Miesięczne archiwum: Lipiec 2011

Kąpiel błotna wcale nie jest zdrowa…


Jak na razie lipiec nas nie rozpieszcza. Po stłuczce z latarnią uliczną, która miała miejsce w czwartek, już w sobotę wybrałem się na przejażdżkę. Tym razem korzystając z dostępności mojego taty, załadowaliśmy SuperFour’a do przyczepy I podjechaliśmy do Parku Kasprowicza, który jest prawdziwym zielonym sercem Szczecina. Ludzi jak zwykle było sporo, ale mimo wszystko po tamtejszych ścieżkach rowerowych śmigało się bez żadnego problemu. No chyba, że problemem nazwiemy awarie mojego pojazdu, który ponownie kilkakrotnie miał zawieszki z powodu samoczynnego skręcania. Było jeszcze gorzej, niż przed naprawą w Lübbenau…

Nowy tydzień powitał nas chłodem, dlatego poza dom, mogłem wybyć dopiero we wtorek. Nie miałem za bardzo koncepcji gdzie jechać, dlatego obrałem kierunek, który w tym roku był najrzadziej przeze mnie uczęszczany – Reptowo… Jak zwykle w półgodziny dotarliśmy drogą do Zdunowa, a tam wjechaliśmy w las, którym chcieliśmy dostać się do Niedźwiedzia. Właśnie na tej leśnej dróżce, natknęliśmy się na niespodziankę. Po kilkudniowych deszczach, na tamtejszej żużlówce pojawiły się ogromne kałuże… Na początku natrafiliśmy na małe rowy z wodą, które można było ominąć poboczem. Prawdę mówiąc, ja ich nie omijałem ;-) Im dalej w las, tym kałuże były szersze i głębsze, a woda chlapała coraz wyżej. Zabawa z ich pokonywaniem robiła się coraz fajniejsza. Był to dla mnie prawdziwy rajd przełajowy… Najgorzej było w miejscach, w których trudno było oszacować gdzie znajduje się dno. Niektóre z kałuż sobie odpuściłem – po prostu nie chciałem ugrzęznąć w którejś z nich ;-) Strasznie żałowałem, że nie wziąłem ze sobą kamery, ponieważ można by nakręcić kilka ciekawych ujęć do mojego filmu…

Ten karygodny błąd naprawiłem dzisiaj. Pogoda była trochę gorsza niż wczoraj, ale mimo wszystko musiałem zaryzykować i ponownie zaliczyć tamten mokry szlak. Wiadomo, że kałuże nie będą czekały wiecznie, dlatego trzeba było załadować na pokład kamery i ruszyć w to samo miejsce, w którym taplałem się 24 godziny wcześniej. Gdy tam dotarliśmy, wypakowaliśmy sprzęt rejestrujący i rozpoczęliśmy nagrywanie. Wody było tylko kilka centymetrów mniej niż dzień wcześniej…

Znalazłem najbardziej odpowiedni odcinek, który był „wyposażony” w trzy solidne kałuże i śmigałem po nim w tę i z powrotem. Mój asystent Rafał zajął bojową pozycję mniej więcej w połowie tej prostej i starał się uchwycić kamerą SuperFour’a przedzierającego się przez błoto…


Drugą z kamer, co chwilę montowaliśmy w innym miejscu, żeby nagrać ciekawe i niekonwencjonalne ujęcia. Dzięki specjalnemu statywowi z przyssawką, kamerę GOPRO HD można przyczepić na najróżniejszych częściach mojego quada. Na ramie, szybie, a nawet błotniku…

Po dziesiątym nawrocie, zaniepokoiły mnie dziwne odgłosy, które zaczęły dochodzić do mnie spod spodu mojej szoferki. Cały czas spadały z błotników kilogramy błota, które przyklejało się do nich podczas każdej głębszej wizyty w kałuży. Trochę tej mazi dostało się również do środka SuperFour’a przez co zaczął strasznie skrzypieć i zgrzytać. Gdy już na prawdę wszystko w nim zaczęło furczeć jak w ruskim czołgu, zrezygnowałem z dalszej eksploracji głębinowej i postanowiłem zakończyć dzisiejsze zdjęcia…

