Miesięczne archiwum: Czerwiec 2011

Wycieńczeni, ale cali – wyprawa do Żelisławca…


Dzisiaj, według prognozy pogody, miał być ostatni ciepły dzień w tym tygodniu. Rozkręcony po poniedziałkowych czterdziestu pięciu kilometrach, chciałem powtórzyć podobny wyczyn i jeszcze raz przed wyjazdem do Niemiec pokonać kolejny maraton… Wczoraj (środa) dokładnie przejrzałem mapę i wyznaczyłem sobie trzy różne trasy. W końcu wybrałem wariant biegnący przez Puszczę Bukową – Szczecin-Binowo-Żelisławiec-Kartno-Glinna-Kołowo-Szczecin. Wahałem się jeszcze pomiędzy Lubczyną i Goleniowem, ale to pierwsze wydało mi się zbyt proste i za krótkie, a do Goleniowa chyba jak na razie za daleko…

Wczesny start był nie możliwy ze względu na moją poranną wizytę u fryzjera ;-) Odpicowany przez Mistrza Josefa z Hair Factory, z powrotem w domu byłem o 11-tej. Zjadłem anemiczne śniadanie, wypiłem gorącą herbatą i powoli zacząłem przygotowywać się do wyjazdu. Dzisiejsza trasa w dwudziestu pięciu procentach biegła przez zupełnie nowe, nieodkryte jeszcze przeze mnie drogi, dlatego doposażyłem się w mapę, żeby w razie czego mieć dodatkową pomoc… Późnawo, dokładnie o 12:40 opuściliśmy podwórko i udaliśmy się w kierunku centrum Dąbia. My, to znaczy ja i człowiek od zadań specjalnych – Rafał :-) Ruch w mieście był naprawdę spory. Wszystkie główne drogi lekko się zatykały, dlatego też pojechaliśmy spokojną uliczką Chorwacką. Poza gęsto rozmieszczonymi domkami jednorodzinnymi nic tam nie ma. Właśnie z jednego z takich domów po prawej, wprost pod moje koła wybiegł czarny kot. Żadna podróbka, calutki czarny – „od stóp do głów”. Gdyby przebiegł mi przez drogę, musiałbym zawrócić i pojechać inną trasą, albo przejechać ten fragment na wstecznym ;-) Na widok tej pechowej bestii, od razu zjechałem na lewą stronę ulicy i zacząłem krzyczeć – Nieee! Sio! Do budy! Na szczęście kocur zdążył tylko wybiec do połowy jezdni i dotarło do niego, że jak zaraz się nie cofnie, zostanie wgnieciony przez moje grubiutkie opony w twardy asfalt. Momentalnie zawrócił na podwórko, z którego wylazł kilka sekund wcześniej i znikł za ogrodzeniem. Uff, udało się ;-) Dalej na największe utrudnienia napotkaliśmy na ulicy Pomorskiej, gdzie przez zamknięty przejazd kolejowy utworzył się niezły korek. Niestety nie mieszczę się na tamtejszym chodniku. Jazda lewym pasem i wyprzedzanie stojący samochodów również była nie wykonalna, ponieważ z naprzeciwka powoli sunął sznur aut jadących w przeciwnym kierunku. Co prawda raz, czy dwa wyprzedziłem turlających się 5 km/h kolejkowiczów, ale dotarło do mnie, że dalsze ryzyko nie ma większego sensu i nie mam po co tracić cennych sił na tak bezsensowne manewry. A moich zdolności street fightera nie muszę przecież ujawniać za każdym razem ;-) Poza tym nie lubię szpanować! Najważniejsze, że sam wiem na co mnie stać… Kiedy już udało nam się przefrunąć przez tory, musieliśmy przejechać półtorakilometrową Pomorską, która jest chyba najbardziej przemysłową ulicą w prawobrzeżnej części Szczecina. W weekendy jest całkowicie pusta, ale za to w tygodniu panuje tam młyn, jak w hamburskim porcie. Co drugim wyprzedzającym nas pojazdem był tir – można się poczuć jak w Euro Truck Symulator… Na końcu tej ulicy, zgodnie z obecnie rozstawionymi tymczasowymi znakami nakazu, skręciliśmy w prawo wjeżdżając na Struga. Przez kolejne tysiąc pięćset metrów, co chwilę wymijani przez sapiące za plecami ciężarówki, przemieszczaliśmy się po równiusieńkiej nawierzchni. Minęliśmy Leroy Merlin, Carefour’a, Burger King’a, aż dotarliśmy na główne skrzyżowanie z Łubinową. Ilość samochodów stojących w kolejce do świateł lekko mnie przeraziła. Żeby ponownie nie tracić cennego czasu, wbiliśmy się na pusty chodnik i w 30 sekund dojechaliśmy do przejścia dla pieszych. Jak Transformer, błyskawicznie i niespostrzeżenie zamieniłem się w pieszego i przez całą ulicę Struga przelecieliśmy po pasach. Normalny cywil nie zdąży przejść na drugą stronę za jednym zamachem, bowiem do pokonania jest aż dziesięć pasów ruchu, czyli cztery oddzielne zebry. Sygnalizacja świetlna jest tak ustawiona, że ostro startując na widok zielonego ludka i grzejąc prawie na maksa, zawsze wyrabiam się na raz :-) Będąc już po drugiej stronie (przy KFC), ponownie wjechaliśmy na jezdnię i dalej lecieliśmy delikatnie pod górkę ulicą Łubinową. W międzyczasie jeden z przechodniów znalazł kolejne określenie mojego pojazdu – Ty, patrz, jaki fajny łazik na baterie… Koło pętli autobusowej wskoczyłem na świeżutką ścieżkę rowerową, która zaczęła się 200 metrów przed nowopowstałym rondem…

