Miesięczne archiwum: Sierpień 2010

Borne Sulinowo – VII Zlot Pojazdów Militarnych – dzień 2


***** Tekst utworzony 20.04.2011r. *****

Nie można powiedzieć, żebym się dzisiaj wyspał… Ten dmuchany materac mimo swojej grubości, nie jest zbyt wygody. Do tego ten smród. Fuuu! Za każdym razem kiedy się przebudzałem, żeby się przewrócić, docierał do mnie ohydny, ostry zapach gumy, z której zrobiony jest materac. Bleee! Ale skoro wybraliśmy się na militarny zlot, to powinniśmy być zadowoleni. W końcu to prawie jak wojna, a tam śpi się nawet w okopach… Po śniadaniu po raz kolejny, wybraliśmy się na tankodrom. Dzisiaj ludzi było kilka razy więcej, niż wczoraj. Sobota, więc nie ma się co dziwić… Od razu zająłem sobie dobre miejsce przy „torze” i razem z tatą obserwowaliśmy pędzące maszyny…

Co godzinę, strażacy polewali tankodrom wodą, żeby chociaż trochę zmniejszyć ilość kurzu i pyłu w powietrzu. Prawdę mówiąc niewiele to dawało, ponieważ już po kilku minutach piach był ponownie suchy jak pieprz… Żeby trochę odpocząć od spalin, oddaliliśmy się od głównego teatru działań, w celu odetchnięcia świeżym powietrzem. Nie było to wcale takie łatwe…

Obeszliśmy kawałek starego poligonu. Pierwsze co zrobiłem, to zapuściłem się w głąb do jakiegoś niedokończonego, opustoszałego magazynu…

Później podjechałem do takiego sporego, piaszczystego dołu, gdzie wcześniej widziałem szalejące quady. Dobrze, że ich teraz nie było, ponieważ tylko najedliby się wstydu ;-) Mój „wózek inwalidzki” pokonywał ten piach z dużo większą gracją i w lepszym stylu od nich. Ani razu nie ugrzęzłem, w którejś z kolein, a tamci i owszem. Pierwszy raz miałem okazję przetestować SuperFour’a w tak nieprzystępnym terenie i muszę przyznać, że przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Szedł przez te wydmy, jak amerykańskie czołgi M1 Abrams podczas wojny w Zatoce. Albo i lepiej ;-)

Muszę przyznać, że podczas tej offroad’owej przejażdżki, trochę się zmęczyłem. Czułem nawet pot na plecach. Ale warto było. Teraz już przynajmniej wiem, co czują quadowcy, którzy dają czadu na swoich terenowych wozikach. Bajka… Żeby ochłonąć, znowu zadokowaliśmy przy tankodromie i oglądaliśmy wozy bojowe z całej europy. Kiedy byliśmy już cali czarni od pyłu, postanowiliśmy się wycofać i wróciliśmy na parking Domu Pomocy Społecznej, gdzie stał nasz samochód i przyczepa. Otrzepaliśmy się, zapakowaliśmy i pojechaliśmy do Szczecina na w pełni zasłużoną kąpiel…

Mimo wszystko było super. Takie zloty to naprawdę coś wspaniałego i wartego zobaczenia, a właściwie przeżycia na żywo. Ale ostrzegam! Jeżeli nie lubisz hałasu, zapachu spalin i chodzisz tylko w szpilkach, to zdecydowanie nie jest impreza dla Ciebie ;-)

***** Tekst utworzony 20.04.2011r. *****

Borne Sulinowo – VII Zlot Pojazdów Militarnych – dzień 1


***** Tekst utworzony 20.04.2011r. *****

Wczoraj przyjechałem z tatą do Bornego Sulinowa na VII Zlot Pojazdów Militarnych. Niestety SuperFour’a nie da się podpiąć do definicji „pojazd militarny”, ponieważ jednym z wymogów zwartym w regulaminie imprezy, jest służba w jakiejkolwiek armii świata. A szkoda, ponieważ w ciężkim terenie radzi sobie pierwszorzędnie ;-) Stacjonujemy w hoteliku przy Domu Pomocy Społecznej, ponieważ jest to jedyne w okolicy miejsce przystosowane dla osób niepełnosprawnych… Co prawda warunki pokoju biwakowo-spartańskie, ale telewizor z 50-cioma kanałami jest. Musiałem spać na moim dmuchanym materacu, ponieważ tutejsze łóżko było dla mnie zdecydowanie za twarde. O żarcie dbaliśmy samodzielnie – pasztet z puszki, bułki i banany… Po obfitym śniadaniu zasiadłem za sterami SuperFour’a i ruszyliśmy na zlot…

