Miesięczne archiwum: Czerwiec 2011

Lübbenau 2011 – dzień 8. – Upalna wycieczka do Slawenburg’a…


***** Tekst utworzony 5.09.2011r. *****

Dzisiaj mogliśmy dać z siebie wszystko, ponieważ miał to być ostatni dzień ładnej pogody. Już przed startem zakładaliśmy, że jutro będziemy mieli wolne od jazd… Wstałem około ósmej i od razu po odpaleniu ścieżki dźwiękowej (tym razem Michael Jackson), zabrałem się za nawadnianie. Za oknem nie było widać nawet najmniejszej chmurki, a na termometrze w cieniu było już 26 stopni. W związku z tym musiałem przed śniadaniem wlać w siebie sporo płynu, żeby później gdzieś po drodze nie zasłabnąć z wycieńczenia… O dziesiątej byliśmy już po śniadaniu i mogliśmy wyruszać do Slawenburg’a. W siodle zasiadłem o jedenastej, poczym szybko i sprawnie popędziliśmy w kierunku dzisiejszego celu… Najpierw pojechaliśmy w kierunku portu, a następnie prosto aż do landówki L49. Tam niestety na kilkaset metrów skończyła się ścieżka rowerowa i byliśmy zmuszeni pokonać ten fragment ulicą. Dla mnie nie było to problemem, gorzej z mamą… Ja od razu korzystając z przejścia dla pieszych, wskoczyłem na jezdnię i pomknąłem za wolno turlającym się kamperem. Przeleciałem za nim około dwustu metrów, zaliczając przejazd kolejowy i przepuszczając jadącego z naprzeciwka tira, poczym skręciłem w lewo wjeżdżając na asfaltową rowerówkę. Natomiast moja kompanka, została daleko, daleko w tyle… Przez wrodzony strach przed jazdą jednośladem oraz obcowaniem z innymi uczestnikami ruchu, zrezygnowała z jezdni i usilnie próbowała iść z rowerem poboczem, stwarzając przy tym większe zagrożenie, niż gdyby normalnie pojechała ulicą. Ja zatrzymałem się na ścieżce pod jednym z pobliskich drzew i w cieniu cierpliwie na nią czekałem…

Przez następny kilometr razem, spokojnie posuwaliśmy się ścieżką wzdłuż trasy L49 aż dojechaliśmy do przedmieść wioski, a może miasteczka Boblitz. Dzisiaj, dzięki zaczepionej przed nosem mapie Spreewald’u, cały czas (no prawie) kontrolowałem nasze aktualne położenie na kuli ziemskiej. Żeby dostać się do Boblitz, czyli po łużycku Bobolców, wybrałem wariant omijający centrum mieściny. Przed jakimś salonem samochodowym skręciliśmy w lewo i przez kolejne kilkaset metrów jechaliśmy po żużlowej dróżce wśród pól. Ktoś mądry obsadził szlak drzewami, dlatego upał w ogóle nam nie przeszkadzał. Po chwili minęliśmy tablicę i wjechaliśmy do Bobolców…

Przejazd przez tą miejscowość był bardzo kręty i zawiły, ale na szczęście jak to zwykle bywa w Niemczech, oznakowanie trasy było wzorowe. Prawie na każdym ze skrzyżowań musieliśmy gdzieś skręcić. Bez znaków i włóczki, trudno by wrócić tą samą drogą… Tranzyt rowerowy poprowadzony był sprytnie przez puściutkie uliczki otoczone malutkimi domkami jednorodzinnymi. Od Boblitz kierowaliśmy się na Raddusch, gdzie brakowało nam jeszcze kilka kilometrów. Kolejny etap szlaku biegł po asfaltowych drogach, służących chyba tylko miejscowym rolnikom do dojazdu na pola kartofli. Jechało się po nich naprawdę wyśmienicie, brakowało tylko cienia… Jak na zamówienie, po dwóch, trzech kilometrach opalania, wjechaliśmy w iglasty las, w którym mogliśmy trochę odsapnąć…


Po przejechaniu tego górzystego, świerkowego lasu, który przypominał nadmorskie wydmy, znaleźliśmy się w miejscowość Raddusch…

Po pokonaniu długiej prostej wzdłuż torów kolejowych, dojechaliśmy do jednej z główniejszych dróg prowadzących od autostrady do centrum miasteczka. My, aby dotrzeć do Slawenburg’a, musieliśmy przedostać się na drugą stronę autobahny. Na szczęście nie byliśmy zmuszeni skakać przez barierki, ponieważ droga do słowiańskiego grodu biegła pod A15. Kiedy ten etap mieliśmy już za sobą, wystarczyło jedynie pokonać ostatni odcinek po szerokiej jezdni prowadzącej tylko i wyłącznie do muzeum. Miał on jeden drobny minus – przez prawie kilometr nie było ani jednego drzewa, pod którym można by schronić się w cieniu. Mimo wszystko zatrzymaliśmy się na chwilkę nad długim i wąskim jeziorem Bischdorfer See powstałym po jednej z wielu tutejszych kopalni odkrywkowych…

Kiedy już pot zaczął lecieć mi z czoła, postanowiłem ruszyć dalej. Do celu mieliśmy już naprawdę blisko. Gród cały czas był przed naszymi oczami, tyle, że musieliśmy jeszcze przejechać wzdłuż kilku pól… Po pięciu minutach byliśmy już pod Slawenburg’iem. Przejechaliśmy przez parking, na którym w wielu miejscach wisiały tablice informacyjne w języku polskim i niemieckim. Nie były one za bardzo związane z tutejszym muzeum. Był na nich za to narysowany zabawny złodziejaszek w opasce na oczach, który kradł torebkę z samochodu, a pod spodem widniał napis, informujący o tym, żeby nie zostawiać cennych rzeczy w aucie. Zapewne chodziło im o jumających Polaków, ale jeżeli o mnie chodzi, to nie miałem w kufrze miejsca na dodatkowe fanty ;-) Pięćdziesiąt metrów dalej byliśmy już pod grodem…

Parking dla rowerów był tuż przy wejściu. Tak na marginesie wydaje mi się, że jednośladów było zdecydowanie więcej niż samochodów… Jadąc tutaj nie byłem do końca przekonany, czy uda mi się wjechać do środka Slawenburg’a moim jakby nie było sporym wózkiem. Liczyłem na to, że będę mógł dostać się chociaż na dziedziniec, czy jak to zwą w takich grodach… Mama przyczepiła swój rower do płotka z drewnianych pali, który odgradzał ścieżkę dla zwiedzających od fosy, w której pływały kolorowe karpie i karasie, poczym udaliśmy się pieszo do głównej, a właściwie jedynej bramy. Na mój widok panie kasjerki trochę się przeraziły rozmiarami mojego pojazdu, ale po krótkiej polsko-niemieckiej konwersacji uspokoiliśmy je mówiąc, że ja chcę tylko i wyłącznie wjechać za mury, a do środka muzeum nie mam najmniejszego zamiaru się wpychać. Na siłę może i bym się zmieścił w tej wystawowej części grodu, ale nie chciałem ryzykować zahaczenia o jedną z tamtejszych gablot. Po zakupieniu biletów, legalnie mogłem wtoczyć się za mury, które naprawdę wyglądają na takie sprzed tysiąca lat…

Przejechałem kawałek po drewnianym podeście, który przecinał cały gród, aż w końcu zeskoczyłem z niego i podjechałem do czterech tablic, na których było wiele ciekawych informacji na temat powstawania tego obiektu od 1999 roku. Kiedy te łużyckie kasjerki przemyślały sobie w swojej kanciapie moją aktualną sytuację, jedna z nich przyniosła mi takie urządzonko, przypominające telefon, w którym po wyborze języka (był polski!), mogłem sobie chociaż posłuchać informacji, faktów historycznych oraz ciekawostek na temat kultury łużyckiej sprzed lat. Dwóch lektorów, którzy udzielili głosu do tych opowiastek, miało iście hambursko-warszawski akcenty. Słuchanie w grodzie łużyckim Niemców mówiących po polsku – bezcenne ;-) Oczywiście przed rozpoczęciem wchłaniania wiedzy poprzez międzynarodowy materiał audio, wcisnąłem się pod sam mur od strony południa – tylko tam była odrobina cienia… Gdy ja słuchając odpoczywałem, mama poszła do środka… Muzeum, czy też wystawa różnych zbiorów biżuterii, narzędzi, monet, garnków, i tym podobnych wykopanych staroci, jest sprytnie umiejscowiona w murach Slawenburg’a. Wiem ze zdjęć, że wewnątrz jest naprawdę urządzone nowocześnie, a przede wszystkim interesująco. Ale ja mimo wszystko wolę to co nasze, polskie i osobiście bardziej podoba mi się nasz stary, poczciwy Biskupin ;-) Jeżeli chodzi o moją mamę, to muszę przyznać, że wsiąkła w to muzeum na dobre. Mimo, że jak ona twierdzi, zaliczyła wystawę biegiem, czekałem na nią ponad godzinę. A jakby tego było mało, to przybiegła do mnie w połowie zwiedzania i zwinęła mi słuchawkę z tymi pierdołami o łużyczanach. Zostałem wtedy tylko z jakąś lichą, dwustronną ulotką o Slawenburg’u, którą tak tarmosił mi wiatr, że trudno było cokolwiek przeczytać ;-) Kilka minut po drugiej, gdy w słońcu temperatura prawdopodobnie przekraczała już czterdzieści stopni Celsjusza, ruszyliśmy z powrotem do Lübbenau, tylko, że tym razem chcieliśmy wrócić inną drogą – przez bagna w pobliżu Leipe… Wczoraj tak się nam tam spodobało, że chcieliśmy dzisiaj również odwiedzić te urocze i zarazem tajemnicze miejsca. Na mojej mapie, odcinek pomiędzy Slawenburg’iem a Leipe był zaznaczony przerywaną niebieską linią, co oznaczało, że ten szlak jest klasy B. Muszę przyznać, że jeździłem już kilkoma takimi szlakami klasy A i klasy B w Polsce i to oznaczenie niewiele ma wspólnego z niemieckimi standardami. U nas na trasie rowerowej drugiej kategorii, jak na razie można spodziewać się wszystkiego. Na normalnych szlakach klasy A bywa różnie – od równiutkiej (sfinansowanej ze środków unijnych) ścieżki rowerowej, po fragmenty na dziurawych drogach krajowych (tylko dla ludzi o mocnych nerwach). Na niemieckich mapach wygląda to zupełnie inaczej… Na ścieżce pierwszej kategorii nie uświadczymy dziur w nawierzchni nawet na leśnych dróżkach, góra co kilometr można znaleźć ławeczkę na odpoczynek. Natomiast klasa B, czyli to czym mknęliśmy po wyjeździe ze słowiańskiego grodu, to najczęściej szlak biegnący po bardzo, bardzo mało uczęszczanych przez samochody, równych drogach. Niestety tutejsze ścieżki drugiej kategorii są zazwyczaj lepsze od naszych pierwszej :-( Właśnie dlatego wolę zwiedzać Niemcy ;-) Po kilku minutach wpadliśmy jak peleton na Tour de France do Raddusch’a. Mimo tego, że przejechaliśmy tylko połowę tej miejscowość, nie mogę powiedzieć, żeby była ona warta odwiedzenia – zapyziała NRD-owska wiocha ;-) Jedyne co przykuło naszą uwagę, to wszystkie dwujęzyczne nazwy ulic – po niemiecku i łużycku…

