Miesięczne archiwum: Sierpień 2011

Szumi vs. Strażnik Puszczy 1:0 ;-)


Dzisiaj jedno było pewne już przed startem. Wiedziałem, że nie zmarznę. Od trzech dni w telewizji trąbili, że w piątek w całej Polsce będziemy mięli do czynienia z prawdziwym upałem. Rzeczywiście, tym razem pogodynki z TVN-u się nie myliły – dzisiaj mieliśmy najcieplejszy dzień w roku… Niestety jesień zbliża się wielkimi krokami, dlatego musiałem zrezygnować z normalnej, frywolnej wycieczki i wybrać się z Rafałem w plener, w celu nakręcenia materiału do mojego filmu. W tym roku chciałem jeszcze poświęcić na to dwa dni. Jeden z nich planowałem spędzić na drodze pomiędzy Czarną Łąką a Lubczyną, gdzie jest w miarę równa i pusta jezdnia położona nad jeziorem Dąbie i zielonymi polami. Nie mogłem również nie zapuścić się do Puszczy Bukowej. Właśnie dzisiaj, szukając schronienia przed palącym słońcem, postanowiłem pojechać w rejon osiedla Bukowego, Kołowa i Dobropola – czyli konkretnie do Puszczy… Zaraz po śniadaniu zaczęliśmy kompletować sprzęt. Dwie kamery, aparat i statyw musiało nam wystarczyć. Szumi Pictures to nie Universal ani Paramount ;-) Jeżeli chodzi o Puszczę Bukową, to najgorzej jest się tam dostać, ponieważ pierwsze 6 kilometrów trzeba przejechać po ruchliwych ulicach Szczecina, a później, żeby wspiąć się do Kołowa (najwyższego punktu w okolicy), trzeba pokonać ponad trzykilometrowy podjazd po leśnej drodze. Dla SuperFour’a taka górka to pryszcz, ale jeżeli chodzi o rower, to rzeczywiście trzeba mięć sporo mocy w nogach. Niewielu jest takich, którzy dają radę zdobyć Wzgórza Bukowe za jednym zamachem. Nawet w moim terenowym pojeździe, bez wspomagania silnika spalinowego raczej zabrakłoby mi po drodze prądu przed szczytem… Zazwyczaj pokonanie odcinka z domu do Kołowa zajmuje mi około godziny. Tak było i tym razem. Z bazy wyruszyliśmy o 11:45 i po sześćdziesięciu minutach byliśmy w najwyżej położonym punkcie na dzisiejszej trasie, tuż przy kamieniu, a właściwie głazie zwanym Sercem Puszczy. Kilometr wcześniej wyprzedziła nas jakaś leciwa czerwona Toyotka z paczką licealistów na pokładzie. Ten sam samochód dogoniliśmy właśnie przy wieży radiowo-telewizyjnej w Kołowie. Z daleka nie było za bardzo wiadomo o co chodzi, ale w każdym bądź razie auto stało zaparkowane na środku drogi, a zza niego wystawał pomarańczowy kogut z napisem Straż Leśna, przymocowany do zielonej terenówki strażników. Gdy uświadomiłem sobie, że to właśnie oni zatrzymali ruch, przypomniało mi się, że dwa zakręty wcześniej minęliśmy małą, brudną tabliczkę „Ścinka drzew – wstęp wzbroniony”. Podjeżdżając do radiowozu, byłem przekonany, że po prostu strażnicy na chwilę zamknęli drogę, żeby uporać się z jakimś pobliskim drzewem. W moim przekonaniu utwierdzał mnie hałas działających sto metrów dalej pił motorowych. Jednak tym razem byłem w błędzie… Jako, że zbliża się wrzesień, panowie leśnicy najwidoczniej chcieli podreperować swój leśny budżet i wypisać kilka mandatów po 500 złotych za złamanie zakazu, żeby była kasa na wypłaty… Na szczęście ja i mandat, to dwie i różne rzeczy. W końcu mam paszport Polsatu, kartę PAYBACK i jestem znajomym Piaska ;-) Gdy tylko wyłoniliśmy się zza zakrętu, jeden ze strażników powoli zaczął iść w naszym kierunku. Piętnaście metrów przed nami wyjął lizaka