Jako, że do poligony mieliśmy tylko około kilometra, tata wybrał butołaza. Już po kilkudziesięciu metrach było widać, że jesteśmy w Bornem. Prawie każda napotkana osoba, miała na sobie coś z żołnierza. Były mundury polskie, radzieckie, amerykańskie, niemieckie, a nawet chińskie kapelusze połączone z irackimi chustami. Pełen folklor. Po chwili wyprzedził mnie pierwszy gazik, a nad naszymi głowami co kilka minut przelatywał „Antek”…

Kilka minut później byliśmy już na miejscu. Przywitały nas opustoszałe ruiny wojskowych budynków. Powoli tworzył się militarny klimacik… Doszliśmy do Sztabu Zlotu, gdzie żandarm nakazał mi zawrócić i wejść innym wejście przeznaczonym dla zwiedzających. Powiedział, że tutaj ostro szaleją czołgami i tam będzie zdecydowanie bezpieczniej za betonową barierą :-) Trzeba przyznać, że miał sierżancina rację… Zaraz po przekroczeniu bramki, przeszliśmy wzdłuż różnych stoisk i pawilonów. Na początku umiejscowili się sprzedawcy rolniczych pojazdów terenowych przypominających SuperFour’a. Za nimi były zainscenizowane okopy i zasieki amerykańskich żołnierzy Airborne. Kawałek dalej była mała scena, dźwig z bungee i strefa gastronomiczna. Obok montowali Twardego (to taki czołg) na lawetę – chyba były jakieś pokazy, ale się spóźniliśmy…

Kilkanaście metrów dalej, znalazłem lukę przy tankodromie i usadowiłem się do oglądania prujących pojazdów. Najprościej można to opisać – kurz, pył, piach i spaliny – po prostu czad :-)

Tata robił fotki i kręcił film, a ja podziwiałem te cudeńka… Około 13-tej obejrzeliśmy pokaz „Ułani, ułani , malowane dziecię”. Trzeba przyznać, że występ nie był dopracowany na tip-top, a konie chodziły jak chciały… No, ale biletów nie było, więc czego można spodziewać się za free? Po tym przenieśliśmy się ponownie pod tankodrom i dalej rejestrowaliśmy pojazdy militarne. Ja dodatkowo co chwilę szczerzyłem zęby do zdjęć, które robili mi zaciekawieni przechodnie…

Po 15-tej wróciliśmy do DPS-u na banana i po 17-tej wyruszyliśmy na rekonesans Bornego Sulinowa. Tym razem tata pojechał już rowerem… Trzeba przyznać, że ktoś projektował tą mieścinę z głową. Mają osobne chodniki, osobne ścieżki rowerowe – i to po obu stronach ulicy! Do końca Bornego dojechaliśmy w kilka minut, co chwilę mijając jakiś militarystów – pieszych i zmotoryzowanych…

Miasto zamieniło się na czas zlotu w jedną wielką bazę… Zaliczyliśmy pomnik T-34, poczym przejechaliśmy przez całą miejscowość w drugą stronę w poszukiwaniu pomarańczowego szlaku… Niestety w Polsce oznakowanie szlaków to prawdziwa tragedia. Dlatego olałem je, odpaliłem mój GPS i ruszyliśmy wzdłuż jeziora Pile na zachód, oczywiście przez las…

Tam trzeba było mieć oczy dookoła głowy, ponieważ wszędzie było pełno pobitych butelek. To częsta atrakcja naszych lasów… Część ścieżek była ostro rozorana przez podkowy koni ułanów, którzy gdzieś w okolicy mieli swoje koczowisko… Zrobiliśmy sobie przerwę na herbatę i po około kilometrze dotarliśmy do betonówki, którą wczoraj przyjechaliśmy od strony Czaplinka. I właśnie po tych betonowych płytach dojechaliśmy z powrotem do Bornego Sulinowa…