Muszę przyznać, że zrobiłem to w ostatniej chwili, ponieważ gdy z powrotem znaleźliśmy się w Szczecinie, dopiero na asfalcie można było w pełni odczuć stan, do jakiego doprowadziłem mój wóz. Niestety mówiąc krótko – przeholowałem. Mam przynajmniej kolejną nauczkę, że nie wolno wierzyć reklamom. Dlaczego? Hasło promujące SuperFour’a brzmi – „Go your own way” – czyli w wolnym tłumaczeniu – „Podążaj swoją własną drogą”. Drugi ze sloganów znajdujących się między innymi w broszurze pojazdu – „Can’t fly” – czyli „Nie potrafi latać”, również jest lekko przesadzony. Może i ten terenowy wózek inwalidzki wyglądem przypomina quada, ale w rzeczywistości w ogóle nie jest przystosowany do pokonywania tak nieprzyjaznego, mokrego terenu, z jakim się dzisiaj zmierzyłem. Ja, poza butami ochlapanymi błotem, byłem cały i zdrowy. Natomiast z SuperFour’em im bliżej domu, tym było coraz gorzej… Dzisiaj, ten chimeryczny potwór zapomniał o swojej przypadłości i nie skręcił bez mojego pozwolenia ani razu. Przynajmniej tak mi się wydaje. Ale za to, podczas powrotu do bazy, zaczął samoczynnie zwiększać obroty silnika. Raz nawet, muszę się przyznać, że troszeczkę się wystraszyłem… Gdy jechaliśmy przez Wielgowo, na nowowyremontowanym, równiusieńkim asfalcie, silnik spalinowy umieszczony za moimi plecami, gwałtownie zwiększył moc z 4000 obrotów na minutę, aż do 6300. Automatycznie hałas generowany przez mój bolid zwiększył się ponad dwukrotnie… Normalnie, żeby ponownie wskoczyć na ten niższy bieg, wystarczy po prostu odrobinę zwolnić. Tak właśnie zrobiłem i tym razem, ale obroty i buczenie, zamiast się zmniejszyć, jeszcze bardziej skoczyły w górę. Cały wóz zaczął tak drgać, jakby za chwilę miał wybuchnąć. Długo się nie zastanawiając zatrzymałem się na drodze i poleciłem Rafałowi wyłączenie silnika. Na szczęście przycisk zadziałał i SuperFour od razu zamilkł. Cofnąłem kilkanaście metrów aby wjechać na chodnik i dać trochę odsapnąć zmęczonemu wózkowi. Najprawdopodobniej albo przytkał się błotem jakiś z czujników, albo za dużo niepożądanych ciał dostało się do rury wydechowej, a może nawet i dalej… Po dwóch, trzech minutach (gdy zaczęli schodzić się już tubylcy), ponownie odpaliliśmy klekota i ruszyliśmy dalej w kierunku Dąbia. Na kolejnych ośmiu kilometrach, problem się nie powtórzył i lekko umorusani, z zapełnionymi dyskami w kamerach, dotarliśmy do domu. Na miejscu, gdy wysiadłem zza sterów błotołaza, mogłem dokładnie zapoznać się ze stanem, do jakiego go doprowadziłem…

Sama obudowa, czy jak kto woli karoseria była nawet w nienajgorszym stanie. Największa warstwa twardej już skorupy, zalegała pod spodem. Błotko równo pokrywało błotniki, koła i wszystkie mechanizmy należące do tak zwanego zawieszenia. Elektryczny silniczek, który odpowiada za skręcanie kołami, miał z tym spore problemy. Wszystko przez mokry piach, który dokładnie przyczepił się do większości ruchomych części. Na podjeździe do garażu, gdy SuperFour przechylił się do tyłu, nagle zaczęła wyciekać z niego brudna, ciemna woda, której wylało się naprawdę sporo… Ledwo zdążyliśmy wykonać dokumentację umorusania mojego pojazdu w postaci zdjęć, a już się rozpadało. Schowaliśmy się na chwilę do domu, ale i tak musieliśmy ponownie wyprowadzić wóz na dwór i chociaż opłukać go z tej wysychającej kleistej breji, która pokrywała całe podwozie. Gdybyśmy tego dzisiaj nie zrobili, to zapewne jutro nie obyłoby się bez druciaka i skrobaczki…

Dzisiejsza wycieczka miała konkretny cel – chciałem nakręcić SuperFour’a mierzącego sie z błotnym odcinkiem specjalnym. Udało się, cel został osiągnięty. Tylko niestety może się okazać, że ta dzisiejsza taplanina będzie mnie sporo kosztowała… Nie jestem do końca przekonany, czy będę mógł dalej jeździć bez wizyty mojej terenówki w serwisie. Jak na razie jej stan jest mało optymistyczny i chyba bez rozebrania i dokładnego wyczyszczenia całego zawieszenia się nie obejdzie…

Podczas dzisiejszego rajdu przekonałem się, że mój pojazd wygląda jak quad, daje sobie radę jak quad, ale nie jest tak wytrzymały i przystosowany do pokonywania wody i błota, jak jego kuzyni – quady. Za każdym razem, gdy wjeżdżałem w kałużę czułem się jak małe dziecko w piaskownicy. Na prawdę do czasu, kiedy SuperFour zaczął zgrzytać, bawiłem się świetnie. Teraz mam nadzieję, że nie uziemiłem mojego wozu i jednocześnie siebie na kilkanaście kolejnych dni…

