Miesięczne archiwum: Kwiecień 2011

Łagów 2011 – dzień 8. – Odwiedziny…


***** Tekst utworzony 6.06.2011r. *****

Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, dzisiaj zrezygnowałem ze sportu zwanego SuperFouringiem, ponieważ miałem zaplanowane odwiedziny. To nie ja byłem odwiedzającym, tylko to do mnie przyjechali goście… i to nie byle jacy ;-) Prosto z samego Buku do Łagowa, przybyła moja dawna koleżanka, a można by i nawet rzec przyjaciółka Iza, razem ze swoim mężem Łukaszem… Nie widzieliśmy się około dziesięciu lat, dlatego spotkanie było wielką niewiadomą. Ale podobno dobrzy ludzie się nie zmieniają ;-)

Państwo A. pojawili się w Morenie z lekką obsuwą, ale jako że sam zawsze się nie wyrabiam, nie wyżywałem się na nich z powodu spóźnienia ;-) Nie było problemu z wzajemnym rozpoznaniem się w hotelowej recepcji. Ja się trochę zmieniłem, ale Iza ani trochę… Żeby w spokoju porozmawiać, zaprosiłem ich do tutejszej kawiarni, która zamiast ogródka ma zadaszone patio, a na nim znajduje się bardzo przyjemna dla oka palmiarnia…

Po mile spędzonych chwilach przy dobrej kawie i opowieściach z ostatnich dziesięciu lat, goście stanowczo wyrazili chęć zobaczenia SuperFour’a na żywo. Dodatkowo chcieli się przejść ze mną do centrum Łagowa. Żeby za bardzo się nie męczyć, zasiadłem za sterami mojej półtonowej terenówki. Goście zapewne nie wiedzieli co ich czeka, ale sami się o to prosili… Z hotelu zabrałem ich na plażę położoną pod Zamkiem Joannitów. Przez pierwsze kilkadziesiąt metrów nie było najgorzej – Iza z Łukaszem posiadali jeszcze moc, a ja pilnowałem, żeby nie przekraczać sześciu kilometrów na godzinę. Było to nie lada wyzwaniem, tak samo dla nich, jaki i dla mnie. Można powiedzieć, że zrobiliśmy sobie taki ekstremalny sobotni spacerek ;-)

Po kilku minutowej pauzie nad brzegiem jeziora Trześniowskiego, trzeba było się zwijać… Do plaży nie było wcale tak źle, ale najgorzej było wrócić, ponieważ większość trasy biegła pod górkę… Ja cały czas starałem się jechać powoli. Czasami tylko dodawałem gazu, żeby puścić samochody, które blokowałem za sobą. Iza z Łukaszem widząc, że od nich odjeżdżam, podświadomie przyspieszali krok i zasuwali jak Korzeniowski ;-) Mimo wszystko doprowadziłem ich do naszego hotelu całych i zdrowych. Choć muszę przyznać, że jedna z osób uczestniczących w tym energicznym spacerze, była trochę zziajana – i to nie byłem ja ;-) Muszę również wspomnieć, że usługi, które świadczyli mi moi goście podczas tej przechadzki i nie tylko, były na najwyższym poziomie. Odpalanie silnika w SuperFour’ze czy poprawianie mojej ręki – światowa klasa ;-) Niestety wspólnie spędzone dwie, trzy godziny przeleciały w mgnieniu oka i ich wizyta dobiegła końca. To było naprawdę bardzo miło spędzone popołudnie. Mam tylko nadzieję, że nasze następne spotkanie będzie miało miejsce w niedalekiej przyszłości, a nie ponownie za dziesięć lat…

***** Tekst utworzony 6.06.2011r. *****

Łagów 2011 – dzień 7. – MRU – Pętla Boryszyńska…


***** Tekst utworzony 2.06.2011r. *****

Dzisiaj mamy piątek. Z okazji moich dzisiejszych imienin, przyjechał do nas mój tata, robiąc mi „spontaniczną” niespodziankę, o której wiedzieliśmy już od tygodnia ;-) W Łagowie zjawił się niespełna godzinę po śniadaniu. Czekając na niego, śledziliśmy w telewizji ślub Kate i William’a, ale po co nie wiem… Cały czas liczyłem, że jednak może coś wybuchnie ;-) Na widok taty, wyłączyliśmy te bzdury, spakowaliśmy niezbędny ekwipunek i rozpoczęliśmy w trójkę procedury startowe… Gdy wyjeżdżałem z Moreny na parking, zaczepił mnie zaprzyjaźniony hotelowy konserwator, z którym konsultowaliśmy nasze codzienne wycieczki – Gdzie się dzisiaj wybieracie? Z uśmiechem na twarzy odpowiedziałem – Do Boryszyna, zobaczyć bunkry. On na to tylko przytaknął głową dodając – Szacun. Najprawdopodobniej chodziło mu o odległość. Ale bez przesady! Do MRU (Międzyrzecki Rejon Umocnień) mieliśmy tylko 12 km… O 12:40 byliśmy już gotowi na kolejny rajd w nieznane. Dzisiaj nasza ekipa była liczniejsza o cały jeden rower. Dzięki temu znacznie zwiększyły się nasze możliwości operacyjne. Nie byłem skazany na samotność na zdjęciach, a dodatkowo zawsze któryś z członków mojej eskorty, mógł wykonać rozpoznanie w terenie i udać się na zwiad… Z hotelu pojechaliśmy w lewo kierując się na Sieniawę. Dwadzieścia godzin wcześniej, miałem przyjemność, razem z mamą wracać tamtędy z Wielowsi, dlatego wiedziałem co czeka nas na samym początku dzisiejszej eksploracji ziemi lubuskiej… Pokonanie pierwszych czterech kilometrów zajęło nam 25 minut. Przez te niespełna półgodziny jechaliśmy dziurawą, popękaną i pokrzywioną drogą razem z nielicznymi samochodami. Droga wcale nie była nudna i monotonna. To nie tylko dzięki slalomowi pomiędzy największymi skupiskami dziur, ale również dzięki ciągłym zakrętom oraz licznym krótkim zjazdom i podjazdom… Pierwszy postój zrobiliśmy niedaleko miejsca, w który ładowano węgiel z pobliskiej kopalni prosto do wagonów. Mama dojechała tam kilka minut przed nami…

Trzy minuty później ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy różnymi węzłami komunikacyjnymi wybierając bardziej przyjazną nawierzchnię – raz ulicę, raz chodnik. Po czterystu metrach dotarliśmy do pierwszego problemowego skrzyżowania na dzisiejszej trasie. Droga do centrum Sieniawy biegła lekko w lewo, a w prawo był odjazd na Buczynę. Do naszego głównego celu wycieczki – Boryszyna – można dotrzeć kilkoma wariantami. Nie ma sensu szukania najlepszego, ponieważ w tych rejonach wszystkie trasy są wymagające – w szczególności dla sprzętu… Zatrzymaliśmy się na poboczu i wyjęliśmy mapy. Mama i tata niewiele widzą bez okularów, więc nawigacją musiałem zająć się ja. My powinniśmy podążać na wschód, a Buczyna była na południe… Gdy próbowałem zlokalizować naszą aktualną pozycję na mapie, mama poprosiła tubylca o radę. Ten skierował nas jeszcze dalej w głąb Sieniawy i potem kazał skręcić na Staropole w drogę, biegnącą „pomiędzy dwoma domami”. Na mapie również ta trasa wyglądała na najkrótszą, dlatego nie było co kombinować. Po kilometrze dojechaliśmy do kierunkowskazu, który pokierował nas w kierunku Staropola…

Znak był dosyć zakamuflowany pomiędzy wiejskim sklepem, a słupem z ogłoszeniami, na którym sołtys zapraszał na zawody strażackie. Do tego nasza droga, zgodnie ze wskazówką sieniawianina, niezauważalnie wchodziła pomiędzy dwa domki, zamieniając się w brukowaną wąziutką uliczkę. Przy szybkiej jeździe łatwo ją przeoczyć… Od razu za nami, na nasz szlak wjechała żółta koparka. Nie chciałem zostać przez nią wyprzedzony, więc usiłowałem jej uciec grzejąc na maksa. Niestety przeszkodziła mi w tym miejscowa specjalność w postaci kocich łbów. Koparka skręciła gdzieś na pole, więc ewentualny przeciwnik już mi nie zagrażał. Kamienie pod kołami były strasznie nierówne. Gdy tylko nadarzała się taka okazja, starałem się jechać poboczem. Niestety taki luksus mogłem zaliczyć po drodze tylko kilkakrotnie…

Takie wertepy towarzyszyły nam przez następne 6 kilometrów. Na tym odcinku mieliśmy bardzo spacerowe tempo. Trudno było wykrzesać więcej niż 8 km/h… Dookoła, aż po horyzont, mogliśmy podziwiać malownicze pola z gdzieniegdzie stojącymi samotnymi drzewami. Nawet jakaś woda się trafiła…

Po drodze, natrafiliśmy na dziecięcą lalkę, a właściwie jej samą głowę, która leżała na samym środku brukowego traktu. Ze względu na zupełne odludzie i sam jej wygląd, do złudzenia przypominający „przyjazną” laleczkę Chucky, można było się troszeczkę zlęknąć ;-) Po czterech kilometrach telepania doturlaliśmy się do rozgałęzienia naszej drogi. Mieliśmy do wyboru dwie identyczne ścieżki, z których jedna skręcała lekko w lewo, a druga lekko w prawo. Pomiędzy nimi stał przekrzywiony, prostokątny słup. Było na nim namalowane oznakowanie czarnego szlaku, którym podążaliśmy do Boryszyna. Tylko, że ta wskazówka niewiele nam pomogła, ponieważ czarny pasek na białym tle był naniesiony na czterech bokach tego betonowego słupka, wskazując nasz szlak w każdą ze stron świata. Rozejrzawszy się po okolicy, zauważyłem w oddali po lewej jakąś białą wieżę. Udaliśmy się więc w jej kierunku, myśląc, że to Staropole… Po przejechaniu tysiąca metrów, ku naszemu zdziwieniu nie wiedząc którędy, jak i dlaczego, znaleźliśmy się w Boryszynie…

Tym razem szczęście nam dopisało i nie trafiliśmy do Staropola, a za to najkrótszą drogą dojechaliśmy prosto do głównego celu dzisiejszej wyprawy. Pokonanie sześciu kilometrów dzielących Sieniawę od Boryszyna, zajęło nam aż 50 minut. Wszystko przez ten bruk, który na pewno zostanie nam na długo w pamięci… Tablica miejscowości doskonale pasowała do tamtejszej nawierzchni – była krzywa i nieczytelna. Razem z domami, na jezdni pojawił się piach, który po dwustu metrach na dobre zamienił się w upragniony asfalt… Ta biała wieża okazała się być częścią miejscowego drewnianego kościółka, który próbowaliśmy odwiedzić…