Zahaczyliśmy jeszcze o centrum w celu zakupienia szamania, a mianowicie kurczaka z rożna. Kobita zamykała już swoją budę, ale zlitowała się nad dwoma styranymi globtroterami i sprzedała nam ostatniego kurczaka. Dobrze, że w pokoju czekały na nas bułki, ponieważ w całym mieście pieczywo skończyło się już kilka godzin temu. Do bazy mieliśmy jeszcze tylko 300-sta metrów… Dzisiaj przejechaliśmy 13,4 kilometrów w ponad półtorej godziny. Zaliczam tą przejażdżkę do kategorii rekreacja. Jutro kolejny, ostatni dzień wąchania spalin i zjadania kilogramów kurzu…

***** Tekst utworzony 20.04.2011r. *****

Świeradów-Zdrój 2010 – dzień 11. – Hollywoodzkie zakończenie…


***** Tekst utworzony 19.04.2011r. *****

Lało całą dobę… Dzisiaj przyjechał po nas tata. Wszedł do pokoju i od razu mówi – Nie chcę żadnej kawy, spadamy stąd, bo za chwilę w ogóle nie wyjedziemy… My nie bardzo wiedzieliśmy o co mu chodzi, więc mama zapytała – Ale o co chodzi? Tata nam uświadomił, że nadchodzi powódź… Rodzice czym prędzej zanieśli bagaże do samochodu. W tym czasie woda zalała już kuchnie hotelu. Musiałem szybko zjechać windą na dół, ponieważ w każdej chwili mogli wyłączyć prąd. Na parterze było rozwiniętych pełno węży, dwie pompy wywalały wodę na zewnątrz. Kiedy ja siedziałem już w samochodzie, mama płaciła przy recepcji za pobyt, a tata mocował przyczepę… Cały czas równo padał deszcz. Gdy czekałem sam w aucie, słuchałem uważnie CB radia. Kierowcy donosili o zamykanych i nieprzejezdnych drogach w okolicy. O 13-tej czynny był tylko przejazd przez Mirsk. Wszędzie z góry płynęła woda. Ulice zamieniły się w górskie strumyki, razem z wodą leciały kamienie i rożne śmieci. Na całym odcinku trasy do Bolesławca, pełno było straży pożarnej i policji. Prawie non stop wzdłuż drogi płynęły rzeki, które w kilku miejscach nie mieściły się w korycie i wylewały na jezdnię. Momentami było naprawdę gorąco… Jakoś dojechaliśmy do autostrady. W paru nieckach wody było od groma. Dwa razy wpadliśmy w poślizg, ale tata zachował zimną krew i wyszliśmy z tego bez szwanku… Padało prawie przez całą drogę do Szczecina. W domu w wiadomościach zobaczyliśmy dopiero powódź w pełnej okazałości – masakra! W Świeradowie byliśmy drugi raz i drugi raz byliśmy świadkami kataklizmu. Rok temu tornado, teraz powódź, za rok pewnie doświadczymy trzęsienia ziemi… No i to wszystko gratis… ;-) Najważniejsze, że jesteśmy cali i zdrowi. Do następnego!


***** Tekst utworzony 19.04.2011r. *****

Świeradów-Zdrój 2010 – dzień 10. – Pogoda znowu do d…


***** Tekst utworzony 19.04.2011r. *****

No i dupa – pogoda nie do jazdy, a to nasz ostatni dzień, kiedy można by się gdzieś przejechać. W sumie nie jest zimno, ale nie widać centymetra nieba, tylko same chmury i mgła. Postanowiliśmy zrobić wypad na miasto, w celu zrobienia zakupów. W końcu trzeba było kupić prezenty dla ziomali ;-) Zaliczyliśmy również kawiarnie w Domu Zdrojowym. O 15:30 byliśmy już z powrotem. Zaczęło padać… Po kolacji pozostało nam jeszcze się spakować…