Łup w słup – 7 wcale nie jest szczęśliwą liczbą…


Od urodzenia ślepo wierzyłem w magię liczby. Jak się dzisiaj okazało, przez prawie dwadzieścia pięć lat żyłem w błędzie… Nie jestem jakimś fanatykiem przesądów, ale czasami na niektóre zabobony jestem podatny. Każdego dnia w okolicach 13:13 starałem się unikać spojrzenia na jakikolwiek cyfrowy zegar. Na analogowym zawsze można udać, że jest już minuta po tej pechowej godzinie ;-) W piątki trzynastego zawsze pilnowałem się i uważałem potrójnie, nawet podczas jakichś najprostszych czynności. Licho nie śpi ;-) Z kolei liczba 7 miała przynosić szczęście… Właśnie dzisiaj, według tego mojego głupiego przekonania, miał być najlepszy dzień w roku – 7.07. Nie miałem zbyt wiele czasu na „SuperFouring”, do tego pogoda wydawała się być niepewna, dlatego wybrałem się z moim asystentem Rafałem tylko na krótką przejażdżkę po okolicy. Jestem jeszcze trochę zmęczony po pobycie w Lübbenau, dlatego też nie chciałem się nadto forsować i niepotrzebnie marnować resztki sił. Wybrałem chyba najprostszą i najbezpieczniejszą z dostępnych tras. Zaraz za domem wbiliśmy się na chodnik, później przejechaliśmy skrótem przez praktycznie puściutką uliczkę szczelnie obstawioną domkami jednorodzinnymi, aż w końcu dotarliśmy do ścieżki rowerowej, którą mieliśmy spokojnie dojechać do Basenu Górniczego (pętla tramwajowa). No i tak właśnie było. Tam zawróciliśmy i wracaliśmy do domu tą samą trasą. Gdy na moim liczniku wyskoczył dziewiąty kilometr, jak zwykle zaczęła mrugać niebieska dioda na lewym joysticku, która zaleca odpalenie silnika spalinowego. Tak też zrobiliśmy – zatrzymałem się na rzadko uczęszczanej ścieżce rowerowej, a Rafał wcisnął odpowiedni przycisk. Ruszyliśmy dalej nie wiedząc, że za kolejne 500 metrów stanie się rzecz, która na długo pozostanie w mojej pamięci i na pewno wpłynie w mniejszym lub większym stopniu na wszystkie moje przyszłe jazdy… Prawie cały czas wzdłuż ścieżki, biegnie chodnik z szarej kostki brukowej. Pas dla rowerów jest dosyć wąski jak dla mojego SuperFour’a, ponieważ ma około półtora metra. Mój pojazd zajmuje z tego 120 centymetrów. Żeby wyminąć się z prawidłowo jadącym jednośladem, zazwyczaj pożyczam trochę pobocza – czyli chodnika – i przepuszczam takiego delikwenta starając się utrzymać przy tym płynność jazdy. Czasami na widok mojej rozpędzonej czarnej bestii, niektórzy kolarze (szczególnie kolarki 60+ obładowane kapustą, kalafiorem i długim porem, który odstaje jak antena od CB-radia) wymiękają już w odległości stu pięćdziesięciu metrów ode mnie i potulnie sami zjeżdżają na bok… Normalnie mógłbym bardziej wykorzystywać część dla pieszych, ale co 30 metrów na samym jej środku, stoją wysokie lampy oświetlające ruchliwą ulicę Przestrzenną. Tak to jest, jak najpierw stawia się latarnie, a później buduje chodniki… Wiadomo – Szczecin – zachodnia, ale zawsze Polska ;-) Ścieżkę rowerową często przecinają dojazdy do różnych tutejszych firm i kilku jachtowych marin. Przy każdej z takich dróg, asfalt na rowerówce zjeżdża gwałtownie w dół, przechodzi przez część wspólną z samochodami, poczym ponownie wznosi się w górę do poprzedniego stanu. Tak samo jest zazwyczaj na przejściach dla pieszych. Prawie zawsze w takiej sytuacji staram się pojechać po takiej linii, żeby za bardzo nie odczuć tej trzymetrowej dolinki… Znam tą trasę na pamięć. Jest ona najczęściej ujeżdżaną przeze mnie ścieżką w Szczecinie. W tym roku śmigałem nią już około dwudziestu razy, więc doskonale wiem gdzie są dziury, po kradzieży metalowych studzienek, gdzie trzeba uważać na wystające spod asfaltu korzenie i gdzie leży szkło po jakiejś niedawnej stłuczce. Jest to dla mnie taki szlak, jak dla Ferrari Tor Fiorano, czy dla Toyoty Fuji International Speedway. Po prostu czuję się tam jak w domu… Na jednej z reklam (chyba batona Lion), na dole ekranu pojawiał się napis – 99% wypadków zdarza się w domu. Badania nie poparte żadnymi badaniami. Po dzisiejszym dniu, chyba mogę podpisać się pod tym twierdzeniem z ręką na sercu ;-) A więc, gdy byliśmy mniej więcej w połowie tej ojczyźnianej ścieżki rowerowej i akurat pokonywaliśmy jeden z dojazdów do mariny, wydarzył się wypadek… Jechałem sobie na wielkim luzie, nucąc pod nosem jakąś żwawą melodię, która właśnie leciała z moich głośników i obserwując szybowce, które na pobliskim lotnisku przygotowywały się do startu. Kierując zupełnie automatycznie, na pamięć, prawie całkowicie zjechałem na chodnik, żeby zaliczyć jak najłagodniejszy zjazd i podjazd. Jedną sekundę zajęła mi droga w dół, kolejne dwie przejazd przez drogę do przystani, a czwarta z nich była kluczową sekundą, której niestety cofnąć się nie da. Właśnie w tym czasie przez tą jedną sześćdziesiątą minuty, pokonywałem malutki podjazd. Pół kilometra wcześniej, gdy ruszałem po włączeniu silnika, całkowicie zlekceważyłem chwyt joysticka i prowadziłem pojazd dosłownie jednym palcem. Gdy podjeżdżałem na pełnym gazie pod to niewielkie wzniesienie, od razu po wjechaniu na równą powierzchnię powinienem gwałtownie skręcić w prawo i ponownie wskoczyć na rowerówkę. Dlaczego? Ponieważ dwa, trzy metry dalej stoi gruby słup, będący lampą. Zawsze mi się to udawało i nie było to wcale jakimś arcytrudnym manewrem. Tym razem niestety trik nie wyszedł… Gdy znalazłem się już na płaskim, usiłowałem tym jednym palcem skręcić w prawo unikając spotkania ze słupem, ale siła odśrodkowa, która podczas podjazdu bujnęła moją ręką do góry, była na tyle silna, że oderwała moją prawą dłoń od gałki joysticka i pozbawiła mnie wpływu na mój dalszy tor jazdy. Przez ułamek sekundy uświadomiłem sobie, że uderzenie w słup jest już nieuniknione… W momencie, gdy puściłem joystick SuperFour gnał swoją maksymalną prędkością – 16 km/h. Od razu kiedy przestałem mieć kontakt z „kierownicą”, pojazd zaczął hamować, ale i tak na całkowite zatrzymanie było za mało miejsca… Metr dalej, wytracając prędkość tylko do około dziesięciu kilometrów na godzinę, czołowo walnąłem w metalowy słup. Bum!!! Rozległ się tylko tępy huk… Zatrzymałem się dosłownie w miejscu. Siła grawitacji ostro wyrwała mnie do przodu i muszę przyznać, że od rąbnięciem głową w szybę, uratował mnie tylko i wyłącznie zapięty pas. Przez kilka sekund po wypadku byłem w lekkim szoku – w końcu rzadko mam przyjemność przeżywać takie przeciążenia. Adrenalina trochę mnie znieczuliła, dlatego dopiero po chwili odczułem silne bóle w stawach – głównie barki. Dodatkowo podczas uderzenia przygryzłem sobie język, który zaczął lekko krwawić… Najbardziej zdziwiony był Rafał, który w tym momencie jechał koło mnie. On normalnie posuwał się dalej, a ja nagle zatrzymałem się w ułamku sekundy na słupie. Kiedy to kątem oka zobaczył, od razu zawrócił i podjechał do mnie. Akcja ratunkowa była na szczęście zbędna i obyło się bez telefonu pod 112… Rafał miał bardziej przerażoną minę ode mnie. Ja w ogóle nie byłem wystraszony, tylko bardziej oszołomiony jak po przyjęciu ciosu na twarz. Gdy po kilkunastu sekundach doszedłem do siebie i uświadomiłem sobie co się przed chwilą wydarzyło, powiedziałem Rafałowi żeby wyłączył silnik, który cały czas klekotał za moimi plecami. Natychmiast nastała cisza, ale ja nadal słyszałem szum w uszach… Jeszcze trochę nieobecny cofnąłem, żeby sprawdzić stan mojego pojazdu. Ten o dziwo przeżył wypadek naprawdę całkiem nieźle i spokojnie mógł kontynuować jazdę. Gdyby nie zderzak, a właściwie rura, która przyjęła na siebie całą energię powstałą podczas czołowego zderzenia, latarnia uliczna znalazłaby się gdzieś w pobliżu mojego fotela i zapewne urwałaby przednie lewe koło, a ja zapewne w najlepszym wypadku skończyłbym w karetce. Uff, Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać… A tak, tylko z kilkoma kroplami krwi w ustach, mogłem wrócić do domu o własnych siłach. Tak na dobrą sprawę powinienem jeszcze kilka minut odstać i dojść do siebie, ale nie było ze mną aż tak źle. Do bazy dojechałem z bólem głowy i stawów (nawet kolan), ale poza tym wszystko było w porządku. Kiedy pod domem wysiadłem z SuperFour’a, dopiero wtedy mogłem zapoznać się z jego obrażeniami po stłuczce. Byłem (i jestem) pozytywnie zdziwiony, ponieważ uszkodzenia w ogóle nie są współmierne do tego, co się dzisiaj wydarzyło. Gdyby ktoś mi pokazał to lekkie zniekształcenie rury i powiedział, że zaliczył latarnię – nie uwierzyłbym…
czolowka1

