Miesięczne archiwum: Maj 2011

Pimp my ride – nowe lampy… Xenon look…


W końcu udało mi się zrobić coś, do czego zabierałem się przez prawie trzy lata. Wczoraj nareszcie wymieniłem żarówki w przednich reflektorach SuperFour’a. Stare działały poprawnie, ale miały jedną wadę, a mianowicie świeciły starodawnym żółtym światłem. Bleee! Ich barwa bardziej pasowała do Syrenki czy Trabanta, niż do futurystycznego Szumobilu…

Najgorzej było się za to zabrać, ale za to później poszło już dość sprawnie. Tydzień temu w piątek, ze względu na nieciekawą pogodę siedziałem z Rafałem w domu. Kiedy na chwilę wyjrzało słońce, wyjechaliśmy SuperFour’em z jaskini na podwórze i spróbowaliśmy wyjąć jedną ze starych żarówek. Musiałem zobaczyć jaka żarówka siedzi w moim reflektorze i potem poszukać czegoś podobnego w bielszym odcieniu… Dostęp do nich jest dość skomplikowany. Najpierw odkręciliśmy całą lampę od błotnika, dzięki czemu można było ją trochę wyjąć i dostać się do jej tyłu. Gdy już reflektor dyndał na krótkim kablu nad oponą, zdjęliśmy sporawą gumową uszczelkę i zabraliśmy się za kolejne cztery śruby, które przytwierdzały metalową obejmę. Po jej zdjęciu okazało się, że był to niepotrzebny zabieg. Zostało nam jeszcze kilka śrubek, ale nie mieliśmy już czasu, żeby dalej z nimi walczyć, dlatego zabraliśmy się za przywrócenie stanu pierwotnego. Wcale nie było to takie proste, ponieważ w poniedziałek zauważyłem, że reflektor przykręciliśmy do góry nogami ;-) Mimo straconej godziny, nadal nie znalazłem odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie – jaki typ żarówek mam do cholery kupić?!

Odpuściłem sobie kolejne rozbieranie SuperFour’a. Poszukałem odpowiedzi w instrukcjach obsługi dołączonych do pojazdu. Po przejrzeniu kilkuset stron, znalazłem jedynie czarno-białe zdjęcie z krótkim opisem wymiany żarówki. O jej typie nie wspomniano ani słowem… Lekko podirytowany, we wtorek napisałem maila do Dirka – fachury z centrali Otto Bock’a – z pytaniem o rodzaj zamontowanej żarówki. Po dwudziestu minutach otrzymałem odpowiedź: “It’s not a problem, you can change this yellow lights with the type H7 12 V 55 W of the Superfour.” Nie zastanawiając się zbytnio, wrzuciłem te dane do wyszukiwarki i zagłębiłem się w bogatą ofertę H-siódemek. Ciężko było wybrać najlepszy typ i odcień żarówki. Trochę popytałem, trochę poczytałem na forum i w końcu wybrałem Osram COOL BLUE Hyper White… Żarówki zamówiłem w środę – oczywiście przez Allegro. W czwartek po śniadaniu miałem je już w domu, ale zainstalowaliśmy je dopiero następnego dnia, ponieważ nie chciałem tracić ładnej pogody na siedzenie w przydomowym warsztacie… Wymiana zajęła nam niewiele ponad godzinę. Rafał doszedł już do wprawy, więc każdy następny raz będzie coraz szybszy ;-)

A teraz najważniejsze – efekt końcowy. Wydaje mi się, że lampy prezentują się zdecydowanie lepiej…

Z kłem jaka na szyi, czyli trzy niesamowite dni maja…


***** Tekst utworzony 2.03.2012r. *****

Mam za sobą trzy bardzo aktywne dni. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak ostro zacząłem tydzień. Może teraz wejdzie mi to w krew i będzie już tak zawsze. W końcu trzeba korzystać z pięknej majowej pogody…