Z Raddusch do Leipe i Lübbenau można dostać się na kilka sposobów. Ja niby miałem pod nosem mapę, ale jakoś wybiłem się z nawigowania i bez głębszego zastanowienia jechałem przodem kierując się wyłącznie drogowskazami. Na krzyżówce w pobliżu „centrum” Raddusch skręciliśmy w lewo na Leipe i Mehl (czyli młyn). Pomyślałem sobie, że fajnie będzie zobaczyć po drodze coś takiego… Bardzo szybko opuściliśmy wioskę i dość dziurawą (jak na niemiecki standard) drogą, dojechaliśmy do jakiegoś sporego gospodarstwa rolnego – taki nasz PGR. Po przebyciu trzystu metrów wzdłuż obór, kolejny odcinek biegł przez kilometr przy ogromnych pastwiskach. Kawałek dalej wjechaliśmy na niewielki mostek, z którego mogliśmy podziwiać, choć to może za dużo powiedziane, stuletni młyn…

Zaraz za nim znaleźliśmy się na skrzyżowaniu, które zmusiło mnie w końcu do rzucenia okiem na mapę. Na drogowskazie Lübbenau było w lewo, a Leipe w prawo. My właśnie chcieliśmy dostać się do tego pierwszego, ale przez to drugie ;-) Dlatego bez dłuższego zastanowienia ruszyliśmy w prawo… Minęliśmy grupkę łużyczan ładujących snopy siana na przyczepy i sto metrów dalej przejechaliśmy koło konia zamkniętego na niedużym wybiegu, z opaską na oczach. Chyba głównie przez to, biedny arab strasznie się złościł i skakał na oślep na metalowe ogrodzenie… Kiedy już byliśmy jakieś dwieście metrów od niego, przed nami na trasie pojawiła się przeszkoda, do której w tych rejonach zdążyliśmy się już przyzwyczaić, a mianowicie mały, pieprzony, drewniany mostek z krzywymi i spróchniałymi schodkami, wybudowany przez tych zacofanych i niedorozwiniętych karakanów z Łużyc. Nie mogę powiedzieć, żebym się tym jakoś nad wyraz zdenerwował, ale ile razy można zmieniać trasę? Do tego wszystkiego jeszcze ten upał… Gdyby nie ta bezcenna pod względem historycznym kładka, do Leipe mieliśmy stamtąd tylko kilometr, a od tablicy tej miejscowości zostałoby nam jedynie 7 kilometrów do naszego zamku. A tak musieliśmy zawrócić i znaleźć inną drogę do bazy… Z powrotem przejechaliśmy obok tego rozwścieczonego rumaka, który naprawdę sprawiał wrażenie, że zaraz rozwali solidne ogrodzenie i pomknie przed siebie jak mustang na równinie. Najpierw musieliśmy wrócić do tego skrzyżowania, na którym stał kierunkowskaz na Lübbenau, skąd wystartowaliśmy 4 godziny temu…

Tym razem po przepuszczeniu traktora z sianem, polecieliśmy na krzyżówce prosto. Pod kołami pojawił się jasny, w miarę równy żużel, którym bez problemu można było grzać na maksa. Niestety mama skutecznie zwalniała nasz konwój, ale nie ma się co dziwić, ponieważ przez trzy, cztery kilometry jechaliśmy w palącym słońcu… Dookoła przez większość tej trasy mogliśmy podziwiać zielone bagna, które gdyby nie ta temperatura, można by obserwować cały dzień…

Ten szlak nie można powiedzieć, żeby należał do jakiś obleganych – przez 6 kilometrów minęliśmy zaledwie trzech turystów na rowerach. A szkoda, ponieważ ten odcinek naprawdę jest godny polecenia… Kawałek za bagnami przejechaliśmy koło niewielkiej plaży nad jedną z odnóg Szprewy, z której zostaliśmy pozdrowieni okrzykami i machaniem rąk. I to wcale nieprawda, że wołali do nas – Polen raus! ;-) Sto metrów od rzeki udało nam się pokonać aktualnie otwarty przejazd kolejowy i po raz drugi dzisiaj znaleźliśmy się w Bobolcach, czyli Boblitz…

Nic się tu nie zmieniło od naszej pierwszej wizyty, nadal na uliczkach było pusto i cicho. Bacznie obserwując znaki, piorunem przejechałem slalom pomiędzy domkami i samotnie pożegnałem Boblitz wjeżdżając na polną dróżkę do Lübbenau. Mama była już solidnie zmachana i miała spore problemy, żeby za mną nadążyć. Ja z kolei nie chciałem jechać powoli jej tempem, ponieważ wtedy słabiej owiewał mnie ratujący życie, chłodny wiaterek… W połowie drogi pomiędzy Bobolcami a naszym obecnie flagowym miastem Lübbenau, zatrzymałem się w cieniu pod drzewkiem i na nią poczekałem. Właśnie wtedy od zachodu pojawiły się pierwsze chmurki, nie widziane w tutejszej okolicy od ponad trzech dni… Kolarka pojawiła się kilka minut później z zupełnie pustymi butelkami po wodzie. Jako, że ja nie należę do tych, którzy piją podczas zdobywania świata, mój zimny Gatorade w termicznym bidonie był dla niej w tym momencie zbawieniem. Mogłem zażądać za niego każdej ceny, ale widząc starania mamy, odstąpiłem jej mój napój gratis ;-) 400 mililitrów pomarańczowej cieczy zniknęło w mgnieniu oka, poczym ruszyliśmy dalej w kierunku bazy… Za dosłownie dwie minuty pojawiła się asfaltowa ścieżka rowerowa, którą dotarliśmy aż do przejazdu kolejowego w Lübbenau. Niestety był on zamknięty, przez co cierpliwie musieliśmy odstać swoje. Ja, żeby nie tracić czasu, wyprzedziłem kilka samochodów i dwa rowery, ustawiając się przy samym szlabanie. Niektórzy mogą powiedzieć – ale to polskie – może i tak, ale nie po to wyposażyłem się w taką furę, żeby teraz stać w kolejce ;-) Moja mama uratowała za to honor Polski i po otwarciu przejazdu puściła najpierw wszystkie jednoślady, później sznur samochodów i dopiero jak już nic nie jechało, ruszyła za mną w pogoń. Dogoniła mnie kilometr dalej w pobliżu portu i to tylko dlatego, że na nią poczekałem ;-) Na zamek dotarliśmy o 16:05. Podczas dzisiejszej tropikalnej przejażdżki zrobiliśmy niewiele ponad 28 kilometrów. Ani półtorej godziny spędzone pod murem w Slawenburg’u, ani mamy teksty w stylu – Weź się napij, bo dalej nie pojedziemy!, nie były w stanie popsuć mi humoru :-) Jutro niestety ma padać, więc najprawdopodobniej będziemy mieli dzień przerwy. Będziemy mogli się lepiej przygotować do kolejnej wyprawy ;-)

***** Tekst utworzony 5.09.2011r. *****

Lübbenau 2011 – dzień 7. – Z nowym siłownikiem do Leipe…


***** Tekst utworzony 14.08.2011r. *****

Wczoraj wieczorem zaplanowaliśmy z mamą cały rozkład dzisiejszego dnia. Żeby w pełni wykorzystać kolejny słoneczny dzień, wstaliśmy znowu po ósmej i około dziewiątej poszliśmy na śniadanie. Na tarasie przed zamkiem wybrałem sobie mało odpowiednie miejsce, ponieważ po kilku minutach pałaszowania jajecznicy poczułem, że moja głowa wystaje spod parasola, a w słońcu było już spokojnie ze czterdzieści stopni. Żeby nie stracić przytomności i nie nabawić się udaru, szybko się przesiadłem… O dziesiątej byliśmy już po, więc wróciliśmy szybko do pokoju, aby skompletować nasz ekwipunek i ruszyć do Slawenburg’u. W momencie, gdy wchodziliśmy do naszej stajni, zadzwonił mój tata z informacją, która całkowicie przewróciła nasze plany… Poinformował nas, że o czternastej przyjedzie do nas mechanik, który spróbuje naprawić SuperFour’a na miejscu. Z jednej strony byliśmy z mamą trochę źli, że stracimy kolejny dzień w Lübbenau. Z drugiej jednak pomyślałem, że gdyby udało się naprawić mój kosmiczny pojazd, miałbym jedyny problem z głowy i do końca sezonu miałbym święty spokój… Nie było sensu gdziekolwiek jechać przed wizytą serwisanta, dlatego też mama postanowiła wykorzystać słońce i przedpołudniem rozpoczęła opalanie. Ja wybrałem bardziej przyjazny sposób spędzania wolnego czasu. Rozsiadłem się przed laptopem, założyłem słuchawki, odpaliłem ipod’a i zabrałem się za pisanie bloga… Liczyłem, że tym mechanikiem z serwisu będzie Dirk, czyli ten, który dwa lata temu miał już przyjemność usuwać tą samą usterkę w moim bolidzie. Razem z mamą zakładaliśmy, że do piątej SuperFour będzie jak nowy, więc po późniejszym obiedzie będziemy mogli wybrać się chociaż na krótką przejażdżkę. Było to dosyć śmiałe i odważne założenie, ale mimo wszystko nie dopuszczaliśmy do siebie myśli, że mogłoby być inaczej :-)

O 13:30 udaliśmy się z mamą na parking, żeby przygotować SuperFour’a do operacji. Kiedy podeszliśmy do przyczepy, na horyzoncie pokazał się duży biały bus ze zdjęciami wózków na bokach. Mało prawdopodobne było, żeby ten serwis pojawił się w Lübbenau w sprawie innego zepsutego wózka. Minutę później mobilny serwis z Dirkiem na pokładzie stał już zaparkowany koło naszej przyczepy. Bardzo ucieszył mnie jego widok. Przede wszystkim dlatego, że jest on nielicznym Niemcem mówiącym trochę po angielsku. Do tego raz już spisał się na medal reperując moją gablotę w 2009-tym roku, dlatego mogłem być spokojny o powodzenie jego misji ;-)

Samochód, którym Dirk pojawił się w Lübbenau był prawdziwym centrum reanimacyjnym, mogącym postawić na nogi każdy wózek inwalidzki na kuli ziemskiej. Ilość sprzętu w nim upchanego była naprawdę imponująca. Wewnątrz panował oczywiście niemiecki ład i porządek, jednym słowem ordnung jak się patrzy. Najmniej optymistyczną rzeczą w tym Mercedesie były szyny, czy też jak kto woli rampa, po której w przypadku zgonu mojego pojazdu, zostałby on wepchany do środka i na sygnale zawieziony do prawdziwego warsztatu w Königsee… Dirk od razu bez zbędnych ceregieli zabrał się do roboty. Na początku zrobił rundkę po parkingu, poczym bez wahania potwierdził dolegliwości zgłaszane przeze mnie i wziął się za rozbieranie SuperFour’a… Przyjechał przed czasem, dlatego nie zdążyliśmy z mamą pościągać wszystkich gadżetów i urządzeń uniemożliwiających otworzenie wnętrza potwora. Dirk musiał zrobić to samemu. Nie było to jednak dla niego problemem – w końcu trafiło na niemieckiego inżyniera ;-) W kilkanaście minut mój pojazd miał już zdjęte pokrywy i wszystkie organy, czy też części były odkryte i gotowe do operacji… Jako, że to nie pierwsza taka usterka, od razu zabraliśmy się za zdemontowanie felernego siłownika. Zabraliśmy, to znaczy Niemiec robił, Polak pilnował ;-) Wyjęcie tej zepsutej części wcale nie było takie proste, ponieważ trudno się było do niej dostać. Kiedy już ten siłownik był na zewnątrz, Dirk zapuścił się w głąb swojego samochodu w poszukiwania takiego samego sprawnego elementu…