Niestety był zamknięty. A szkoda, ponieważ świątynia powstała już w 1618 roku… Po krótkiej sesji zdjęciowej ruszyliśmy dalej w kierunku Międzyrzeckiego Rejonu Umocnień. Gdy wyjeżdżałem spod kościółka, podczepiło się do mnie kilkoro dzieciaków na rowerach. Jak tylko dodałem gazu na prostej, cała grupka została daleko w tyle, z ogromnym entuzjazmem wdychając spaliny i kurz, które po mnie pozostały ;-) Miejscowe znaki drogowe zasługują na osobną chwilkę uwagi. Każdy z nich ma jakąś dolegliwość. Mniejszą lub większą, ale zawsze… Niektóre były wyblakłe, inne za to pokrzywione i połamane. Jedne były niedomalowane, a drugie zamalowane. Ten z kolei ktoś pochlapał jakąś białą farbą…

300 metrów za tym znakiem w kierunku Wysokiej, napotkaliśmy pierwszy bunkier na naszej dzisiejszej trasie. Na chwilę zboczyliśmy z trasy, żeby przyjrzeć mu się z bliska…

Bunkier był całkowicie zniszczony. Najprawdopodobniej został wysadzony przez oswobodzicieli tych ziem, pod koniec lub po zakończeniu drugiej wojny światowej…

Nawet udało mi się do niego wjechać. Co prawda nie wjeżdżałem zbyt daleko w głąb tej betonowej twierdzy, ale nie dlatego, że się nie mieściłem, tylko dlatego, że na podłodze była cała masa potłuczonych butelek, które tworzyły gęsty, niebezpieczny dla opon dywan…

Szybko się stamtąd zmyliśmy i żeby nie tracić cennego czasu, pojechaliśmy dalej w kierunku „Pętli Boryszyńskiej”, do której według znaku mieliśmy jeszcze półtora kilometra…

Po dwustu metrach, zjechaliśmy z drogi biegnącej w kierunku Wysokiej na piaszczysty fragment szlaku. Kawałek dalej ponownie pojawił się asfalt. Mogliśmy spokojnie i w pełni rozwinąć żagle, pokonując przy tym długą prostą wzdłuż urzekającego pola pełnego żółtych kwiatków…

Po drugiej stronie tej niewielkiej równiny, znajdował się tor dla quadów i motorów krosowych. Szkoda, że było już tak późno, ponieważ chętnie bym się z nim zmierzył… Po chwili byliśmy na miejscu – przy północnym schronie osłony Baterii Północnej nr 5 :-) Na parkingu stało raptem kilka samochodów. Mama podeszła do budki, która była informacją turystyczną, kasą biletową i sklepem z pamiątkami w jednym. Otrzymaliśmy tam kilka interesujących wiadomości. Po pierwsze zwiedzać fortyfikację można tylko i wyłącznie z przewodnikiem. Takie zorganizowane grupy startują pod ziemię co dwie godziny. Po drugie nie mam szans wjechać do środka SuperFour’em – na dół prowadzą schody. Nie jest to co prawda niemożliwe, ponieważ mógłbym dostać się do wnętrza MRU kilka kilometrów dalej, korzystając z wjazdu dla wagonów… Jak to mówią – następnym razem ;-) Pozostało nam tylko obejrzeć bunkry z zewnątrz. Zatrzymałem się obok żółtego drogowskazu, prowadzącego do pobliskich pozostałości po drugiej wojnie światowej…

Według znaku, od bunkra dzieliło nas tylko 150 metrów. Od razu więc ruszyliśmy w tamtym kierunku. Przejechaliśmy przez skraj lasu, a później przemieszczaliśmy się wzdłuż świeżo zaoranego pola. Nasze rowerowe liczniki nabiły już 250 metrów, a bunkra ani widu, ani słychu. Akurat wracała z naprzeciwka jakaś grupka zwiedzających, więc nie omieszkaliśmy zapytać ich o drogę. Powiedzieli nam, że jeszcze musimy pokonać około stu pięćdziesięciu metrów. Nie wiem kto ustawiał tamte drogowskazy, ale chyba miał przy tym niezły ubaw… Olać te betonowe domki! Zatrzymałem się na poboczu polnej dróżki i wymusiłem na reszcie załogi pauzę…

Musiałem dziabnąć kilka łyków herbaty, ponieważ przez ostatnie trzy godziny nic nie piłem, w odróżnieniu do mojej świty, której praktycznie pokończyły się już spore zapasy wody ;-)

Kiedy uzupełniałem płyny, tata wybrał się na poszukiwanie tego bunkra, który podobno znajdował się gdzieś w pobliżu. No i znalazł…

W środku całej tej sieci fortyfikacji, można natrafić na licznych mieszkańców tych ciemnych tuneli. Oczywiście nie mam tu na myśli ludzi, chodziło mi o nietoperze :-) Mają tam one nawet swój rezerwat… Po zrobieniu kilku zdjęć tata wrócił do naszego „obozu”, który po chwili zwinęliśmy i rozpoczęliśmy powrót… Na początek musieliśmy wrócić szeroką polną drogą do budki Międzyrzeckiego Rejonu Umocnień…

Na zegarku była już 15:20. Ja z tatą zatrzymaliśmy się jeszcze przy jednym z bunkrów, żeby uzupełnić dokumentację dzisiejszej wyprawy o kilka dodatkowych fotografii, a mama nie zatrzymując się pojechała przodem do centrum Boryszyna. Piorunem przemknęliśmy przez tą długą prostą i z dużą determinacją na maksymalnej prędkości, zaliczyliśmy piaszczysty odcinek, którym wjechaliśmy na normalną drogę. Po chwili byliśmy już w centrum Boryszyna, gdzie czekała na nas mama. Zatrzymała się ona przy sklepie, przy którym tętniło wioskowe życie. Popytała miejscowych, którędy najlepiej wrócić do Łagowa. Na powrót tą samą drogą do Sieniawy nie było chętnych… Jedna z boryszynianek twierdziła, że ona często jeździ do Łagowa rowerem i jej trasa zajmuje godzinę, a my z naszym sprzętem powinniśmy dojechać do Łagowa w 45 minut. No dobra, tylko którędy? Mama wypytała ją o miejscowości, na które mamy się po kolei kierować i właśnie wtedy nadjechałem z tatą pod ten sklep. Całą podsklepową rozmowę słyszałem mimo tego, że byłem kilkaset metrów z tyłu – wszystko dzięki krótkofalówką, w które byłem wyposażony razem z mamą. Gdy nadjechaliśmy, moja rodzicielka wykonała tylko sugestywne znaki rękami, kierując mnie w lewo na Staropole… Moi rodzice dokonali zamiany jak w sztafecie. Kiedy mama ruszyła spod sklepu za mną, tata wjechał na jej miejsce. Żeby wesprzeć lokalną gospodarkę Boryszyna, uzupełnił nasze zapasy zakupując cztery butelki wody mineralnej… W tym czasie, ja z mamą dotarliśmy do Staropola, gdzie mieliśmy góra kilometr. Przed opuszczeniem tej niewielkiej wioski, w lusterku pojawił się tata i razem w trójkę polecieliśmy dalej…

Jezdnia była w miarę równa i szeroka, a i ruch samochodów był mizerny. Do następnej miejscowości mieliśmy około trzech kilometrów. Od Staropola przez dwa tysiące metrów jechaliśmy długą prostą przez las. Mama chciała wykorzystać rozpierającą ją energię i poleciała przodem. Gdy wyjechaliśmy z pośród drzew, stan drogi zdecydowanie się pogorszył. Pojawiły się niestety liczne dziury oraz łaty, ale i tak było nieporównywalnie lepiej niż na bruku… W tym momencie nie martwiła mnie jakość nawierzchni, tylko burzowa chmura, która czaiła się po naszej prawej stronie…

Miałem przeczucie, że trzeci dzień z rzędu będziemy mieli wątpliwą przyjemność doświadczyć ekstremum pogodowego… Ale nie mogliśmy się przecież wycofać. Poza tym prawdziwy globtroter nie przejmuje się takimi pierdołami… Kilkaset metrów przed Lubrzą, która była naszym następnym punktem na szlaku, przejechaliśmy tymczasowym wiaduktem nad budową autostrady A2. Przy samym wjeździe do Lubrzy, natknęliśmy się na skrzyżowanie. Na znakach drogowych widniało kilka egzotycznych miejscowości, takich jak Berlin czy Poznań, ale nie było nic na „eł” ;-) Gdy mama próbowała wypatrzeć coś na naszych mapach, tata podjechał kawałek dalej w poszukiwaniu tubylców, którzy mogliby udzielić nam cennych wskazówek. Na polskiej wsi trudno jest o tej porze znaleźć trzeźwą osobę, tym bardziej w piątek. Tak było i tym razem… Pierwszy, który się nawinął był już dość wstawiony, ale ostatkiem sił wybełkotał, żebyśmy skręcili na tym skrzyżowaniu w prawo. Zdając się na jedyną uzyskaną w Lubrzy wskazówkę, ruszyliśmy dalej… Mama była jak zwykle nieufna, dlatego wyprzedziła nas zaraz za krzyżówką i zatrzymała się po pięciuset metrach koło samotnie stojącego domu, przed którym akurat jakiś jegomość kosił trawę. Kiedy zsiadała z roweru, ja z tatą przemknęliśmy koło niej i zasuwaliśmy dalej w nieznane. Mieliśmy z mamą stały kontakt, dzięki słuchawce z mikrofonem zamontowanej na moim uchu. Po dwóch, trzech minutach usłyszałem tylko szum, a na końcu przekazu coś jakby „Stójcie”. Próbowałem wywołać ją często powtarzanym – Mamo, mamo, odbiór… Maja Włoszczowska, Maja Włoszczowska, zgłoś się… – ale poza jakimiś niezrozumiałym skrzeczeniem i zgrzytami nic do mnie nie docierało. Miałem z tatą nadzieję, że zapewne niedługo zostaniemy przez nią wyprzedzeni, więc grzaliśmy spokojnie przed siebie. Osiągnęliśmy świetne tempo i w dwadzieścia minut przejechaliśmy pięć kilometrów, cały czas zasuwając po szerokiej asfaltowej jezdni. Aż w końcu, we dwóch, dotarliśmy do wioski Bucze. Ponownie musieliśmy zaczerpnąć opinii miejscowych mieszkańców. Tym razem nie było z tym problemu, ponieważ na wjeździe do wsi natrafiliśmy na sklep. Nie był to byle jaki sklep, bo „wielobranżowy”, czyli piwo, wino, wódka ;-) Kiedy się pod nim zatrzymaliśmy, moja krótkofalówka nagle złapała mamę – Odbierzcie telefon, Piotrek, powiedz ojcu, żeby odebrał… Najwidoczniej nas doganiała i ponownie wjechała w mój zasięg. Tata wyjął komórkę i podał jej nasze aktualne położenie… Postanowiliśmy poczekać na mamę, ale było to zbędne, ponieważ gdy tylko równiutko zaparkowałem na poboczu, pojawiła się ona w lusterku. Lekko zasapana powiedziała nam, że wołała nas przez radio, żebyśmy zawrócili i pojechali inną, krótszą drogą. Tamten facet, u którego mama szukała informacji, polecił nam konkurencyjną trasę do tej, którą obecnie się przemieszczaliśmy. Według niego powinniśmy skręcić na Romanówek i tam wjechać na budowaną autostradę A2, którą dojechalibyśmy skrótem do Żelechowa. Co prawda nie wolno tamtędy jeździć, ale on twierdził, że tam pracuje i rowerami można śmigać bez obaw. Fajnie by było przejechać się po czymś takim… Ale dookoła też nie było źle ;-) Za sklepem skręciliśmy ostro w prawo i w trójkę pojechaliśmy na Żelechów. Zmieniły się trochę warunki, a mianowicie droga się zwężyła i zrobiła się kręta, po bokach pojawiły się skarpy i głębokie rowy. Aura pogodowa również uległa pogorszeniu. Nie dość, że wjechaliśmy w ciemny las i zrobiło się trochę chłodniej, to jeszcze zaczęło wiać. Właściwie wiać, to mało powiedziane. Zbliżaliśmy się do tej chmury burzowej, którą widzieliśmy kilka, kilkanaście kilometrów wcześniej… Najgorsze, że nic nie było widać, ponieważ wszystko dokładnie zasłaniały drzewa. Po niecałych dwóch kilometrach wjechaliśmy na długą prostą leżącą na granicy lasu z polem. Na takiej otwartej przestrzeni wiatr był jeszcze silniejszy niż wcześniej. Na samym początku jeden z mocniejszych podmuchów prawie zrzucił mi rękę z joysticka. Dookoła leciały gałęzie i konary. Nie wiedziałem, czy lepiej stać i czekać, aż coś spadnie mi na łeb, czy może jak najszybciej przejechać ten ekstremalny odcinek, narażając się na zepchnięcie przez podmuch na przeciwległy pas ruchu prosto pod koła nadjeżdżających z naprzeciwka samochodów. Burza nie była jakąś standardową burzą z piorunami i deszczem, za to pierwszy raz w życiu, miałem przyjemność przeżyć coś podobnego do burzy piaskowej. Pod tą ciemną chmurą panowała prawdziwa zawierucha. Piasek unosił się z pola kilka, a nawet kilkanaście metrów wzwyż, dokładnie zasłaniając Żelechów, do którego mieliśmy już niecały kilometr…