W poniedziałek, ze względu na późny start, wybrałem lokalną trasę po Szczecinie. Na początku tygodnia nigdy nie mogę się wyrobić i zawsze nie wiem od czego zacząć, a przecież teoretycznie jestem bezrobotny… Ciągle się zastanawiam kiedy normalni, pracujący na etacie ludzie, znajdują na wszystko czas? Zazwyczaj w poniedziałki rano mam w domu rehabilitację, przez co na wózku ląduję dopiero grubo po dziesiątej. Później śniadanie, dobudzenie i nagle nie wiadomo skąd na zegarze wybija trzynasta… Tak samo było i tym razem, ale mimo wszystko, chciałem zrobić sobie rozgrzewkę przed kolejnymi ciepłymi dniami i zaliczyć chociaż krótką przejażdżkę po okolicy. Żeby wywołać jakąś przygodę, specjalnie nałożyłem mój niezwykły wisiorek. Co to takiego? Możecie się śmiać, ale jest to kieł jaka, który według tybetańskich mnichów, ma w sobie magiczną moc i jest nieodzownym talizmanem każdego prawdziwego globtrotera ;-) Jak do tej pory, jeszcze mnie nie zawiódł. Za każdym razem, gdy miałem go przy sobie, zawsze po drodze napotykałem na różne niezwykłe sytuacje… Tak samo było i tym razem :-) Kiedy jechałem z Rafałem ulicą Chorwacką w pobliżu mojego domu, 30 metrów od skrzyżowania z Portową, po lewej stronie zauważyłem lekko zakłopotanego pana, który na mój widok stanął jak wryty. Ubrany był w stylu klauna z czeskiego cyrku „Corona”, którego plakat miałem w dzieciństwie na szafie, zaraz koło szympansa siedzącego na kiblu i czytającego gazetę :D Ten szczeciński cyrkowiec na stopach miał dość schodzone, ale zawsze, czarno-białe lakierki, które wyglądały jakby jeszcze 50 lat temu należały do Freda Astera. Nad nimi powiewały brązowe sztruksowe dzwony i dyndał czarny, za długi skórzany pasek. Marynarka również była brązowa, tyle że w kratę, a pod nią wystawała kolorowa koszula w kwiaty z dużym kołnierzem (normalnie Miami Vice). Na odkrytym torsie, poza gęstym owłosieniem, wisiał gruby złoty łańcuch pochodzący najprawdopodobniej z Castoramy. Tak naprawdę, brakowało mu tylko czerwonego nosa na gumce ;-) Im byliśmy bliżej, tym większe zdziwienie rysowało się na twarzy tego niewidzianego tu wcześniej kosmity. Z daleka było widać, że ten przybysz z innej planety, cały czas nosił się z zamiarem przejścia na drugą stronę niedużej uliczki, którą właśnie jechaliśmy. Stał na wysokim krawężniku i nerwowo wymachiwał raz jedną, raz drugą nogą w zabłoconym lakierku, próbując wejść na jezdnię. Widząc, jak wielkie miasto przytłoczyło tegoż jegomościa, postanowiłem się nad nim zlitować i kilka metrów przed skrzyżowaniem zatrzymałem mój pojazd, żeby pozwolić mu swobodnie przejść. Był nieufny, ale po paru sekundach zaryzykował i wszedł na ulicę. Dobrze, że w Szczecinie mamy równe asfalty, ponieważ klaun w ogóle nie patrzył pod nogi. Całą swoją uwagę skupił na moim pojeździe. Kiedy był już na samym środku jezdni zatrzymał się i zapytał z ulicznym akcentem – A co to jest? Rafał od razu rozwiał jego wątpliwości podobną gwarą odpowiadając, że to wózek inwalidzki. Ten słysząc to, rozdziawił buzię razem z oczami i z autentycznie przerażoną miną wydusił z siebie – O jejku, bardzo, bardzo przepraszam… Rożne reakcje już widziałem, ale takiej się nie spodziewałem. – Nie ma pan za co przepraszać. Tamten zakłopotany jeszcze bardziej, przeszedł z opuszczoną głową na chodnik po drugiej stronie ulicy, marszcząc przy tym swój długi nos. Gdy droga przede mną była już pusta i mogłem ruszyć dalej, Fred Aster obrócił się na obcasie w moim kierunku i ponownie wkroczył na jezdnię. Uśmiechnąłem się do niego, a on zanurkował prawą ręką w swojej kieszeni bez dna i krzyknął – Zaczekajcie! Ponownie się zatrzymałem będąc ciekawym, co tym razem wymyśli to szczecińskie yeti. Kiedy podszedł do mnie, lewą ręką złapał za rury SuperFour’a, a prawą dalej mieszał w swojej kieszeni. Ku mojemu i Rafała zdziwieniu, ten niemłody już pan, wyjął całą garść drobniaków i starannie wyszukał w niej dwóch dwuzłotówek. Z reguły to ją obdarowywałem takich ulicznych artystów i nie przywykłem do tego, żeby otrzymywać od nich tantiemy za moje uliczne występy. Jedna z tych dwójek była przeznaczona oczywiście dla mnie, a druga dla mojego kompana. Czując z bliska oddech sponsora, mogę śmiało stwierdzić, że wczoraj uczestniczył on w jakiejś zakrapianej imprezie (zapewne imieniny któregoś z przyjaciół ;-) ). Kiedy pogodził się ze stratą czterech złotych, poklepał mnie po ramieniu i z szarmanckim zamachem podał mi przybrudzoną monetę dodając stanowczo – Trzymaj! Jak to mówi moja babcia – dwa złote piechotą nie chodzi, ale na pewno ta gotówka przyda się bardziej Fredowi niż nam, dlatego też od razu stanowczo i asertywnie podziękowałem za dobre i szczere chęci mówiąc – Nie, dziękuję. Chojny jegomość trochę się zdziwił, ale po chwili dopytał tylko – Na pewno? – i zaraz po moim przytaknięciu z powrotem schował monety do kieszeni. Na odchodne powiedzieliśmy mu, żeby za to wypił dzisiaj za nasze zdrowie :-) Ucieszył się niezmiernie ze zleconego mu zadania i zapewnił nas, że na pewno to zrobi… Muszę przyznać, że ludzie zaskakują mnie każdego dnia. Po tym niezwykłym spotkaniu jednego mogliśmy być pewni – w tym tygodniu zdrowie nas nie opuści ;-)