Po sprawdzeniu kilku kartonów, szafek i szuflad, niezawodny niemiecki inżynier wyszedł z busa trzymając wysoko w prawej dłoni bezcenną dla mnie część. Siłownik był identyczny jak ten zepsuty, ale miał inne gniazdo, do którego musieliśmy podłączyć między innymi zasilanie z SuperFour’a. Dirk podrapał się po głowie, zamyślając się przy tym przez kilkanaście sekund (często mu się to zdarza), poczym uciął gniazdko z niedziałającego elementu i za pomocą niezastąpionej czarnej taśmy izolacyjnej, zamienił końcówkę kabli w nowej części na pasującą. Później wystarczyło tylko zamontować siłownik w odpowiednim miejscu i mogliśmy zacząć kalibrację nowej części będącej odpowiedzialną za skręt mojego wózka. Do tego zadania potrzebny był jedynie komputerek, na którym po podłączeniu go do joysticka SuperFour’a, ustawiliśmy maksymalne odchylenia w lewo i w prawo oraz wbiliśmy do pamięci pojazdu w jakiej pozycji, koła ustawione są na wprost… Ja schowałem się w cieniu, ponieważ ciężko było mi już wytrzymać w palącym słońcu, a czarnuch, znaczy Dirk, zabrał się za składanie reszty w jedną całość. Po kwadransie wóz wyglądał już prawie tak samo, jak przed wizytą serwisu. Musieliśmy jeszcze tylko założyć na pakę kufer i przymontować biało-czerwoną flagę na wlew paliwa. Pomyślałem sobie – pościągał, to niech teraz cwaniak zakłada ;-) Kiedy uporał się już z tymi wszystkimi gadżetami, wsiadł na moje miejsce i w iście szatańskim stylu zrobił kilka rundek po parkingu. Za sterami mojego wehikułu wyglądał naprawdę dość zabawnie, ponieważ ledwo mieścił się w fotelu ustawionym pode mnie. Nogi miał ułożone po turecku ;-) Pierwszy raz mogłem z perspektywy widza obejrzeć SuperFour’a w tak efektownej akcji. Mama tylko pokręciła głową i dodała – Boże, jak on jeździ! Zatrzymał się przy nas z piskiem opon, spojrzał na mnie znad okularów i powiedział, żebyśmy teraz zamienili się miejscami…

Jeżeli o to chodzi, nie trzeba było mnie namawiać ;-) Od razu mama wrzuciła mnie do środka, ustawiła mi lusterko, zapięła pasy, poczym bystro ruszyłem na szybkie okrążenie po parkingu. Żeby sprawdzić czy Dirk sumiennie wykonał swoją usługę, cały czas jechałem zygzakiem. Wszystko chodziło jak nowe. Dodatkowo podczas kalibracji nowego siłownika, powiększyliśmy promień skrętu mojej małej ciężarówki. Wcześniej na zawrócenie potrzebowałem około pięciu metrów. Teraz wystarczy mi niewiele ponad cztery. Dzięki temu zabiegowi SuperFour może nie będzie zwinny jak baletnica, ale przynajmniej na normalnej dwukierunkowej jezdni będę mógł zrobić w tył zwrot za jednym zamachem… Podczas tej jazdy testowej, minąłem się z kelnerem „Uwe”, który właśnie skończył pracę i rowerem wybierał się najprawdopodobniej do domu. Na mój widok, na jego twarzy pojawił się standardowy już banan :-) Zapewne jutro na śniadaniu będziemy mieli jeszcze lepszą obsługę niż dotychczas ;-) Nie było sensu na dłuższe śmiganie dookoła parkingu, dlatego po dwóch kółkach skończyłem test i z powrotem przesiadłem się na wózek… Kiedy ja sprawdzałem czy wszystko chodzi poprawnie, mechanik składał swój sprzęt i powoli z niemiecką dokładnością pakował narzędzia do samochodu. Byłem bardzo zadowolony z pracy jaką dzisiaj wykonał. Należały mu się brawa… Żeby Dirk mógł się w normalnych warunkach oporządzić i doprowadzić do stanu użyteczności, zaprosiliśmy go do naszej stajni. Wcześniej kilkakrotnie mył ręce pożyczając szlauf, którym akurat przez godzinę na parkingu tutejszy ogrodnik podlewał roślinki… O 15:20 w miłej atmosferze rozstaliśmy się z najlepszym mechanikiem SuperFour’ów w Europie. Gdybym kiedyś zakładał zawodowy team, na pewno zaproponuję mu współpracę ;-)

Gdy byliśmy już z mamą wolni, zabraliśmy się za przygotowywanie obiadu… Około siedemnastej byliśmy już po i mogliśmy powoli zacząć przygotowania do wymarszu. Mówiąc prawdę, tak późno jeszcze nigdy nie startowałem, ale pogoda i inne przesłanki były naprawdę idealne na rowerową wycieczkę… O 17:45 ponownie siedziałem za sterami mojego odświeżonego wozu. Na początku podjechaliśmy kilkadziesiąt metrów do pomnika Grafa (czyli takiego hrabiego) Rohusa zu Lynar’a, który rządził przed laty w Lübbenau. Zamek, w którym gościmy, nadal należy do rodu zu Lynar’ów…

Po sesji zdjęciowej z Grafem, wróciliśmy z powrotem na teren zamku i powoli bez pośpiechu pojechaliśmy w głąb miejscowego parku. W słońcu nie było już tak gorąco, jak kilka godzin wcześniej, ale za to pomimo nałożonych okularów jadąc na zachód niewiele widziałem…

W pobliżu zamku odwiedziliśmy bardzo ładnie umiejscowiony staw, w którym pluskała się spora grupka kaczek. Na jego środku miały swój domek, z którego co jakiś czas wychodziły z myślą, że ktoś może przyniósł im kawałek chleba…

Przez park przechodził tylko jeden szlak rowerowy. Na jedynym tutejszym drogowskazie widniała tajemnicza nazwa – Wotschofska… Tak naprawdę do końca nie wiemy czy jest to jakaś pobliska wioska, czy dzielnica Lübbenau, a może po prostu jest to jakaś nazwa własna. Niestety na dzisiaj pozostanie to tajemnicą, ponieważ nie udało nam się tam dotrzeć. Dlaczego? Na naszej drodze, około dwustu metrów od zamku, stanął ponownie mostek, a właściwie schody, które pozwalały przez niego przejść…

Nawet gdybyśmy przedostali się jakoś na drugą stronę kanału, najprawdopodobniej i tak musielibyśmy zawrócić, ponieważ ścieżka w dosłownym tego słowa znaczeniu robiła się coraz węższa… Gdy nad samą wodą powoli zawracałem, akurat przepływała jedna z często tutaj spotykanych łódek, którą napędza się odbijając kijem od dna…

Była dopiero 18:10, dlatego też nie poddaliśmy się od razu napotykając na pierwszą przeszkodę… Zahaczając o zamkowy park, przemknęliśmy w pobliżu malutkiego domku, w którym aktualnie mieszka Beatrix Grafin zu Lynar – obecna hrabina, która bacznie czuwa nad całym tym przybytkiem. Jej podobieństwo do Angeli Merkel może świadczyć jedynie o tym, że poza zamkiem, ogarnia ona swoją opieką całe Lübbenau ;-) Dalej pojechaliśmy w kierunku portu – chcieliśmy znaleźć szlak prowadzący do Leipe – miejscowości położonej 7 kilometrów na wschód od Lübbenau. Prawdę mówiąc nie byłem za bardzo przekonany czy uda nam się tam dotrzeć, wątpiłem w powodzenie naszej misji… Zgodnie z mapką wiedzieliśmy, że za portem musimy skręcić gdzieś w lewo. W poszukiwaniu ogórkowego szlaku przejechaliśmy około kilometra, aż w końcu dotarliśmy do głównej lübbenauskiej drogi. Dosłownie 50 metrów przed nią, zauważyłem kierunkowskaz w lewo na Leipe. Długo się nie zastanawiając zjechaliśmy z jezdni na piaszczystą dróżkę biegnącą wzdłuż ogródków działkowych… Ścieżka nie była najlepszej jakości, ale mimo wszystko grzaliśmy cały czas wzdłuż kanału. Po pięciuset metrach dojechaliśmy do kolejnej z rzek. Tutaj niestety nasza droga się skończyła, a szlak, czy bardziej szlaczek przeniósł się na niewielki wał, po którym strach było jechać rowerem, a co dopiero SuperFour’em… Gdy zawracałem, podbiegło do nas dwóch niemieckich partyzantów w wieku około ośmiu lat, którzy w jednym z kanałów za pomocą kija z żyłką, łowili ryby. Niestety przez ich nieznajomość języka polskiego nie mogliśmy się w ogóle dogadać ;-) Ta trasa była już naszym dzisiejszym drugim niepowodzeniem. Można było się trochę podłamać, ale prawdziwy globtroter nigdy się nie poddaje! Z powrotem kierowaliśmy się w kierunku portu i mniej więcej w połowie drogi natrafiliśmy na kolejny szlak prowadzący do Leipe. Tym razem drogowskazy były większe i wyposażone w znaczek ogórka jadącego na rowerze – tak właśnie wygląda logo ogórkowego szlaku. W końcu pojawiła się nadzieja… Wjeżdżając w tą lokalną drogę z zakazem wjazdu pojazdów mechanicznych, akurat mijaliśmy się z radiowozem. Panowie policjanci wykazali się wyrozumiałością, puszczając nas zjechali na pobocze i nie zgłosili nam żadnych uwag ;-) Będąc po raz kolejny ponad prawem, zwiększyliśmy prędkość na najwyższe obroty i pognaliśmy dalej w nieznane…

Szybko przejechaliśmy przez zaplecze portu i zanurzyliśmy się w niesamowity bagienny las. Ilość mostków i kładek na odcinku siedmiu kilometrów, które dzieliły nas od Leipe, była iście wenecka. Można śmiało powiedzieć, że Leipe położone jest za siedmioma mostami, siedmioma kładkami i siedmioma kanałami – normalnie bajka :-) Wszystkie drewniane mosty miały dosyć strome, ale zawsze – podjazdy. Kawałek za Lübbenau pojawił się za nami samochód z przyczepką, który wiózł w niej drzewo. Dzięki niemu byłem spokojniejszy i przekonany, że już dzisiaj nie natkniemy się na żadne schody. Nie myliłem się :-)

Kraina, którą zmierzaliśmy do Leipe, była naprawdę niesamowita. Nigdy nie miałem przyjemności obcować z tak dziką naturą przez niespełna siedem kilometrów. Poza nasypem, na którym poprowadzony był nasz szlak, reszta wyglądała tak, jakbyśmy byli tu pierwszymi ludźmi od wieków. Aż głupio mi było jechać na napędzie spalinowym i burzyć panującą tam harmonię. Niestety nie miałem nadmiaru prądu, więc terkotanie silnika było niezbędne :-( Co kilkaset metrów były wydzielone małe parkingi z ławeczkami i stolikiem. Na każdej takiej stacji były rozstawione tablice informacyjne z różnymi gatunkami zwierząt, które zamieszkują tutejsze bagna. My przede wszystkim mieliśmy okazję spotkać tam całą masę najróżniejszych ptaków. Najwięcej było dzięciołów, które stukały w drzewa położone przy samej ścieżce, w ogóle nie bojąc się warkoczącego SuperFour’a… Na całym tym odcinku spotkaliśmy tylko cztery rowery. W dzień byłoby ich na pewno zdecydowanie więcej… Gdy na moim liczniku stuknął dziewiąty kilometr, minęliśmy tablicę „Leipe”, przejechaliśmy przez mostek i opuściliśmy las. Pojawił się za to asfalt, samochody, maszyny rolnicze, pola i stogi siana. Przejazd przez całą miejscowość zajął nam góra trzy minuty. Zatrzymaliśmy się dopiero o 19:10 przy skrzyżowaniu szlaków rowerowych…

Po krótkiej przerwie zawróciliśmy z powrotem do Lübbenau. W samym Leipe (po łużycku Lipje) widzieliśmy mniej ludzi, niż dzięciołów na bagnach. Około 19:15 ponownie wjechaliśmy do czarującego lasu. A jakie tam było powietrze…