i nieśmiale nim machnął, żebym się zatrzymał. Chciałem podjechać jeszcze kawałek dalej i stanąć w kolejce za tą czerwoną Toyotą, ale kiedy minąłem leśnika, te krzyknął – Proszę się zatrzymać! Wtedy już byłem przekonany, że nie zatrzymano nas ze względu na chwilowy zator… Gdybym podszedł do całej sprawy twardo i zawzięcie, na dzień dobry powinienem powiedzieć – Gdzie masz ch*** czapkę?! ;-) Poza zielonymi spodniami i lizakiem w prawej dłoni, zatrzymujący nas facet, nie miał na sobie nic, co mogłoby świadczyć o jego przynależności do leśnej brygady… Mimo wszystko mając świadomość, że chyba jednak prawo jest tym razem po jego stronie, przyjęliśmy zasadę udawania miejscowych głupków, która zazwyczaj jest skuteczna… W momencie gdy ten pierwszy strażnik zajął się nami, drugi wypisywał już mandat tym, którzy dali się złapać wcześniej. Twarze, żeby nie powiedzieć gęby leśników były nam znane, ponieważ mieliśmy już przyjemność poznać się dwa miesiące temu, gdy zostaliśmy z Rafałem przez nich zatrzymani na leśnej drodze koło Dobropola. Wtedy bardziej kierowało nimi zaciekawienie moim pojazdem, niż chęć wystawienia mandatu. Dzisiaj nasze spotkanie miało zdecydowanie inny charakter… Jako, że z mojego ipod’a grała głośno muzyka, lizakowy zaczął rozmowę z Rafałem. Z tonu konwersacji łatwo było wywnioskować, że obejdzie się bez kary, ale swoje musieliśmy wysłuchać. Strażnik powiedział, że zdaje sobie sprawę z tego, że mój wóz jest pojazdem uprzywilejowanym, ale mimo wszystko podczas wycinki drzew naprawdę jest niebezpiecznie i Lasy Państwowe nie chcą mieć nas na sumieniu. Później przez kolejne dwie minuty uświadamiał nas o tym co grozi nam przy szalejących z piłami drwalach, aż w końcu po okazaniu przez nas ogromnej skruchy, pozwolił nam jechać dalej. Na odchodne dodałem jeszcze – Co złego to nie my – i żeby nie zostać przygniecionym przez padające w pobliżu buki, ostro ruszyliśmy w stronę Kołowa… Najbardziej dziwię się tamtym licealistom, którzy pokornie przyjęli mandat. Ja na ich miejscu, a nawet na swoim, nie poddałbym się tak łatwo. Tabliczka informująca o wycince i zakazie wjazdu po pierwsze była bardzo mała (30×30 cm), po drugie była doszczętnie zabłocona, na tyle, że ciężko było cokolwiek z niej odczytać, i w końcu po trzecie, wbili ją na jakimś kiju na poboczu, pół metra od drogi. Rafał naprawdę nie zauważył tej mizernej dykty… Idąc dalej tym tropem, skoro to takie niebezpieczne, to wydaje mi się, że droga powinna być mimo wszystko wyraźnie czymś zastawiona. W Stanach można by śmiało podać Lasy Państwowe do sądu o narażenie zdrowia i życia odwiedzających tą część Puszczy. Trzeba walczyć o swoje, prawda? ;-) Kilkaset metrów za blokadą dotarliśmy do normalnej, asfaltowej drogi, łączącej Szczecin z Kołowem, gdzie znaleźliśmy się po krótkiej chwili. Jako, że stamtąd przez najbliższe 6 kilometrów do Dobropola mieliśmy pod kołami właśnie asfalt, na rogatkach Kołowa wyjęliśmy z kufra sprzęt nagrywający i rozpoczęliśmy rejestrowanie moich skromnych wyczynów. Szkoda tylko, że nie mieliśmy kamer na wierzchu wcześniej, podczas interwencji Straży Leśnej – to dopiero byłby materiał – aktorstwo na hollywoodzkim poziomie :-) Kilometr za Kołowem minęliśmy bazę leśników i kawałek dalej wskoczyliśmy na najlepszą ścieżkę rowerową w powiecie…