czolowka2

Na pierwszy rzut oka, widać tylko wgniecenie na przedniej poziomej rurze. Natomiast po dokładniejszych oględzinach znalazłem więcej dowodów lub jak kto woli pamiątek po popołudniowym spotkaniu z lampą. Na poniższym zdjęciu widać większość z nich…

czolowka3

Sprawne oko od razu zauważy, że poza wgnieceniem, rura trochę z tej strony, gdzie uderzyłem w słup, przemieściła się w głąb SuperFour’a. Zaznaczyłem to numerami 1 i 2… 3 to miejsce, gdzie wkleiła się latarnia. Nie wygląda to aż tak tragicznie… W momencie, gdy zderzak wygiął się do środka, pociągnął za sobą resztę ramy i dzięki temu uderzenie dosłownie rozeszło się po kościach. Przednia pionowa rura (numer 4) zmieniając swoje dotychczasowe położenie, mocno ścisnęła „karoserię”, która nie wytrzymała i pękła. Ale gdyby nie ta klatka z zespawanych rur, czarny błotnik z laminatu po spotkaniu z lampą, rozsypałby się w drobny pył… Teraz SuperFour jest już na pewno trochę mniej odporny na stłuczki niż przed dzisiejszym incydentem, szczególnie na przednie uderzenia z lewej strony. Ale trzeba mu przyznać, że podczas dzisiejszego ekstremalnego zdarzenia, spisał się celująco, żeby nie powiedzieć na medal. Kilka złączonych ze sobą rur, zatrzymało w miejscu ponad 400 kilogramów i to bez większych obrażeń.