Wracaliśmy jadąc na pół gwizdka, po pierwsze po to, żeby nie straszyć mieszkańców bagien, a po drugie, żeby rozkoszować się tutejszymi widokami i nieziemskim klimatem…

Kilka mostów, kilka kładek i kilka kanałów dalej byliśmy już z powrotem w Lübbenau, które ze względu na wysoką średnią wieku przebywających tu turystów, powoli zamierało…

O 19:50 dotarliśmy z powrotem do naszego zamku… Pogoda nadal była idealna, dlatego kolację zjedliśmy na tarasie. Po niej, również na zewnątrz, przegraliśmy do laptopa zdjęcia z dzisiejszej wycieczki, żeby zrobić w aparacie miejsce na jutro… Pomimo tego, że dzisiejsze plany musieliśmy przełożyć, dzień można spokojnie zaliczyć do bardzo udanych. Za jednym zamachem załatwiliśmy dwie sprawy – SuperFour naprawiony, a oprócz tego odbyliśmy wspaniały wieczorny rajd przez najpiękniejsze bagna, jakie kiedykolwiek widziałem. 17 kilometrów, jakie dzisiaj udało nam się pokonać, to moim zdaniem akuratny dystans na przetestowanie mojego pojazdu i zaliczenie przejażdżki w jednym… Jutro ma być jeszcze cieplej – 29°C. Po śniadaniu ruszamy do Slawenburg’u i nic nam w tym nie przeszkodzi ;-)

***** Tekst utworzony 14.08.2011r. *****

Lübbenau 2011 – dzień 6. – Jak nie Lehde, to może chociaż Lübben…


***** Tekst utworzony 9.08.2011r. *****

W końcu mądrale z niemieckiej telewizji mieli rację i ich wczorajsze przepowiednie się sprawdziły. Dzisiaj już od samego rana na niebie nie było ani jednej chmury. Żeby nie tracić pierwszego pogodnego dnia, nastawiliśmy budzik na ósmą. Wstawało się co prawda ciężko, ale wizja całodziennej wycieczki szybko postawiła nas na nogi. Gdy tylko otworzyłem oczy, od razu odpaliłem telewizor, czy jak kto woli „Stajenne Centrum Rozrywki”. Na pierwszych kilku kanałach gadali coś po niemiecku, dlatego żeby nie dobijać się jeszcze przed śniadaniem, podziękowałem ARD, ZDF i RTL’owi, poczym włączyłem muzykę. Poranna herbata przy płytce Ray’a Charles’a to jest to ;-) Nawet wyładowana szczoteczka do zębów i brak do niej zasilacza, który został w domu, nie były w stanie popsuć mi humoru… O dziewiątej poszliśmy na śniadanie. Dzisiaj przywitał nas jakiś nowy kelner, nie wiedzieć czemu przez moją mamę nazywany Uwe. Miał jedną małą wadę – mimo góra trzydziestu lat w ogóle nie rozumiał po angielsku… Byłem zmuszony uruchomić swój niemiecki i zamówić dla nas napoje. Aż sam się zdziwiłem, że szprecham jak najęty ;-) Na dowód tego, kelner nie miał najmniejszego problemu ze zrozumieniem mojego zamówienia i przyniósł wszystko to, co chcieliśmy… Śniadanie zajęło nam dokładnie godzinę. Po nim wróciliśmy do naszego mieszkanka i zaczęliśmy przygotowania do wymarszu. Przez te trzy minione dni, odzwyczailiśmy się już trochę od wypraw, dlatego cały czas przypominało nam się o kolejnej rzeczy do zabrania. O butach przypomniało mi się dopiero przy drzwiach wyjściowych… Około 11:15 otworzyliśmy przyczepę i wyprowadziliśmy z niej moją bestię. Tym razem wszystko było sprawne i przez najbliższe kilkaset metrów, może nawet kilometr, SuperFour prowadził się bez najmniejszych problemów… Pięć minut później wyruszyliśmy z zamku w stronę pobliskiej wioski Lehde. Do pokonania mieliśmy niespełna półtora kilometra. Przez cały ten odcinek, co jakiś czas wyprzedzani przez przyczepy kempingowe podążające na liczne pobliskie pola namiotowe i kempingi, jechaliśmy po jezdni. Pomiędzy Lübbenau a Lehde, zatrzymaliśmy się przy mapie…

Najbardziej niepokojące na tej tablicy były mosty, które nazwano „treppen brücke”, co oznacza po prostu most ze schodami. Mapa umocniła mnie tylko w przekonaniu, że raczej będziemy mieli tu spore problemy z dotarciem do niektórych atrakcji Spreewald’u…

Kawałek dalej przemknęliśmy koło tablicy, trzymetrowego stogu siana i znaleźliśmy się w niewielkiej wiosce Lehde, która jest praktycznie cała przekształcona w skansen. Można się tutaj dostać tylko jedną, jedyną drogą właśnie biegnącą od strony Lübbenau. Na samym wjeździe do miejscowości zatrzymaliśmy się obok remizy strażackiej, która rzeczywiście wyglądała, jakby czas zatrzymał się tutaj co najmniej sto lat temu…

Wszystko poza jezdnią miało na prawdę swój stary, niepowtarzalny styl, przez co wieś w całej okazałości robiła spore wrażenie. Można było poczuć się tak, jakby rzeczywiście ktoś cofnął czas… Kawałek za remizą natrafiliśmy na zakaz wjazdu dla samochodów. Droga pomiędzy małymi domkami była na tyle wąska, że nie było najmniejszych szans, żeby minęły się na niej dwa auta…

W kilka minut powolnej, turystycznej jazdy połączonej z częstymi postojami na zdjęcia, dotarliśmy do miejscowego muzeum, gdzie kończyła się normalna droga. Dalej były jedynie drogowskazy dla rowerów prowadzące między innymi do Leipe i Burg’u. Szlak dla jednośladów już na samym początku był całkowicie nieprzystosowany dla SuperFour’ów. Dróżka wchodząca pomiędzy dwa domki była na tyle wąska, że nawet wciągnięcie przeze mnie brzucha na niewiele by się zdało ;-) Ale gdyby nawet udało mi się jakoś tam przecisnąć, nic by to nie dało, ponieważ kilkanaście metrów za tym przesmykiem był kanał. Żeby przejść na drugą stronę rzeczki, należało wspiąć się na most… ze schodami :-( Dla rowerów była specjalna rynna, po której można w miarę sprawnie przeprowadzić swój jednoślad na przeciwległy brzeg. Szkoda, że nie montują dwóch takich desek, ponieważ wtedy mógłbym spróbować przedostać się na drugą stronę ;-)

Nie pozostało nam nic innego, jak tylko zawrócić i znaleźć jakąś alternatywną trasę na dziś… Gdy rozpocząłem zawracanie na niewielkim parkingu w pobliżu muzeum, odezwał się SuperFour. Oczywiście nie zaczął mówić, tylko po raz kolejny sam rozpoczął swój słynny taniec kołami. Muszę przyznać, że wóz jest ostatnio strasznie kapryśny. Ładna pogoda, piękne krajobrazy, mistrz kierownicy w fotelu, a mimo tego pojazd ma swoje humory… Powoli kierowaliśmy się w kierunku Lübbenau, ale po drodze zboczyliśmy na chwilkę ze szlaku, wjeżdżając na mały drewniany mostek. Po jego przekroczeniu przejechaliśmy jeszcze około trzystu metrów wąską żużlową dróżką, aż dotarliśmy do kolejnej kładki, ale tym razem również ze schodami… Kiedy się przed nią zatrzymałem, SuperFour zaczął pipkać I wyłączając się, pozbawił mnie kontroli nad kołami. Na szczęście ponowne uruchomienie joysticka przywróciło mnie do gry i nie musieliśmy wzywać niemieckiej pomocy drogowej. Mama jak zwykle przejęła się bardziej ode mnie i postanowiła od razu zadzwonić z tym do taty. Zatrzymaliśmy się koło jednego z licznych pobliskich kanałów i poczekaliśmy, aż do nas oddzwoni…

Nie trwało to zbyt długo. Poprosiłem tatę, żeby zadzwonił do cioci Heni, która biegle włada językiem niemieckim i zlecił jej wezwanie do Lübbenau kogoś z serwisu. Tutaj do Spreewald’u mają zdecydowanie bliżej niż do Szczecina… Po telefonie zrestartowaliśmy joystick, który w trakcie rozmowy ponownie zaczął sam skręcać. Nie wyglądało to najlepiej. Żeby nie ugrzęznąć w miejscu niedostępnym dla lawety czy holownika, szybko wróciliśmy do głównej drogi i powoli poturlaliśmy się z powrotem do Lübbenau. Podczas jazdy wózek tylko czasami delikatnie skręcał w jedną lub drugą stronę. Najgorzej było w momentach, gdy się zatrzymywałem i puszczałem joystick, ponieważ wtedy SuperFour najczęściej włączał ostrzegawcze beep-beep-beep i po prostu się wyłączał. Żeby do tego nie dopuszczać, przez resztę dnia starałem się nie stawać, a jeżeli już musiałem się zatrzymać, to cały czas z minimalną prędkością przesuwałem się kilka centymetrów w przód i w tył. W ten sposób udawało mi się oszukać komputer pokładowy przez ładnych kilkadziesiąt kilometrów :-) Ale muszę przyznać, że w tak wyrafinowanym sprzęcie jak SuperFour, to lekka przesada, żeby nie móc się normalnie zatrzymać… Nie mogę powiedzieć, żeby tak jazda była nadzwyczajną przyjemnością. Wręcz przeciwnie. Przez cały czas musiałem być skupiony, żeby w razie czego szybko skontrować i powrócić do poprzedniego toru jazdy. Tak jakbym non stop poruszał się po śliskiej nawierzchni… Gdzieś pomiędzy Lehde a Lübbenau postanowiliśmy, że sokoro nie udało nam się przedostać na wschód, spróbujemy pojechać w przeciwnym kierunku – na zachód. Z powrotem do zamku mieliśmy niecałe dwa kilometry. Stamtąd skierowaliśmy się dalej do centrum miasteczka. Przemknęliśmy przez dobrze nam już znane Altstadt, zaliczyliśmy bramę, w której obecnie mieści się „Spreewald Museum” i udaliśmy się prawie do końca Karl-Marx-Strasse…

Tam skręciliśmy w prawo, wjeżdżając w wąską jednokierunkową uliczkę. Cały czas towarzyszyły nam wyraźne, czytelne i co najważniejsze pomocne drogowskazy dla rowerzystów. Dzięki temu nie musieliśmy zatrzymywać się na każdym skrzyżowaniu i spoglądać na mapę… W kilka minut przejechaliśmy przez spokojną dzielnicę domków jednorodzinnych. Na całej jej długości panował typowy niemiecki ordnung – sto euro temu, kto znalazłby tam chociaż malutki papierek na ulicy. Odwracaliśmy z mamą głowy w lewo i w prawo podziwiając przydomowe ogródki. W kilku z nich były nawet palmy! Powoli oddalając się od Lübbenau i zostawiając za sobą cywilizację, wkraczaliśmy pomiędzy zielone, rozległe pola…

W pewnym momencie samochody całkowicie zamieniły się w jednoślady, których nie było może tyle, co na przykład na uznamskich szlakach w pobliżu Ahlbeck’u, ale za to na pewno było ich więcej niż w Polsce…

To o czym w naszym kraju możemy tylko pomarzyć, tutaj jest standardem. Mam oczywiście na myśli oznakowanie tutejszych szlaków, pieszych i rowerowych. Nawet jeżeli do głównej ścieżki dochodzi polna dróżka, od razu przy skrzyżowaniu zapewne natkniemy się na drogowskazy. Oprócz kierunku do danego celu oraz odległości jaka nam jeszcze pozostała, zawsze znajdziemy kilka znaczków szlaków, którymi aktualnie się poruszamy. W tym wypadku do naszego dzisiejszego punktu docelowego mieliśmy jeszcze 12 kilometrów. Tak, tak, szlakiem ogórkowym (żółty znaczek) podążaliśmy do Lübben…