Korzystając ze wspaniałej atmosfery i pozytywnej energii panującej dookoła, we wtorek (również wcale nie skoro świt) postanowiłem podjechać na plażę. Wiem, wiem – ja i plaża to dwie i różne rzeczy, ale w tym przypadku nie miałem najmniejszego zamiaru ani taplać się w zimnej wodzie, ani tym bardziej wygrzewać się na sztucznie usypanym piachu. Gdybym rzeczywiście chciał spędzić popołudnie jak mało aktywny, polski turysta, wybrałby plażę w mojej dzielnicy, do której mam niespełna dwa kilometry. To byłoby dla mnie zdecydowanie zbyt banalne, dlatego też mój kompas skierowałem na Czarną Łąkę… Niby to to samo jezioro, ale jednak dziesięć kilometrów w jedną stronę robi różnicę ;-) Właściwie to aż wstyd się przyznać, ale nie byłem tam od dwóch lat! Tak naprawdę nie lubiłem poruszać się w tamtej okolicy, ponieważ wschodni brzeg jeziora Dąbie jest mówiąc delikatnie lekko zacofany… Aby dotrzeć do Czarnej Łąki należy udać się w kierunku Załomia, który to podobno jest częścią Szczecina. Jedyny sposób połączenia pomiędzy dzielnicą znaną jedynie z niedziałającej już fabryki kabli, to dziurawa, wąska droga oraz linia autobusowa 77 zwana potocznie „siódemkami”. Chodnik, nie wspominając już nawet o ścieżce rowerowej, to tutaj rzecz niespotykana. Przez to jazda krętą i krzywą jezdnią pomiędzy tirami, autobusami i szalejącymi kierowcami golfów, którzy wybierają tę boczną trasę z myślą o braku kontroli radarowej jest, a właściwie była, dość ekstremalnym sposobem spędzania wolnego czasu. Dlaczego była? A to z tego względu, że nawet do Załomia dotarły fundusze europejskie :-) Ku naszemu zdziwieniu, jeden z mało radośnie wspominanych przeze mnie zakrętów, miło nas zaskoczył… Kilkadziesiąt metrów przed tym ciasnym skrętem w lewo, na nim i oczywiście kawałek za nim położono nową, równą nawierzchnię. Moja buzia już się uśmiechnęła na sam widok tej płaskiej powierzchni przed moimi dziesięciocalowymi kołami, a po pokonaniu tegoż zakrętu radość utrzymywała się dalej. Euforia na chwilę opadła, ponieważ na kolejnym fragmencie ponownie pojawiły się stare dziurska, które z trudem udawało mi się ominąć. Po pokonaniu tego odcinka specjalnego, dość szybko i sprawnie dojechaliśmy do głównego, a właściwie jedynego skrzyżowania, które jest zarazem początkiem i końcem Załomia, opuściliśmy granicę Szczecina i od razu żegnając nasz powiat, znaleźliśmy się w Pucicach wchodzących w skład powiatu goleniowskiego. To właśnie tam, prawie ukończone prace budowlane zrobiły na nas największe wrażenie… Oprócz nowej nawierzchni, co jakieś sto-dwieście metrów zainstalowano zwalniacze, czyli tak zwanych „leżących policjantów”, którzy skutecznie wyhamowali lokalnych Robertów Kubiców. Jakby tego było mało, po obu stronach jezdni pojawił się chodnik. Nadmiar rozsypanego i jeszcze nie ubitego w szczelinach piasku, świadczył o tym, że kostka została położona góra kilka dni wcześniej. W sumie mogliśmy z Rafałem wskoczyć na ten nowy chodnik i resztę Pucic przemknąć nie korzystając z ulicy, ale po remoncie, nie było takiej potrzeby, ponieważ trasa jest teraz naprawdę bezpieczna. Większość z jadących nią samochodów nawet nie zdąży rozpędzić się pomiędzy progami zwalniającymi ponad dozwoloną pięćdziesiątkę… Trzy utwory z ipod’a dalej dotarliśmy do krzyżówki na końcu Pucic. Główny szlak skręca tam w prawo w kierunku Goleniowa. Mało kto jest na tyle odważny, żeby wybrać drugi wariant i udać się w lewo na Lubczynę. My oczywiście należymy do tych, którzy nigdy nie idą na łatwiznę i zawsze zmierzamy w przeciwną stronę niż cała reszta. Tak samo było i tym razem :-) Po przepuszczeniu paru aut jadących od strony Goleniowa skręciliśmy w lewo, wjeżdżając na lokalną, wąską drogę. Po obu stronach mijaliśmy pasące się stada krów, których towarzystwo, poza walorami wizualnymi, ostro dawało popalić naszym nozdrzom… Jezdnia na odcinku pomiędzy Pucicami a Czarną Łąką jest tak wybrzuszona i dziurawa, że nie sposób poruszać się nią swoim pasem ruchu. Gdy nic nie jechało, a tam właściwie prawie nic nie jeździ, grzaliśmy środkiem. Po chwili byliśmy na miejscu. Pozostało nam tylko doturlać się do tamtejszej plaży, do której prowadzi szutrowa dróżka… Gdy znaleźliśmy się już nad wodą, wystarczyło jedynie umiejętnie przejechać po tysiącach pobitych butelek i mogliśmy rozpocząć krótki, ale intensywny odpoczynek nad samym jeziorem…

