset metrów, byliśmy już w samym centrum Usedom, na kwadratowym rynku, przypominający te z polskich (poniemieckich) miasteczek…

Na samym środku stał monumentalny, ogromny kościół, który właśnie oznajmił, że wybiła 15-ta… Zrobiliśmy sobie pod nim przerwę w celu regeneracji sił na powrót. Gatorade + herbatniki Leibniz + cień i nic mi więcej nie potrzeba… Baterie ładowały mi się w ekspresowym tempie. Tak prawdę mówiąc, to w ogóle się nie zmęczyłem, więc za bardzo nie miałem poczym odpoczywać… Zabrałem się za studiowanie mapy, a mama polazła zwiedzić kościół. Szybko jednak wróciła, ponieważ wstydziła się chodzić po świątyni w krótkich spodenkach, rękawiczkach kolarskich i kasku na głowie – co za dziwna kobieta… 20 minut później wydałem polecenie – załoga na pokład! Cyknęliśmy sobie parę fotek i podjechaliśmy do „Tor-u” czyli po naszemu bramy, podobnej do takich, które można zobaczyć w niektórych polskich grodach, które przed laty były otoczone murami…

Przejechałem pod nią, zatrzymałem się dając chwilę fotoreporterom i poleciałem dalej chodnikiem na wschód… Mama tym razem mi nie zaufała i została w tyle z mapą, była przekonana, że jadę w złą stronę… Tym razem muszę przyznać, że miałem nosa i wybrałem odpowiedni kierunek. Mama dogoniła mnie dopiero przy wjeździe do lasu na końcu Usedom, gdzie czekałem na nią przez kilka ładnych minut… W las wjechaliśmy już razem o 15:47…

Powrót przebiegał zgodnie z planem tą samą trasą, którą tam dotarliśmy. W Dargen do mamy doczepił się podstarzały przystojniak na rowerze… Typ Clooney’a ;-) Był to Polak mieszkający na stałe we Frankfurcie nad Menem, który spędza na wyspie urlop… Przez kilka ładnych kilometrów robił wywiad na nasz temat, tworząc z mamą dwuosobowy peleton. Nie była ona od niego gorsza i też co nieco od „Georga” wyciągnęła. Dzięki niemu wzrosło nasze tempo. Ja cały czas jechałem 50 metrów przed nimi, co chwila spoglądając w lusterko, czy aby nie zgubiłem ogona w postaci dwóch kolarzy w kaskach. W Garzu zrobiliśmy sobie króciutki postój. Mamy kompan poleciał dalej sam, spiesząc się na kolację. Mamę nawet to ucieszyło, ponieważ ledwo żyła… Powodem jej zmęczenia była szybka jazda i rozmowa w trakcie ostrego kręcenia pedałami… Po chwili byliśmy już w Swinemunde. Tym razem po raz pierwszy, do promenady dojechaliśmy nową dla mnie drogą… ulicą 11-go Listopada. Wzdłuż niej na całej długości i do tego po obu stronach, jest ścieżka rowerowa z czerwonej kostki. Jedyny minus to przejścia z sygnalizacją świetlną, na których traci się łącznie kilka minut. Ale za to można poćwiczyć refleks, ostro ruszając po zapaleniu się zielonego światła ;-) Minęliśmy osiedle wieżowców, nowego Lidla, stację kolejki UBB, poczym przejechaliśmy koło stadionu miejskiego Floty Świnoujście i znaleźliśmy się na starych śmieciach przy promenadzie. No i tak o 17:30 byliśmy koło mojego mobilnego garażu… Przejechaliśmy dzisiaj 54 kilometry! To zdecydowanie najdalsza podróż z mamą na pokładzie i na pewno jedna z najodleglejszych moich wypraw. Mimo tego, że przez ponad 50 kilometrów śmigaliśmy przez zapyziałe wioski i pola, było czadowo! Po półgodzinnym odpoczynku, poszliśmy na zasłużoną kolację. Gdy nasz zaprzyjaźniony kelner dowiedział się, że przed chwilą wróciliśmy z Usedom, okazał nam wielki podziw (szczególnie kolarce). W nagrodę obsłużył nas dzisiaj w iście ekspresowym tempie. Nie chciał chyba, żeby mama zemdlała z wycieńczenia ;-)

Czas zbierać siły na kolejną wyprawę…

***** Tekst utworzony 14.04.2011r. *****