Jest to normalna wąska, leśna droga, na której niedawno, dzięki funduszom z niezastąpionej Unii Europejskiej zrobiono całkowicie nową nawierzchnie. Na tej jezdni obowiązuje zakaz ruchu, który nie dotyczy służb leśnych i rowerów. Cały ten czterokilometrowy szlak biegnie przez Puszczę Bukową. Uwielbiam tą trasę! Nie tylko dlatego, że jest na niej pusto, a nawierzchnia jest równa jak przysłowiowy stół. Na całym tym odcinku prawie w ogóle nie ma prostych odcinków, jeden zakręt przechodzi w kolejny. Zawsze czuję się tam, jakbym jechał po prawdziwym wyścigowym torze… Cały czas Rafał kręcił mnie „z ręki” jadąc rowerem. Prawie do końca mieliśmy z górki, więc nie musiał podczas nagrywania pedałować, wystarczyło, że jedną ręką trzymał kierownicę i hamulec ;-) Druga kamerka była zamocowana na moim pojeździe…

Kiedy dojechaliśmy już do Dobropola musieliśmy zawrócić. Nie było po co się spieszyć, ponieważ byliśmy zmuszeni wrócić do Szczecina tą samą drogą, którą tu dotarliśmy, a wiadomo było, że do piętnastej drwale będą walczyć z bukami, a strażnicy liczyć na łatwą kasę… Większym problemem uniemożliwiającym nam kręcenie w czasie jazdy, był podjazd. Ostatnim razem Rafał dostał na nim nieźle w kość i to bez kamery, a do tego dzisiaj mieliśmy jeszcze prawdziwy żar z nieba. Dlatego, żeby go nie dobijać, przyjęliśmy strategię ujęć ze statywu. Operator jechał przodem, przyczajał się w rowach, na zakrętach, czy przy rozjazdach i nagrywał jak pędzę…

Kawałek przed Kołowem minęliśmy się ze strażnikami, którzy zakończyli na dzisiaj łapankę i szybko wracali do bazy. Koło Serca Puszczy widzieliśmy również drwali opuszczających traktorem las. Jednym słowem, droga do domu była czyściutka. Wystarczyło tylko życzyć sobie szerokości, przyczepności i śmiało mogliśmy zasuwać w dół do Szczecina ;-) Zjazd poszedł nam ekspresowo i już po kilkunastu minutach byliśmy w upalnym mieście. Muszę przyznać, że sprzyjała nam również sygnalizacja świetlna, dzięki której błyskawicznie przejechaliśmy przez osiedle Słoneczne. Kiedy na chwilę zatrzymaliśmy się na przejeździe kolejowym na ulicy Pomorskiej, Rafała złapał silny skurcz, przez co w ogóle nie mógł wyprostować nogi. Na szczęście należy on do prawie takich twardzieli jak ja, więc zacisnął zęby i starając się nie prostować kolana, jakoś dojechał do naszej bazy…

Dzisiejszy wybór Puszczy Bukowej był bardzo trafny. W cieniu wysokich buków nie było aż tak gorąco, jak w mieście i dało się jakoś wytrzymać… Do tego udało nam się nakręcić prawie dwie godziny materiału! Przypłaciliśmy to co prawda kontuzją operatora, ale już przed wyjazdem mówiłem, że z takim budżetem to ja mogę nakręcić co najwyżej reklamę Żabki, a nie porządne kino akcji ;-) Jeszcze tylko spróbujemy zrobić kilka ujęć koło Lubczyny i jesienią będę mógł zabrać się za montaż mojego dzieła :-) Już nie mogę się doczekać…

P.S. Wielkie podziękowania dla Straży Leśnej za nie wystawienie mandatu dwóm, zabłąkanym w Puszczy globtroterom ;-)

Zinnowitz 2011 – dzień 8. – Na pożegnanie do Trassenheide…


***** Tekst utworzony 28.04.2012r. *****

Po krótkiej, ostatniej na wyspie nocy, zerwaliśmy się z łóżek wyjątkowo wcześnie. Już przed dziewiątą siedziałem na wózku i będąc jeszcze w górze od piżamy, sączyłem poranną, obowiązkową herbatę. W tym czasie mama kończyła pakowanie. Pomimo tego, że byłem wyspany i wcale nie wstałem lewą nogą, mój humor od rana był mało radosny. Chandra dopadła mnie w chwili, kiedy to spojrzałem za okno i zamiast czystego, błękitnego nieba, ujrzałem ciemne, burzowe chmury oraz gwałtownie uginające się od podmuchów szalejącego wiatru drzewa. Powrót do Świnoujścia SuperFour’em był coraz mniej prawdopodobny… Kiedy byliśmy już praktycznie gotowi do opuszczenia Zinnowitz, o wpół do dziesiątej zjechaliśmy pustą windą na parter i udaliśmy się na ostatnie śniadanie. Jeszcze przed zamoczeniem widelca w mojej ulubionej jajecznicy z pomidorami, resztki nadziei pogrzebała w mojej głowie polska kelnerka, która doniosła nam, że kiedy rankiem opuszczała polską część Uznamu, nad Świnoujściem przechodziła ulewa z piorunami, a dodatkowo w miejscowym radiu ostrzegano przed silnymi burzami, które do wieczora mają siać postrach nad całą wyspą. Lekko ścięte jajka przestały mi smakować i z wielkim trudem sprzątnąłem swoją porcję z niedużego białego talerza. Po śniadaniu, w ponurych nastrojach wróciliśmy do pokoju, gdzie po kilku minutach w drzwiach pojawił się mój tata. Po zwięzłej i jak zwykle treściwej dyskusji, podjęliśmy ostateczną decyzję o rezygnacji z maratonu do Świnoujścia. Jednak, żeby przywieziony przez tatę rower nie był całkowicie bezużyteczny, w zamian za to, w ramach swego rodzaju pocieszenia, przed wyjazdem postanowiliśmy zaliczyć bezpiecznie zapowiadającą się przejażdżkę do pobliskiego Trassenheide… Zgodnie z obowiązującą w większości europejskich hoteli zasadą, do południa należało zwolnić zajmowany pokój, dlatego w związku z tym, jeszcze przed startem, ulokowaliśmy wszystkie nasze manele w samochodzie. Kiedy pokój numer 427 został już pusty, rozpoczęliśmy przeważnie długie i pracochłonne procedury przygotowujące do wymarszu…