Całe szczęście, że nie musieliśmy przejechać przez środek tej wichury… W pewnym momencie, kiedy dostałem takim podmuchem, piach normalnie przelał się przez moją szybę, jakby kto chlusnął we mnie wanną pełną wody. Kolejne bezcenne przeżycie ;-) Gdy wyjechaliśmy z tego pola rażenia, dotarliśmy do wyjazdu z budowy A2, gdzie mieliśmy przybyć z Romanówka…

Trzysta metrów dalej, powoli zbliżając się do terenu zabudowanego, przekroczyliśmy granicę Żelechowa…

Mama zdecydowanie przyspieszyła i poleciała przodem. Na końcu pierwszego zakrętu we wsi, pojawił się długo wyczekiwany drogowskaz „← Łagów”. Bez zastanowienie skręciłem na dwudziestometrowy dziurawy fragment jezdni, który dojechałem do trasy biegnącej prosto do perły ziemi lubuskiej. Cały czas dwa metry za mną, równo pedałował tata. Przejechanie przez Żelechów zajęło nam góra pięć minut. Na końcu miejscowości jezdnia stanowczo się skurczyła. Ledwo mieścił się na niej jeden samochód. Żeby się wyminąć, zawsze jeden z kierowców był zmuszony zjechać na pobocze. Na szczęście ruch był bardzo mały. Na całym czterokilometrowym odcinku trasy, naliczyłem zaledwie cztery auta… Gdyby asfalt był lepszy, to tamtejszy szlak byłby naprawdę uroczy. Wąska droga poprowadzona była przez zielone pola. Po obu stronach jezdni były gęsto posadzone drzewka owocowe, które doskonale pasowały do reszty otaczającego nas krajobrazu… Kilometr przed Łagowem zaczął się długi i momentami bardzo stromy podjazd, na którym mój pociąg – ja z tatą – wyprzedził jadącą ze sporymi problemami mamę… Gdy znaleźliśmy się już na samym szczycie, przed nami ukazała się tablica „Łagów”. Po prawej stronie stały trzy niewysokie bloki mieszkalne, a przed nami był skomplikowany rozjazd. Do wyboru mieliśmy trzy drogi, z których każda biegła prosto. Pierwsza skręcała lekko w lewo, druga biegła na wprost ostro w dół, a trzecia troszeczkę odchodziła w prawo. Łączyła je jedna rzecz – na wszystkich trzech były kocie łby… Żeby bezsensu nie krążyć po Łagowie, tata zapytał stojącego na chodniku razem ze szczekającym jamnikiem, nad wyraz okrągłego, łysawego cygana – Przepraszam, którędy dojadę do hotelu Morena? Tamten zdenerwował się pytaniem, machną dwudziestokilogramową ręką i mówi – A tam… Tata dopytał – Prosto w dół? Cygan jeszcze bardziej się zirytował i zaczął krzyczeć – Tak… A może i nie tam. Ja nie wiem, jedź pan, jedź pan… Po tym zawołał psa – Kur…. chodź tu! – i poszedł w kierunku bloków ;-) Wariant prosto wyglądał na najbardziej cywilizowany, więc powoli poturlaliśmy się w dół po bruku. Kiedy zaczęliśmy zjeżdżać, dogoniła nas zziajana mama, która jak zawsze miała wątpliwości – A wy w ogóle wiecie gdzie jechać? Nic jej nie odpowiedzieliśmy, a ona pojechała drogą lekko w prawo. Niech żałuje, ponieważ przed nami, pojawił się bardzo wysoki, solidny wiadukt kolejowy…

Po przekroczeniu wiaduktu znaleźliśmy się z tatą przy łagowskim urzędzie gminy, skręciliśmy w prawo i główną drogą pod górę dotarliśmy do Moreny. Obok naszego hotelu minęliśmy „dziuplę” ;-)

Na parkingu koło przyczepy stała już mama, która wybierając inny wariant niż my, szybciej dojechała na miejsce. Ale za to nie mogła podziwiać tego monumentalnego wiaduktu z dołu. Jej szlak prowadził przez dworzec kolejowy, znajdujący się zaraz obok wiaduktu. Z góry również zapewne były niezłe widoki…

Kiedy zatrzymałem SuperFour’a koło mojego mobilnego garażu, na zegarze wybiła piąta. Cała wycieczka zajęła nam 4 godziny i 20 minut. Zataczając spore koło, przejechaliśmy 34 kilometry. Poza tym sześciokilometrowym odcinkiem z Sieniawy do Boryszyna, który zepsuł naszą średnią prędkość, cała dzisiejsza trasa była całkiem fajna i przyjemna. Mimo tego, że nie udało mi się wjechać do wnętrza MRU, przejażdżkę zaliczam do bardzo udanych. Nie mogę również zapomnieć o efektach specjalnych, które zafundowała nam po drodze burza piaskowa ;-) W pokoju, kiedy ściągałem z siebie „kombinezon”, wszędzie było pełno piasku. Z kieszeni można było wysypywać go łyżeczką ;-) Zaraz po przyjeździe udaliśmy się w trójkę na kolację poczym pożegnaliśmy tatę, który wsiadł w samochód i popędził do Szczecina, gdzie w domu czekała na niego Nuka (moja labradorka)… To były chyba najlepsze imieniny jakie pamiętam :-)

Jutro chyba nie będę wyjeżdżał z hotelu – późnym popołudniem spodziewam się gości. Kogo? Napiszę jutro jeżeli dostanę od nich zgodę na opublikowanie ich wizerunku ;-)

Tymczasem!

***** Tekst utworzony 2.06.2011r. *****

Łagów 2011 – dzień 6. – Łagowskim Brukiem nad jezioro Buszno…


***** Tekst utworzony 23.05.2011r. *****

Po wczorajszej rozgrzewce, dzisiejszy czwartek musieliśmy potraktować z większą werwą i zaliczyć jakiś konkretny objazd po okolicy Łagowa. Wczoraj wieczorem zaplanowaliśmy, a dzisiaj zrealizowaliśmy, wyprawę nad jezioro Buszno. Jak zwykle nie obyło się bez przygód i niespodzianek. Ale zacznijmy wszystko od początku…

Już z samego rana powitała nas piękna pogoda. Na niebie nie było widać nawet najmniejszej chmurki. Z hotelu wyruszyliśmy punktualnie o 12:30. Za bramą Moreny tym razem skręciliśmy w lewo i popędziliśmy w kierunku Łagówka. Po 150-ciu metrach opuściliśmy podziurawioną i popękaną drogę prowadzącą do Sieniawy i wjechaliśmy na nowiusieńką jezdnię biegnącą na północ. Poza gładkim asfaltem, po prawej stronie był położony w miarę szeroki chodnik oznakowany jako ścieżka rowerowa. Nie wiedzieć kiedy, dosłownie kilka minut później znaleźliśmy się w Łagówku…

Przez Łagówek przemknęliśmy w ekspresowym tempie. Nie było to trudne po pierwsze ze względu na świetną nawierzchnię, a po drugie ze względu na wielkość wioski, która ledwo tworzyła teren zabudowany. A jak wiadomo, teren zabudowany, to nie mniej jak trzy domy położone w odległości nie większej niż 15 metrów od drogi… Łagówek wcale nie odbiegał zbytnio od tej definicji, znanej każdemu z „Misia” ;-) Ale niedługo się to zmieni, ponieważ na końcu wioski, budowane jest jakieś nowe osiedle… I właśnie tam, gdy już zacząłem przyzwyczajać się do tej nieskazitelnej drogi, sielanka niestety się skończyła – przed nami ukazał się najprawdziwszy bruk. Nie mieliśmy wielkiego wyboru. Pozostało nam tylko zdjąć nogę z gazu, zacisnąć zęby i pokonać ten cholerny odcinek sklecony z kamieni. No z tym zaciskaniem zębów trochę przesadziłem – gdybyśmy tak zrobili, to najprawdopodobniej stracilibyśmy na tej trzęsiawce wszystkie plomby… Cały czas korzystając ze starej szkoły, starałem się jechać poboczem, żeby chociaż trochę odciążyć pojazd i siebie od tych tragicznych drgań. Na tym fragmencie trasy, było to praktycznie niemożliwe ze względu na małe wały oddzielające brukowy trakt, od otaczających go rowów. Droga, a mówiąc profesjonalnie żółty szlak, biegł przez pagórkowate pola. Momentami po lewej stronie, można było wypatrzeć w oddali jezioro Trześniowskie…

W międzyczasie, od naszej trasy w lewo odbił czerwony szlak, którym na marginesie zamierzaliśmy wrócić. A na naszej drodze stanął czerwono-biały szlaban, otoczony z kilku stron groźnie wyglądającymi i jeszcze groźniej brzmiącymi metalowymi tablicami. Na jednej z nich mogliśmy przeczytać – POLIGON WOJSKOWY, WSTĘP WZBRONIONY, PRZEBYWANIE GROZI ŚMIERCIĄ…