Czyja to wina? Moja? Mojego SuperFour’a? Niczyja. To był po prostu nieszczęśliwy wypadek i tej wersji się trzymajmy. Wiadomo, że mogłem lepiej złapać joystick, mogłem jechać bez kombinacji po ścieżce, albo po prostu nie będąc w pełni sił, mogłem dzisiaj w ogóle nie wychodzić z domu. Ale właśnie kto wie, co wtedy wydarzyłoby się w domu ;-) Najważniejszy jest fakt, iż nikomu nic się nie stało. Teraz przynajmniej wiem, co mi grozi ;-) Jak przystało na rajdowca, a teraz to właściwie kaskadera, mój poziom odwagi z pewnością podniósł się o kilkanaście procent w górę. No i zebrałem kolejne bezcenne doświadczenia. Teraz już wiem, że przy następnej czołówce muszę schować język, żeby znowu go sobie nie przygryźć ;-) Muszę się również pilnować, żeby podczas moich przyszłych przejażdżek nie zgubiła mnie rutyna, tak jak miało to miejsce dzisiaj…

Nowy rekord – Szczecin-Lubczyna-Kliniska-Szczecin…


Po powrocie z Lübbenau, mimo niewielkiego przebiegu, jestem cały czas trochę zmęczony… Poniedziałek i wtorek całkowicie poświęciłem na regenerację sił i odzyskiwanie pozytywnej energii do kolejnych podróży… Pomimo tego, że siedziałem w domu, wcale się nie nudziłem. Kilka godzin zajęło mi samo porządkowanie zdjęć z Niemiec, których mama natłukła aż 16 gigabajtów! Do tego jeszcze rozpakowywanie, sprzątanie, pisanie bloga… W każdym bądź razie dwa dni zleciały mi naprawdę piorunem. Dzisiaj też jeszcze nie czuję w sobie tej mojej olimpijskiej formy, ale w południe postanowiłem ruszyć tyłek i razem z Rafałem pojechaliśmy w trasę… Za cel główny dzisiejszej wycieczki obraliśmy Lubczynę, do której najkrótszą drogą mieliśmy dokładnie 15 kilometrów… Zmęczony już na starcie, w zakurzonym i usyfionym SuperFour’ze, na którym śmiało można pisać palcem, o 13:10 ruszyłem z domu. Dzisiejsza trasa praktycznie w całości biegła po normalnych drogach, dlatego cały czas trzeba było mieć się na baczności… Najgorsze, że SuperFour znowu wariuje. Najwidoczniej wymiana niby zepsutej części nie pomogła. Tym razem koła same skręcają tylko podczas postoju. Najdziwniejsze jest to, że czasami jest wszystko w porządku, a czasami wóz szwankuje i robi sobie co chce. Ach ta szwajcarska niezawodność… Kilometr od startu zauważyłem, że zapomniałem zabrać z domu telefonu. Rafał również zostawił swój w bazie. W razie jakiejś grubszej nieoczekiwanej awarii, musielibyśmy łapać stopa i prosić o pożyczenie komórki. Zadzwoniłbym wtedy do mamy. Dlaczego do niej? Bo znam tylko jej numer. Pamiętam też swój, ale przecież nie będę dzwonił do siebie ;-) Na szczęście cała wycieczka przebiegła bez niemiłych niespodzianek i telefon nie był nam w ogóle potrzebny… Dzisiaj jechało się naprawdę całkiem przyjemnie. Pogoda była wprost idealna na rowerową przejażdżkę. Ze Szczecina popędziliśmy do Pucic, a tam odbiliśmy w lewo na Czarną Łąkę. Jadąc cały czas prosto, w niecałą godzinę, dotarliśmy do Lubczyny…

Na miejscu ani Rafał, ani ja, nie byliśmy w ogóle zmęczeni, dlatego postanowiliśmy zasuwać dalej i na wjeździe do Lubczyny skręciliśmy w prawo w kierunku Kęp Lubczyńskich. Kawałek dalej, na końcu miejscowości wyprzedziliśmy dwójkę dzieciaków na rowerach, które najprawdopodobniej wracały z pobliskiej plaży. Na marginesie mówiąc tempo mieli fatalne ;-) Kilkaset metrów dalej, z naprzeciwka nadjechał starszy pan na typowo turystycznym bicyklu ze sporymi, czarnymi sakwami na bokach. Był w odblaskowej kamizelce, przez co było widać go naprawdę z daleka. Pięćdziesiąt metrów za nim, z językiem na brodzie, zasuwała chyba jego żona, która również była w żółtym kubraczku. Nawet nabijaliśmy się z nich przez krótkofalówki, że musimy zwolnić, bo zbliża się patrol miejscowej policji… Gdy się mijaliśmy, dziadek krzyknął – Którędy do Pucic? Rafał nie zwalniając ani trochę odpowiedział tylko, że prosto… Po chwili przemknęliśmy przez Kępy Lubczyńskie i zjechaliśmy z głównej trasy w prawo na Rurkę. Samochody nagle wymarły, dlatego korzystając z ciszy i spokoju, zrobiliśmy sobie krótką przerwę. Mój kompan nabił swojego e-papierosa i delektował się jego oparami o zapachu mięty, a ja łyknąłem zimnego Gatorade’a. Trzy utwory później ruszyliśmy dalej i w kilka minut dotarliśmy do Rurzycy. Ta z kolei po dwóch kilometrach zamieniła się w Kliniska Wielkie, a stamtąd do Pucic, gdzie zamykaliśmy dzisiejszą pętlę mieliśmy już dosłownie żabi skok…