***** Tekst utworzony 19.04.2011r. *****

Świeradów-Zdrój 2010 – dzień 9. – Gdzieś na północ…


***** Tekst utworzony 19.04.2011r. *****

Mamy już czwartek, do końca pozostały jeszcze tylko dwa dni… Dzisiaj mieliśmy przedostatnią szansę na wycieczkę rowerową. Pogoda była do tego wprost idealna – 22°C. Moja i mamy forma była zwyżkowa, dlatego też obraliśmy konkretny i odważny cel podróży, a mianowicie zaporę Złotnicką wraz z tunelem… Wyruszyliśmy jak zawsze skoro świt, czyli po dwunastej ;-) Razem z nami z hotelu, wybywał szef całego tego bajzlu, który pierwszy raz widział SuperFour’a w pełnej okazałości. Po kolacji nieśmiało dopytywał nas gdzie byliśmy… Jak zwykle na początku, wystartowaliśmy w dół do drogi numer 404, a potem 361. W Orłowicach skręciliśmy w prawo i przekroczyliśmy Kwisę…

Odtąd jechaliśmy lokalną, równoległą do 361 drogą wzdłuż rzeki. Ruch był praktycznie zerowy. Ani pieszych, ani samochodów… Podążaliśmy niebieskim szlakiem, cały czas mijając dom za domem, chatkę za chatką. Po Orłowicach wjechaliśmy do Kamienia…

Mama była pełna sił, ponieważ trasa cały czas biegła powoli w dół. Rower praktycznie toczył się sam. Kilka minut później byliśmy już w Mirsku – małe miasteczko położone osiem kilometrów od Świeradowa. Na jednym z główniejszych mostów, wróciliśmy na lewą stronę Kwisy i na mojego nosa pojechaliśmy w kierunku rynku. Mama oczywiście miała wątpliwości i nie ufając mi, pojechała zgodnie z drogowskazami okrężną drogą. Przez to musiałem na nią czekać. Ręce opadają… Kierowaliśmy się teraz na Giebułtów. Zgodnie z dwiema mapami, które miałem na pokładzie, miał to być szlak rowerowy ER-7. Wszystkie znaki się uparły i twierdziły, że jest to ER-10. Jeszcze większa paranoja, niż numeracja dróg w okolicy. Ale w Polsce, będąc turystą rowerowym, można się do tego przyzwyczaić… Droga była połatana z każdej strony, dziura na dziurze. Po jakiś trzech kilometrach, zgodnie z ER-7/10 skręciłem w wąską, ale nową drogę do Giebułtowa i jak to u nas bywa, od razu byłem zmuszony uciekać na pobocze, ponieważ z naprzeciwka zasuwała ciężarówka z lawetą. Ja jakoś się zmieściłem, ale samochody które jechały za mną, musiały się wycofać. Mama ugrzęzła tam na chwilę. Kawałek dalej minęliśmy trzech turystów na rowerach, ale byli to jacyś zupełni amatorzy, ponieważ nie mieli ze sobą żadnego ekwipunku wyprawowego. Nie to co my ;-) Przejechaliśmy koło jakiejś starej fabryki z ceglastym kominem, a potem ostro w górę. Pierwszy dojechałem do skrzyżowania i stanąłem przed trudnym wyborem – w lewo, albo w prawo. Wybrałem tą pierwszą opcję, ponieważ po lewej zauważyłem namalowany rower na przydrożnym drzewie. Jakbym spojrzał na mapę, to wiedziałbym, że trzeba było pojechać w prawo… Dopiero po około półtora kilometra kapnęliśmy się, że jedziemy zupełnie w innym kierunku. Byliśmy w Giebułtówku… Mama zapytała, czy na pewno wiem gdzie jestem. Miejscowy chłop potwierdził naszą lokalizację. Dla pewności odpaliłem GPS w telefonie, aby nie napotkać więcej na takie niespodzianki. Wróciliśmy z powrotem do tego nieszczęsnego skrzyżowania i teraz pojechaliśmy już prawidłowo (prosto) na centrum Giebułtowa. Na głównej krzyżówce wioski, akurat odbywał się remont nawierzchni, także dookoła panował ogólnie pojęty artystyczny nieład. Następnie zaczęła się tragicznie dziurawa droga. Był to na pewno nowy rekord w mojej skali „dziadostwa”. Nie gubiąc żadnej plomby, dotarliśmy do trasy numer 360, przejechaliśmy po niej 20 metrów i skręciliśmy w lewo na Stankowice. Byliśmy chyba w Augustówku – na budynkach wisiały właśnie takie tabliczki, ale na żadnej z map takiej miejscowości nie znalazłem… Mama jak zwykle mi nie ufała, więc zapytała miejscową wieśniaczkę czy dojedziemy tędy do zapory. Kobieta odpowiedziała, że tak, ale to bardzo, bardzo daleko. Mama na to – Ale ile kilometrów? Kobieta zaczęła liczyć coś na palcach i po chwili namysłu odpowiedziała – No ze trzy bedzie… :-) No to co? Jedziemy :-) Miałem zamiar pojechać czerwonym szlakiem na skrót przez Złotniki Lubańskie. Niestety ten wariant to była lipna droga z półtorametrową trawą i wysokimi krzaczorami. No way jak to mówią za granicą… Dojechaliśmy znowu do ER-7/10 i na polu koło memlącej krowy (i jej wielu kup), zrobiliśmy sobie wodopój…