O poligonie wiedzieliśmy wcześniej dzięki naszym mapom. Szlaban był otwarty „na oścież”, kawałek dalej na drzewie widniał namalowany znak żółtego szlaku rowerowego, w pobliżu nie było słychać ani czołgów, ani wystrzałów artylerii. Wszystkie te czynniki przemawiały za tym, żeby mimo zakazu wjazdu jechać dalej… Bałem się, że mama będzie miała opory, ale ku mojemu zdziwieniu odważnie popedałowała przodem. W razie czego, rozminowałaby przede mną drogę ;-) Wraz z terenem należącym do wojska, zmienił się otaczający nas krajobraz. Nie, nie były to wraki czołgów, ani głębokie leje po bombach. Wjechaliśmy do bukowego lasu…

Wszystko się zmieniło z wyjątkiem kocich łbów, które nie chciały się od nas odczepić nawet na kilka metrów. Nasza, a właściwie moja sytuacja i tak znacznie się poprawiła, ponieważ dwoma kołami mieściłem się na poboczu. Mama swoim jednośladem, miała zdecydowanie lepiej, ponieważ w przeważającej części trasy, jej rower mógł jechać po ubitej ziemi, tuż przy bruku… Dwa, trzy kilometry dalej, dotarliśmy do tablicy informacyjnej, dzięki której dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w rezerwacie przyrody „Buczyna Łagowska”…

Było tam naprawdę przyjemnie. Wysokie bukowe drzewa, wiele mniejszych i większych górek – prawie jak w szczecińskiej Puszczy Bukowej… Po przejechaniu kolejnego kilometra, przez 350 metrów mogliśmy rozkoszować się równą żużlową nawierzchnią, która zaczęła się na leśnym skrzyżowaniu nazywanym „Rozdrożem Bukowym”, a skończyła kawałek za ogromnym kamieniem wielkości SuperFour’a…

Po drodze, na jednej z tablic była mapka rezerwatu. Żółty szlak, którym jechaliśmy, oznaczony był na niej jako „Łagowski Bruk”. Muszę przyznać, że nazwa doskonale pasuje do tamtejszego klimatu ;-) Niektóre fragmenty były naprawdę dość wymagające, nawet jak dla mnie – kierowcy półtonowego wózka, który nie wie co to strach i nigdy się nie poddaje. Ale mimo wszystko najgorsze mieliśmy już za sobą… Kilkaset metrów od tego wielkiego głazu, znaleźliśmy się nad uroczymi bagnami. Mokradła rozlewały się wzdłuż drogi. Dookoła było słychać rechot tysięcy żab, które skrywały się gdzieś w tym mrocznym krajobrazie. Brakowało tylko lekkiej mgiełki, a efekt byłyby jeszcze bardziej zjawiskowy. Do całości nie pasowały tylko puste butelki po piwie, które jakiś idiota wyrzucił prosto do wody. Miał szczęście, że nie trafił na mnie, bo jak to mówi moja babcia – cienko by śpiewał…

Po zaliczeniu kolejnego kilometra, opuściliśmy teren poligonu wojskowego. Bukowy las również powoli zanikał i ponownie pojawiały się malownicze, niewielkie pola. Gdy wyjechaliśmy z jednego z zakrętów, przed nami ukazał się pierwszy od ponad ośmiu kilometrów domek. Po męczącej i wymagającej jeździe łagowskim brukiem, dojechaliśmy do Wielowsi. Kilkanaście metrów dalej, trafiliśmy na skrzyżowanie z normalną asfaltową drogą łączącą Wielowieś z Trzemiesznem Lubuskim. My udaliśmy się w kierunku tego drugiego w lewo. Gdy wjechaliśmy na jezdnię, spotkaliśmy pierwszych ludzi od Łagówka. Nie można powiedzieć, żeby tamtejszy żółty szlak rowerowy był nadzwyczaj oblegany… Mama zatrzymała się przy jednym z pierwszych domków i chcąc upewnić się, że podążamy w dobrym kierunku zapytała tubylców – Dzień dobry, przepraszam, do jeziora Buczyn to tędy? Nad wyraz okrągły fachowiec stojący na rusztowaniu, dokładnie umorusany w zaprawie, kleju i farbie, układający styropian na budynku odpowiedział – Chyba Buszno? Tutaj jest jezioro Buszno! Cały czas prosto i po około trzech kilometrach będzie pani na miejscu! Można się było tego spodziewać – mama jak zwykle pomyliła nazwy. Zawsze się tłumaczy, że nie ma pamięci do takich rzeczy ;-) Włączyliśmy się więc do ruchu wraz z nielicznymi na tej trasie samochodami i popędziliśmy przed siebie. Jezdnia była w miarę przyzwoita i szeroka, dlatego mogliśmy trochę ochłonąć po półtoragodzinnej męczarni, związanej z tym przeklętym brukiem… Budowlaniec się nie mylił – po przejechaniu 3,4 kilometrach, dotarliśmy na plażę…

Na takiej plaży jeszcze nie byłem… Na samym wjeździe stał otwarty szlaban, a obok niego te same śmieszne znaki, które mijaliśmy dzisiaj już dwukrotnie. Chodzi mi o te różne zakazy, poligon, ostre strzelanie, ble ble ble… Za szlabanem była najnormalniejsza polska plaża, z drewnianymi ławkami, paleniskiem i kilkoma pomostami. Znalazłem przyzwoitą miejscówkę w słońcu, z widokiem na całe jezioro Buszno. Zrobiliśmy tam sobie standardowy tea time… Nad naszymi głowami latały ogromne drapieżne ptaki. Sądząc po ich rozmiarach i przerażających dźwiękach, jakie z siebie wydawały, były to najprawdopodobniej orły bieliki, które podobno zamieszkują tamtejszą okolicę. Fascynujące… Jednocześnie mogliśmy obserwować cztery, pięć wysoko szybujących osobników. Nagle w ciągu dosłownie trzydziestu sekund, wszystkie ptaki zniknęły z nieba wlatując w las. Muszę przyznać, że trochę mnie to zdziwiło. Okazało się, że nad drugi koniec jeziora, nadciągała burza… Pomyślałem sobie – WTF? Kolejne jezioro i kolejna burza? O nie! Tym razem największe chmury również nas ominęły. Gdyby nie to, bylibyśmy w dość nieciekawej sytuacji, stojąc na środku pustej plaż. Szukaliśmy schronienia pod lichymi drzewkami otaczającymi piaszczysty brzeg, ale te niewiele nam pomogły i zostaliśmy lekko zmoczeni przez delikatny, letni deszczyk… Po kilku minutach, zza chmur wyjrzało słońce i mogliśmy z powrotem wrócić nad wodę. Robiło się już późno, a droga do Łagowa była dla nas niewiadomą, więc musieliśmy ruszać dalej. Przyjechaliśmy tam szlakiem biegnącym po wschodniej stronie jeziora Buszno, a wrócić chcieliśmy czerwonym szlakiem poprowadzonym równolegle do żółtego, ale od zachodu. Opuściliśmy plaże, skręciliśmy w lewo w poszukiwaniu powrotnego szlaku. Nie zdążyliśmy się dobrze rozpędzić, a już z daleka wypatrzeliśmy czerwoną strzałkę w lewo, tuż przy kolejnym otwartym szlabanie…

Oczywiście, nie obyło się bez znaku zakazu wjazdu i ostrzeżenia – STÓJ! OSTRE STRZELANIE… Taaa, chyba z procy ;-) Już na samym początku, szlak wydawał się być dość wymagający. Wszystko przez ziemistą nawierzchnię, która po ostatnich deszczach, była błotnista i dodatkowo rozryta przez jakieś traktory lub coś w tym stylu. Zapowiadał się niezły rajd przełajowy… Po czymś takim SuperFour radzi sobie naprawdę wybornie i idzie jak czołg bez względu na to, czy jest to suchy piach, błoto, czy głębokie, bagniste kałuże. Gorzej z mamy rowerem, którego w takich warunkach trzeba po prostu pchać… Nasze przedzieranie się przez wysokie koleiny trwało niespełna minutę. Na naszej drodze stanęło, a właściwie położyło się złamane drzewo…

Nasz rajd przełajowy skończył się szybciej niż przypuszczaliśmy. Nie mieliśmy innego wyjścia, jak po prostu zawrócić i poszukać jakiejś alternatywnej trasy. Gdyby w moim niezbędniku była jakaś mała piła lub chociaż turystyczna siekierka, to nie poddalibyśmy się tak łatwo. Na pokładzie mojego pojazdu miałem niestety tylko saperkę ;-) Manewr zawracania zajął mi więcej czasu, jak jazda czerwonym szlakiem w obie strony. Nie kombinując zbyt wiele, ponownie wjechaliśmy na drogę i pojechaliśmy w kierunku Wielowsi, skąd przyjechaliśmy wcześniej… Ja chciałem wracać do Łagowa tym samym brukiem, którym tam dotarliśmy, ale mama się uparła i powiedziała, że woli jechać dookoła, niż z powrotem tłuc się przez poligon. Po chwili pedałowania, ponownie znaleźliśmy się w Wielowsi…