Gdy wlecieliśmy do Pucic, kilkaset metrów przed nami ujrzeliśmy tych dziadków w odblaskowych kamizelkach. Jechali o połowę krótszą drogą od nas, a mimo to ich dogoniliśmy. Jednym słowem – dzisiaj nie było na nas mocnych :-)

Nie miałem zamiaru w ogóle wspominać o tej dzisiejszej przejażdżce, ale muszę pochwalić się nowym rekordem, który ustanowiłem zupełnie niespodziewanie… Cała wycieczka zajęła nam dwie godziny i trzydzieści pięć minut. W tym czasie przejechaliśmy 34,6 kilometra i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie średnia prędkość. A ta wyniosła aż 15,4 km/h! Oto właśnie ten nowy rekord. I to wcale nie pobiłem go o jakąś tam jedną setną, czy nawet jedną dziesiątą, ale aż o całe 0,6 kilometra na godzinę. A już myślałem, że nigdy nie przekroczę tej magicznej bariery 15 km/h… Nie mogę zapominać o Rafale, który dzielnie dotrzymywał mi tempa i dzięki niemu mogłem grzać non stop na maksa :-) Trudno będzie poprawić ten wyczyn. Nic nie obiecuję, ale kto wie…

Lübbenau 2011 – dzień 11. – Ostatnie dni w marszowych rytmach…


***** Tekst utworzony 9.09.2011r. *****

Pogoda jest po prostu do dupy… Od wczoraj cały czas pada i wieje. Na naszej mobilnej stacji pogodowej, której tak na marginesie nie powstydziłby się nawet sam Jarosław Kret, zanotowaliśmy w południe całe 13 stopni. A chciałbym przypomnieć, że dzisiaj mamy drugi dzień lipca, LATO !!! O jakimkolwiek rajdzie mogliśmy sobie tylko pomarzyć…

Od wczoraj w ogromnym namiocie pod naszymi oknami, ma miejsce główna scena Dni Lübbenau… Dzięki temu, piątkowy wieczór spędziliśmy próbując zagłuszyć słynne niemieckie marsze, przy których najczęściej bawią się nasi zachodni sąsiedzi. Zazwyczaj nie używam tego słowa, ale tutaj pasuje ono doskonale – MASAKRA ;-) Dzisiaj już od samego rana, na zamku miał miejsce pochód, w którym uczestniczyła cała banda przebierańców z minionej epoki. Nie obyło się też bez dęcia w róg oraz wystrzałów z armat. Niestety trzeba przyznać, że pogoda w tym roku im nie dopisała i dlatego zaraz po tej części oficjalnej, wszyscy udali się pod daszek do namiotu, poczym od jedenastej przed południem zaczęli spożywać hektolitry piwa i tańczyć do marszów ;-) Cała impreza toczyła się pod naszymi oknami, dlatego w ogóle nie musieliśmy wychodzić ze stajni, żeby poczuć tą „niesamowitą” atmosferę…

Co jakiś czas ci, którzy akurat opuścili namiot, zaglądali do naszych pokojów mimo wiszących firanek. Mieliśmy wrażenie, jakbyśmy mieszkali w muzeum ;-)

Dzień, który wydawało się nam, że pójdzie na straty, okazał się całkiem pożytecznym dniem. Wreszcie mogliśmy w spokoju (nie licząc zorganizowanego pośpiechu, kiedy to próbowaliśmy pokonać w deszczu 30 metrów dzielących nas od oranżerii) napić się kawy w zamkowej pomarańczarni…

To był jedyny akcent związany dzisiaj z rajdami. Jaki? Nałożyłem przeciwdeszczową kurtkę Ferrari ;-) A jeżeli chodzi o tutejsze cappuccino to oceniam je na 8/10. Należy tutaj zaznaczyć, że jeszcze nigdy nie dałem wyższej oceny… Po mile spędzonym podwieczorku, korzystając z chwilowej przerwy w deszczu, przeszliśmy się po festynowych stoiskach. Można tam było między innymi wykąpać się w ogromnej beczce z piwem. Poza tym dla urodzonych sportowców była strzelnica, na której można było spróbować się w strzelaniu z łuku oraz kuszy. Kawałek dalej sprzedawano średniowieczną biżuterię, zioła i prastare lekarstwa, chleb prosto z pieca oraz laleczki woo-doo :-) Asortyment naprawdę był różnorodny, prawie jak na szczecińskiej giełdzie ;-) Po zaliczeniu tych wszystkich budek, wróciliśmy do stajni. Mama zabrała się za przygotowanie obiadu, a ja zagłuszając marsze zza okna muzyką z ipoda, zacząłem pisać bloga…