Była już 14:30. Przy tym polu kończyły się zabudowania i niestety jezdnia, a zaczynał się las i żużlowa ścieżka. Do tamy było jeszcze około czterech kilometrów, może mniej, a do domu 15. Trzeba było wrócić do bazy góra o 17-tej, żeby spokojnie zjeść obiadokolację, dlatego z ogromnym żalem i łzami w oczach, podjęliśmy ostateczną decyzję o przyspieszonym powrocie. Siedzieliśmy sobie na tym polu ze 20-cia minut, aż tu nagle w oddali pojawił się kuń z wozem pełnym siana…

W te kupę siana, wbite były widły, które wyglądały jakby zaraz miały wypaść. Ale woźnica – było widać – nie był z pierwszej łapanki, ominął nas w rajdowym stylu, gubiąc przy tym w kilku miejscach siano, po czy pognał do obory czy tam stajni. W każdym bądź razie chodzi o taką rozpadającą się drewnianą budę, gdzie trzyma swoje zwierzęta ;-) Odczepił swojego rumaka, zaprowadził go na wypas koło tej memlącej mućki i podszedł do nas. My już się zwijaliśmy, ale jeszcze zamieniliśmy z nim kilka słów. Dobrze, że nie pojechaliśmy do zapory, ponieważ chłopina mówił, że ta droga im dalej, tym bardziej dziurawa… Mama cyknęła mi tradycyjną fotkę z tubylcem, ale ten nie był zbytnio chętny do pozowania… Wypoczęci i zrelaksowani ruszyliśmy z powrotem do Świeradowa. Po 200-stu metrach zatrzymałem się koło jakiś ruin – na mapie nazywają to Słupiec. Na miejscu jak zawsze informacji brak…