Niestety po okrążeniu tego ronda, rowerówka się skończyła i znowu musieliśmy jechać drogą. Tym razem była to ulica Chłopska, która cały czas skrupulatnie pięła się do góry. Żeby zbytnio nie nadwyrężać SuperFour’a, odpaliłem silnik spalinowy, aby na podjeździe mieć większy zapas mocy… Im dalej, tym samochodów było coraz mniej. Ludzie także wyparowali, a wraz z nimi asfalt. Pojawiły się za to moje „ulubione” kocie łby. Na szczęście towarzyszyły nam tylko przez króciutki odcinek do rozjazdu na Żelisławiec, gdzie na chwilę pojawił się żwir…

Gdybyśmy pojechali zgodnie z drogowskazem, do Żelisławca mielibyśmy 10 kilometrów. My jak zawsze wybraliśmy dłuższą trasę ;-) Po prostu nie miałem tyle odwagi i samozaparcia, żeby przez około pięć kilometrów tłuc się do góry po bruku. Nawet samochody tamtędy nie jeżdżą… Nasz wariant był dalszy góra o dwa kilometry, ale za to przebiegał przez najbardziej widowiskową część Puszczy Bukowej… Żeby do niej wjechać, musieliśmy jeszcze przejechać 300 metrów po betonowych płytach, którymi przemknęliśmy przy ogródkach działkowych. Przez kolejne 3 kilometry nie na maksa, ale w miarę szybko, wspinaliśmy się na najwyższe wzniesienie w okolicy. Na całym tym leśnym odcinku, nawierzchnia była w miarę przyzwoita. Tamtejszy żwirek ma tylko jedną wadę – od deszczu tworzą się w nim niewielkie koryta, którymi woda spływa w dół. Do tego w kilku miejscach są wyżłobione spore doły, których czasami w ogóle nie widać, a w najlepszym wypadku można je dostrzec będąc metr przed nimi. W Puszczy jest dość ciemno, przez gęste liście prześwitują tylko nieliczne promienie słońca, które tworzą różnorodne wzorki na ziemi. Właśnie głównie przez to, bardzo ciężko jest wypatrzeć spore nierówności pod kołami. W pochmurne dni zasuwa się tym szlakiem zdecydowanie łatwiej. Za każdym razem, kiedy tamtędy jadę, nie obejdzie się bez jednego, dwóch mocniejszych uderzeń głową w podgłówek… Ale mimo wszystko jest tam odlotowo :-)

Najgorzej miał Rafał, który na tamtejszym podjeździe zawsze dostaje w kość. Ale muszę przyznać, że idzie mu coraz lepiej i to nie ja, tylko on czekał na mnie na szczycie. Powiedzmy, że nie chciałem żyłować SuperFour’a przed wyjazdem do Niemiec. Następnym razem nie odpuszczę tak łatwo ;-) W końcu dojechaliśmy do drogi łączącej Kołowo z resztą świata i rozpoczęliśmy zataczanie dzisiejszej pętli. Skręciliśmy w prawo i ruszyliśmy asfaltem na zachód. Po kilometrze znaleźliśmy się na skrzyżowaniu, gdzie z prawej strony dochodził brukowy trakt, z którego zrezygnowaliśmy 25 minut wcześniej. My natomiast skręciliśmy w lewo…

Przed nami rozpoczął się iście alpejski, kręty zjazd wprost do Binowa. Gdyby nie liczne postoje na zdjęcia, non stop mógłbym mknąć w dół na najwyższej prędkości. Rafał w ogóle nie musiał pedałować, ponieważ i bez tego był ode mnie dużo szybszy. Co chwilę tylko przelatywał koło mnie i kawałek dalej zatrzymywał się na poboczu, żeby uzupełnić dokumentację wyprawy o kolejne fotografie…

Im byliśmy bliżej Binowa, tym częściej mijały nas Volva, Mercedesy i Beemki. Wszystko przez pobliskie pole golfowe, przed którym zawsze stoją zaparkowane same przyzwoite samochody. To nie jest tak, że w golfa grają tylko bogaci. Po prostu do Malucha nie mieszczą się kije ;-) Opuszczając Puszczę Bukową wjechaliśmy do Binowa. Minęliśmy pole golfowe, kilka domów, sklep wielobranżowy, przed którym stał plastikowy stół z parasolem „zawsze jest pora na lody Koral”, aż w końcu znaleźliśmy się w centrum wioski na krzyżówce…

Wjechaliśmy na całkowicie nieznany fragment dzisiejszej ekspedycji. Skręciliśmy w prawo i popędziliśmy w kierunku Żelisławca. Niestety ten pęd, po przebyciu trzystu metrów i opuszczeniu Binowa, zamienił się w czterokilometrowy „rajd średniowiecza”. Dlaczego? Ponieważ asfaltowa nawierzchnia ustąpiła miejsca brukowi…

Co prawda nie było tak źle jak w Łagowie, ale i tak szybciej niż 12 km/h nie dało się jechać, ponieważ miałem wrażenie, że zaraz zacznę gubić części… Ruchu na tej drodze praktycznie nie było, więc bez narażania życia, śmiało mogłem jechać wykorzystując całą szerokość jezdni. Rafał po drodze znalazł drzewa z dojrzałymi czereśniami i zrobił sobie przy nich przerwę na konsumpcję. Nie trwała ona jednak zbyt długo, ponieważ przepędziły go buszujące w pobliżu szerszenie… Gdy mnie dogonił, akurat przejeżdżałem obok barwnych pól, które na żywo prezentują się zdecydowanie lepiej niż na zdjęciach…