Nasza asfaltowa ścieżka z minuty na minutę robiła się coraz węższa. W pewnym momencie ledwo mieściłem się na niej SuperFour’em, dlatego gdy tylko pojawiały się z naprzeciwka jakieś jednoślady, wjeżdżałem dwoma kołami w pole… Na szczęście po kilkuset metrach takiej upierdliwej jazdy, nasza trasa przeniosła się na wał biegnący wzdłuż jednej z główniejszych w tej części odnogi Spreewy. Od tego miejsca przez następne 10 kilometrów posuwaliśmy się cały czas dwa metry od wody. Nasyp po którym jechaliśmy był dość wysoki. Po prawej trzy metry pod nami płynęła sobie rzeczka, a po lewej również sporo niżej, mijaliśmy pola i przede wszystkim rowy melioracyjne. Z dwojga złego lepiej polecieć mimo wszystko w lewo ;-) Pierwszy krótki postój zafundowaliśmy sobie w pobliżu samoobsługowej śluzy, których tutaj nie brakuje…

Z minuty na minutę turystów było coraz więcej, a ruch na ścieżce był naprawdę spory. Gdy po chwili ruszaliśmy spod śluzy, musieliśmy swoje odstać, żeby w ogóle włączyć się w sznur kolorowych rowerów…

Po restarcie, w oddali zaobserwowałem, że teren lekko podnosi się do góry, a nasza trasa przechodzi przez jakiś drewniany mostek. Byłem przekonany, że to koniec dzisiejszej wycieczki do Lübben… Tym razem szczęście się do nas uśmiechnęło, ponieważ trafiliśmy na nowiutką, jeszcze pachnącą świeżym lakierem kładkę bez żadnych schodów. W niektórych miejscach była rozwinięta nawet taśma, a po drugiej stronie kanału stały ostrzegawcze pachołki. Mostek był dosyć wąski, ale zaliczyłem go bez większego problemu…

Nikt z zablokowanych przeze mnie Niemiaszków, nie wyrażał żadnego sprzeciwu. Wszyscy z uśmiechem na twarzach czekali, aż powoli i spokojnie przedostanę się na drugą stronę rzeczki… Ledwo ponownie zdążyliśmy się rozpędzić, a już przed nami wyrósł kolejny drewniany most. Jego widok przeraził mnie zdecydowanie bardziej od poprzedniego. Z daleka wyglądało tak, jakby niestety na kładkę prowadziły schody… Tym razem również nam się udało. Most był stary, spróchniały i niekompletny, ale mimo tego dałem radę przeskoczyć na drugi brzeg lichego kanału…

Turyści, którzy bacznie przyglądali się jak pokonuję tą zdezelowaną i skrzypiącą przeszkodę, momentami aż otwierali buzie ze zdziwienia. (gdybym nie był skromny, napisałbym podziwu) Ten fragment dzisiejszej wyprawy, przypominał bardziej przedzieranie się przez amazońską dżunglę w poszukiwaniu zaginionego miasta, niż wycieczkę rowerową. Na krawędziach kładki były poprzybijane prożki, które mają pomóc pieszym w pokonaniu tego stromego wejścia i zejścia. Ja z pieszym mam niewiele wspólnego, no może poza skarpetkami, dlatego też te drewniane stopnie w żaden sposób nie ułatwiły mi zadania. Mama (w roli sapera) pierwsza przeszła przez mostek i zadokowała na uboczu, żeby zrobić mi zdjęcie jak wpadam do wody ;-) Niestety deski wytrzymały, a ja cały i zdrowy znalazłem się po drugiej stronie rowu… Niemieccy emeryci, którzy na jednym z brzegów pałaszowali właśnie drugie śniadanie, odłożyli na chwilę kanapki i nieśmiale zaczęli bić mi brawo. Cóż w tej sytuacji miałem uczynić? Uśmiechnąłem się, ukłoniłem i pojechałem dalej. Gdybym miał czapkę, to może zgarnąłbym kilka euro za występ, a tak… :-) Dalsze kilka kilometrów przelecieliśmy już bez pokonywania mostków, kładek i innych tego typu przeszkód. Cały czas przemieszczaliśmy się po wale wzdłuż Spreewy (Szprewy)…

Jechało się naprawdę wyśmienicie. Nad nami latały czaple siwe, bociany i cała masa jakichś polujących drapieżników. Dookoła pasły się stada brązowo-białych krów i groźnie wyglądających byków, a w kanale czasami pojawił się jakiś schowany w trzcinach łabędź… Przy tej mizernej rzeczce nawet zrobiono małą plażę, na której kąpało się kilku śmiałków. Na mój widok wszyscy wyszli z wody, podbiegli do ścieżki i jak na Tour de France zaczęli zagrzewać nas do dalszej jazdy okrzykami ;-) Byliśmy już dosłownie żabi skok od Lübben, ale niestety natrafiliśmy na objazd. Tak, tak, objazd. Sam się zdziwiłem widząc umlaitung (U) dla rowerów. Wątpię czy polscy drogowcy w ogóle są w posiadaniu takiego znaku…

Na ścieżce był remont, dlatego główny szlak prowadzący do centrum miasteczka dokładnie zastawiono metalowym ogrodzeniem, a ruch rowerowy skierowano objazdem. Jak to u naszych zachodnich sąsiadów bywa, oznakowanie było perfekcyjne. Najpierw skierowano nas w lewo na polną, żużlową dróżkę. Później wjechaliśmy pod górę w bardzo oryginalnie przystrzyżony las, gdzie spotkaliśmy grupkę kijkarzy…

Oczywiście nie obyło się bez wszechobecnego tutaj radosnego pozdrowienia – Hello! :-) Kawałek dalej znaleźliśmy się na parkingu w pobliżu pola kempingowego i po chwili dotarliśmy do końca objazdu… A tam napotkaliśmy na kolejną dzisiaj niemiłą niespodziankę. Szlak ogórkowy do centrum Lübben poprowadzony został przez treppen brücke :-( Nie pozostało nam nic innego, jak znaleźć inną drogę… Mama zostawiła rower i przeszła na drugą stronę mostka, żeby zrobić mi zdjęcie…

Gdy do mnie wróciła, akurat podjechała jakaś grupka niemieckich kolarzy w podeszłym wieku, którzy na widok schodów również zawrócili. Kilkanaście sekund później ruszyliśmy za nimi i chwilkę później dojechaliśmy do jednej z główniejszych dróg. Nie musieliśmy ryzykować życia i jechać po ulicy. Po obu stronach jezdni były ścieżki rowerowe. Zachodni standard…

W takim tempie i po takich drogach, to dojechalibyśmy nawet do Pekinu. Innym razem, teraz skupmy się na bardziej przyziemnym celu – Lübben… Po tej chodnikowej ścieżce w minutę dotarliśmy do skrzyżowania, gdzie musieliśmy odstać chwilę na czerwonym świetle. Kiedy już ruszyliśmy, wjechaliśmy na most, będący śluzą i tamą w jednym…

W końcu całej naszej dwuosobowej załodze, udało się przedostać na drugą stronę dość szerokiej w tym miejscu Spreewy. My chcieliśmy dostać się na wyspę zamkową – Schlossinsel. Nie było to jakimś trudnym zadaniem, ponieważ co chwilę mijaliśmy odpowiednie drogowskazy… Pokonaliśmy kolejny most i około 14:15 wylądowaliśmy na miejscu… Pierwsze co przywitało nas na wyspie, to budy, budki i stragany z pamiątkami. Głównie były to oczywiście ogórki i wszystko to, co z nimi związane. Mama zatrzymała się przy stoisku z kapeluszami… Na szczęście po kilku minutach przymierzania, doszła do wniosku, że żaden z dwudziestu modeli, które w tym czasie nałożyła na łeb, nie przypadł jej do gustu. Kiedy już ten etap mieliśmy za sobą, podjechaliśmy kilkadziesiąt metrów dalej do informacji turystycznej. Jako, że na niebie nie było dzisiaj ani jednej chmurki, upał zaczynał dawać się we znaki, szczególnie podczas postoju. Wiedząc, że wizyta mamy w takim przybytku jak informacja turystyczna może zająć jej nawet kwadrans, wcisnąłem się moim bolidem w cień pomiędzy dwa niechlujnie zaparkowane skutery… Moja towarzyszka nie ściągając kasku, udała się do środka. Zebranie kilku ulotek i mapki Lübben poszło jej całkiem sprawnie. Dzięki krótkofalówką doskonale słyszałem każde słowo wypowiedziane przez nią do pracowników informacji – Heloł, sory, łer is szlos? ;-) Kiedy już stamtąd wyszła, podjechaliśmy, a właściwie podeszliśmy do jednej z wolnych ławek, żeby w końcu trochę odsapnąć… Napiliśmy się, zjedliśmy kilka ciastek, aż wreszcie ruszyliśmy w poszukiwaniu zamku. Był on dosłownie na wyciągnięcie dłoni, tyle że po drugiej stronie kolejnego kanału… Powoli zbliżała się piętnasta, dlatego też doszliśmy do wniosku, że odpuścimy sobie dzisiaj zwiedzanie zamku i wrócimy tu jeszcze w tym tygodniu. Gdyby się sprężyć i nie robić ciągłych postojów na zdjęcia, trasę Lübbenau-Lübben można bez problemu zaliczyć w godzinę. To tylko 14 kilometrów… Mama była trochę zawiedziona, ponieważ ona poza czerpaniem przyjemności z jazdy rowerem, bardzo lubi zwiedzać zabytki. Mi samo obejrzenie z zewnątrz takiej jednej, czy drugiej staroci w zupełności wystarczy ;-) Przemykając koło ogórkowych budek gdzie można było zgłodnieć od samego zapachu grillowanych kiełbasek, opuściliśmy wyspę i skręciliśmy w lewo, kierując się z powrotem w kierunku bratniego miasta Lübben – Lübbenau. Jazda przez centrum dość ruchliwej piętnastotysięcznej miejscowości nie było zbyt przyjemne. Kilka skrzyżowań z sygnalizacją świetlną, masa polskich ciężarówek, nic miłego… Na szczęście kilkaset metrów dalej, zjechaliśmy w lewo w kierunku pola kempingowego i po chwili byliśmy na spokojnym ogórkowym szlaku. Żeby ponownie znaleźć się na wale przy kanale, musieliśmy pokonać jeszcze objazd. Na końcu tej polnej dróżki, moją mamę zatrzymał jakiś siwy dziadek na rowerze. Był lekko skołowany ze względu na ten objazd i chciał się najprawdopodobniej dowiedzieć czy dobrze jedzie. Z głupim uśmiechem zaczął mówić coś do nas po niemiecku. Ja byłem dosyć daleko od nich, dlatego niewiele słyszałem. Mama z kolei wszystko usłyszała, ale za to nic nie zrozumiała. Czeski film ;-) Moja rodzicielka przez wrodzoną grzeczność chciała pomóc, więc wskazując ręką za swoje plecy powiedziała – Liben hier… Helmut słysząc te słowa zarumienił się i dalej o coś pytał, poczym mama ponowiła – Liben hier. Ten robiąc się jeszcze bardziej czerwonym, wybuchnął śmiechem i poprawił ją – Lybben, nein Liben. Kiedy startował, nadal śmiał się jak opętany… Kilka kilometrów później dotarło do mnie z czego ten Niemiaszek tak rył – Liben (inaczej pisane) znaczy kochany :-) O takim kimś jak moja mama może sobie tylko pomarzyć ;-)