Już po pięciu minutach błogiego lenistwa, miałem serdecznie dosyć przyglądania się spokojnej tafli jeziora i brodzącym nieopodal czaplom, dlatego bez wahania wydałem rozkaz odwrotu. Powoli wycofałem, starając się ominąć największe skupiska rozbitego zapewne z radości szkła, poczym ruszyliśmy z powrotem tą samą trasą w kierunku Szczecina. Dzięki temu mogliśmy jeszcze raz na spokojnie, bez zbędnego szoku, który zawładnął nami niecałą godzinę wcześniej, ocenić modernizację szlaku drogowego Pucice-Załom. No i tutaj jak zwykle, dopatrzyłem się kilku istotnych szczegółów, które niestety rażąco psują cały efekt…

Powyższe zdjęcie doskonale pokazuje większość bubli, które nawet wypatrzy globtroter amator ;-) Fotografia wcale nie była wykonywana z myślą przedstawienia nowej drogi w złym świetle. Po prostu tak to wygląda w Pucicach… Do samego wykonania nie mam najmniejszych uwag, a wręcz przeciwnie, jezdnia i chodniki są naprawdę pierwsza klasa. Gorzej to wygląda jeżeli przyjrzymy się niektórym drobiazgom, jak na przykład słupy na środku chodnika… Nie chodzi tu nawet o to, że przez zamontowane latarnie uliczne, nie mieszczę się moim ponad metrowym samochodzikiem na części przeznaczonej dla pieszych, ale nawet piesi, których jest tam jak na lekarstwo, mają z tym problem. Wykonawcy zapewne uznają, że wszystko jest ok, ponieważ oni mieli tylko ułożyć chodnik, a słupy były tam już wcześniej – można rzec, taki nasz polski standard ;-) Podobnie ma się sprawa jeżeli chodzi o kierowców, którzy tamtędy podróżują. Ponieważ w większości miejsc, gdzie znajdują się progi zwalniające, przy samej jezdni nie ma ani chodnika, ani chociażby rowów, prawie każdy próbuje skutecznie ominąć „leżących policjantów”. Dbałość o zawieszenie swojego samochodu, dokładnie rujnuje świeżo wyremontowaną drogę, co można zauważyć na załączonym powyżej obrazku… Na szczęście mój pojazd to nie jakieś tam nisko zawieszone, szpanerskie Ferrari. SuperFour to bezkompromisowa terenówka dla prawdziwych twardzieli, więc nawet jeśli nowa trasa do Pucic powróci do stanu pierwotnego, na pewno nie zrezygnuję z wypraw w te strony… Wtorkowa przejażdżka nad jezioro była prawdziwą przyjemnością. Mimo braku w tamtych rejonach ścieżek rowerowych, na plaży w Czarnej Łące lub Lubczynie na pewno pojawię się w tym roku jeszcze nie raz. Teraz po remoncie, dziesięć kilometrów dzielących mój garaż z plażą, z zaciśniętymi zębami można spokojnie zaliczyć w trzy kwadranse, dlatego na pewno zamiast kąpieliska miejskiego tuż pod moim domem, zawsze będę wybierał wariant dla wyczynowców i jeżeli już będę musiał udać się nad wodę, to mój kompas skieruję na północ…