Wieczorem pozostało nam się tylko spakować i w rytmach dobiegających do nas z namiotu, mogliśmy iść spać. Rano do Lübbenau ma przyjechać tata i zabrać nas z powrotem do Szczecina… Niestety pobyt na błotach Spreewald’u dobiega końca. Bardzo nam się tutaj podobało i to nie tylko dlatego, że zamiast zamówionego pokoju dostaliśmy mieszkanie ;-) Pomijając te przeklęte mosty ze schodami, szlak ogórkowy zrobił na nas piorunujące wrażenie, ale nie będę ukrywał, że właśnie tego się spodziewałem… Za to Slawenburg to nie Biskupin, ale na pewno jest miejscem wartym odwiedzenia (szczególnie polecam polskiego lektora ;-) ). Podążając powoli ku zakończeniu relacji z Lübbenau, gorąco polecam Spreewald, nie tylko miłośnikom wycieczek rowerowych, ale przede wszystkim ludziom ciekawym świata :-) Na pewno każdy znajdzie tu coś dla siebie. Od wycieczek pieszych i oczywiście rowerowych, przez liczne muzea, po baseny z pingwinami. No i jeszcze do tego wszystkiego rzeka Szprewa ze swoimi kanałami, które tworzą niesamowitą sieć wodną, po której można pływać łódkami, gondolami, kajakami i wszystkim co da się prowadzić za pomocą wioseł ;-) Jeżeli chodzi o mnie, a dokładniej o mój pojazd, to Lübbenau również jest dla niego idealnym miejscem, przede wszystkim ze względu na możliwie niewielką odległość od serwisu ;-) Planuję powrócić na zamek za dwa lata, ale tym razem może w większym gronie. Zobaczymy co z tego wyjdzie…

Do usłyszenia z kraju :-)

***** Tekst utworzony 9.09.2011r. *****

Lübbenau 2011 – dzień 10. – Przejażdżka po ogórki…


***** Tekst utworzony 8.09.2011r. *****

Nasze środowe przypuszczenia się sprawdziły. Wczoraj nie dość, że przez prawie cały dzień padało, to jeszcze do tego wszystkiego zrobiło się zdecydowanie chłodniej. Żeby nie zwariować w ciemnej i wyziębionej od nocy stajni, w południe mimo lekkiej mżawki, wyrwaliśmy się z mamą na spacer do Netto. Przez dalszą część dnia, oglądaliśmy niemiecką telewizję, słuchaliśmy muzyki i stoczyliśmy ambitną walkę w Rummikuba, którą tym razem przegrałem 2:1 ;-)

Za to dzisiaj od rana pokazało się słońce, z tym że temperatura na zewnątrz była daleka od ideału i w ogóle nie dawała nam odczuć pierwszego dnia lipca… Prognoza pogody na następne dni była jeszcze gorsza, dlatego postanowiliśmy zacisnąć zęby, wyjąć z szafy moją tajną broń – kurtkę zwaną misiem – i przejechać się po Lübbenau. Chcieliśmy za jednym zamachem załatwić dwie sprawy. Musieliśmy zaopatrzyć się w pamiątki i prezenty dla najbliższych, ale przede wszystkim trzeba było uzupełnić wspomnienia, kompletując dokumentację fotograficzną z tej jakby nie było, interesującej mieściny. Zawsze przejeżdżaliśmy przez Lübbenau w pośpiechu i nigdy nie było ku temu odpowiedniej okazji… Naszą stajnię opuściliśmy grubo po dwunastej. Na początku postanowiliśmy pojechać do dzisiejszego najdalszego celu, którym było gospodarstwo rolne, a dokładniej plantacja. Tak, tak, może głupio to zabrzmi, ale pojechaliśmy tam po ogórki ;-) Cóż innego można stamtąd przywieźć do kraju, jak nie świeżutkie, zielone ogórasy. I to nie jakieś zatrute osobniki z Hiszpanii, tylko pierwszy sort prosto z Niemiec ;-) Tak na marginesie mówiąc, to zapewne Polacy uczestniczyli w całym tym procederze i to właśnie dzięki jakiemuś Grzesiowi, czy jakiejś Ani, którzy schylali się po każdego ogórka z osobna, będziemy mogli przywieźć kilka wiaderek tego miejscowego specjału do kraju… Mama najbardziej obawiała się jak powiemy, że chcemy małosolne, ponieważ właśnie na nie mieliśmy najwięcej zamówień. Na miejscu w gospodarstwie nie było z tym najmniejszego problemu, gdyż można było wszystkiego spróbować…