Powrót tą samą ścieżką nie sprawił nam najmniejszych problemów. Pierwszy postój zrobiliśmy koło samotnie stojącej i szukającej na bagnach pożywienia czapli, którą moja mama chciała za wszelką cenę poderwać do lotu. Ptak w ogóle nie zwracał na nas uwagi i nawet krzyki – No leć – nic nie dały. A może on, czy też ona nie rozumiała po prostu po polsku… Rowerów z minuty na minutę było coraz mniej. Zapewne Niemcy pozadokowywali się gdzieś na obiady… Dwa mosty i trzy śluzy dalej, dosłownie tysiąc metrów od Lübbenau, zatrzymaliśmy się jeszcze na moment przy okazałym stadku mleko, albo raczej w tym przypadku mięsodajek…

Do bazy dojechaliśmy prosto jak po sznurku. To znaczy ja doleciałem na zamkowy parking bez żadnych międzylądowań, natomiast mama zatrzymała się w mieście, żeby kupić mi szczoteczkę. Uff, w końcu będę mógł normalnie umyć zęby…

Dzisiaj nareszcie zrobiliśmy konkretną trasę. Nie był to może jakich maraton, ale za to zwiedziliśmy całkiem nowy kawałek świata. W ciągu czterech i pół godziny przejechaliśmy prawie 30 kilometrów. Tak mógłbym rozpoczynać każdy tydzień ;-) Przed snem obejrzałem jeszcze na Sat 1 „Die Godzilla” z niemieckim dubbingiem – coś wspaniałego, nigdy więcej ;-) Jutro ma być ponoć jeszcze cieplej, dlatego najprawdopodobniej wybierzemy się na wyprawę do Slawenburg’u, gdzie mam nadzieję nie natknąć się na treppen brücke, a tymczasem… dobranoc :-)

***** Tekst utworzony 9.08.2011r. *****

Lübbenau 2011 – dzień 5. – W końcu wyjrzało słońce…



***** Tekst utworzony 29.07.2011r. *****

Mamy dzisiaj niedzielę. Niestety przez ostatnie trzy dni, nie udało mi się zaliczyć jakiejkolwiek przejażdżki za sterami mojego wehikułu. Wszystko przez pogodę, która mówiąc krótko jest do… niczego. W piątek było jeszcze w miarę znośnie. Przedpołudniem wybraliśmy się razem z naszymi gośćmi na spacer po Lübbenau. Podczas tej przechadzki, trzykrotnie musieliśmy chować się przed deszczem… Wczoraj natomiast zostaliśmy już sami, ale mimo tego plan dnia wyglądał bardzo podobnie. Około dwunastej ubraliśmy się w kurtki, zabraliśmy ze sobą hotelowy parasol i udaliśmy się na przechadzkę. Najpierw zaliczyliśmy park zamkowy, a później przeszliśmy się na stare miasto. Na jednym z ulicznych słupów zaobserwowałem bardzo interesującą wlepkę…

Była to jedyna naklejka jaką widziałem w Lübbenau. Jak widać Pogoń rządzi nawet tutaj ;-) Wieczorem ja zostałem w pokoju i zabrałem się za pisanie bloga, a mama poleciała na tutejszą „Noc Muzeów”. W Niemczech (przynajmniej tutaj w Spreewald’zie), wygląda to troszeczkę inaczej niż u nas. W Polsce w te dni można zazwyczaj odwiedzić różne wystawy za darmo. Tutaj jest tak, że trzeba zapłacić za wejście, ale za to na wszystkich uczestniczących w tym całym procederze, już przy samym wejściu czeka darmowy bratwurst, czyli wszechobecna w całych Niemczech kiełbasa. Co kraj, to obyczaj ;-)

Dzisiaj również temperatura na zewnątrz nie pozwoliła nam na wymarsz w głąb tutejszych „błot”. I tak raczej siedziałbym w bazie, ponieważ o czternastej ruszał wyścig F1… Godzinę po nim, niebo zaczęło się przejaśniać i nawet na moment pokazało się słońce… Jutro zapowiada się wspaniały dzień. Liczę na to, że w końcu zaliczymy jakąś konkretną trasę szlakiem ogórkowym…

***** Tekst utworzony 29.07.2011r. *****

Lübbenau 2011 – dzień 2. – Objazd po okolicy…


***** Tekst utworzony 15.07.2011r. *****

Pierwsza noc w stajni za nami. Nie licząc chrapiącej i gadającej przez sen mamy, spało się całkiem przyzwoicie ;-) Żeby ze wszystkim się wyrobić i zdążyć zaliczyć śniadanie przed przyjazdem „gości”, musiałem wstać o ósmej. Trochę głupio na urlopie zrywać się z łóżka wcześniej niż na co dzień, ale jak jest się na wakacjach od sześciu lat, to te kilka dni można się przemęczyć ;-) Nie w pełni dobudzony, razem z będącą w podobnym stanie mamą, poszliśmy na śniadanie do zamku. Pogoda z rana była doskonała na posiłek na tamtejszym dziedzińcu, ale jako że to było nasze pierwsze lübbenauskie śniadanie, postanowiliśmy najpierw wejść do środka restauracji i zobaczyć czym będą nas tu karmić. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, zamek nie jest zbyt przyjazny dla osób poruszających się na wózkach. Konserwator zabytków i tym podobne, zazwyczaj nie pozwalają na modernizację, czy przebudowę takich pałaców. Żeby pokonać barierę w postaci czterech schodów, mieliśmy wejść tylnymi drzwiami i wjechać do góry windą. Niby prosta sprawa, ale niestety natrafiliśmy na szczegół, który nawet dla mnie był nie do przejścia. Okazało się, że winda jest za mała na mój wózek… Z identyczną sytuacją spotkałem się już kiedyś w Alpach, dlatego nie byłem tym faktem za bardzo zdziwiony. Pani z recepcji zrobiło się przykro i niezręcznie. Nie dość, że jej angielski „is not good”, to jeszcze mama próbowała znaleźć dla mnie alternatywne wejście i zapytała – Have you lift towarowa? :-) W końcu doszliśmy do porozumienia, że będę jadał śniadania na dziedzińcu, a w przypadku brzydkiej pogody mama będzie przynosiła mi jadło do pokoju…

Normalnie nie jem obfitego śniadania. W domu zazwyczaj na pierwszy posiłek wystarczy mi tylko kawałek ciasta, bądź rogal z dżemem, ale będąc na wyjeździe nie mogę pozwolić sobie na takie luksusy. Taka ekspedycja jest prawie jak wojna – nigdy nie wiadomo kiedy będzie następna okazja, żeby coś przekąsić ;-) Dlatego na wyjazdach śniadanie traktuję bardziej poważnie i staram się zjeść tyle, ile tylko zdołam połknąć…

Kiedy ten etap dnia mieliśmy już za sobą, wróciliśmy do stajni i czekaliśmy na wujka i ciocię. Nie trwało to jednak zbyt długo, ponieważ pojawili się u nas kilka minut po jedenastej. Wypiliśmy razem na tarasie herbatę i chwilę później ruszyliśmy w teren… W półgodziny w czwórkę zrobiliśmy szybki pieszy obchód po pobliskim porcie. Poza sporą przystanią dla łódek, stoi tam kilka drewnianych budek, gdzie głównie można zaopatrzyć się w ogórki. Tak, tak, ogórki :-) Ogólnie można tutaj dostać najdziwniejsze ogórkowe pamiątki. Są oczywiście sprzedawane świeże ogórasy na wagę – kiszone, małosolne, w occie, pikle… Do tego na każdym stoisku można zaopatrzyć się w likier ogórkowy (bleee!). Mają tu również ogórki pluszowe i ceramiczne… Mogliśmy się tego spodziewać wcześniej, ponieważ przed wyjazdem do Lübbenau zakupiłem mapę Spreewald’u, na której zapoznawałem się z miejscowymi szlakami rowerowymi i najgłówniejszy z nich nazywa się Gurkenradweg, co dosłownie oznacza rowerowy szlak ogórkowy :-) Kiedy już byliśmy po degustacji miejscowych specjałów, puściliśmy naszych gości w miasto samopas, a sami wróciliśmy do zamku, żeby przesiąść się na moją bestię… Osoba na wózku inwalidzkim nie ma tu lekko, ponieważ w tej całkowicie wiejskiej części Spreewald’u, w skansenie, mosty nad licznymi kanałami są wyłącznie dla pieszych. Żeby na nie wejść i potem z nich zejść trzeba skorzystać z drewnianych schodów. Mam nadzieję, że nie będzie takich utrudnień na tutejszych szlakach rowerowych… Mama w miarę sprawnie przywdziała rowerowe wdzianko, poczym udaliśmy się do naszego mobilnego garażu, czyli przyczepy. Otworzyliśmy ją, włączyliśmy SuperFour’a i… sprzęt po raz kolejny zbuntował się i odmówił posłuszeństwa. Od razu po uruchomieniu zaczynał pipkać i nie można było nim w ogóle ruszyć. Spróbowaliśmy kilka razy go zresetować, ale nic to nie dawało. Dopiero kiedy wpadłem na pomysł, żeby od razu po włączeniu joysticka odpalić spalinowy silnik, udało nam się go oszukać… Podczas pracy spalinówki, cały pojazd ma takie drgania i wibracje (które uwielbiam), że wyłącza sobie połowę przeróżnych „czujek”, żeby w ogóle móc jechać. Gdy tylko wyłączaliśmy klekota, wózek ponownie uruchamiał alarm i odcinał napęd… Każdy na moim miejscu by się przejął. Mama miała prawie łzy w oczach, a mnie jakoś w ogóle to nie ruszyło. Tyle razy miałem już tego typu problemy, że zrobiłem się na nie całkowicie odporny. I tak nie mam na to wpływu, dlatego po co mam się tym przejmować? W międzyczasie zadzwoniliśmy do taty, żeby z kolei on skontaktował się za pomocą niezawodnej i niezastąpionej cioci Heni z serwisem. Na szczęście SuperFour samoczynnie się uleczył i na jakiś czas zapomniał o swojej, bliżej nam nieznanej, dolegliwości… Wsiadłem do środka i podczas gdy mama przygotowywała swój rower, zrobiłem szybką rundkę po parkingu. Wszystko wydawało się być sprawne, dlatego postanowiliśmy zgodnie z wcześniejszym planem, ruszyć na zakupy do Netto… Znowu Netto? Niestety. Musieliśmy dokupić trochę jedzenia, ponieważ wczoraj nie wiedzieliśmy o przyjeździe rodzinki i zrobiliśmy zbyt skromne zapasy… Żeby dotrzeć do sklepu, musieliśmy przejechać przez całe, niewielkie centrum Lübbenau. Po drodze większość z napotkanych ludzi uśmiechała się do mnie, bardziej odważni machali ręką, a nawet unosili kciuki w górę. Ich życzliwość była zdecydowanie grubo ponadprzeciętna :-) U nas, w Polsce, raczej nie jest tak miło i przyjemnie. Połowa mijanych przeze mnie ludzi ma minę, jakby zobaczyła ufo. Druga połowa najchętniej by wysadziła mnie z fotela i sama pojechała dalej. Na szczęście są też wyjątki, które uświadamiają mi, że w kraju też mamy coraz więcej normalnych, życzliwych, niezawistnych obywateli ;-) Dojazd do sklepu zajął nam zaledwie kilka minut. Najpierw w części Altstadt, czyli stare miasto, toczyliśmy się po w miarę równym i w ogóle nieprzypominającym tego z terenów Łagowa, bruku. Przy kościele skręciliśmy w lewo i wjechaliśmy na wzorowy asfaltowy dywan, którym dotarliśmy prosto do Netto. Cała długa prosta była po obu stronach obsadzona gęstymi, niewysokimi, różami, które skończyły się dopiero przy szkole. No właśnie – ci biedni Niemcy nie mają jeszcze wakacji ;-) Gdy już zaparkowaliśmy na przedsklepowym parkingu, na moim liczniku nie było nawet dwóch kilometrów. Mama zostawiła koło mnie swój rower i poszła z koszykiem do środka… Kiedy tak sobie stałem grzejąc się w mizernym słońcu, obserwowałem otaczających mnie ludzi i samochody, które co chwilę przyjeżdżały i odjeżdżały z parkingu. Dwukrotnie zdążyła wymienić się cała klientela marketu, a mamy dalej nie było. To Netto naprawdę jest nieduże – nie wiem co można robić tam przez półgodziny?! W końcu po ponad trzydziestu minutach, moja rodzicielka wyłoniła się z żółtych drzwi z prawie pustym koszykiem. Powiedziała, że więcej nie idzie sama do niemieckiego sklepu, ponieważ nic tam nie rozumie i większości produktów w ogóle nie może znaleźć… Zapakowaliśmy liche zakupy do mojego kufra i mamy sakw, poczym ruszyliśmy dalej. Nie mieliśmy jednak zbyt wiele czasu, ponieważ na 14:40 umówiliśmy się z rodzinką przy naszej stajni. Wróciliśmy więc tą samą drogą do centrum, przejechaliśmy przez nie w ekspresowym tempie i odbiliśmy na moment w prawo w kierunku portu – Grosser Hafen. Na tamtejszym deptaku nie było nikogo, kto mógłby nam zagrozić. Razem z mamą wyprzedzaliśmy Helmuta za Helmutem, Helgę za Helgą. Nawet samochody toczyły się tamtędy wolniej od nas… Niestety cała ta drogowa sielanka szybko się skończyła i ponownie znaleźliśmy się na asfaltowej jezdni. Bez głębszego sensu i zastanowienia jechaliśmy dalej przed siebie, wykonując dzisiejsze główne zadanie – penetrację okolicy ;-) W końcu nasza droga się skończyła i dotarliśmy do skrzyżowania z główną tutejszą trasą. W lewo drogowskaz wskazywał Cottbus, a w prawo Berlin. Wskoczyliśmy na czerwony chodnik, będący również ścieżką rowerową i polecieliśmy w kierunku niemieckiej stolicy. Minęliśmy dworzec kolejowy i ponownie znaleźliśmy się przy Netto, tylko że tym razem z innej strony. Godzina była już akuratna, żeby sprintem wrócić do zamku. Dlatego znowu przemknęliśmy wzdłuż róż, kościoła, portu i po kilku minutach dojechaliśmy do zamku… Naszych gości oczywiście jeszcze nie było. Nie znaliśmy za bardzo ich planów na popołudnie, więc nie bardzo wiedzieliśmy co będziemy robić. Żeby nie tracić czasu i trzykrotnie nie zmieniać mojego pojazdu na wersję „cywilną”, wjechałem SuperFour’em na nasz taras i zająłem się konsumpcją banana…