Żeby podtrzymać dobrą passę, środa również była dość pracowitym dniem. Pogoda jak na początek maja była więcej jak doskonała i pozwoliła mi zapuścić się w sam środek Puszczy Bukowej. Podczas tych zmagań nie byłem oczywiście sam – kolejny dzień oblatywałem okolicę razem z Rafałem. Mieliśmy pojechać tylko do wieży radiowo-telewizyjnej w Kołowie, która została wzniesiona w jednym z najwyższych punktów w okolicy Szczecina, ale jak to zwykle bywa, chęć poznawania świata zawlekła nas zdecydowanie dalej… Taka zaledwie kilkunastokilometrowa wspinaczka pod wieżę, dla początkującego kolarza może być naprawdę wymagająca. Cała wycieczka przebiegała na tyle sprawnie, że cel osiągnęliśmy dużo szybciej niż się tego spodziewałem. W mieście nie napotkaliśmy na korki, a remont ulic i budowa nowego ronda na osiedlu Bukowym tylko nieznacznie opóźniła nasz marsz. Jako, że nie było upału, a termometry wskazywały niewiele ponad 20 stopni Celsjusza, Rafał niespodziewanie dobrze zniósł trudy siedmiokilometrowego podjazdu i dotarł na szczyt równo ze mną. Zdobycie wieży zajęło nam zaledwie godzinę, dlatego będąc już piętnaście kilometrów od domu, szkoda było zwijać się z powrotem do bazy. Jadąc dalej przed siebie, beztroski galop zaprowadził nas do wioski Kołowo. Nie zastanawiając się za bardzo kontynuowaliśmy jazdę po wąskim i krętym asfalcie, aż znaleźliśmy się przy leśniczówce. Tam postanowiłem włączyć w moim telefonie nawigację, żeby choć w niewielkim stopniu kontrolować nasze aktualne położenie. Kilkaset metrów za leśniczówką dojechaliśmy do znanego mi z kilku poprzednich wypraw skrzyżowania. Zamontowane na krzyżówce tablice do Szczecina kierowały w lewo, do Glinnej w prawo, a na wprost do wjazdu w tajemniczą uliczkę zachęcał okrągły, dosyć zaniedbany znak zakazu wjazdu…