Stamtąd mieliśmy już żabi skok do jako takiej cywilizacji. Równo z tablicą Żelisławiec, bruk zniknął pod niegrubą, ale zawsze, warstwą asfaltu…

Kawałek dalej pojawiły się pierwsze domostwa, gdzie prawie przy każdym z nich hodowano drób. Sądząc po ilości kur i kogutów jakie tam widzieliśmy, są one trzymane tylko na potrzeby własne ;-)

Gdyby to był blog Roberta Makłowicza, to w tym miejscu napotkalibyście na taki oto wywód – Jak podaje miejscowa legenda, osada została założona przez kasztelana książąt szczecińskich Żelisława, który wcale nie jadł żelków, jak można by wnioskować po jego staropolskim imieniu. Wybrał on to niezwykłe wówczas miejsce, ze względu na jeden z tamtejszych dębów, na którym to umiejscowione było ogromne gniazdo gryfów, mitycznych potężnych stworzeń, znanych z wizerunku na herbie rodowym Gryfitów i licznych herbów pomorskich miast, a także maskotki Pogoni Szczecin – Gryfusia :-) Niestety po przejechaniu większej części wsi, nie zaobserwowaliśmy żadnego gniazda. Za to w miarę sprawnie dotarliśmy do drogi 120, łączącej Stare Czarnowo z Gryfinem…

Nareszcie znaleźliśmy się na prawdziwej, równej i szerokiej autostradzie. Do pokonania nią mieliśmy zaledwie cztery i pół kilometra. Szkoda, bo jechało się tamtędy bardzo przyjemnie i komfortowo. Na całym tym odcinku minęliśmy tylko 4 samochody… Jakiś kilometr za Żelisławcem, wjechaliśmy do Kartna, gdzie na mój widok miejscowe dzieci oszalały…

Ostry zakręt o 90 stopni w lewo i długa prosta – Kartno mieliśmy już za sobą… Następną miejscowością na naszym dzisiejszym szlaku była Glinna, w której byliśmy ponad dwa tygodnie temu…

W maju do tamtejszego ogrodu dendrologicznego przybyliśmy od północy. Dzisiaj dla odmiany w Glinnej pojawiliśmy się od zachodu. Przejechaliśmy przez całą wieś mijając kolejny sklep z parasolem „zawsze jest pora na lody Koral”. Na jej końcu skręciliśmy w lewo wpadając na tragiczne kocie łby. Tak na marginesie mówiąc, jest to główna, a właściwie jedyna uliczka prowadząca do wszystkich miejscowych atrakcji turystycznych. Nie można powiedzieć, żeby swoją jakością, jakoś zachęcała gości do odwiedzin chociażby ogrodu…

W pocie i bólu przejechaliśmy te prawie półtora kilometra mijając po drodze leśniczówkę, niemiecki cmentarz oraz ogród dendrologiczny. Rafał znowu znalazł jakieś owocowe drzewa i na chwilę został w tyle… Kiedy ponownie wjechaliśmy do ciemnej Puszczy Bukowej, mój towarzysz zapytał przez radio – A może by tak kur….. jakaś przerwa? Spojrzałem na mój licznik, który właśnie rozpoczął naliczanie dwudziestego szóstego kilometra – to rzeczywiście była najwyższa pora na pauzę. Puściłem w krótkofalówkę szybką odpowiedź – To słuszna koncepcja, jak będzie gdzieś trochę miejsca to się zatrzymam… Sto metrów dalej kocie łby skręcały lekko w lewo, a my uradowani odbiliśmy w prawo na bardzo przyjazny asfalcik. Przy pierwszej nadarzającej się okazji stanęliśmy na poboczu. Ja zabrałem się za picie zimnego Gatorade’a, a Rafał walczył z muchami i innymi takimi latającymi robalami, które za wszelką cenę chciały wylądować na jego głowie. Dosłownie się z niego lało… Pięć minut później wystartowaliśmy w drogę powrotną. Na początku ponownie musieliśmy wspiąć się na najwyższe wzniesienie w okolicy Szczecina. Najpierw było naprawdę stromo. Dobrze, że chociaż nawierzchnia była pierwsza klasa…

Żeby nie wywoływać presji na ciężko pedałującym Rafale, pod górę puściłem go przodem. Długo jednak w roli „wicelidera” nie wytrzymałem i gdy podjazd był już coraz łagodniejszych, wyprzedziłem go grzejąc ile fabryka dała. Muszę przyznać, że mimo wszystko twardy z niego zawodnik. Nie udało mi urwać spod jego pola widzenia, nawet na chwilę… Cały ten „męczący” fragment ma 1700 metrów. Jest to niby tylko droga dla pieszych i rowerów, ale czasami można trafić na jakieś rozpędzone auto… Kiedy już ten leśny spacerniak mieliśmy za sobą, dalej pojechaliśmy bardzo przyzwoitą i przede wszystkim pustą drogą w kierunku Kołowa. Co prawda na tym skrzyżowaniu nie ma w ogóle tej miejscowości na drogowskazach. Są za to Podjuchy (dzielnica Szczecina), do których jest stamtąd niewiele ponad dziesięć kilometrów. Ale to nie ja tu rozstawiałem znaki…