Polski, czarny, słodziutki, rozpływający się w ustach, banan. Pycha… Kiedy już go zjadłem, z ponad półgodzinną obsuwą, pojawili się nasi niedzielni turyści. Poinformowali nas, że wieczorem chętnie podjadą na miejscowy basen, którego ulotkę widzieli w naszym pokoju, tylko że nie bardzo wiedzą gdzie on jest. Powiedziałem im, że w mieście są drogowskazy, więc na pewno trafią, ale jak się im dokładniej przyjrzałem, to już nie byłem tego taki pewny… Pokazanie na mało dokładnej mapie również niewiele pomogło, dlatego zwerbowałem mamę, uzbroiłem się w okulary oraz chustę i wyruszyliśmy w nieznane w poszukiwaniu Spreewelten – Sauna- & Badeparadies… Na naszej mapce co prawda był zaznaczony basen, ale jej skala była na tyle kiepska, że trudno było stwierdzić dokładne jakimi ulicami tam dotrzeć, a wujek właśnie takiej informacji od nas oczekiwał. Ładnych parę lat temu wynaleziono coś takiego jak GPS, ale jak widać, nie do wszystkich dotarła jeszcze ta wiadomość. Chociaż, gdyby nasi goście mieli nawigację w swoim samochodzie, to nie pojechałbym zapewne w tą trasę i nie przeżyłbym kolejnej ciekawej przygody, a właściwie spotkania… Kiedy wyruszyliśmy z zamku, słońce schowało się w gęstych, ciemnych chmurach i zrobiło się trochę chłodniej niż przedtem. Żeby za bardzo nie zmarznąć, jechałem wolniej niż podczas dzisiejszej pierwszej przejażdżki. Dzięki temu prawie przez cały czas, w lusterku, widziałem równo pedałującą mamę… Jak zwykle musieliśmy przejechać przez centrum. Tym razem nie skręcaliśmy ani do portu, ani do Netto, tylko jechaliśmy cały czas prosto, dosłownie przez calutkie stare miasto. Minęliśmy katedrę, ratusz, informację turystyczną, aż dotarliśmy do starej ceglastej bramy, w której znajduje się muzeum. Po przejechaniu przez nią, dalej zasuwaliśmy prosto mijając po obu stronach sznur tutejszych schludnych, kolorowych, niewysokich domków…

Na końcu tej drogi dojechaliśmy do tutejszej głównej trasy. Chcieliśmy ją przeciąć i dalej pojechać na południe w kierunku pływalni. Było to niestety niemożliwe, ponieważ na naszej drodze stanęły tory… Było widać, że kiedyś można było tamtędy jechać na wprost przez przejazd kolejowy do dzielnicy Neustadt. Teraz jest to niemożliwe ze względu na nową, solidną, metalową barykadę, na której w kilku miejscach przywieszono „zakaz ruchu”. Najprawdopodobniej albo Niemiaszki wzięli się za jakiś remont, albo po prostu zlikwidowali tamtejszy przejazd na stałe. W każdym bądź razie musieliśmy jakoś przedostać się najpierw na drugą stronę ruchliwej ulicy, a później znaleźć gdzieś dogodny i bezpieczny przejazd przez tory… Mama (jak to mama) zatrzymała się na środku ścieżki rowerowej i szczelnie zablokowała ją w oba kierunki. Wyjęła z torby ulotkę basenu i wcisnęła ją przed oczy pierwszemu z brzegu dziadkowi na rowerze. Jej gesty rękami i pytanie skierowane do wystraszonego Niemca, było naprawdę typowo globtroterskie – Sorry, łer it is? To gdzie? Wer? Tubylec zsiadł z roweru i zamilkł na chwilę autentycznie drapiąc się w głowę. Następnie wskazał palcem na mnie, później na mamę i coś tam zapytał po swojemu. Bez słów domyśleliśmy się, że pyta, czy jedziemy razem w dwójkę. Może myślał, że jestem tylko jedną z ofiar zablokowanych przez mamę, która cały czas nie pozwalała nikomu przejechać ;-) Znowu powiedział coś do mamy, która nie zrozumiała ani jednego z wypowiedzianych przez niego zagranicznych słów, wskoczył na rower i zaczął bardzo energicznie machać ręką dając nam sugestywne znaki, żebyśmy jechali za nim. Mama krzyknęła do mnie tylko – Dawaj, on chyba nas zaprowadzi! No i się nie pomyliła… Od tego miejsca byliśmy całkowicie skazani na pomoc przemiłego i uczynnego tubylca, który wyglądał i zachowywał się identycznie, jak szalony doktor Emmett z „Powrotu do przyszłości”. Narzucił naprawdę solidne tempo, przez co nie miałem nawet czasu na oglądanie okolicy. Moją maksymalną prędkością (16 km/h) nasza trzyosobowa kolumna przesuwała się po chodniku wzdłuż landówki numer 49. Przejechaliśmy przez przejazd kolejowy i na komendę naszego przewodnika zatrzymaliśmy się, żeby przejść na drugą stronę ulicy. Tymczasowy kierownik wycieczki nie znał możliwości mojego pojazdu i obawiał się, że mogę nie zdążyć przedostać się na przeciwległy chodnik pomiędzy pędzącymi samochodami, dlatego wypuścił mnie na jezdnię dopiero wtedy, gdy nie było widać żadnego auta. Kiedy już znaleźliśmy się po drugiej stronie, wjechaliśmy ścieżką pomiędzy jakieś garaże, później grzaliśmy w pobliżu boisk, aż w końcu ponownie jechaliśmy chodnikiem wzdłuż ulicy. Dzięki niemu poznaliśmy miejscowe skróty :-) Przez cały ten czas, nasz pilot co trzydzieści sekund podnosił swoją prawą rękę nad głowę i machał trzykrotnie dłonią w kierunku, w którym aktualnie mieliśmy jechać. Robił to z takim przejęciem, że momentami wyglądało to naprawdę zabawnie :-) Po kilkuset metrach szybkiej jazdy, zjechaliśmy z chodnika na jezdnię, a następnie skręciliśmy w lewo wjeżdżając pomiędzy dziesięciopiętrowe, szare bloki. Za nimi ukazały się wysokie, poplątane, kolorowe rury, które były zjeżdżalniami lübbenauskiej pływalni. Nasz przewodnik zatrzymał się na środku pustej ulicy i pokazał nam gdzie jest główne wejście. Gdy dziękowaliśmy mu za pomoc słynnym „viele danke”, tamtemu zachciało się z nami rozmawiać. Wszystkie z jego zdań, zdawało się być pytaniami. Między każdą jego wypowiedzią następowała niezręczna cisza, aż w końcu mama na zmianę ze mną mówiła – Ich nicht verstehen. ;-) Uczyłem się niemieckiego przez dobrych kilkanaście lat, ale ten jegomość tak szprechał, że ciężko było cokolwiek zrozumieć. W czwartym, piątym zdaniu na właściwy trop, naprowadziło mnie ostatnie słowo z jego pytania – „Tschechoslowakei”. Nagle mnie olśniło… On po prostu chciał się dowiedzieć skąd jesteśmy. Wzorową niemiecczyzną odpowiedziałem – Nein, Wir sind aus Polen. :-) Jak widać, moja rejestracja z „peelką” i biało-czerwona flaga, którą zawsze montuję na zagraniczne wypady, to za mało… Poza tym, o ile mi wiadomo, nie ma już takiego kraju jak Czechosłowacja i to nie od wczoraj :-) Kiedy dowiedział się, że stracił kilkanaście minut, żeby pomóc Polakom, musiał się lekko wkurzyć. Na pewno sobie pomyślał – To mój tatuś walczył z nimi na wojnie, a ja teraz im pomagam… Ta uprzejmość kiedyś go wykończy ;-) Gdy załapał, że dalsza konwersacja nie ma większego sensu, ponieważ te mongoły ze wschodu i tak niczego nie rozumieją, pomachał nam, wskoczył na swojego leciwego, miejskiego jednoślada i pojechał z powrotem… My podjechaliśmy jeszcze jakieś 100 metrów pod główne wejście i zaparkowaliśmy obok ogromnych, metalowych pingwinów. Mają one tam swój pomnik, ponieważ żywe pingwiny są jedną z największych atrakcji Spreewelten. Jeden z basenów jest przedzielony na pół pancerną szybą. Jedna z części jest przeznaczona dla ludzi, a druga właśnie dla tych wesołych ptaszków z południa, dlatego można powiedzieć, że pływa się tam z pingwinami ;-) Mama zostawiła rower i poszła do środka zasięgnąć trochę informacji. Przy okazji zwędziła kilka ulotek… Przed pływalnią stała spora mapa Lübbenau, przy której spędziłem dłuższą chwilkę…