W międzyczasie, gdy tata chował mój zwykły wózek do przyczepy, mama będąc w pełnym umundurowaniu zawodowej kolarki, z dumnie założonym granatowo-srebrnym kaskiem, udała się na recepcję, aby za pomocą magicznej karty kredytowej, zapłacić za nasz tygodniowy pobyt i przy okazji oddać klucz z oryginalnym i niepowtarzalnym, ręcznie rzeźbionym breloczkiem w kształcie latarni morskiej, która jednocześnie była symbolem czwartego piętra, na którym znajdował się nasz pokój. Kiedy to moja stara i poczciwa Meyra znalazła się w boksie, opuściliśmy z tatą parking i nie wrzucając nawet drugiego biegu w naszych maszynach, podjechaliśmy do głównego wejścia do hotelu, żeby poczekać tam na moją rodzicielkę. W takiej sytuacji nie mogłem sobie odpuścić i od razu zacząłem pozować tacie do pamiątkowego zdjęcia…

Po dwóch minutach dołączyła do naszego duetu mama i razem w trójkę ruszyliśmy po betonowych płytach w kierunku morza. Sto metrów dalej byliśmy już na właściwym szlaku, który z zinnowitzkiej promenady gwałtownie przemieniał się w leśną ścieżkę położoną na wydmach. Dobrze wiedzieliśmy czego się spodziewać – w końcu jechaliśmy tędy kilka dni wcześniej do Peenemünde… Jeżeli chodzi o pogodę, to rzeczywiście upał zelżał, nie ma co. W ciemnym i ponurym lesie, przy życiu utrzymywała mnie bluza zatrzymująca wiatr oraz niezastąpiona arabska arafatka. Mimo wszystko, ruch na ścieżce był spory. Mijaliśmy rower za rowerem. W związku z tym, nie mogłem sobie pozwolić na słabe panowanie nad moim monstrum, które poza kontrolą mogłoby spokojnie pokiereszować nie jednego przejeżdżającego obok mnie niemieckiego emeryta. Żeby nikogo nie zranić i nie spowodować żadnej czołówki, co jakiś czas zatrzymywałem się na poboczu i korzystając z taty gorących dłoni, ogrzewałem swoje, które już po chwili były lodowate…

Najlepiej wychodziła na tym moja mama, która przez całą dzisiejszą wycieczkę liderowała w naszym skromnym peletonie. Przejechanie dwuipółkilometrowego odcinka z Zinnowitz do Trassenheide zajęło nam kilkanaście minut. Znając już tamtejsze zakamarki wiedziałem, że przedostanie się moim szerokim pojazdem na deptak, z którego chcieliśmy zboczyć na plażę, będzie nieco skomplikowaną operacją. Na szczęście tym razem był to poniedziałek, do tego godzina była jeszcze młoda, więc ruch pieszy był znikomy, a całe niewielkie miasteczko dopiero powoli budziło się do życia. Wąski przesmyk pomiędzy ogródkami piwnymi, który poprzednim razem zmusił mnie do wykazania się ogromną precyzją w przeprowadzaniu tamtędy mojego łazika, dzisiejszego poranka był jeszcze całkowicie pusty i dzięki zerowej liczebności pałaszujących turystów, bez żadnego problemu prześliznąłem się pomiędzy plastikowymi krzesełkami. Były one swoistym portalem, po którego pokonaniu od razu z leśnej ścieżki, gdzie co chwilę spod kół wystrzeliwały miażdżone szyszki, znaleźliśmy się na nienagannie wysprzątanym i oceniając po ilości betonu dookoła, nowoczesnym deptaku w Trassenheide. Ze względu na zakaz poruszania się tam rowerami, moi rodzice zsiedli ze swoich jednośladów i prowadząc je w tempie pieszego, eskortowali mnie prosto na tamtejszą plażę znajdującą się przy samej promenadzie…