Skręciliśmy więc w lewo i pognaliśmy w kierunku Podjuch. Na kilka kilometrów opuściliśmy las, a właściwie puszczę. W połowie drogi minęliśmy jeszcze leśniczówkę poczym kawałek dalej wpadliśmy do opustoszałego jak zwykle Kołowa. Tak szybko jak tam wjechaliśmy, wyjechaliśmy z drugiej strony i popędziliśmy ku wieży radiowo-telewizyjnej. Pozostawiając ją z naszej prawej strony, ponownie wjechaliśmy do Puszczy Bukowej. Pętla została zamknięta. Dalsza część trasy przebiegała tym samym szlakiem, którym przyjechaliśmy dwie godziny wcześniej… Rafał narzekał, że woda w jego bidonie zamieniła się w zupę i nie nadaje się do picia. Ja miałem jeszcze ponad pół litra pomarańczowej cieczy w moim magicznym termosie. Napój był dosłownie lodowaty. Oddałem go Rafałowi, a ten tak się przyssał, że zakrztusił się już pierwszym łykiem. Chłopak nieprzyzwyczajony do takich luksusów ;-) Było już naprawdę późno, trzeba było zasuwać do domu. Żużlówką w dół przez Puszczę poszło nam całkiem sprawnie. Ulica Chłopska również nie była w stanie nas zatrzymać. Łubinową dotarliśmy do Struga, a tam dosłownie wszyscy stali… Musiałem ponownie przekształcić się w pieszego i skorzystać z chodnika. Kiedy już udało nam się stamtąd wydostać i wydawało nam się, że najgorsze mamy już za sobą, ugrzęźliśmy na dobre na ulicy Pomorskiej…

Ponownie zostaliśmy zatrzymani przez zamknięty przejazd kolejowy… Gdy podniesiono szlabany niewiele to dało, ponieważ za torami korek był jeszcze większy… 750 metrów, które dzieliły nas od przejazdu zajęło nam prawie dziesięć minut. Kiedy tak powoli turlaliśmy się w sznurze samochodów, wyprzedziły nas dwa liche motorki, których siedzący na nich „bikerzy”, w ogóle nie umieli wykorzystać w korku… Gdy już udało nam się pokonać tory, wskoczyłem na piaskową wyboistą ścieżkę biegnącą wzdłuż jezdni i w ekspresowym tempie wyprzedziliśmy bokiem piętnaście , dwadzieścia samochodów razem z tymi dwoma skuterami. Dalej przejechaliśmy przez szkolny parking i skręciliśmy w prawo zahaczając o kawałek parku. W ten sposób szybko i bezboleśnie ominęliśmy zatkane skrzyżowanie ulicy Pomorskiej z Goleniowską. Pomagając sobie przejściem dla pieszych i zatrzymując ruch w obie strony, przedostaliśmy się na drugą stronę Goleniowskiej. Wjechaliśmy na ulicę Portową, przejechaliśmy koło Lidl’a i skręciliśmy w prawo. Na Chorwackiej mogliśmy już trochę odsapnąć od tego miejskiego zgiełku i spokojnie zasuwać dalej. Pięć minut później byliśmy w domu…

Była 16:50 – cała wycieczka zajęła nam 4 godziny i 10 minut. To tyle samo co w poniedziałek, z tym że dzisiaj przejechaliśmy 43,2 km, czyli prawie o dwa kilometry mniej. Średnia prędkość również nie wypadła zbyt okazale, ponieważ wyniosła tylko 12,7 km/h. Podczas poniedziałkowej wyprawy do Sowna, aż 60 minut poświęciliśmy na postoje. Dzisiaj nie mieliśmy na to za dużo czasu. Najwięcej straciliśmy biorąc czynny udział w korkach, a tam nawet stojąc trudno odpocząć… Po powrocie byliśmy wykończeni. Nawet nie chciało mi się jeść…

Czasami zastanawiam się, po co to robię, po co jeżdżę w tak dalekie i męczące trasy. Przecież w tym samym czasie mógłbym siedzieć sobie w domu i na przykład oglądać telewizję – męcząc przy tym co najwyżej oczy… Na razie nie znam odpowiedzi na te nurtujące mnie pytania. Jakiś wewnętrzny głos mówi mi – Wsiadaj i jedź! Gdy tylko zasiądę w fotelu, nałożę okulary i zapnę pas, od razu wstępuje we mnie magiczna moc, dzięki której mogę mknąć w nieznane. Czuję się wtedy jak zupełnie inny człowiek… Mam nadzieję, że to nie początek jakiejś choroby psychicznej ;-)

Jutro nigdzie nie jadę. Muszę odpocząć i zacząć magazynować siły na Niemcy. No może jedynie podjadę na stację benzynową, żeby napełnić bak przed zdobywaniem Spreewald’u… Chociaż jak znowu ten tajemniczy głos nakaże mi jechać, nie będę mógł odmówić ;-) Jak mówi stare polskie przysłowie – Nigdy nie mów nigdy…

-Zmęczony? -Tak. -No to jedziemy ;-)