Pod nim była przyczepiona równie zamszona tabliczka, w lekkim stopniu łagodzącą wykroczenie, którego miałem się za chwilę dopuścić – „Za wyjątkiem administracji Lasów Państwowych oraz ruchu rowerzystów”. Dodatkowo, według polskich przepisów ruchu drogowego, osoby niepełnosprawne legitymujące się kartą parkingową, mogą zlekceważyć znak B-1, więc szanse, że dzisiejsze popołudnie spędzę w areszcie, były bardzo mało prawdopodobne. Zazwyczaj w takich sytuacjach nie odczuwam najmniejszych skrupułów, ale tym razem miałem przeczucie, że wjazd na tę nieodkrytą jeszcze przeze mnie ścieżkę, zaowocuje kolejnymi ciekawymi doświadczeniami. Tym bardziej, że na mojej cienkiej szyi, dumnie wisiał skryty pod rozpiętą koszulą, tybetański kieł jaka… Wąska droga, którą gnaliśmy przed siebie, poza równym asfaltem pod kołami, niczym nie różniła się od zwykłej leśnej ścieżki. Było widać, że jezdnia jest nowa, ale o dziwo cały czas trasa widniała na mapie mojego dawno nieaktualizowanego telefonu. Szlak nie był zbyt szeroki, ponieważ ledwo mieściliśmy się na nim jadąc równolegle koło siebie. Pomimo tego, że znajdowaliśmy się na Nizinie Szczecińskiej, krajobraz dookoła był iście górski. Droga była bardzo kręta i przez większą część trasy, jeden zakręt przeradzał się w kolejny. Świeża, tegoroczna zieleń na drzewach, skutecznie zasłaniała to, co było za zakrętem. Odkąd wjechaliśmy na ten dziewiczy szlak, sukcesywnie cały czas jechaliśmy w dół, tracąc przy tym wcześniej zdobytą wysokość. Nawierzchnia oraz przechył, skutecznie wyzwolił w nas rajdową fantazję. Rafał próbował rozpędzić swój rower do granic wytrzymałości osiągając 45 kilometrów na godzinę, a ja, więziony przez elektroniczne ograniczenie prędkości, starałem się gonić go utrzymując przy tym prawdziwie rajdowy tor jazdy rodem z F1. Utrzymanie adrenaliny na szczytowym poziomie nie było wcale trudnym zadaniem. Poza stałą prędkością równą z maksymalnymi możliwościami mojego pojazdu, tętno podwyższały nieznane górskie serpentyny oraz biegnące wzdłuż trasy głębokie rowy i strome skarpy. Moment nieuwagi wiązałby się zapewne z niemiłą wywrotką… Ilość przejechanych przez nas metrów, rosła na moim liczniku w zastraszającym tempie. Po dwóch kilometrach od krzyżówki, natrafiliśmy na ekipę wywożącą z lasu drzewo. Ich ciężki sprzęt, mam tutaj na myśli dźwig oraz dwa traktory, dokładnie zatarasował nam przejazd, dlatego chcieliśmy zawrócić. Zjechałem powoli na pobocze i postanowiłem chwilkę odsapnąć i ochłonąć po tym krótkim, a zarazem wyczerpującym sprincie. W pewnym momencie, zostaliśmy wypatrzeni przez jednego z fachowców w jaskrawopomarańczowym kombinezonie, z daleka przypominającym strój niebezpiecznego więźnia. Staliśmy około stu metrów od nich, dlatego trudno było usłyszeć o czym rozmawiają, ale łatwo było się domyśleć, że byliśmy głównym tematem ich rozmowy. Po kilkunastu sekundach cała załoga szybko się rozproszyła, a ich pojazdy wznowiły ryk silników. Na komendę, wszystkie te maszyny zjechały z jezdni, robiąc nam wolną drogę, a ten, który pierwszy nas zauważył, sugestywnym i rozpoznawalnym we wszystkich językach świata – Eeeeee!!! – nakazał nam jechać dalej, dodatkowo energicznie machając przy tym ręką. Spojrzeliśmy z Rafałem na siebie i bez zbędnych słów, wystartowaliśmy w kierunku pustego przesmyku pomiędzy traktorami. Za nimi szlak ani przez chwilę nie starał się biec w górę, dzięki czemu ponownie mogliśmy beztrosko grzać przed siebie. Zdawaliśmy sobie również z tego sprawę, że przez to, powrót tą samą drogą będzie męczącą wspinaczką – w szczególności dla mojego towarzysza… Kilka, może kilkanaście zakrętów dalej, wydarzyło się to, co wyczuwałem już od samego rana, a na widok znaku zakazu ruchu byłem wręcz przekonany, że coś takiego nas dzisiaj spotka. Jako, że przez długi zjazd w dół SuperFour nie narzekał na brak prądu, silnik chodził na najniższych obrotach nie wydając przy tym prawie w ogóle głośnego klekotu. Dzięki temu, kilka sekund przed obrazem, dotarł do mnie dźwięk samochodu, który zmierzał w naszym kierunku z naprzeciwka. Od razu zwolniłem i puściłem do Rafała przez krótkofalówkę wiadomość o zbliżającym się pojeździe. Zza ostrego zakrętu wyłoniło się żółte światło, a zaraz po nim reflektory i przód ciemnozielonej terenówki z pomarańczowym kogutem na dachu. Była to Straż Leśna… Od razu intuicyjnie zjechałem na bardzo wąskie pobocze ograniczone kamieniami zabezpieczającymi przed spadnięciem w przepaść. Chciałem po prostu pozwolić tym dwóm panom w mundurach, spokojnie koło nas przemknąć dalej. W tym momencie, zresztą nie po raz pierwszy, omyłkowo zostałem wzięty za quadowca i moje dobre intencje zostały źle odczytane. Na szczęście to nie Ameryka, ponieważ tam najprawdopodobniej strażnicy bez zastanowienia na dzień dobry zaczęliby do nas strzelać. Na polskiej ziemi, w naszych realiach wyglądało to troszeczkę inaczej. Gdy zwolniłem jezdnię powoli wtaczając się na trawę, tamci będąc trzydzieści metrów przed nami, gwałtownie przyspieszyli żeby od razu po tym, w iście hollywoodzkim stylu, ostro z piskiem