Sto metrów dalej, nad wyjątkowo wietrznym morzem, ani na trochę nie zjeżdżając z gumowej maty, zawróciłem i mając już dość wpatrywania się w fale, z gracją i elegancją puszczając przodem wszystkich niezmotoryzowanych, opuściłem plażę ponownie wjeżdżając na deptak. Chcąc przed powrotem wypić tradycyjne już cappuccino, zacumowaliśmy przy jednej z wolnych ławek i wysłaliśmy mamę, żeby znalazła gdzieś w okolicy takowy gorący napój… Kilka minut później, pijąc kawę, najprawdopodobniej po raz ostatni w tym roku, zażywaliśmy jodowych inhalacji. Dodatkowo słońce, które jak się później okazało zawitało na niebie na dobre, wcale nas nie popędzało i w żaden sposób nie wyganiało z gościnnej wyspy Usedom. Kąpiel słoneczna w Trassenheide zajęła nam prawie godzinę…

Po wyzerowaniu papierowych kubków z ciemną, energetyczną cieczą, już bez arafatki na torsie i z porozpinanymi bluzami, ruszyliśmy z powrotem do Zinnowitz, gdzie czekał na nas samochód. Szybki sprint zajął nam niecałe piętnaście minut i już po kwadransie byliśmy na miejscu. Żeby maksymalnie wykorzystać przychylną jeździe pogodę, nie skręciliśmy od razu w prawo w kierunku parkingu, tylko pojechaliśmy prosto, aby pokazać tacie zinnowitzką promenadę, po której nieraz włóczyliśmy się przez ostatni tydzień. Niestety jazda po takim deptaku nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy. Ruch pieszy i rowerowy był spory, dlatego musiałem drastycznie zwolnić i bez zbędnego ryzyka, przemknąć przez ten kilometrowy odcinek cywilizacji…

Nie uszkadzając żadnego Helmuta, ani też żadnej Helgi, na końcu Zinnowitz zawróciliśmy i z powrotem potoczyliśmy się na parking. Tam tata wrzucił mnie do samochodu i zajął się pakowaniem SuperFour’a do przyczepy. Następnie wystarczyło już tylko podpiąć ją do haka i punktualnie o trzynastej, przy radiowych wiadomościach, mogliśmy opuścić hotelowy parking… Całą drogę do Świnoujścia, gdy przejeżdżaliśmy wzdłuż ścieżki rowerowej, którą mieliśmy pierwotnie wracać, strasznie z mamą żałowaliśmy, że przez durne, w ogóle nie sprawdzające się prognozy pogody, zrezygnowaliśmy z powrotu rowerami do Polski. Wystarczyło poczekać w Zinnowitz do południa i śmiało można było startować w tę ostatnią, wymarzoną podróż. Następnym razem na pewno tak łatwo się nie poddamy! No właśnie – następnym? Tak, na sto procent wrócimy jeszcze kiedyś w te strony i odwiedzimy te zakątki wyspy, na których nasze opony jeszcze nie miały okazji stanąć. A co do naszej bazy, to zapewne po raz kolejny zostanie nią Casa Familia, która dla takich typków jak ja jest idealna i naprawdę gorąco polecam ją wszystkim wózkowiczom z Polski… Uznam, czy jak mówią Niemcy Usedom, ostatecznie opuściliśmy o 14:15 wjeżdżając na prom, którym przedostaliśmy się na wyspę Wolin…

Auf Wiedersehen Zinnowitz, do zobaczenia za dwa lata!

***** Tekst utworzony 28.04.2012r. *****

Zinnowitz 2011 – dzień 7. – Odwiedziny wysepki Görmitz oraz przełaj przez rezerwat Südspitz Gnitz…


***** Tekst utworzony 24.04.2012r. *****

    