Za mną bardzo wyczerpujący weekend… To zmęczenie wcale nie jest spowodowane jakimiś wzmożonymi jazdami SuperFour’em. W sobotę i niedzielę łącznie nabiłem zaledwie 27 kilometrów i to wszystko po szczecińskich ścieżkach rowerowych. Przyczyną mojego braku energii była pewna wizyta… W piątek, na cały weekend, wprowadziła się do mnie moja mama, która normalnie ze mną nie mieszka. To jeszcze dałoby się jakoś przeżyć, ale oprócz niej, przyjechała moja babcia, z którą nie jest już najlepiej jeżeli chodzi o „głowę”. Żeby nikt nie pomyślał, że to jakaś wariatka! Jest całkowicie normalna, z tym że nie wiele pamięta i prawie w ogóle nie kojarzy… Tak do końca to jeszcze nie wiadomo co jest tego przyczyną – może to być Alzheimer, albo otępienie podkorowe. Brzmi strasznie i rzeczywiście takie jest… W sobotę rozwiązywałem z babcią zeszyt ćwiczeń, który otrzymała od lekarza po ostatnich badaniach. Sama w ogóle nie chciała do tego przysiąść, więc wzięliśmy się za to razem :-) Przez prawie godzinę udało nam się zrobić tylko jedną stronę, na której było dwadzieścia podstawowych działań odejmowania: 5 – 2, 6 – 1, 4 – 3… Zadania były banalnie proste, a ona miała ogromne problemy nawet z policzeniem tego na palcach. Kalkulator również by nie pomógł, ponieważ w tym stanie wątpię, czy babcia byłaby w stanie go obsłużyć. Dla mnie jest to niewyobrażalne, jak mózg może się tak popsuć dosłownie w dwa, trzy lata… W niedzielę postanowiła wstać o trzeciej w nocy i do szóstej buszowała po całym domu szukając we wszystkich możliwych szafkach i szufladach nie wiadomo czego. Nie można powiedzieć, żebym się wyspał, ale podobno Leonardo da Vinci sypiał tylko przez trzy godziny na dobę, więc i mi powinno to wystarczyć ;-) Po śniadaniu ponownie wzięliśmy się za zadania. Tym razem trzeba było nazwać przedmioty znajdujące się na obrazkach. To również nie było dla babci wcale takie proste… Kiedy w niedzielę około 18-tej mama z babcią wyjechały, dopiero powoli zacząłem relaksować się oglądając telewizję. Przez cały weekend nie włączałem nawet komputera…

Po tych trzech dniach nicnierobienia byłem strasznie wyczerpany. Jeszcze podczas niedzielnego rozwiązywania babcinego zeszytu ćwiczeń, przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Wiedziałem, że na pewno w poniedziałek będę zmęczony, ale jeśli tylko pogoda będzie sprzyjająca, postanowiłem wybrać się na prawdziwy maraton. Chciałem się sprawdzić i zobaczyć, czy w ogóle takie wyzwanie w moim obecnym stanie mnie nie przerośnie… Żeby dodatkowo utrudnić sobie zadanie, wybrałem chyba najbardziej wymagającą i zróżnicowaną trasę z dotychczas przeze mnie zaliczonych. Tę samą pętlę pokonałem w 2009-tym roku… Szczecin-Reptowo-Sowno-Kliniska-Szczecin. Przeze mnie ta trasa jest nazywana Dakarem, ze względu na jej charakter i nieprzeciętne niespodzianki pod kołami, gdzie najmniejszym wymiarem kary za nieuwagę, może być zgubienie plomby…

Dzisiaj o 9:30 odbębniłem rehabilitację, poczym o 11-tej zjadłem śniadanie i powoli zacząłem, razem z Rafałem, przygotowywać się do wymarszu… Zabraliśmy ze sobą „zestaw obowiązkowy”, czyli krótkofalówki, telefon i aparat fotograficzny, ale jako że wycieczka miała być z tych dłuższych, zestaw powiększyliśmy dodatkowo o ipod’a i pełne bidony… O 12:35 wyjechaliśmy z domu. Na początku przez jakieś dwa kilometry jechaliśmy piaszczystą drogą przez las. Cały czas spod moich kół wystrzeliwały dookoła setki szyszek, które tworzą tam gęsty dywan. Z kolei za mną unosiła się prawdziwa chmura pyłu i piachu, który bombardował Rafała pedałującego z tyłu. Sorry, nie moja wina, że jest tak sucho ;-) Bardzo często tamtędy jeżdżę, więc znam już na pamięć rozmieszczenie wszystkich dołów, dziur i korzeni. W połowie tego odcinka przejechaliśmy przez przejazd kolejowy na ulicy Zdrowej. Po kilku minutach dotarliśmy do normalnej, asfaltowej drogi (ulica Tczewska), która jest łącznikiem dzielnicy Dąbie z Wielgowem. Najpierw jezdnia jest kręta i dokładnie zacieniona. Ruch jest na niej średni, ale mimo wszystko trzeba mieć się na baczności i często spoglądać w lusterka, ponieważ jeździ tamtędy pełno świrów… Przed samym Wielgowem jest kilometrowa prosta na całkowicie odkrytym terenie pośród pól. Po drodze, jeszcze w lesie, wyładowały mi się baterie w moich głośnikach od ipod’a. W pierwszym dogodnym i przede wszystkim bezpiecznym miejscu, zjechałem na pobocze. Zrobiliśmy tam szybki pit stop na wymianę akumulatorków i ruszyliśmy dalej… Przez Wielgowo przelecieliśmy w ekspresowym tempie, pokonaliśmy kolejny dzisiaj przejazd kolejowy i skręciliśmy za nim w lewo w kierunku szpitala. Byliśmy już w następnej dzielnicy Szczecina znajdującej się na naszej dzisiejszej trasie – było to Zdunowo. Tam za szpitalem wjechaliśmy na pierwszy odcinek specjalny, którym chcieliśmy dojechać do wioski Niedźwiedź. Żeby tego dokonać musieliśmy pokonać trzykilometrową piaszczystą, leśną drogę. Momentami nie panowałem na niej nad moim półtonowym czołgiem, który dosłownie jechał bokiem. Rafał był w dużo gorszej sytuacji ode mnie. Jego rower w suchym i grząskim piachu po prostu stawał. W związku z tym pozostały mu dwa wyjścia – mógł przez trzy kilometr iść ze swoim jednośladem pieszo, albo bardzo szybko jechać i nie dać się zakopać. Oczywiście ambitnie wybrał tą drugą opcję ;-) Żeby dodatkowo nie utrudniać mu i tak już wymagającego zadania, dodałem gazu i pojechałem przodem – nie chciałem sypać mu pyłem po oczach… Gdy wpadałem w takie piaszczyste zaspy, za mną unosiły się gęste tumany kurzu. Kiedy po kilkunastu minutach dotarłem samodzielnie do Niedźwiedzia, zacząłem głośno krzyczeć przez krótkofalówkę – Asfalt, asfalt, asfalt, huraaaaa! To dodatkowo zdopingowało Rafała, który minutę po mnie zameldował się na rogatkach wioski. Przez następne cztery kilometry jechaliśmy asfaltową, puściutką drogą. Po obu stronach mijaliśmy starsze i nowsze domy, aż dotarliśmy do Reptowa. Właśnie tam pracuje mój tata, dlatego będąc tam nie mogliśmy odmówić sobie takiej przyjemności i nie odwiedzić siedzącego po uszy w papierach, ciężko pracującego księgowego ;-) Na parkingu pod biurem zrobiliśmy sobie krótka przerwę, napiłem się (jak przystało na prawdziwego sportowca) napoju izotonicznego i po pięciu minutach ruszyliśmy dalej. Jeszcze przed restartem, pokrótce przedstawiłem tacie naszą dzisiejszą trasę, żeby w razie awarii sprzętowej wiedział skąd ma nas ściągnąć… Opuściliśmy firmę i ponownie wskoczyliśmy na asfalt. Ledwo zdążyliśmy się rozpędzić, a już byliśmy zmuszeni ostro hamować ze względu na zamknięty przejazd kolejowy. Mieliśmy przynajmniej dobry pretekst, żeby w końcu wyciągnąć z kufra aparat i zacząć dokumentować dzisiejszy maraton…