Na mapy mogę patrzeć godzinami :-) Tym razem niestety nie mieliśmy na to zbyt wielu czasu, ponieważ gdy mama zakończyła wizytację basenu, nad naszymi głowami pojawiły się dosyć ciemne chmury, z których w każdej chwili mogło zacząć padać. Dlatego, żeby nie kusić losu, w zorganizowanym pośpiechu ruszyliśmy z powrotem w kierunku zamku. Odpuściliśmy sobie nawet postój w pobliskim supermarkecie Rewe, gdzie chcieliśmy kupić mąkę zwaną w tej części Europy „mel”… Do bazy mieliśmy niewiele ponad 4 kilometry. Niby to niedużo, ale zawsze coś. Wyjechaliśmy z tego blokowiska graniczącego z terenem pływalni i przez niecały kilometr jechaliśmy cały czas prosto chodnikiem wzdłuż jakiejś główniejszej ulicy w tej dzielnicy. Nawiasem mówiąc, to Neustadt nie zrobiło na nas piorunującego wrażenia, a wręcz przeciwnie. Dookoła mijaliśmy same mniejsze lub większe szaro-bure bloki. Chodniki, które były jednocześnie ścieżkami rowerowymi, były z betonowych płyt, przez co cały czas podrzucało mnie na łączeniach. Miałem takie dziwne uczucie, jakbym był na przedmieściach Marsylii. Takie coś u naszych zachodnich sąsiadów to prawdziwa rzadkość… Gdy rychło zasuwaliśmy w kierunku pływalni prowadzeni przez naszego miejscowego przewodnika, w ogóle nie zwracaliśmy uwagi na to, którędy jedziemy. Nie było to zbyt mądre, ponieważ chcieliśmy wrócić tą samą trasą, którą jechaliśmy wcześniej, a nie bardzo wiedzieliśmy, w którą przecznicę mamy skręcić. Wszystkie były takie same… Oczywiście wybraliśmy nie tą ;-) W sumie nic się nie stało, tylko że pojechaliśmy dookoła nie znajdując tego skrótu, którym zostaliśmy przewiezieni przez uprzejmego tubylca. Gdy już udało nam się dotrzeć do trasy numer 49, najgorzej było przejść na jej drugą stronę. Zajęło nam to dobrych kilka minut… Dalsza część drogi do bazy była bardzo prosta. Wystarczyło ponownie przemknąć przez całe stare miasto i po kilkunastu minutach byliśmy już na naszym parkingu. Schowaliśmy sprzęt do przyczepy i wróciliśmy do naszego mieszkanka. Muszę przyznać, że mieliśmy sporo szczęścia, ponieważ 20 minut później, nad Lübbenau nadciągnęła solidna burza z piorunami. Bylibyśmy cali mokrzy, a do tego przecież ja nawet nie mam wycieraczek ;-) Najważniejsze, że wykonaliśmy naszą misję. Znaleźliśmy pływalnie i mogliśmy dokładnie wytłumaczyć wujkowi, jak tam trafić. Oni pojechali tam wieczorem i nie mieli najmniejszych problemów z dojazdem. Pełen sukces :-)

Dzisiaj podczas dwóch kursów zrobiłem tylko 13 kilometrów. Powiedzmy, że to pierwsze koty za płoty ;-) Teraz będzie już tylko lepiej ;-) Chyba, że nieobliczalny SuperFour znowu zrobi nam jakiegoś psikusa…

***** Tekst utworzony 15.07.2011r. *****

Lübbenau 2011 – dzień 1. – Nie jest źle ;-)


***** Tekst utworzony 5.07.2011r. *****

Dzisiaj rozpoczęła się moja kolejna wielka przygoda. Tym razem zamierzam podbić Niemcy, a dokładnie rejon zwany Niederlausitz, czyli po prostu Dolne Łużyce… Zamierzałem spędzić tydzień w Lübbenau i pięć dni w Bad Muskau, ale dzisiaj po przyjeździe do tej pierwszej miejscowości nasze plany uległy zmianie i to można powiedzieć, że diametralnej. Zacznę jednak jak zwykle od początku :-)

Z domu, załadowani po zęby, jak zwykle wyjechaliśmy z lekką obsuwą. Kilka minut po dwunastej wyruszyliśmy w trójkę – tzn. ja, mama i tata – w kierunku autostrady. Do celu mieliśmy niewiele ponad 250 kilometrów. Cała podróż przebiegła sprawnie i bez żadnych problemów. Na miejscu w Lübbenau byliśmy o trzeciej popołudniu…

Zaparkowaliśmy na parkingu przed hotelem, tata ustawiał przyczepę z SuperFour’em w odpowiednim do tego miejscu, a mama z „ugiętymi” nogami, udała się do recepcji po klucz do naszego pokoju. Z jej znajomością języków obcych, miała sporego stracha… Gdy wróciła, stanęła przy samochodzie koło moich drzwi i nic nie mówiąc dziwnie się na mnie patrzyła. Jej mina była trudna do opisania. Nie można było odczuć czy to pozytywny, czy negatywny wyraz twarzy – tak jak u Chińczyków. Po dwudziestu sekundach nie wytrzymałem i grzecznie zapytałem – Co? Nic mi nie odpowiedziała, a jej spojrzenie coraz bardziej mnie irytowało. Ponowiłem pytanie – No co? W końcu wydobyła z siebie – Czy ty wiesz co zarezerwowałeś? Pewny siebie odpowiedziałem – Wiem, pokój. Mama zaprzeczyła mi kiwając głową. – No dobra, apartament. Również zaczęła kręcić łepetyną na boki. Nareszcie powiedziała co wywołało u niej tą głupkowatą minę – Mieszkanie, wynająłeś mieszkanie… Pomyślałem sobie co ona gada, normalny większy pokój z przystosowaną dla niepełnosprawnych łazienką, to dla niej od razu mieszkanie? Po chwili dodała – Tam jest oddzielna kuchnia, dwie sypialnie i salon… W tym momencie lekko zbaraniałem. Zamawiałem dwuosobowy pokój przystosowany dla wózkowiczów. Na potwierdzeniu mojej rezerwacji co prawda napisali do mnie, że Schloss (czyli zamek) nie ma odpowiedniego dla mnie pokoju, ale za to mają takie w Marstall (czyli stajni). Nic nie wspominali o dwóch sypialniach. Najbardziej zdziwiła mnie ta kuchnia, ponieważ tydzień temu wysłałem zapytanie czy w „moim” pokoju będzie czajnik i lodówka. W odpowiedzi otrzymałem, że jest tylko mała lodóweczka – tzw. mini bar… Chwilę później siedziałem już na wózku i pojechałem zobaczyć gdzie spędzimy kolejne siedem dni…

Budynek samej stajni wyglądał całkiem przyzwoicie. Oczywiście stajnia nie służy już za noclegownie dla koni. Rok temu została całkowicie przebudowana i przekwalifikowana na hotel. Wjechałem po niewysokim podjeździe na klatkę schodową, na której oprócz schodów na górę i wyjście na taras, były drzwi do dwóch apartamentów. Jeden z nich należy teraz do nas… Następne dwie, trzy minuty wyglądały jak ostatnia scena w filmie „Nie ma róży bez ognia”, gdzie główny bohater po wyjściu z wariatkowa, otrzymuje nowy, duży dom i nie może uwierzyć, że wszystkie pokoje należą do niego… Zrobiłem szybki obchód po naszym nowym „mieszkaniu” i byłem troszeczkę zszokowany – przede wszystkim jego wielkością… Łazienka jest w sam raz. Kuchnia większa jak w domu, do tego z małym stolikiem, gdzie można sobie w miłej atmosferze coś przekąsić. Sypialnia również jest akuratna. Na końcu długiego korytarza jest ogromny, stylowy salon, w którym poza fotelami, sofą, stolikiem i stołem z krzesłami, mamy kącik z sekretarzykiem idealnie nadający się do pisania bloga ;-) Na ścianie wisi telewizor, a właściwie „stajenne centrum rozrywki”. Poza oglądaniem dwudziestu kanałów, można na nim włączyć muzykę. Na twardym dysku telewizora, jest wgranych około stu płyt – od Ray’a Charles’a po Michael’a Jackson’a. Jeżeli ktoś nie ma ochoty na słuchanie rzępolenia, może uruchomić sobie radio internetowe. Dla dzieci i hazardzistów są zainstalowane gry. A jeżeli znajdzie się ktoś spragniony kontaktu ze światem – nie ma problemu – w telewizorze jest i przeglądarka internetowa, do której obsługi wystarczy wyjąć z szuflady bezprzewodową klawiaturę. W tej samej szafce znajduje się również odtwarzacz dvd. Po prostu nowoczesność w domu i zagrodzie ;-) Z salonu można wejść do pokoju dziecięcego, gdzie jest jedno piętrowe i jedno normalne nieduże łóżko oraz drzwi na taras. Na zewnątrz można także wyjść przez kuchnię. Naprawdę łatwo się zgubić… Nigdy nie lubiłem takiego stylu i wystroju wnętrza, jak panuje w naszym stajennym mieszkanku, ale muszę przyznać, że z minuty na minutę, zaczyna mi się tu coraz bardziej podobać, a poza tym jestem dobrze wychowany i w gruncie rzeczy nie wypada mi narzekać ;-)

Tata pojechał z powrotem do domu, mama zaczęła nas wstępnie rozpakowywać, a ja usadowiłem się wygodnie na tarasie z widokiem na port, z którego co chwilę odpływają i przypływają wszędobylskie w okolicy łódki przypominające weneckie gondole. Można na nich opłynąć jedną z kilku dostępnych pętli po tutejszej krainie zwanej Spreewald (po polsku Błota), bądź przedostać się miejscowymi kanałami do pobliskich wiosek i miasteczek. Nie jest to zapewne zbyt szybki środek lokomocji, ale na pewno będąc tu, warto zaliczyć taki spływ. Łączna długość Spreewald’zkich kanałów, to aż tysiąc kilometrów!

Przed wyjazdem do Lübbenau, byliśmy przekonani, że nie będziemy mieli do dyspozycji kuchni, dlatego nie zabraliśmy ze sobą nic „konkretnego” do jedzenia. Żeby to naprawić, po krótkim odpoczynku udaliśmy się z mamą na zakupy. Niecałe dwa kilometry od naszego zamku (ale to fajnie brzmi ;-) ), natrafiliśmy na Netto, gdzie zaopatrzyliśmy się w niezbędne do dalszej egzystencji produkty spożywcze. Na marginesie mówiąc, wracaliśmy stamtąd obładowani jak hinduskie autobusy… W drodze powrotnej doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu w następną środę przenosić się na cztery noce do położonego 75 kilometrów stąd Bad Muskau. Trzeba by się ponownie pakować, potem rozpakować – głupiego robota. Poza tym wiadomo, że do dobrego łatwo się przyzwyczaić. Ciężko by było zamienić prawie stumetrowe mieszkanie na jakiś skromny, hotelowy pokoik ;-) Na szczęście nasz „cyma numa ainc” jest w tych dniach wolny, więc mamie bez problemu udało się przedłużyć nasz pobyt. Super! Zostajemy w Lübbenau do trzeciego lipca :-) Żeby tylko moja radość nie była zbyt wczesna…

Jako, że jutro w Polsce jest jakieś kościelne święto, postanowiliśmy zaprosić na nasze „salony” mamy brata z żoną, żeby pomogli nam w pełni wykorzystać wszystkie pokoje ;-) Ze Szczecina (bez przyczepy) do Lübbenau można bez większego szaleństwa dotrzeć w niewiele ponad dwie godziny. Znając ich od urodzenia wiedziałem, że na pewno nie odmówią i prędzej, czy później pojawią się na zamku. Nie pomyliłem się. Kilka minut temu oddzwonili i poinformowali nas, że przyjadą jutro o jedenastej i zostaną do piątku… Prognoza pogody na jutrzejszy dzień jest średnio sprzyjająca, ale pod koniec tygodnia ma być jeszcze gorzej, dlatego jutro muszę wsiąść na SuperFour’a i objechać chociaż okolicę. A goście? Będzie trzeba znaleźć im jakieś alternatywne zajęcie…

***** Tekst utworzony 5.07.2011r. *****