Już niedziela. Niestety nasz tygodniowy pobyt w Zinnowitz dobiega końca. Jutro po śniadaniu wracamy na stały ląd, do Polski. W jaki sposób do tego dojdzie, nie jest jeszcze przesądzone, ponieważ wszystko zależy od pogody. Pod uwagę bierzemy dwa warianty. Pierwsza opcja jest dość mało wyrafinowana i wolałbym, aby do jej wykonania nie doszło. Kto by chciał wracać do kraju samochodem jako pasażer wiedząc, że za plecami w przyczepie, ciągnie za sobą wprost stworzony do takiej misji pojazd? Drugi wariant jest zdecydowanie bardziej wymagający, a ja właśnie wolę takie rozwiązania, w których mogę dać coś od siebie i pomimo wymaganych większych nakładów pracy, cel osiągnąć samodzielnie. Oczywiście na tyle, na ile jest to możliwe… Wyprawa z Zinnowitz do Świnoujścia na prom byłaby wspaniałym uwieńczeniem pobytu na wyspie Uznam. A co z naszymi bagażami? Jak dotrzemy ze Świnoujścia do domu? To akurat prosta sprawa. Tysiące naszych toreb, setki waliz i tony sprzętu odbierze z hotelu tata, który później zgarnie nas po drodze za przeprawą promową i bezpiecznie na pokładzie naszej renówki dostarczy nas prosto do Szczecina. Ale to wszystko jutro, a na dzisiaj mieliśmy inne, równie interesujące plany eksploracji wyspy… 

Jako, że jutro po śniadaniu, bez względu na pogodę musieliśmy opuścić Casę, przed południem pokręciliśmy się trochę po hotelu. Już na stołówkę zabraliśmy ze sobą aparat, żeby uwiecznić miejsca, w których spędziliśmy ostatnie siedem dni. Nie mogliśmy również zapomnieć o fotografii karteczki, która przez cały tydzień chroniła nasz stolik przed najazdem wrogich, otaczających nas dookoła Niemców ;-) RESERVIERT Familie Karlinski – co w wolnym tłumaczeniu znaczyło – nie chcesz zadzierać z tymi, którzy trzymają w przyczepie bestię, to lepiej nie siadaj przy tym stoliku…
 