Kiedy jechaliśmy tamtędy dwa lata temu, szlaban otwierała siedząca w budce i rozwiązująca krzyżówki babcia. Teraz w Reptowie powiało zachodem i na przejeździe zamontowano kamery oraz… magiczny czerwony przycisk. Szlabany są cały czas opuszczone, a żeby ktoś lub coś je podniosło, należy właśnie wcisnąć, czy jak mówi poniższa instrukcja przyklejona na szlabanie obsłużyć guzik…

Niestety postępowanie zgodnie z licznymi na miejscu instrukcjami, nie otworzyło nam przejazdu, ponieważ z obu stron powoli toczyły się pociągi… Gdy już wreszcie zapora poszła do góry, ponownie wystartowaliśmy w kierunku Cisewa, do którego mieliśmy dosłownie kawałek. Na miejscu przywitało nas stado memlących krów. Minutę później, koło jedynej we wsi krzyżówki, wyprzedził nas pierwszy samochód od ładnych kilku kilometrów. Był to szkolny bus, z którym w 2009-tym roku mijaliśmy się dwieście metrów dalej :-) Skręciliśmy w lewo na Sowno. Tutaj muszę pochwalić gminę Kobylanka za wyraźne i umieszczone na każdym skrzyżowaniu drogowskazy, które bardzo ułatwiały mi nawigację… Przez kolejne 750 metrów mieliśmy ogromną przyjemność delektowania się asfaltowym dywanikiem, który nie miał najmniejszej zmarszczki. Dookoła praca na polach szła pełną parą…

Na końcu Cisewa droga gwałtownie zamieniła się w żużlówkę, którą wjechaliśmy w las. Znowu zaczęło się za mną ostro kurzyć. Nawierzchnia wydawała się w miarę równa, ale miała jedną skazę – ktoś jechał po niej jakimś ciężkim traktorem albo kombajnem i odbił na niej cały swój bieżnik. Przez to mój bolid wpadał w takie niewielkie, poprzeczne rowki i strasznie się przy tym trząsł. Tym bardziej, że w ciągu sekundy, zaliczałem co najmniej trzy takie dołki każdym z kół… Jak zawsze wybrałem najlepsze rozwiązanie, czyli gaz do dechy. Dzięki temu ominąłem połowę z tych dziur, ponieważ w nie każde zagłębienie SuperFour zdążył wpaść ;-) W trakcie tego szaleńczego sprintu, byłem zmuszony zjechać na pobocze, ponieważ z naprzeciwka wracał bus, który wcześniej nas wyprzedził. Po chwili dotarliśmy do malutkiego Wielichówka…

Po lewej minęliśmy trzy domy, po prawej sporawy plac zabaw, poczym skręciliśmy w prawo na Sowno, gdzie mieliśmy jeszcze niewiele ponad dwa kilometry. Droga, chociaż to dziurawe „coś” trudno tak nazwać, biegła wśród pól…

Z Wielichówka do Sowna musieliśmy zmagać się z drugim już dzisiaj OS-em (odcinkiem specjalnym). Pod kołami mieliśmy najprawdopodobniej jakiś beton, czy cement, w każdym bądź razie coś bardzo twardego. Równych kawałków praktycznie nie było, cały czas wjeżdżałem z jednej dziury w drugą, z jednego dołu w drugi. SuperFour radził sobie z tym całkiem nieźle, gorzej było ze mną. W połowie tego OS-u miałem już dość ciągłego zygzaka w poszukiwaniu lepszego fragmentu ścieżki. Przypomniało mi się, że przecież jadę Dakar, więc to normalne ;-) Zniechęcenie momentalnie mi przeszło i ponownie przyspieszyłem, głośno przeklinając… Cały ten koszmarny odcinek specjalny zajął nam tylko 12 minut. Na jego końcu minęliśmy tablicę „Sowno”, pod którą było bezsensowne ograniczenie do czterdziestu kilometrów na godzinę. Tam nawet 30 km/h to istne szaleństwo…