Na miejscu zatrzymaliśmy się i przeprowadziliśmy wywiad z tubylcami, których było w wiosce zdecydowanie więcej, niż godzinę wcześniej. Jak to zwykle z nimi bywa, każdy wie lepiej i chce poprowadzić cię swoją trasą. Zachowują się zawsze tak, jakby ktoś im płacił za każdy metr przejechany według ich instrukcji. Często takie rady dawane przez osobę, która od pół roku nie wychyliła nosa poza swoją wioskę, mogą zdecydowanie wydłużyć trasę. Dlatego zawsze, powtarzam zawsze należy zasięgnąć wskazówek u kilku osób, a później samemu razem z mapą podjąć ostateczną decyzję i wybrać najbardziej odpowiadający nam wariant trasy… To było przesłanie, a teraz wróćmy do relacji ;-) Zdecydowana większość poleciła nam udać się drogą do Sieniawy, gdzie mieliśmy 4 kilometry, a stamtąd zostałoby nam niewiele ponad 6 do samego Łagowa. Tak też zrobiliśmy… Skupiając na sobie wzrok wszystkich wielowieszczan, przemknęliśmy przez długą wioskę, poczym na krzyżówce skręciliśmy w prawo wjeżdżając na drogę, którą przyjechaliśmy do Łagowa samochodem. Widząc znajomą trasę wiedziałem, że jakościowo nie należy ona do tych z górnej półki. Wszystko przez odkrywkową kopalnie węgla brunatnego, obok której przejechaliśmy po trzech kilometrach od Wielowsi… Mimo złej nawierzchni, do Sieniawy przelecieliśmy w kilkanaście minut, nie schodząc z pułapu piętnastu kilometrów na godzinę. Na samym wjeździe do tej niemałej wsi, natknęliśmy się na niewielki korek, który był spowodowany budową sieci kanalizacyjnej. Koło tablicy „Sieniawa”, stał jeden z fachowców, odziany w odblaskowy kombinezon. W prawej dłoni trzymał lizaka i próbował okiełznać niewielki ruch, jaki przewijał się przez wioskę. Na środku jezdni pracowała koparka, która uniemożliwiała przejazd w obie strony. Dlatego co jakiś czas, ciężki sprzęt zjeżdżał na pobocze, a ten święcący gostek wahadłowo puszczał czekające w kolejce samochody… Na mój widok prace zostały wstrzymane, a na twarzach całej ekipy budowlanej zawitały uśmiechy – od ucha, do ucha :-) Korzystając z przerwy w kopaniu, wyprzedziłem dwa samochody i na skinienie lolly-pop-mana, ruszyłem prosto pod ramię sporawej łyżki koparki, która stworzyła dla mnie coś na wzór łuku triumfalnego. Mama podczepiła się do mnie i razem popędziliśmy dalej… Niestety kolejne dwa kilometry były fatalne, ponieważ jechaliśmy po jezdni, pod którą niedawno położono rury kanalizacyjne. Większa połowa drogi była całkowicie zdarta i zasypana jedynie piachem. Dziury były gorsze jak na łagowskim bruku. W kilku miejscach, skorzystaliśmy z czerwonego chodnika, który pachniał jeszcze nowością… Po opuszczeniu Sieniawy, plac budowy się skończył, a jezdnia nadal była w opłakanym stanie. Dziurska były tak ogromne, że na prostej niedaleko Łagowa, z uchwytu na szybie wypadł mi telefon – dobrze, że nie pod koła…

Od tablicy „Łagów” do hotelu mieliśmy jeszcze tylko 300 metrów. Na parking wjechaliśmy o 16.25. Koło przyczepy, na moim liczniku stuknął dokładnie dwudziesty piąty kilometr. Dzięki innemu wariantowi drogi powrotnej, średnia prędkość trochę nam wzrosła, ale i tak nie była zbyt wysoka – 11,3 km/h to zdecydowanie za mało! Ale w sumie to nie nasza wina. Wszystko przez ten cholerny bruk. Aż dziwne, że SuperFour i mamy rower wytrzymały naszą dzisiejszą przejażdżkę i nic, poza telefonem, nie odpadło… Jutro kolejny dzień zmagań z okolicznymi kocimi łbami…

***** Tekst utworzony 23.05.2011r. *****

Łagów 2011 – dzień 5. – Jemiołów i jezioro Łagowskie…


***** Tekst utworzony 18.05.2011r. *****

Wczoraj wieczorem zabrałem się do pracy. Urlop urlopem, ale mimo wszystko trzeba wywiązywać się z obietnic… Przed wyjazdem do Łagowa, zapoczątkowałem swoją akcję reklamową. Rozesłałem maile do różnych redakcji oraz firm z „mojej” branży z prośbą, o pomoc w rozpowszechnieniu bloga. Jako jedna z pierwszych, zgłosiła się do mnie pani Anna Folkman z gazety „Moje Miasto”. Umówiliśmy się, że wywiad przeprowadzimy mailowo. Przed świętami otrzymałem pytania, a wczoraj zacząłem układać do nich sensowne odpowiedzi. Połowę już mam, resztę skończę wieczorem… Mama w tym czasie studiowała nasze nowe mapy i wybrała na dzisiejszą wycieczkę Skansen Maszyn Rolniczych w pobliskim Jemiołowie…

Pogoda była wprost idealna na rowerową wycieczkę. Co prawda, w telewizji ostrzegali przed gwałtownymi burzami w naszym rejonie, ale nic na to nie wskazywało… Z Moreny wyszliśmy o 12:45, ale parking udało nam się opuścić dopiero piętnaście minut później. SuperFour, mamy rower, krótkofalówki – wszystko było sprawne i gotowe do użycia. Nawet moje okulary były w miarę przejrzyste ;-) Nie zastanawiając się zbyt długo ruszyliśmy w kierunku centrum Łagowa. Na głównej krzyżówce skręciliśmy w prawo w kierunku Zamku Joannitów. Jak zwykle minutę, dwie straciliśmy stojąc na czerwonym świetle przed Bramą Polską. Kiedy uwolniliśmy się od tej przeklętej sygnalizacji świetlnej, uświadomiłem sobie, że kolejny taki cywilizacyjny wynalazek można spotkać dopiero za 20, 30 kilometrów, więc nie ma co narzekać ;-) Za Bramą pokonaliśmy serię krótkich i ostrych zakrętów otoczonych małymi domkami z obu stron. Po kilkuset metrach droga się wyprostowała i dojechaliśmy do skrzyżowania. Żółty szlak biegł prosto, więc bez większego namysłu jechałem dalej. W tym momencie usłyszałem w słuchawce – kszszszsz… Gdzie ty jedziesz ośle? Był znak skansen w prawo! Słysząc to zjechałem na chodnik i się zatrzymałem. Przed startem nie oglądałem mapy, więc za bardzo nie wiedziałem gdzie mam jechać… Spojrzałem przed siebie, potem w lusterko, nic akurat nie jechało, więc rozpocząłem operację zawracania. Jest to chyba najbardziej pracochłonna czynność, jeżeli chodzi o prowadzenie tego kolosa. Tym razem skorzystałem z jezdni, dlatego udało mi się zawrócić na dwa razy :-) Ledwo osiągnąłem maksymalną prędkość mojego wehikułu, a już znalazłem się na krzyżówce. Żeby się trochę rozerwać ostro zahamowałem, przepuściłem samochód z naprzeciwka, poczym ponownie wystartowałem jak z katapulty skręcając w lewo na Jemiołów. Po pięćdziesięciu metrach dogoniłem mamę, przed którą był teraz najtrudniejszy odcinek dzisiejszej trasy – ponad kilometrowy podjazd… Wyprzedziłem ją i pojechałem dalej sam. Mieliśmy sporo szczęścia, ponieważ niedawno był tam robiony remont drogi – chociaż nie wiem, czy tak można nazwać rozwalenie bruku i położenie całkowicie nowego asfaltowego dywanu. W każdym bądź razie, jezdnia była naprawdę super. Na końcu podjazdu skończył się las i dalej droga biegła wzdłuż zielonych pól. Kilkadziesiąt metrów dalej, szerokość asfaltu skurczyła się o połowę, ale za to na poboczu leżał wysypany żużel. Najprawdopodobniej nie wytrzymał miejscowy budżet przeznaczony na budowę dróg, dlatego trzeba było ciąć koszty i zrezygnować z jednego pasa… Ale tak naprawdę, to wcale nie potrzeba tam szerszej jezdni, ponieważ przez trzy kilometry dzielące Łagów z Jemiołowem, naliczyłem tylko dwa samochody…

Koło tablicy „Jemiołów” skończyła się równa nawierzchnia, ale jeszcze nie było tak tragicznie. Minęliśmy stajnię, kilka domków i dotarliśmy do głównej krzyżówki w wiosce, tuż przy XVIII-wiecznym kościele…

Rzuciłem okiem na otaczające mnie drzewa, szukałem jakiegoś drogowskazu, który doprowadziłby nas do skansenu starych maszyn rolniczych. Intuicja mnie nie zawiodła, do grubego pnia była przyczepiona drewniana tabliczka ze strzałką w prawo. Tam właśnie pojechaliśmy, tłukąc się po wystających kamieniach tworzących coś na wzór drogi…

Po przejechaniu dwustu metrów dotarliśmy do celu. Na miejscu byliśmy o 13:30… Jeśli ktoś spodziewał się jakiegoś wielkiego rolniczego lunaparku ze stoiskiem z watą cukrową i budynkiem muzealnym, to niestety się zawiedzie. Mama ustawiła rower w specjalnie przeznaczonym do tego stojaku, wyjęła z torby aparat, poczym ruszyliśmy na obchód największej w okolicy atrakcji turystycznej… Cały skansen, czy wystawa, umiejscowiona jest w centrum Jemiołowa, nad niewielkim stawem. Nie ma tam czegoś takiego jak bilet, a wszystkie eksponaty są ogólnie dostępne. Panuje tam całkowita samoobsługa ;-) Na początku podjechałem do kuźni, w której można było zapoznać się ze starymi, ale jeszcze niekiedy używanymi na polskiej wsi, drobnymi narzędziami. Oprócz nich był tam stary telefon, prasa do wyciskania sera, masielnica, maszyna do szycia oraz wiele innych urządzeń z minionej epoki…

Każdy z przedmiotów znajdujących się w skansenie był podpisany, więc nie było problemu z rozpoznaniem przeznaczenia konkretnego urządzenia. Pod gołym niebem można podziwiać pługi, sieczkarnie, brony, opielacz do buraków, gilotynę, wialnię do młócenia ziaren, dołownik, śrutownik służący do mielenia ziaren zboża, radełko, pompę, dźwig gąsienicowy oraz całe mnóstwo przeróżnych maszyn rolniczych. Pod jedną z wiat, stoi drewniany wóz drabiniasty podczepiony do dwóch sztucznych koni, które nawet z bliska wyglądają jak żywe…

Gdy tak chodziliśmy i oglądaliśmy te rolnicze eksponaty, zaczepił nas jeden z mieszkańców Jemiołowa, stojący przed swoim domem po drugiej stronie wąskie ulicy. Okazało się, że był to właściciel, a właściwie twórca całego tego skansenu. Zakupiliśmy u niego jemiołowskie widokówki, które za kilkanaście lat będą dla nas na pewno cenną pamiątką z łagowskich wojaży… Kiedy mama rozmawiała z tym jegomościem, ja stałem przy jednej z maszyn rolniczych po drugiej stronie brukowego traktu. W tym czasie, moją stroną ulicy przechodziły dwie panie. Było praktycznie południe, a już dało się u nich wypatrzeć lekko chwiejny krok. Cały czas bacznie obserwowały mnie i moją mamę. Już kilkanaście metrów ode mnie, usłyszeliśmy pierwszy tekst pomiędzy tymi paniami – Ty widziałaś? Telefony i te… no… mikrofony, ten świat oszalał! Chodziło im oczywiście o nasze krótkofalówki ;-) Ale to jeszcze nic. Gdy się do mnie zbliżyły, ta głośniejsza, lub po prostu bardziej odważna przez większą ilość promili we krwi, zaczęła na mnie krzyczeć wymachując przy tym rękami – Stanie taki autem na chodniku i przez niego trzeba schodzić na ulicę! Tak mnie to rozbawiło, że zdołałem jej jedynie odpowiedzieć – To nie jest samochód tylko wózek inwalidzki… Dzięki tym magicznym słowom nie zostałem wywleczony z SuperFour’a i moja twarz nadal jest pociągającą, a uzębienie kompletne ;-) Dziabnięta jemiołowianka powiedziała przepraszam, poczym kontynuowała swój zygzakowaty marsz. Ja z mamą byliśmy tym spotkaniem mocno rozbawieni. W najgorszej sytuacji był właściciel skansenu, któremu najwidoczniej było trochę wstyd, że tak zostaliśmy przywitani w jego rodzimej miejscowości. Wziął mnie w obronę i krzyknął do oddalającego się duetu – Trochę szacunku! Wtedy tamta harda baba się odwróciła i ponownie zaczęła opowiadać jakieś bzdury o chodniku. Temu biednemu panu było chyba jeszcze bardziej głupio. Mówiliśmy mu, że nic się nie stało, a on mimo to przepraszał nas za jej „karygodne zachowanie” i na końcu dodał – bo to największa pijaczka w okolicy… Możecie się dziwić co nas tak rozbawiło. Przede wszystkim to, że takie coś jak chodnik w całym Jemiołowie jest rzeczą niespotykaną. A ulica jest i owszem, ale podczas naszego półgodzinnego pobytu w skansenie, przejechał nią aż cały jeden samochód. Także wymuszając na tych paniach ominięcie mnie poprzez wejście na jezdnię, nie można powiedzieć, żebym naraził je na ogromne niebezpieczeństwo. Mama zachowała się jak rasowy reporter i w czasie całego tego zabawnego incydentu robiła zdjęcia…