Po śniadaniu, z którego jak zwykle wyszliśmy jako ostatni, zrobiliśmy jeszcze rundkę dookoła hotelu, poczym wróciliśmy do pokoju przygotować się do dzisiejszej przejażdżki… Tym razem chcieliśmy zaliczyć pobliski półwysep Gnitz. Jako, że większość turystów wybiera jednak ścieżki nadmorskie, spodziewaliśmy się na trasie pustek. Tym bardziej, że tam, gdzie mieliśmy zamiar dotrzeć, na mapach nie było żadnych rowerowych dróg, a były jedynie szlaki poprowadzone po normalnych samochodowych jezdniach… Ubraliśmy się w miarę ciepło, zabraliśmy ze sobą gorącą herbatę w termosie, wszystkie niezbędne gadżety, mapę i około wpół do dwunastej udaliśmy się na parking. Piętnaście minut później siedziałem już za sterami SuperFour’a i byłem gotów do startu. Przyzwyczajając się do nowej pozycji w moim pojeździe poczekałem chwilkę, aż mama uporała się ze swoim sprzętem i powoli poturlaliśmy się w kierunku centrum Zinnowitz. Pogoda była w sam raz na rowerową wycieczkę. Na niebie nie było widać ani jednej chmurki poza śladami latających nad naszymi głowami odrzutowców… Pierwszy odcinek, który mieliśmy do pokonania był długą prostą wzdłuż tutejszych parkingów. Gdy ten fragment trzystu metrów mieliśmy już za sobą, zgodnie z obowiązującymi przepisami powinniśmy skręcić w prawo i jednokierunkową uliczką ominąć ścisłe centrum. Może i tak powinniśmy postąpić, ale wykorzystując ostatnią szansę, chciałem przejechać przez główną ulicę miasteczka i zrobić sobie chociaż kilka pamiątkowych zdjęć. Żeby do tego doszło, musieliśmy przez kilkaset metrów pojechać spokojną nadmorską uliczką pod prąd… Nie wiem czy ja ich przyciągam, czy oni po prostu mnie śledzą, ale jak zwykle wjechałem prosto na jadący z naprzeciwka radiowóz :-) Dwoma kołami wskoczyłem na chodnik po prawej stronie jezdni, a oni jakby mnie naśladując zrobili to samo z drugiej. Powoli się minęliśmy i każde z nas pojechało dalej w swoim kierunku. Po chwili dotarliśmy do promenady prowadzącej do mola. Niedzielny tłum przelewający się po chodnikach, lekko mnie przeraził. Na ulicy również nie można powiedzieć, żeby było pusto. Sznur powolnie toczących się samochodów, ciągnął się w obu kierunkach po horyzont. Widząc taki rozwój sytuacji, od razu zrezygnowałem z sesji zdjęciowej i czym prędzej postanowiliśmy opuścić Zinnowitz uciekając na południe. Jazda w korku była trochę nużąca. Do tego, co kilkadziesiąt metrów musieliśmy przepuszczać pieszych, którzy na wyraźnie wymalowanych pasach, mieli pierwszeństwo, a w każdym bądź razie należało zachować się po europejsku i zatrzymać się przed przejściem… Kiedy już udało nam się przedostać do malutkiego ronda, większość szpanerskich kabrioletów i podrasowanych golfów GTI skręcała tam w lewo. My uciekając od tego zgiełku pojechaliśmy prosto, wpuszczając się na brukowaną ulicę Neue Strandstrasse, która po chwili zamieniła się w Alte Strandstrasse, co zdecydowanie bardziej pasowało do otoczenia. Stuki i puki w moim zawieszeniu były na tyle uciążliwe, że postanowiłem przerzucić się z jezdni na niewiele lepszy chodnik. Był on dosyć wąski i tragicznie pofałdowany przez korzenie pobliskich leciwych drzew, ale za to, poza jedyną towarzyszącą mi kolarką, nie było na nim żywego ducha. Dodatkowym plusem była możliwość wyprzedzenia kilkunastu samochodów, które zatrzymał zamknięty szlaban na przejeździe kolejowym, do którego zbliżaliśmy się w imponującym tempie. Gdy do niego dotarliśmy, czerwono-biała blokada uniosła się w górę nie pozwalając nam zatrzymać się na odpoczynek. Nie mieliśmy innego wyjścia, jak tylko jechać dalej. Po kilku bardzo wąskich przesmykach pomiędzy grubymi wierzbami a ogrodzeniami pobliskich domów, miałem serdecznie dość takiej jazdy i korzystając z luki, wjechałem na ulicę. Mama oczywiście nadal pozostała na chodniku i bezpiecznie pedałowała w cieniu starych drzew… Nie wiedząc kiedy, nad wyraz sprawnie, dojechaliśmy do skrzyżowania z główną drogą na wyspie numer 111. W iście ekstremalnym stylu musieliśmy przeciąć ją i pojechać dalej prosto trasą OVP29 na południe. Niestety nie znaleźliśmy w pobliżu żadnego ułatwienia w postaci chociażby przejścia dla pieszych. W takim wypadku pozostało nam jedynie uzbroić się w cierpliwość i poczekać na odpowiedni moment do przemknięcia na wprost. Jako, że cały czas znajdowaliśmy się na terenie Niemiec, nie musieliśmy czekać zbyt długo, ponieważ już po chwili jeden z kierowców zatrzymał się i pozwolił nam spokojnie przejechać na drugą stronę 111-stki. Dzięki temu, powoli opuszczając Zinnowitz, znaleźliśmy się na Neuendorfer Weg. Pod kołami pojawił się już co prawda asfalt, ale nie był to zachodni majstersztyk, do jakiego przywykłem podróżując po niemieckich autostradach. Chociaż mówiąc prawdę, próżno było szukać na nim dziur, a jedyne do czego można było się przyczepić, to ilość łat, których było pełno. Jedna zamieniała się w drugą, ale mimo wszystko warunki pracy mieliśmy wzorowe… 
  

Jadąc tą trasą, aż trudno było uwierzyć, że nadal jesteśmy w Zinnowitz. Brak chodnika, nierówna nawierzchnia i nieduże, ponure domki, w ogóle nie pasowały do obrazu nadmorskiej miejscowości. Bardziej wyglądało to na NRD-owską wioskę, niż na kurort nazywany w przewodnikach wanną Berlina… Długa prosta, którą jechaliśmy, pięła się sukcesywnie do góry, aż na jej końcu ukazał się nam przepiękny widok na Zalew Szczeciński oraz nowobudowane ekologiczne osiedle domków ze strzechą. Słońce tak mocno odbijało się w gładkiej tafli wody, że nawet okulary przeciwsłoneczne niewiele pomagały. Na szczęście po krótkiej chwili droga skręciła w prawo i ostre światło nie było już tak uciążliwe. O 12:12 pożegnaliśmy Seebad Zinnowitz jadąc dalej mało uczęszczaną jezdnią. Za jednym z kolejnych zakrętów, pojawił się znak świadczący o tym, że gdzieś przed nami, napotkamy na jakiś remont. Ku mojemu zaskoczeniu wcale nie chodziło o drogę, a wręcz przeciwnie. Właśnie skończono budowę nowej, nie widniejącej jeszcze na naszych mapach, ścieżki rowerowej. Chyba nie muszę mówić, jak ucieszył nas ten fakt. To była bardzo miła niespodzianka, która na pewno usprawniła naszą wyprawę na półwysep Gnitz…
  