Sto metrów dalej pokazała się już jakaś normalna lokalna droga, którą dojechaliśmy do jeszcze główniejszego miejscowego traktu. Tam pojawili się pierwsi ludzie od Cisewa. Żeby włączyć się do ruchu, musieliśmy przepuścić aż trzy samochody i jeden rower. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się takiego „młyna” w tej okolicy… Przez wieś przejechaliśmy góra w trzy minuty, poczym na końcu Sowna musieliśmy skręcić w lewo w kierunku Strumian…

Przez trzy kilometry mknęliśmy po strasznie nierównej drodze, którą masakrowały korzenie wybijające się spod spodu. Mniej więcej w połowie tego dystansu pojawił się bruk, którym wjechaliśmy na wiadukt stojący nad drogą 142…

Również po bruku musieliśmy stamtąd zjechać. Wykorzystując umiejętności nabyte w Łagowie, prawymi kołami mojego quada, zasuwałem po trawie… Przez Strumiany dosłownie przemknęliśmy i dalej lecieliśmy przed siebie. Rozpoczęliśmy prawie czterokilometrowy łagodny i prosty, jak narysowany od linijki, podjazd. Nawierzchnia była w miarę możliwa, a że widoczność w przód i w tył była znakomita, najgorsze dziury można było spokojnie omijać nawet lewą stroną jezdni… Od Reptowa zaschło mi już trochę w ustach, więc na widok leśnego parkingu, od razu zjechałem na lewo…

Nie byłem w ogóle zmęczony, dlatego zaczerpnąłem tylko kilka łyków zimnej cieczy, Rafał dotlenił się papierosem i pojechaliśmy dalej. Robiło się coraz bardziej pochmurno, w każdej chwili mogło zacząć padać… Na końcu tej długiej prostej, skręciliśmy w lewo na Kliniska, do których dotarliśmy kolejną trzykilometrową prostą, którą śmiało można oznaczyć jako trzeci odcinek specjalny. Asfalt był nieprzeciętnie dziurawy i połatany. Tak naprawdę na drodze były same łaty. Do tego środek jezdni był wybrzuszony do góry, przez co jadąc swoim pasem ruchu, non stop byłem przechylony w prawo. Nie cierpię takich dróg! Ale wiadomo, dałem radę ;-) i nareszcie byliśmy już prawie w Kliniskach…

Prawie dlatego, że musieliśmy jeszcze przejść przez ruchliwą „trójkę”. Zazwyczaj dostanie się na drugą stronę, zajmowało nam kilka minut, ale dzisiaj wyjątkowo trafiliśmy na lukę i nie czekaliśmy ani sekundy. Rafał ledwo zdążył zrobić mi zdjęcie…

Nasza radość na trzecim kanale krótkofalowym nie trwała zbyt długo. Dwieście metrów przed nami był przejazd kolejowy, na którym dosłownie przed nosem zamknęli nam szlabany. Myślałem, że dostanę tam szału… Pierwsza ciuchcia nadjechała od strony Szczecina i żeby dodatkowo mnie wkur……ć, zatrzymała się na stacyjce przed szlabanem. Jakby nie mogli zamknąć przejazdu dopiero kiedy tamten złom by ruszał…

Gdy już pierwszy skład przejechał, ułożyłem dłoń na joysticku i byłem gotowy do startu, ale gdzie tam… Przez kolejne 6 minut pomimo tego, że nic nie jechało, przejazd był zamknięty. Po drugiej stronie barykady stało już jakieś dziesięć samochodów, a za nami dwa razy tyle… Wysłuchaliśmy (śpiewając) Georg’a Michael’a „Freedom” i w końcu doczekaliśmy się drugiego pociągu, po którego przejechaniu, szlabany poszły w górę… Przemknięcie przez Kliniska zajęło nam tylko kilka minut. Po dwóch ostrych zakrętach w prawo znaleźliśmy się w Pucicach, a tam to już prawie jak w domu. Pozostało nam tylko pokonać nienaganną nową asfaltówkę, którą dojechaliśmy do Załomia. Tam droga się troszeczkę pogorszyła, ale i tak grzało się po niej pierwszorzędnie. W Szczecinie pojechaliśmy na skróty ulicą Kniewską, a potem po skorzystaniu z dwustu metrów jednej z wylotówek z miasta, daliśmy susa w lewo na żużlową ulicę Wolińską. Na końcu tej drogi pozostało nam jedynie przejechać przez ostatni przejazd kolejowy i za nim wjechać w mój „przydomowy” las. Nie ma tam co prawda szlabanów, ale jest sygnalizacja świetlna i dźwiękowa, która tym razem włączyła się na nasz widok… Po przejechaniu lokomotywy z sześćdziesięcioma wagonami pełnymi węgla, mogliśmy jechać dalej. Cztery minuty później byliśmy już w bazie…

Cała wycieczka zajęła nam 4 godziny i 12 minut, z tego samej jazdy było dokładnie o godzinę mniej. Postoje zjadły nam aż 60 minut! No tak, ale jak trzykrotnie stoi się na przejeździe kolejowym, to później niestety tak to wygląda… Dystans jaki dzisiaj pokonaliśmy był „ponadmaratoński” – 45 kilometrów. Spośród danych z mojego licznika, najbardziej zadziwiła mnie nasza średnia prędkość, która wyniosła 14 km/h. Jak na trzy odcinki specjalne i słabej jakości drogi, to naprawdę rewelacyjny wynik. Wydawało mi się, że to jakaś pomyłka, że to niemożliwe, ale jednak komputer pokładowy się nie mylił i wszystko się zgadzało…