opon zatrzymać się w poprzek całej drogi, skutecznie grodząc nam przejazd. Do tej pory takie rzeczy miałem przyjemność podziwiać tylko i wyłącznie w telewizji. Teraz stałem się jednym z głównych aktorów pościgu, którego finisz nastąpił już na samym początku bardzo intensywnie rozwijającej się akcji. Mogły być strzały, wybuchy i zderzenia, a ku mojemu niezadowoleniu, skończyło się tylko na delikatnym pisku opon :-( Widząc reakcję strażników, stanęliśmy i zaczęliśmy się do nich głupkowato uśmiechać. To nie tak, że chcieliśmy udawać obłąkanych turystów zagubionych w samym środku Puszczy. Po prostu zachowanie kierowcy radiowozu mocno mnie rozbawiło, żeby nie powiedzieć zdumiało, wywołując przy tym na mojej twarzy szczery uśmiech. Podczas interwencji, na pierwszy rzut nie poszła ani gumowa pałka, ani też siedmiostrzałowy rewolwer, tylko korbka otwierająca okno w drzwiach kierującego Kią. Po kilku mocniejszych machnięciach, szyba stopniowo zeszła w dół i na zewnątrz wyłoniła się głowa pana w zielonym mundurze. – Dzień dobry, a co to? – zapytał zarośnięty ranger. Lekko wystraszony Rafał od razu bez zająknięcia wykrzyczał – To wózek inwalidzki! Gdy tylko tamci to usłyszeli, w terenówce zapanowało zamieszanie i wyraźnie dało się odczuć zakłopotanie, które pojawiło się wśród pracowników służby leśnej. Ich miny zrzedły natychmiast po tym, jak tylko uświadomili sobie, że bloczek mandatowy będzie bezużyteczny. Chcąc choć odrobinę zmazać negatywne wrażenie, na siłę spróbowali się z nami zaprzyjaźnić, nawiązując konwersację. – Fajne to. Całkiem przyzwoita ta twoja maszyna. Mówiąc to, kierowca siedząc nadal w samochodzie, wsparł się łokciami o otwór po opuszczonej szybie, wychylając przy tym prawie cały tułów na zewnątrz. Wyglądało to tak, jakby nielubiany i niechciany sąsiad opierając się o płot, starał się wyłudzić zaproszenie na zakrapianego grilla, który właśnie miał się rozpocząć… Dalej leśnicy wypytali nas o możliwości SuperFour’a i po krótkiej fascynacji techniczną stroną mojego wozu, kierujący tą jednostką specjalną chowając się z powrotem do ciemnozielonej gabloty, powiedział lekko wzdychając – Dobra, możecie jechać… Uruchomił silnik i powoli wycofał, jednym ruchem odblokowując nam pół wąskiej jezdni. Korzystając z wolnego korytarza, od razu ruszyłem przed siebie. Na pożegnanie pasażer Kii pomachał do nas ochoczo i po kilku sekundach tył samochodu strażników, zniknął w moim lusterku, wjeżdżając w ostry zakręt za nami. Po tym niecodziennym spotkaniu, kontynuowaliśmy nasz marsz w nieznane. Leśna ścieżka rowerowa wydawała się nie mieć końca. Kolejna porcja zakrętów sprawiała nam niesamowitą przyjemność. Nagle asfalt pod moimi terenowymi kapciami gwałtownie zderzył się z przecinającą go pod kątem dziewięćdziesięciu stopni piaszczystą, a będąc dokładniejszym błotnistą drogą, przy której pojawiły się pierwsze od ładnych kilku kilometrów domki. Mówiąc prawdę, ten widok trochę mnie przeraził, ponieważ nagle z dwudziestego pierwszego wieku wjechaliśmy w średniowiecze. Tamtejszy trakt był w takim stanie, że wątpię, czy pomimo napędu na cztery koła, przedostałbym się nim gdziekolwiek. Brązowa maź pokrywała cały pas służący mieszkańcom za ulicę. Poza ciemnymi kałużami, w dwóch miejscach spod błota wystawały kocie łby. Domek, który znajdował się najbliżej krzyżówki prezentował się jak część skansenu. Biały, popękany tynk, był gęsto pokryty zielonym grzybem od północy. W stare ceglaste dachówki, sumiennie wpleciony został szary karton, a przed samym budynkiem stał niechlujnie zaparkowany lekko spróchniały wóz drabiniasty… Tak naprawdę nie miałem pojęcia co to za wioska. Dopiero gdy mocno oddaliłem obraz w mojej nawigacji, spory kawałek od naszej aktualnej pozycji widniała jedyna miejscowość w okolicy – Dobropole Gryfińskie. Wieczorem studiując wszystkie dostępne w domu mapy, upewniłem się ostatecznie, że rzeczywiście było to Dobropole… Dalsza wycieczka nie miała większego sensu, ponieważ nawet gdyby udało mi się przedrzeć przez kilkunastocentymetrowe zaspy z błota, Rafał musiałby taszczyć swój rower na plecach. W związku z tym, w ogóle nie wjeżdżając w tą ciapę, zawróciliśmy korzystając z asfaltu i po krótkiej chwili zadumy nad polską wsią, wystartowaliśmy w drogę powrotną. Jako, że robiło się już późno, zaplanowaliśmy jechać tą samą trasą, którą dotarliśmy aż do Dobropola… Dla mnie jazda do domu była bułką z masłem, ale mój asystent dostał nieźle w kość. Na szczęście rozkład trasy był na tyle korzystny, że należało pokonać pierwsze 5-7 kilometrów z Dobropola Gryfińskiego do Kołowa pod górę, a później przez resztę dystansu można było całkowicie zapomnieć o pedałowaniu i wystarczyło jedynie umiejętnie operować hamulcem, żeby siłą pędu i grawitacji doturlać się do Szczecina. Przewyższenie o ponad sto metrów nad poziomem morza, na odcinku czterech kilometrów nie powinno zrobić wrażenia na zawodowcach, ale wśród amatorów taka górka może wywołać prawdziwy popłoch. My tym razem poradziliśmy sobie z wyzwaniem bez najmniejszych problemów. Z resztą jak zwykle ;-)