Ja co prawda nie skorzystałem z tego targowego przywileju, ale za to mama nie przepuściła sobie żadnego z rodzajów ogórków – dziabnęła i małosolne, i kiszone, i w occie, a nawet pikle… Kiedy już wiedzieliśmy czego chcemy, złożyliśmy zamówienie, poczym pani w białym, lśniącym czystością fartuchu, udała się do obory, czy składu, gdzie wszystko było pokryte albo białymi kafelkami, albo ryflowaną blachą – taki unijny standard ;-) Następnie w maksymalnie możliwych sterylnych warunkach, załadowała nasze wybrane ogóry do sześciu wiaderek. A trzeba Wam wiedzieć, że nie były to byle jakie wiaderka. Na każdym z nich były nadrukowane miejscowe atrakcje, czyli kanały pełne dennych łódek, miejscowe baby w strojach ludowych, snopy siana, bociany oraz te pieprzone, drewniane mostki ze schodami ;-) Gdybyśmy liczyli tylko na moją pojemność ładunkową, to mięlibyśmy spore problemy z załadowaniem całości na mój pokład. Z pomocą przyszły dwie sakwy z mamowego roweru… Z ogórkami za plecami ruszyliśmy więc dalej, a właściwie z powrotem, do centrum Lübbenau. Kilkaset metrów od plantacji, minęliśmy jakiś niby historyczny słup pocztowy. Na mnie nie zrobił on piorunującego wrażenia, dlatego w ogóle nie zagłębiałem się w jego przeszłość, za to moja mama spędziła przy nim trzy minuty…

Przez to jak zwykle musiałem na nią czekać… W międzyczasie zza chmur wyszło upragnione słońce i mój miś mógł dołączyć do ogórków kotłujących się w kufrze… Kiedy ponownie znaleźliśmy się w samym środku Lübbenau, na rynku stawiano scenę, parkowano przyczepy z piwem i kiełbaskami oraz dekorowano ulice krzaczkami, słomom i kolorowymi flagami. Na każdej krzyżówce stał porządkowy w czarnym mundurze, który kontrolował przepływ osób i towarów w centrum :-) Tak poza tym, to na wszystkich głównych drogach już od rana stały rozstawione barierki z zakazem wjazdu, nie dotyczącym jedynie mieszkańców, jak i zaopatrzenia. My na szczęście spełnialiśmy oba te warunki – mieszkamy w stajni i przewoziliśmy ogórki ;-) Cały ten cyrk, to zamieszanie, było spowodowane festynem, który miał dzisiaj ruszyć na dobre… Na chwilkę chcieliśmy odbić z głównego szlaku i przejechać się ulicą Poststrasse, która po obu stronach była przepięknie obsadzona kwitnącymi różami. Niestety cały efekt popsuło wesołe miasteczko, które wyrosło wzdłuż tej drogi, zaledwie w przeciągu dwóch dni…

Szkoda, że nie zrobiliśmy tam zdjęć na początku naszego pobytu… Nie pozostało nam nic innego, jak ponownie przejechać przez rynek i skręcić w prawo w kierunku zamku, a przede wszystkim portu, który był naszym następnym celem dzisiejszej sesji zdjęciowej. Żeby tam dotrzeć najpierw musieliśmy przejechać przez Ehm-Welk-Strasse…

Kawałek dalej skręciliśmy w prawo wjeżdżając na deptak prowadzący do Grossen Hafen, czyli portu, skąd odpływają i przypływają kursujące po Spreewald’zie gondole…

Na drugą stronę kanału można przedostać się pokonując jedną z dwóch tutejszych drewnianych kładek ze schodkami. My musieliśmy pojechać dookoła… Z portu cały czas było widać naszą stajnię razem z naszym tarasem. Objechaliśmy więc przystań z drugiej strony, zaliczając przy tym niewielki park z miejscową specjalnością – ogromnymi snopami siana…

Tak na marginesie mówiąc, okno za tą kupą słomy, to właśnie nasza zagroda, czy jak to zwą w stajni ;-) Kiedy już przejechałem wszystkie parkowe ścieżki wzdłuż i wszerz, powoli poturlałem się w kierunku portu. Do głównego kanału miałem zaledwie pięćdziesiąt metrów…

Kiedy już tą część Lübbenau mieliśmy obfotografowaną z każdej strony, wróciliśmy na zamek. A tam rozpoczęliśmy zdjęcia od oranżerii, w której obecnie mieści się kawiarnia. Aż wstyd się przyznać, ale z naszego pokoju mamy tam dosłownie trzydzieści metrów, a jeszcze nie udało nam się wypić tam choćby kawy. Normalnie nie ma kiedy załadować ;-) A oto oranżeria w całej okazałości…

W drodze powrotnej na parking, a dokładniej do przyczepy, zatrzymałem się jeszcze przy naszej stajni, w której mamy ogromną przyjemność mieszkać od dziesięciu dni…

Przez niewiele ponad dwie godziny, zrobiliśmy niespełna siedem kilometrów. Ale za to zdobyliśmy w końcu upragnione spreewald’zkie ogórki i dokładnie zapełniliśmy kartę pamięci w naszym aparacie fotograficznym… Chwilę po tym, jak wróciliśmy do naszego mieszkanka, ponownie się rozpadało. Żeby do końca nie zgnuśnieć, po obiedzie zagraliśmy z mamą w Scrabble – chyba nie muszę mówić kto wygrał? ;-) A wieczorem pozostała nam tylko telewizja i Craig David w moim ipodzie… Jutro ma niestety znowu padać, więc prawdopodobnie nie powiększymy przebiegu w naszych krążownikach. Szkoda, ponieważ pojutrze, w niedzielę, wracamy już do domu…

***** Tekst utworzony 8.09.2011r. *****