Przed startem najbardziej obawiałem się, czy gdzieś po drodze nie zabraknie mi sił, czy wytrzymam tak długi i wymagający dystans. Przewidywałem, że najprawdopodobniej po powrocie będę wykończony. Ale ku mojemu zdziwieniu, po przejechaniu „Dakaru” czułem się lepiej, niż przed startem. Całe to weekendowe zmęczenie przeszło bezpowrotnie. Można powiedzieć, że podczas czterogodzinnej przejażdżki zresetowałem się na dobre… Jak widać, moja obecna forma jest iście olimpijska ;-) Teraz tylko muszę utrzymać ją na wysokim poziomie, a rzeczy niemożliwe będą coraz bardziej realne…

P.S. Tylko żeby ZUS się nie dowiedział, bo odbiorom mi rentę ;-)

Wizyta ekipy „Bez Barier”…


Na dzisiaj nie planowałem żadnych wycieczek. Pierwszą część dnia poświęciłem na tworzenie oraz umacnianie swojego wizerunku w mediach ;-) Jak to mówią – reklama dźwignią handlu. Ja co prawda niczym nie handluję, ani niestety nikt nie płaci mi za przebyte kilometry, ale im popularniejszy będzie mój blog, tym więcej trafi do mnie potencjalnych czytelników, o których cały czas usilnie zabiegam…

19-ego maja otrzymałem od pani redaktor Barbary Jesiołkiewicz-Kowalczyk całkiem interesującego maila. Tak wyglądało kluczowe zdanie z tego listu – „…przeczytałam artykuł o Pańskiej pasji i chciałabym zrobić materiał do programu Bez Barier, emitowanego w TVP Szczecin…”. Na początku miałem wątpliwości, ale po dłuższym przemyśleniu tej ciekawej propozycji pomyślałem, że czemuż by nie… Nie jestem jeszcze celebrytą, więc takie występy odbębniam za free, ale postanowiłem, że ten potraktuję jako swego rodzaju inwestycję ;-) Odpisując na tego maila byłem twardy i postawiłem kilka warunków. W końcu to ja rozdaję tutaj karty :-) Po pierwsze, podczas zdjęć w plenerze, miało być ponad 20°C – przecież nie będę marzł dla telewizji regionalnej. Dla Eurosport’u to co innego ;-) Po drugie, poprosiłem o umieszczenie adresu mojego bloga w trakcie programu. Obawiałem się, że będzie z tym problem ze względu na cztery literki w nim zawarte – onet. Takie kryptoreklamy nie są mile widziane, szczególnie w telewizji… Był jeszcze trzeci warunek, ale on zostanie moją słodką tajemnicą :-) W paru mailach i jednej rozmowie telefonicznej dopięliśmy wszystko na ostatni guzik i dzisiaj około 10:30 pod moim domem, pojawił się biały bus TVP. Wyłoniła się z niego ekipa rodem z Hollywood – pani redaktor, operator oraz dźwiękowiec w zupełności wystarczyli do wykonania tej wymagającej misji, jaką było nagranie materiału do programu „Bez Barier” ;-) Już na dzień dobry popłynęliśmy na głębokie wody. Żeby wykorzystać sprzyjającą pogodę, od razu udaliśmy się w plener…

Na początku nagraliśmy kilka, kilkanaście ujęć na nierównej drodze z betonowych płyt. Operator zaufał moim umiejętnościom powolnego prowadzenia SuperFour’a i odważył się przejechać stojąc na progu mojego pojazdu, robiąc przy tym zapierające dech w piersiach ujęcia. Cały czas kierowaliśmy się do pobliskiego lasu. Tam również robiłem za „kaskadera” i jeździłem w tę i z powrotem po piaszczystej ścieżce pełnej wyschniętych szyszek. Za mną, na swoim rowerze, śmigał Rafał (mój asystent), dzięki któremu mamy te wszystkie fotki z „planu zdjęciowego”…

Po tym wszystkim wróciliśmy do domu, gdzie przy samym garażu powitał nas deszcz… Po chwili, kiedy zdjęcia „mnie w akcji” mieliśmy już za sobą, założyliśmy mini-studio w moim pokoju i rozpoczęliśmy rejestrować „setkę”, czyli taki jakby wywiad… Nie mam najmniejszych problemów z występowaniem przed kamerą, a wręcz przeciwnie :-)

Najpierw trochę pogadałem, potem poudawałem, a to że przeglądam zdjęcia na komputerze, a to że pisze bloga, itd. Zawsze podczas zdjęć do takich reportaży, z tak miłym zespołem, panuje fajna atmosfera i momentami jest naprawdę zabawnie. Trzeba jedynie wykazać się odrobiną cierpliwości, ponieważ czasami niektóre czynności wymagają kilku powtórek, żeby kamera wszystko dobrze uchwyciła… Po mnie przyszedł czas na „setkę” Rafała, którą zgrana ekipa nakręciła w ogrodzie… Około 13-tej byliśmy już po. Dwie i pół godziny zleciało nam dosłownie w mgnieniu oka. Mam nadzieję, że po zmontowaniu całości, wyjdzie z tego całkiem przyzwoity, sześciominutowy reportaż… Kiedy będzie można go zobaczyć? Nie wiem, ale jak tylko dostanę cynk od pani Basi, na pewno dam znać. A jak tylko pojawi się w Internecie, od razu wrzucę go na bloga. Proszę o cierpliwość ;-)