Podczas dzisiejszej wycieczki, poza ciekawym spotkaniem ze strażnikami, udało mi się dołożyć kolejne czterdzieści kilometrów do mojej kolekcji. Jeżeli w dalszej części sezonu, będę podtrzymywał dobrą passę, to zaplanowany tysiąc kilometrów powinienem przejechać już pod koniec wakacji… Jutro ma zacząć padać, więc do weekendu posiedzę w domu. Korzystając z przerwy, nadrobię straty kaloryczne z tego tygodnia, a pomiędzy bananem a babką cytrynową poszukam jakichś interesujących miejsc, do których wybiorę się w kolejnych ciepłych dniach. A teraz idę zdjąć z szyi mój tybetański kieł i położę się na zasłużony odpoczynek…

***** Tekst utworzony 2.03.2012r. *****

Artykuł w Moje Miasto…


Dzisiaj, w szczecińskim wydaniu Mojego Miasta, ukazał się pierwszy, historyczny artykułu na temat mojej nowej pasji… No dobra – na mój temat :P Celebryta nie może być w końcu zbyt skromny, bo inaczej nici ze sławy ;-) Blog blogiem, ale o reklamę trzeba dbać, dlatego też, miesiąc temu rozesłałem maile do kilku gazet i oto pierwszy owoc moich działań promocyjnych. Mam nadzieję, że artykułów będzie coraz więcej. A potem zostanie mi tylko telewizja i wywiady… ;-)

W tym miejscu chciałem podziękować Annie Folkman, która to zechciała w ogóle przeprowadzić ze mną wywiad i uznała mnie za „interesujący przypadek”. Wiadomo, że jako bezrobotny rencista, jestem bardzo zajęty. W związku z tym, namówiłem Panią Redaktor, żebyśmy spróbowali przeprowadzić wywiad mailowo… Przed Wielkanocą dostałem pytania, na które odpowiedziałem z Łagowa, znajdując wolną chwilę pomiędzy przejażdżkami po tamtejszym Rezerwacie Przyrody, a zwiedzaniem bunkrów. Moim zdaniem, mimo mocno skróconej wersji, wcale nie wyszło tak źle ;-)

Miłej lektury…

Łagów 2011 – dzień 11. – Wyjazd……


***** Tekst utworzony 10.06.2011r. *****

No i niestety dzisiaj wracamy do Szczecina, tata ma pojawić się w Łagowie około południa… Jedenaście dni spędzonych w „Perle Ziemi Lubuskiej”, przeleciało nam w ekspresowym tempie. Pomimo tego, że przez cztery dni SuperFour stał w przyczepie, a ja nie wychyliłem nosa z hotelu, udało nam się zjeździć wszystkie pobliskie szlaki i zaliczyć miejscowe atrakcje turystyczne. Podczas sześciu wycieczek, przejechałem prawie sto kilometrów. Nie jest to jakieś porażające osiągnięcie, ale jak na kwiecień (początek sezonu), to i tak całkiem przyzwoity wynik…

Nasza baza noclegowa, czyli hotel Spa Morena, całkiem przypadła nam do gustu. Pokój był akuratny, poza tym panuje tam bardzo przyjazny, rodzinny klimat, dzięki któremu czuliśmy się w Morenie prawie jak w domu… Sam Łagów nie poraził mnie swoim wyglądem ani panującą tu atmosferą, ale w gruncie rzeczy miejscowość ma swój urok… Zamek Joannitów, baszta, bramy – to na pewno silne magnesy przyciągające turystów z całej Polski i nie tylko. Do tego Łagów otaczają dwa bardzo ciekawe i „wielofunkcyjne” jeziora, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie… Szkoda tylko, że w zachodniopomorskim żadna z podobnych miejscowości nie umie się wypromować tak jak Łagów…

Na pewno pobyt w „Perle Ziemi Lubuskiej” zaliczam do udanych. Zwiedziłem kolejną część Polski, do której nigdy bym nie trafił, gdyby nie SuperFour. Jego wsparcie było nieocenione… Poza Łagowem, mile będę wspominał Jemiołów, gdzie przeżyliśmy ciekawą konwersację z lokalnymi przedstawicielkami „Pijących za Dnia” ;-) Nie mogę również zapomnieć o przejażdżce przez poligon wojskowy i piątkowej wycieczce do boryszyńskich bunkrów. Do tego wszystkiego po raz pierwszy w życiu, trzy dni z rzędu, brałem czynny udział w burzach – w końcu do wszystkiego idzie się przyzwyczaić ;-) I teraz, po przebyciu stu kilometrów w powiecie świebodzińskim i międzyrzeckim, mogę zdecydowanie przyznać rację kolarzowi, który opisywał tutejsze szlaki rowerowe w czasopiśmie „Rower Tour”, gdzie swój artykuł zatytułował – „Łagowskie bruki”. Tytuł doskonale pasuje do klimatu panującego na okolicznych ścieżkach, drogach i wszelkiego rodzaju dróżkach, gdzie wcześniej, czy później, ale zawsze i tak pojawiały się kocie łby… A tak wygląda herb Łagowa, który jest tutaj wszechobecny i można go spotkać dosłownie wszędzie…

Następny dłuższy wyjazd szykuje się dopiero pod koniec czerwca. Do tego czasu mam zamiar ostro trenować w okolicy Szczecina. Może uda się pobić jakiś nowy rekord… :-)

***** Tekst utworzony 10.06.2011r. *****