Wracaliśmy tą samą drogą, z pominięciem „rowerowej obwodnicy” Giebułtowa. Dziury dały mi nieźle w kość, mamie zresztą też… Na głównym skrzyżowaniu Giebułtowa zauważyła, że nie ma powietrza w przednim kole. Oczywiście zaczęła od razu panikować i drzeć japę – Stój, stój, stój! Nie wiadomo po co krzyczała, przecież mięliśmy kontakt przez krótkofalówki… Zaparkowałem na poboczu przy koparce. W pobliżu było kilku chłopa, tzw. straż wiejska – pilnowali remontu nawierzchni. Na marginesie mówiąc, byliśmy chyba jedynymi trzeźwymi osobami w całej gminie… Mama jak nie trudno się domyślić, nie miała przy sobie ani pompki, ani dętki. Jeden z miejscowych zgłosił, że on ma pompkę i łatki 50 metrów stąd w domu. Po drugiej stronie ulicy facio, który siedział akurat na dachu swojej chatki i coś tam naprawiał, wykrzyczał, że on ma tam pompkę w garażu. Długo się nie zastanawiając, mama wzięła pod pachę rower i podeszła do niego. Ja zatrzymałem się na jego stromym podjeździe na podwórko. Tak mnie wytrzęsło, że miałem problem z utrzymaniem głowy w pionie – taka droga to nie dla mnie… No i widać , że nawet mamy rower nie wytrzymał… Wróćmy do mamy. Gościu na dachu był tak zajęty, że znalezienie pompki zlecił swojej żonie. Ona chyba za bardzo nie wiedziała czego szuka i dlatego zajęło jej to kilka minut. W tym czasie doczłapał do mnie kulawy, lekko dziabnięty pan w okularach przeciwsłonecznych – model „Sopot 72’” i mówi – Synek, a dokąd wy jedziecie? Odpowiedziałem mu, że do Świeradowa. Ten złapał się za głowę i dodał – O boże! Toż to bardzo daleko… Ja wtrąciłem, że my dzisiaj stamtąd przyjechaliśmy. Ponownie złapał się za głowę i kiwając głową poszedł pomóc pompować :-) O dziwo, jakoś powietrze nie uciekało. Najważniejsze, żeby dętka wytrzymała do bazy… W tym czasie, do mnie podbiegło dwóch dzieciaków w wieku 6-8 lat. Stanęli dobre kilka metrów za mną i podziwiali mój pojazd z ogromnym zachwytem i podnieceniem. Ich rozmowa wyglądała mniej więcej tak: Ty, to jeździ? Nooo, a może nawet i lata! Jaaa, patrz, tam ktoś siedzi i ma taki ten do dzwonienia… (chodziło o mikrofon od krótkofalówki) W międzyczasie podjechał kolejny chłopak, ale ten był już zmotoryzowany – znaczy na rowerze… Nagle jeden z nie głośno wyszeptał – To chyba jakiś agent. Dwóch pozostałych, słysząc te słowa stanęli jak wryci i do końca nie wiedzieli, co mają teraz zrobić. Ich miny przypominały Kevina samego w domu… Najmniejszy chciał zwrócić na siebie moją uwagę i zaczął dzwonić rowerowym dzwonkiem. Nie trwało to jednak zbyt długo, ponieważ kolega pacnął go z całej siły w łeb i dodał – Uspokój się, bo jeszcze nas gdzieś zabierze! :D Nagle z garażu wyłoniła się mama z napompowanym kołem. Była w pełnym umundurowaniu – kask, radiotelefon, okulary, do tego rower z torbami… Takie coś na polskiej wsi robi niezłe wrażenie… ;-) Dzieciaki zamurowało jeszcze bardziej. Zwarci i gotowi ruszyliśmy dalej. Dwóch najbardziej odważnych, jeszcze przez kilkaset metrów, biegło za nami. Niezły ubaw miałem w tym nieszczęsnym Giebułtowie… Stamtąd udaliśmy się makabrycznie dziurawą jezdnią w kierunku Mirska…

Dalej pojechaliśmy starą trasą wzdłuż rzeki Kwisy. Średnia trochę nam spadła, ponieważ ostatnie osiem kilometrów było non stop lekko pod górę. Pod Świeradowem, mama już trochę spuchła, ale jako tako gnała dalej. Przez ostatnie 750 metrów rower był pchany, ponieważ podjazd do hotelu jest naprawdę ostry…

I tak oto podczas dzisiejszej prawdziwej ekspedycji, poznaliśmy nowy, bardzo ciekawy kawałek Polski, zaliczając przy tym 33 kilometry. Dobrze, że mamy dętka wytrzymała do samej bazy… Może jutro zaliczymy tą zaporę…

***** Tekst utworzony 19.04.2011r. *****

Świeradów-Zdrój 2010 – dzień 8. – Do Zakrętu Śmierci…


***** Tekst utworzony 19.04.2011r. *****

Pogodę mieliśmy dzisiaj trochę lepszą niż w poprzednich dniach, ale bez przesady. Nie możemy ciągle siedzieć na miejscu, trzeba było w końcu ruszyć tyłek i nabić chociaż kilka kilometrów. Mama wybrała Zakręt Śmierci – położony 2 kilometry przed Szklarską-Porębą. Droga miała być łatwa, prosta i przyjemna, ale niestety było całkiem inaczej… Wyruszyliśmy około południa, jak to zwykle bywa w Świeradowie, najpierw ostro w dół. Jeszcze nawet świeciło słońce… Po kilku minutach byliśmy na drodze 404. Co prawda numer ten był różny, w zależności od mapy… Niestety od tablicy Świeradów-Zdrój, było już cały czas pod górę. Do głównego celu podróży, od St. Lukasa mieliśmy około 20-tu kilometrów. Po jakiś siedmiu, stanąłem na poboczu przy mostku na rzece Kwisie, żeby poczekać na mamę, która gdzieś daleko w tyle, ze sporym trudem dymała pod górę… Dzięki krótkofalówkom, cały czas mieliśmy ze sobą kontakt. Do mnie głównie dochodziło jej sapanie, a za to ona musiała pedałować, słuchając moich globtroterskich przyśpiewek ;-) Po paru minutach jakoś się do mnie zbliżyła i zrobiliśmy sobie pauzę. Zanosiło się znowu na deszcz, więc rozbiliśmy koczowisko pod drzewem…