Po tym wszystkim, kontynuowaliśmy obchód po „muzeum”, a wieś zaczęła żyć historią, która miała miejsce kilka minut wcześniej. Twórca skansenu opowiadał sąsiadom i kręcącym się w pobliżu mieszkańcom Jemiołowa, jak zostaliśmy potraktowani przez ich „koleżankę”. Można powiedzieć, że mieliśmy tu do czynienia z najprawdziwszym skandalem ;-) Kilka minut przed czternastą zakończyliśmy zwiedzanie skansenu maszyn rolniczych i udaliśmy się w kierunku XIX-wiecznej wieży ciśnień, która znajdowała się około trzystu metrów od nas. Nie jest ona zbyt wysoka, dlatego bez pomocy tubylców, ciężko byłoby ją zlokalizować. Akurat nawinął nam się opalony jak po miesięcznym pobycie w Egipcie, niewysoki jegomość w białych dżinsach i białym t-shirtcie. On również był pod wpływem, ale miał zupełnie inny sposób postrzegania świata, niż tamte dwie awanturniczki. Był tak miły, że jakby mógł, to zaniósłby nas prosto do wieży. Wystarczyła nam jego werbalna wskazówka – Prościutko, prościutko i cały czas prościutko, tam gdzie stoi ten bus DY HA LY. (dhl) Jego nawigacja była całkowicie trafna, w dwie minuty, mijając po drodze autentyczny wiejski sklep wielobranżowy, dotarliśmy do kolejnego celu dzisiejszej wyprawy…

Wieża ciśnień była otoczona płotem, przez co mogliśmy ją podziwiać tylko z daleka… Po króciutkim postoju ruszyliśmy z powrotem w kierunku kościółka. Ulice mają tam w fatalnym stanie. Poza wjazdem do Jemiołowa i kilkoma metrami przed sklepem, wszystkie tamtejsze drogi to tragiczne kocie łby. Przez to cały czas jechałem zygzakiem, starając się chociaż dwoma kołami sunąć po równiejszym poboczu… Zatrzymaliśmy się przy świątyni, która była zamknięta, poczym wystartowaliśmy z powrotem do Łagowa. Po drodze zaliczyliśmy kilka międzylądowań na krótkie sesje zdjęciowe. Przy wylocie z Jemiołowa króluje 320-to metrowa wieża radiowo-telewizyjna, która jest doskonale widoczna w promieniu kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu kilometrów. Dzięki niej zawsze można obejść się bez kompasu i bez większego problemu trafić do Łagowa…

Sprint z powrotem do „perły ziemi lubuskiej” zajął nam niespełna dziesięć minut. Tym razem długi i męczący podjazd, zamienił się w przyjemny, zacieniony i kręty zjazd… Było dopiero kilka minut po 14-tej, więc zgodnie z planem chcieliśmy okrążyć jeszcze jezioro Łagowskie, znajdujące się na południu. Na tym samym skrzyżowaniu, gdzie wcześniej zawracałem, pojechaliśmy ulicą w prawo, podłączając się do żółtego szlaku rowerowego. Po stu metrach skręciliśmy w lewo, wjeżdżając na wąziutką uliczkę biegnącą wzdłuż jeziora. Jako, że od wyjścia z hotelu nie miałem nic w ustach, znalazłem odpowiednie miejsce na postój…

Gdy tak sobie staliśmy i uzupełnialiśmy płyny w naszych globtroterskich organizmach, nie wiadomo kiedy, nad Łagów nadciągnęła burza… Musieliśmy ustalić jakiś plan ewakuacyjny. Do hotelu mieliśmy niewiele ponad kilometr, ale właśnie tam błyskało najbardziej. Mama wymyśliła, że najlepiej będzie schować się kawałek dalej w lesie. Szybko odwiodłem ją od tego pomysłu, nie chciałem zostać przygnieciony jakimś starym drzewem… Ucieczka nie wchodziła w grę. Wjechałem fotelem do środka mojego pojazdu i zacząłem się rozglądać za jakimś odpowiednim miejscem schronienia. Tak się szczęśliwie złożyło, że dwadzieścia metrów za nami była oaza, w której mogłem się schować razem z moim SuperFour’em. Była tam mała polana, położona nad samym jeziorem Łagowskim, na której stała spora wiata z paleniskiem w środku. Nie namyślając się zbytnio wjechałem pod daszek i zaparkowałem przy kupce popiołu, pozostałej po niedawnym ognisku…

Podmuchy wiatru były coraz częstsze i silniejsze… Najbardziej obawiałem się metalowego, lekko podrdzewiałego komina, który wisiał 30 centymetrów ode mnie pod kopułą wiaty i dziwnie się bujał, wydając przy tym złowrogie dźwięki jak z japońskiego horroru. Usadowiliśmy się wygodnie, mama otworzyła paczkę herbatników, które zajadaliśmy czekając na najgorsze… Momentalnie temperatura spadła o kilka stopni w dół. Zrobiło się na tyle chłodno, że przykryłem się kurtką, którą miałem schowaną w kufrze na czarną godzinę. Czekaliśmy, aż zrobi się ciemno, ale cały czas od zachodu świeciło słońce i odganiało od siebie czarne, burzowe chmury. W pewnym momencie tak zaczęło wiać, że deszcz „padał” na nas prosto z jeziora. Podmuchy rozpraszały wodę na tysiące, a może i nawet miliony kropli, poczym rozpylały ją między innymi pod nasz daszek. Ja zamknąłem szybę w moim bolidzie, a mama ubrała przeciwdeszczową kurtkę. Gdyby nie to, bylibyśmy cali mokrzy… Szczęściem w nieszczęściu był fakt, że samo epicentrum burzy ominęło nas bokiem, trochę nas przy tym oszczędzając… Cały ten sztorm trwał około kwadransa. Mięliśmy przez to niewielkie opóźnienie w naszym rozkładzie jazdy, więc nie było co marudzić i gdy tylko przestało padać, ruszyliśmy dalej w nieznane…

Przed dzisiejszą wyprawą, przeprowadziliśmy w naszym hotelu mały wywiad na temat dzisiejszej trasy. Wiedzieliśmy od jednego z gości Moreny, że szlak wokół jeziora nie jest za bardzo skomplikowany, tyle że na końcu robi się naprawdę wąsko i raczej nie zmieszczę się na tym odcinku moim terenowym gruchotem. Ale ta niedostępna dla mnie ścieżka jest sporym skrótem i jest przeznaczona tylko dla kijkowców uprawiających nordic-walking. Dla rowerów jest poprowadzony osobny szlak, który po kilku kilometrach odbija od jeziora Łagowskiego i dalej biegnie przez lasy… I rzeczywiście tak było. Ścieżka była dokładnie pokryta zeszłorocznymi liśćmi, na tyle grubo, że w ogóle nie było widać kryjących się pod nimi korzeni i innych niespodzianek tego typu. Żeby przez jakieś nieoczekiwane wybicie SuperFour’a z toru jazdy, nie znaleźć się w jeziorze, starałem się uważać i nie przekraczać dychy. Poza tym jechało się całkiem przyjemnie… Co jakiś czas, mijaliśmy drzewa z oznakowaniem przeznaczenia danego fragmentu szlaku. Ten odcinek, jak widać na powiększeniu, był stworzony zarówno dla rowerów, jak i maszerujących kijkarzy…

Po około trzech kilometrach dojechaliśmy do rozwidlenia. Nasz żółty szlak dla rowerów skręcał w prawo w gęsty las. No i tam właśnie pojechaliśmy… Jako, że z boku nie było już jeziora, mogłem przyspieszyć i troszeczkę po szarżować. Ale po zaliczeniu dwóch ukrytych dołów i kilku niekontrolowanych podskokach na wystających korzeniach, straciłem zapał do dalszej zabawy i ponownie stanowczo zwolniłem… Po pięciuset metrach wjechaliśmy na dawno nie widzianą drogę z moich „ukochanych” kocich łbów…

Trudno powiedzieć co było lepsze – jezdnia, czy pobocze. Na jednym i drugim telepało jak w ruskim czołgu ;-) Ale jak tak człowiekiem porzuca, to przynajmniej przypomni sobie przy tym, o niektórych częściach ciała, o których posiadaniu już dawno zapomniał ;-) Dalej jechaliśmy kierując się wyłącznie wrodzoną intuicją, ponieważ po drodze nie było żadnych znaków… Po kilometrze bruku wjechaliśmy na duże betonowe płyty, które z kolei zamieniły się w piach. Razem z nim pojawiły się jakieś zabudowania. Wyglądało na to, że zbliżamy się do jakiejś wioski… Bingo! Dotarliśmy do Gronowa. Mijając kilkanaście domków dojechaliśmy do głównej trasy łączącej Łagów z resztą cywilizowanego świata. Gdybyśmy stamtąd pojechali kilkadziesiąt metrów w prawo, znaleźlibyśmy się na zapchanej krajowej trójce. Ale po pierwsze nie było to dla nas po drodze, a po drugie nie jesteśmy samobójcami ;-) Bez namysłu skręciliśmy w lewo prosto do Łagowa. Ruch na szczęście nie był zbyt duży, więc jechało się w miarę bezpiecznie i spokojnie. W międzyczasie na jednym z drzew, pojawił się znak szlaku rowerowego. To w sumie nic nadzwyczajnego, ale poza symbolem jednośladu, był również narysowany ludzik z kijkami. Chyba kogoś pogięło, żeby wyznaczać pieszy szlak po ruchliwej drodze! Z Gronowa do Moreny mieliśmy 4 kilometry. Jezdnia była przyzwoitej jakości, więc mogliśmy odpocząć od nadmiernych wstrząsów. Przed Łagowem zrobiliśmy zygzak pod ciekawym kolejowym wiaduktem…