Na szczęście chmury nas jakoś ominęły i mogliśmy spokojnie grzać dalej na wschód… Po przejściu tej deszczowej chmury zrobiło się naprawdę zimno i musiałem nałożyć bluzę, nazywaną w moim team’ie misiem. Dzięki zastosowaniu najnowszej technologii oraz specjalnemu materiałowi XXI-ego wieku, ta kurteczka jest moim zdaniem genialna. Waży zaledwie 600 gramów, a przy tym jest ekstremalnie ciepła i co najważniejsze w ogóle nie krępuje ruchów. Kosmos. Jak dla mnie jest niezastąpiona… Kolejny postój, nie licząc takich, kiedy czekałem na twardszych lub miększych poboczach na mamę, zrobiliśmy na parkingu przy Rozdrożu Izerskim, skąd świetnie było widać kopalnie kwarcu…

Kilka ciastek, parę łyków gorącej herbaty i narada… Postanowiliśmy, że wracamy do bazy. Zajechaliśmy jeszcze 500 metrów w kierunku kopalni, gdzie mama przez kilka minut z ogromną zawziętością wygrzebywała jakieś niby szlachetne kamienie…

Obładowani kamyczkami rozpoczęliśmy powrót… Przy wjeździe na 404-rkę minęliśmy cinkciarzy skupujących od miejscowych zbieraczy jagody i zaczęliśmy długi zjazd w dół. Łykaliśmy zakręt po zakręcie, mama cały czas jechała na hamulcu…

Zatrzymaliśmy się dopiero koło szkółki leśnej pod Świeradowem. Byłem cały zmarznięty, nie czułem rąk i miałem wrażenie, że zaraz odpadnie mi nos. Poprosiłem mamę, żeby wyciągnęła mi z sakwy ogrzewacz. Okazało się, że ona jest bardziej zmarznięta ode mnie i również potrzebowała ciepła. W końcu 20 minut jechała w dół bez żadnego wysiłku… Podzieliliśmy się po jednym ogrzewaczu na głowę, a ostatni zostawiliśmy sobie na czarną godzinę. Do tego wszystkiego, podczas postoju zaczęło padać. Na szczęście po kilku minutach przestało. Odzyskałem władzę w prawej ręce i w tri miga pojechaliśmy dalej. Na termometrze w moim liczniku prędkości było 14°C, natomiast podczas sprintu w dół temperatura spadała do ośmiu stopni. Ogólnie rzecz biorąc, jakoś sobie radziłem w tym chłodzie, miałem tylko problem na mocno wyprofilowanych zakrętach w lewo – znosiło mnie do środka… Dotarliśmy do Orlenu i odtąd musieliśmy rozpocząć krótką, ale intensywną wspinaczkę do hotelu. Ten podjazd jest tak stromy, że aż trzykrotnie zgasł mi na nim silnik… Mama oczywiście zaczęła pchać swój rower, więc średnia prędkość stanowczo nam spadła. Było zimno, także podejście było dużo łatwiejsze niż w niedzielę. Jak dojechaliśmy do bazy, to nawet pokazało się słońce. Mimo wszystko było fajnie, mama wreszcie zrozumiała, że jak się nie pedałuję i nie wykonuję żadnej pracy fizycznej, to jest naprawdę dużo chłodniej… Przejechaliśmy 21 kilometrów. Miało być prawie dwa razy więcej :-( Trudno, może następnym razem uda nam się dotrzeć do Zakrętu Śmierci…

***** Tekst utworzony 19.04.2011r. *****