O 16:05 byliśmy na hotelowym parkingu… Dzisiejszy objazd Jemiołowa i okrążenie jeziora Łagowskiego, zajęło nam trzy godziny. Przez ten czas zrobiliśmy 17,4 kilometra. Jak na fatalną nawierzchnię na większości trasy, zanotowałem całkiem przyzwoitą średnią prędkość – 10,5 km/h. Do tego muszę przyznać, że jak na pierwszą konkretną wycieczkę po ziemi lubuskiej, wcale nie było tak źle. Jutro najprawdopodobniej pojedziemy na północ…

***** Tekst utworzony 18.05.2011r. *****

Łagów 2011 – dzień 4. – Baszta…


***** Tekst utworzony 15.05.2011r. *****

Moje przeczucie się sprawdziło. Wczoraj było tylko 15°C i popołudniu kropiło. W związku z tym, cały śmigus dyngus spędziliśmy w hotelu… Dzisiaj również nie było zbyt ciepło, ale w odróżnieniu do minionej doby, towarzyszyło nam ostre słońce. Ale jak na dalszą i dłuższą wyprawę, było dla mnie zdecydowanie za zimno… Ustaliliśmy, że zrobimy sobie krótki spacer do centrum Łagowa i zaliczymy miejscowe sklepy w celu znalezienia jakiejś mapy okolicy. Wcześniej było to niemożliwe, ponieważ w święta wszystko z wyjątkiem kilku obskurnych budek z jedzeniem i paru straganów było zamknięte… Mama zrezygnowała ze wsparcia w postaci roweru i zabrała ze sobą tylko kijki. Ja nie miałem zamiaru tłuc się po tych kiepskich chodnikach zwykłym wózkiem, dlatego pojechałem niezastąpionym w trudnym terenie SuperFour’em. Zebraliśmy się w miarę szybko – o 12:40 opuściliśmy hotelowy parking. Cały czas starałem się utrzymywać tempo mamy, czyli 7 km/h. Czasami jednak o tym zapominałem i odskakiwałem jej na kilkadziesiąt metrów, powodując przy tym ogólne przyspieszenie naszego globtroterskiego duetu… Pierwszy postój zaliczyliśmy przy urzędzie gminy, skąd mieliśmy doskonały widok na kościół i zamkową basztę…

Ja inteligentnie zaparkowałem na szerokim chodniku przy znaku zakazu parkowania, a mama pobiegła na drugą stronę ulicy do Gminnego Centrum Informacji (czy jakoś tak). Oprócz kilkunastu dzieciaków, które buszowały w sieci na „unijnych” komputerach, zastała tam wioskowego kaowca, którego dokładnie przepytała na temat okolicznych szlaków rowerowych. Poza udzieleniem nam kilku rad i wskazówek, miejscowy animator zaprosił nas na zorganizowaną wycieczkę do kopalni węgla brunatnego w pobliskiej Sieniawie. Niestety trzeciego maja, na kiedy jest zaplanowany ten wyjazd, będziemy już wracać do domu… W międzyczasie gdy czekałem na mamę, pod budynek urzędu podjechało trzech nastolatków na rowerach. Szerokie spodnie, czapeczki z daszkiem i grube wiszące łańcuch – to był ich klimat… Jeden z nich był DJ-em, to znaczy puszczał, a właściwie zapodawał muzykę ze swojej komórki, która wisiała na jego szyi. Zatrzymali się za mną i udając, że robią coś przy swoich maszynach, rozmawiali po cichu na mój temat. Nie dość, że wszystko doskonale widziałem w lusterkach, to jeszcze całą ich konwersację słyszałem, jakby stali przy mnie. Wszystko to dzięki mojej szybie, która znakomicie zbiera tylne dźwięki skupiając je jak szpiegowski radar. Najlepsze było to, jak jeden z nich mówił do drugiego – Hehe dobre, Szumi. A tamten na to – Wiem, wiem, mój szwagier mówił, że gadał z nim w niedzielę i nawet zrobił sobie z nim fote. Po jednym objeździe po Łagowie, ludzie, których nigdy nie widziałem na oczy, znają moją ksywę :-) Gdybym został tu z miesiąc, to za kilka lat można by usłyszeć tu legendy o rycerzu Szumim, który pojawił się na parę tygodni w Łagowie i na swoim Szumobilu zaprowadził ład i porządek w całej gminie ;-) Kto wie, wszystko przede mną… Gdy dołączyła do mnie mama, ruszyliśmy dalej w kierunku Zamku Joannitów, zaliczając po drodze dwa sklepiki. Już w pierwszym z nich, udało nam się zdobyć trzy różne mapy, które mamy zamiar wykorzystać w nadchodzących ciepłych i słonecznych dniach… Po kilku minutach byliśmy przy Zamku. Mama postanowiła wejść na basztę. Ja zaparkowałem na pobliskim parkingu. Aby dostać się na szczyt górującej nad Zamkiem wieży warownej, należy zainwestować 3,50 zł i zakupić bilet w hotelowej recepcji. Myślę, że warto, ponieważ widoki są naprawdę niezłe…

Poza panoramą Łagowa, z góry możemy podziwiać oba tajemnicze jeziora, otoczone bujnym bukowym lasem. Podobno najładniej jest tam jesienią, kiedy liście zamieniają się w złoto… Osobiście uważam, że cała ta wieża warowna nie jest wcale taka wysoka, a poza tym, wybudowano ją w dolinie. Ale co ja tam wiem, skoro nawet na niej nie byłem…

Wejście i zejście z baszty, zajęło mamie dobre pół godziny. Nie mogę powiedzieć, żebym w tym czasie się nie nudził. Stałem na pustym parkingu i czekałem na jakąś akcję… Gdy byliśmy tam w niedzielę, „miasteczko” dosłownie tętniło życiem. Parking, na którym dzisiaj kwitłem, był wtedy płatny i zapełniony po brzegi. Wąskie chodniki nie były w stanie pomieścić tłumów, które co jakiś czas wylewały się na jezdnię. Wszędzie były długie, długie kolejki. Za goframi stało 18 osób. O wolnym rowerku wodnym lub kajaku, można było tylko pomarzyć… A dzisiaj Łagów zamienił się w wyludniałą wioskę, gdzie wszystkie „kolejkogenne” atrakcje turystyczne, były po prostu nieczynne. Przez te 30 minut, na parkingu zawitał tylko akwizytor TP, a przechodniów widziałem zaledwie kilku. Najbardziej utkwiła mi w pamięci starsza pani w fartuchu, która wyszła z Zamku z dziesięciozłotowym banknotem w dłoni, a wróciła z dwoma solidnymi bochenkami chleba… Zauważyłem, że wszyscy się tam znają i witają po imieniu: – Dzień dobry pani Lodziu. – Witam panie Ryszardzie, jak zdrówko? … Łagów to rzeczywiście wieś…

W drodze powrotnej, mimo zerowego ruchu, musiałem jeszcze odstać swoje na „przeprawie bramowej”. No co? W Świnoujściu mają promy, a w Łagowie bramy ;-)

Dzisiaj „pobiłem” niechlubny rekord – przez godzinę i 20 minut spędzonych za sterami Szumobilu, przejechałem tylko 2,8 kilometra. Niewybaczalne zachowanie… Jutro bierzemy się do ciężkiej i ambitnej pracy. Musimy zacząć nadrabiać stracone dni…

***** Tekst utworzony 15.05.2011r. *****

Łagów 2011 – dzień 2. – Zamek Joannitów + rekonesans po okolicy…


***** Tekst utworzony 13.05.2011r. *****

Wczoraj, po trzyipółgodzinnej podróży, sprawnie i w miarę w komfortowych warunkach dotarliśmy do Łagowa. Do Gorzowa Wielkopolskiego dosłownie płynęliśmy po nowej, szerokiej i mało uczęszczanej drodze szybkiego ruchu – S3. Dalej nasza prędkość znacznie spadła, turlaliśmy się w kierunku Międzyrzecza… Mniej więcej tam, opuściliśmy krajową trójkę i wjechaliśmy na lokalną drogę w kierunku „perły ziemi lubuskiej”. Właśnie w tym miejscu, nie widząc jeszcze Łagowa, byłem prawie pewny, że ta cała perła, to jedna z większych ściem w okolicy. Jezdnia na ostatnich dwudziestu kilometrach była tak dziurawa, że doszliśmy do wniosku, że nawet rowerem strach tamtędy jechać… Po zakwaterowaniu i wstępnym rozpakowaniu tobołów, udaliśmy się z mamą na mały, pieszy rekonesans. Niestety chodniki były bardzo wąskie i dziurawe. Po kilkuset metrach moja cierpliwość się skończyła i zawróciliśmy do hotelu na kolację… A co do hotelu – Spa Morena – to jak na taką wioskę, można powiedzieć o nim ponadprzeciętny, żeby nie powiedzieć luksusowy ;-) Pokój można opisać jednym słowem – odpowiedni. Jest całkiem spory, więc nie ma problemu z poruszaniem się po nim. Najważniejsze, że łazienka jest jak stworzona specjalnie dla mnie. Jest w niej duża kabina prysznicowa bez żadnego brodzika, dzięki czemu mogę bez problemu wjechać do niej „krzesełkiem toaletowym”… Jest tylko jedno ale –żeby dostać się na korytarz, gdzie znajduje się nasz pokój, który jest przystosowany dla niepełnosprawnych, trzeba najpierw pokonać barierę w postaci trzech sporych schodów :D Takie rzeczy tylko w… Polsce ;-) Na szczęście wiedzieliśmy o tym przed przyjazdem i zabraliśmy ze sobą rozkładany podjazd, po którym normalnie wjeżdża mój wózek do samochodu. Teraz został on położony na schodach i poza tym, że dzięki niemu mogę dostać się do pokoju, robi za sporą atrakcję – w szczególności dla dzieci w przedziale 3-10 lat ;-)

Dzisiaj, po świątecznym śniadaniu, dosiadłem mojego czarnego rumaka i nie zważając już na mizerne chodniki, ruszyliśmy w dół do „centrum” półtora tysięcznego Łagowa… Zebraliśmy się dopiero o 12:30. W końcu mamy święta! Nie można powiedzieć, żeby było jakoś nadzwyczaj ciepło. Temperatura oscylowała w granicach 18-tu stopni Celsjusza… Ja rozpocząłem sezon ponad tydzień temu, mam już za sobą pierwsze sto kilometrów w tym roku. Z mamą jest troszeczkę gorzej. Dzisiaj usiadła na siodełku po raz pierwszy od ponad ośmiu miesięcy. Niby to nic złego, ale jej pytanie – który to jest tylny hamulec? – lekko mnie zaniepokoiło. Ci, którzy ją znają wiedzą, że zadaje ona różne ciekawe pytania. Pozostało mi tylko zrobić głęboki wdech i ruszyć przed siebie… Tak też zrobiłem. Przemknąłem przed głównym wejściem do Moreny, wzniecając taki wiatr, że aż na mój widok otworzyły się drzwi sterowane fotokomórką. Zatrzymałem się przy bramie i czekałem na mamę, która gdzieś za mną robiła próbne rundki po parkingu, przypominając sobie jak kieruje się rowerem… Kiedy już w pełni opanowała pedały, kierownicę i hamulce, skręciliśmy w prawo i polecieliśmy dokończyć rekonesans okolicy, który rozpoczęliśmy wczoraj… Pod względem wiedzy wikipedystycznej, Łagów jest wsią, położoną w powiecie świebodzińskim, który z kolei wchodzi w skład województwa lubuskiego. Miejscowość ta leży dokładnie w połowie drogi pomiędzy Gorzowem, a Zieloną Górą. Do obu tych miast z Łagowa jest 45 kilometrów. Dawna historia Łagowa najbardziej wiąże się z Sokolą Górą położoną na zachód od jeziora Trześniowskiego. Znajdują się tam ślady kultury łużyckiej. Według potwierdzonych źródeł w 1220 zasiedlali się tam już pierwsi ludzie… Pierwsze zapisane informacje o tym przysiółku pochodzą z 1251 roku. Pierwotnie wieś była własnością Templariuszy. W 1300 roku osada została przejęta przez panów brandenburskich, oraz tego samego roku sprzedana Albertowi von Klepitz przez trzech margrabiów. Niedługo potem margrabia rządzący tamtymi terenami sprzedał Łagów Zakonowi Joannitów, który miał największy wpływ na rozwój wsi. Przed wybudowaniem zamku, w Łagowie mieściła się siedziba komandorii zakonu. Budowę twierdzy rozpoczęto w XIV wieku. Zamek został postawiony na wzgórzu pomiędzy dwoma jeziorami… Trzeba przyznać, że Zamek Joannitów jest jedną z głównych atrakcji Łagowa. Został założony na planie czworoboku z narożną, wysoką na 35 metrów wieżą. Wewnątrz podobno mieści się między innymi sala gotycka ze sklepieniem wspartym na jednym filarze oraz sala z barokowym kominkiem z około 1740 roku. Obecnie znajduje się w nim hotel i restauracja… Oprócz tego, w centrum mamy dwie bramy – Bramę Polską, która jest jedną z obronnych bram Łagowa pochodząca z XV wieku oraz Bramę Marchijską, pochodząca z XVI wieku, która również miała za zadanie bronić Joannitów przed złowrogimi najeźdźcami… Wróćmy jednak do wycieczki – wielkanocna niedziela 24-ty kwietnia 2011 roku :-) Nie można powiedzieć, żebyśmy byli w metropolii. Po czterystu metrach szybkiego zjazdu w dół, przy urzędzie gminy skręciliśmy w prawo, kierując się zgodnie ze śmiesznie wyglądającym znakiem na wsi – Centrum… Po kolejnych czterystu metrach jazdy po nierównym, wybrzuszonym na środku asfalcie, dotarliśmy do Zamku Joannitów, mijając po drodze budkę z goframi, smażalnie ryb, przystań z kajakami i rowerami wodnymi. Zatrzymało nas dopiero czerwone światło przed Bramą Polską, które ma za zadanie puszczać nadjeżdżające samochody wahadłowo. Dlaczego? Ponieważ Brama jest bardzo wąska i nie ma najmniejszych szans, żeby zmieściły się w niej dwa samochody jednocześnie…

Na widok zapalającego się zielonego światła, wystartowałem z zacięciem prawdziwego rajdowca i przeleciałem przez Bramę, zostawiając mamę daleko w tyle. Kilkadziesiąt metrów dalej, główna droga skręcała w lewo, a my pojechaliśmy prosto wjeżdżając na kocie łby, będące czymś na wzór deptaka pomiędzy Zamkiem, a kościołem…

Na końcu tego chodnika, znajdowało się ogrodzenie z małą furtką, będącą wejściem na jedną z miejscowych plaż. Na pierwszy rzut oka, nie byłem przekonany czy zmieszczę się w bramce, dlatego mama spróbowała otworzyć bramę dla samochodów, ale było to niemożliwe, ponieważ ta była zamknięta na kłódkę. W związku z tym odpuściliśmy sobie jezioro i zawróciliśmy w kierunku Zamku. Kiedy wykonywałem moją małą ciężarówką ten skomplikowany manewr, podeszła do mnie grupka łagowian, którzy właśnie wracali z plaży. Byli bardzo przyjaźnie nastawieni i to chyba nie tylko dzięki niewielkiej ilości alkoholu, który dawało się wyczuć w wydychanym przez nich powietrzu ;-) Zadawali mi jak zwykle standardowe pytania – co to jest? jak to jeździ?… Ale oprócz tych oklepanych pytań, na które odpowiadam już automatycznie nawet o piątej rano, nasza konwersacja zeszła na bardziej prywatne tematy – dlaczego Szumi? skąd jesteś?… Na końcu, najbardziej wygadany zapytał, czy może zrobić sobie ze mną zdjęcie. Nie mogłem mu odmówić ;-)

Na pożegnanie jeden z nich ostrzegł mnie z rozbrajającym uśmiechem – Szumi, tylko pamiętaj, żebyś po Łagowie nie jeździł szybciej niż 120 km/h, bo tu duży ruch i pełno zakręconych pieszych. Powiedziałem, żeby się nie martwili, poczym dodałem, że obiecuję nie przekraczać setki ;-) Gdy już udało mi się wyrwać z tłumu fanów i blasku fleszy, postanowiliśmy wjechać na Zamek Joannitów przez otwartą średniowieczną bramę. Przed nią, jak i za nią był strasznie nierówny bruk… Jak już wcześniej wspominałem, w Zamku mieści się hotel z restauracją. Kiedy wjechałem po tych tragicznych kocich łbach na samą górę, spodziewałem się ujrzeć jakiś mały dziedziniec. Niestety był to ślepy zaułek, gdzie poza mizernym widokiem jeziora, było jedynie wejście do zamkowej restauracji. Nie pozostało nam nic innego, jak zawrócić i opuścić tą lichą i niedostępną dla zwykłego śmiertelnika twierdzę…

Po zewnętrznym zwiedzeniu Zamku, o 13:15 ruszyliśmy dalej drogą. Po dwustu metrach przejechaliśmy pod Bramą Marchijską i na następnym zakręcie zatrzymaliśmy się na chodniku, żeby ustalić dalszy przebieg trasy. W naradzie przeszkodził nam jakiś miejscowy psiak, który na nasz widok przebiegł dzielące nas pięćdziesiąt metrów w tempie Usaina Bolta i zaczął przeraźliwie szczekać. Kundel był tak mały, że kiedy stał koło SuperFour’a, był dla mnie zupełnie niewidoczny. Gdy mama postawiła nogę z powrotem na pedał, ten spróbował ją dziabnąć. Wszyscy dookoła się śmieli, a mama zaczęła się drzeć i wymachiwać nogą w kierunku tej krwiożerczej bestii. Ten się lekko zląkł i cofnął na bezpieczną odległość. Żeby już go nie prowokować i nie słuchać krzyków mojej rodzicielki, ruszyłem od razu przed siebie. Na ostrym zakręcie w lewo skręciliśmy w prawo i pojechaliśmy gruntową drogą w las. Kawałek dalej, natknęliśmy się na solidne ogrodzenie, które oddzielało nas od Rezerwatu krajobrazowego „Nad Jeziorem Trześniowskim”. Furtka miała góra 90 centymetrów szerokości, dlatego nawet wciągniecie przeze mnie brzucha niewiele by dało. Na szczęście obok była brama, którą bez problemu można było otworzyć za pomocą samych rąk. Kiedy już dostałem się do środka, zapoznaliśmy się z tablicą informacyjną, na której oprócz mapy były wypisane zakazy obowiązujące na terenie Rezerwatu. Jak to zwykle bywa, w takich miejscach niewiele można… Tamtejsze krajobrazy są rzeczywiście warte chronienia i izolacji od cywilizacji…

Ścieżka była cała pokryta zeszłorocznymi liśćmi, w związku z tym trzeba było uważać na poukrywane, gdzieniegdzie wystające korzenie. Poza tym jechało się bardzo przyjemnie. Ludzi nie było wcale zbyt dużo, ale co minutę, dwie, natykaliśmy się na spacerujących turystów. Poza nimi mijaliśmy młode i stare buki, porastające otaczające nas pagórki. Po dziesięciu minutach powolnej jazdy, dotarliśmy do końca szerokiej dróżki, która zamieniła się w wąziutką pieszą ścieżkę. Postanowiliśmy cofnąć się o kilkaset metrów, do jedynej na tym szlaku krzyżówki. Po drodze z zapartym tchem podziwialiśmy powalone ogromne drzewa, dosłownie wyrwane z korzeniami…

Na skrzyżowaniu pojechaliśmy w lewo i już po kilku minutach doturlaliśmy się do kolejnej bramki. Tą również udało mi się pokonać z małą pomocą mojej towarzyszki. Nieoczekiwanie i całkiem spontanicznie znaleźliśmy się na plaży pod Zamkiem Joannitów, na tej samej, na którą próbowaliśmy się dostać niecałą godzinę temu. Mama robiła zdjęcia okolicy, a ja skrupulatnie wypatrywałem jak się stamtąd wydostać, nie wracając tą samą leśną dróżką przez Rezerwat… Cały teren był otoczony albo murem, albo lichym żywopłotem. Kiedy tak jeździłem i szukałem wyjścia z tej pułapki, przyszła mi do głowy ciekawa i przede wszystkim widowiskowa myśl… Pomyślałem, że jeżeli nie znajdę szerokiej luki, którą mógłbym opuścić plażę, sforsuję ten i tak już uschnięty żywopłot. Miałem dookoła wielu widzów, dlatego chciałem zafundować im pokaz moich możliwości ;-) Niestety dla mnie, na szczęście dla roślinki, na samym końcu był jakiś stary wjazd dla samochodów. Wjechałem nim na niewielką łąkę, którą dotarłem pod kościółek, znajdujący się tuż przy wejściu do Zamku – czyli hotelu…

W ciągu godziny zwiedziliśmy wszystkie główne atrakcje Łagowa. Nie ma tego zbyt wiele, ale mimo wszystko warto jest tam przyjechać. Żeby się za bardzo nie przemęczać, zakończyliśmy na dzisiaj objazd po „perle ziemi lubuskiej” i spod Zamku wróciliśmy drogą prosto do bazy na świąteczną obiadokolację…

Trochę wstyd się przyznać, ale zrobiliśmy dzisiaj tylko pięć kilometrów. Na usprawiedliwienie dodam, że po pierwsze było chłodno. Po drugie nie mogliśmy rozwinąć skrzydeł, ponieważ co chwilę trafialiśmy albo na wąskie gardła, albo na ślepe zaułki. Po trzecie nie mamy jeszcze mapy okolicy, no i w końcu po czwarte – są święta! Jutro pewnie nici z przejażdżki, ponieważ ma padać i być jeszcze zimniej niż dzisiaj. Zobaczymy…

***** Tekst utworzony 13.05.2011r. *****