Kiedy zatrzymaliśmy się na samym początku tej jeszcze świeżej dróżki, wyprzedziła nas grupka trzech rowerów. Dobrze ich zapamiętałem, ponieważ przez te ponad trzy tysiące kilometrów, które przebyłem już prowadząc mój wehikuł, nigdy nie spotkałem tak oryginalnej ekipy. Tym bardziej, że miało to miejsce u naszych zachodnich sąsiadów… Jak już mówiłem było ich trzech. Nie byli standardowo po sześćdziesiątce jak większość tutejszych turystów. Ich wiek oscylował w granicach 35-45 lat. Byli chyba pierwszymi napotkanymi kolarzami, którzy na swoich jednośladach nie posiadali rowerowych toreb i sakw, bez których normalny Niemiec nie opuszcza swojej bazy. Zamiast tego na każdym z rowerów powiewała foliowa torebka przyczepiona grubym drutem do tylnego bagażnika. I wcale nie były to kolorowe, rozkładające się przez tysiące lat foliówki z Netto czy Aldika, tylko biodegradowalne, cieniutkie i praktycznie jednorazowe torebki, wypełnione po brzegi prowiantem. Przez mocno wiejący wiatr, hałasowały bardziej niż mój silnik chodzący akurat na najniższych obrotach. Torebki to jeszcze nic, przecież nie każdego stać na drogi kolarski osprzęt. Rowery, ich weekendowe ubrania rodem ze „Słonecznego Patrolu”, czy też zakąski na pace nie były w stanie przyćmić tego, co mieli powkładane w uchwyty od bidonów. Zamiast plastikowych pojemników na picie, każdy z nich miał tam upchaną półtoralitrową butelkę hiszpańskiego piwa. Zawodowcy, nie ma co :-) Tempo ich jazdy nie było zbyt wysokie, dlatego przez dłuższy czas jechaliśmy razem, utrzymując pomiędzy naszymi maszynami stały dystans… Po definitywnym opuszczeniu Zinnowitz, wjechaliśmy w liściasty las. Tam, po bardzo ostrym zakręcie o dziewięćdziesiąt stopni w lewo, znaleźliśmy się na jednej z najdłuższych prostych z jaką miałem przyjemność obcować. Przez półtora kilometra ścieżka biegła po linii prostej, przypominając pas startowy na lotnisku. Osobiście zdecydowanie bardziej wolę kręte odcinki, na których coś się dzieje i trudno o senność… Po pokonaniu tego nudnego fragmentu trasy, dotarliśmy do Neuendorf. Po niewiele ponad trzydziestu minutach mieliśmy już przejechane około sześciu kilometrów. W związku z tym, że szło nam nienajgorzej, postanowiliśmy odbić na chwilę ze szlaku i odwiedzić pobliską wysepkę Görmitz… 

W centrum malutkiej wioski Neuendorf skręciliśmy w lewo tym samym zjeżdżając z głównej drogi na południe. Od razu znaleźliśmy się na tak zwanej Zone 30. Jezdnia była podzielona na czerwoną część dla pieszych oraz asfaltową dla samochodów, ale prawdę mówiąc nie napotkaliśmy tam ani jednych, ani drugich. Cała miejscowość odpoczywała… Po kilku zakrętach domki się skończyły, a my wjechaliśmy na ogromną otwartą przestrzeń, gdzie zielone, podmokłe pola, zlewały się z błękitną wodą Zalewu. Jedynym, co burzyło tą dziką harmonię, były oddalone od nas o kilkaset metrów pompy wydobywające spod ziemi ropę. Trochę nas to zdziwiło, ale później przeszukując internet potwierdziłem tą informację. Już podobno od czasów NRD na półwyspie wydobywa się ropę. W szczytowym okresie produkowano tam 220 tysięcy ton rocznie, a dziś jest to zaledwie 7 tysięcy ton w ciągu roku. Nie wiem, czy to dużo, czy też mało, ale w każdym bądź razie ani Neuendorf, ani pobliskie Lütow w żadnym stopniu nie przypominają Emiratów Arabskich, więc chyba nie są to jakieś nadzwyczajne wydobywnicze wyniki… Równo z tablicą oznaczającą koniec miejscowości skończył się asfalt i przez następne dwa, a licząc podróż w obie strony cztery kilometry, musieliśmy tłuc się po wąskiej drodze ułożonej z nierównych betonowych płyt… 
  

Momentami miałem wrażenie, jakbym jechał cały czas po schodach. Rzadko kiedy szare płyty położone koło siebie leżały na tym samym poziomie. Stukot, jaki wytwarzałem podczas tej powolnej jazdy, przypominał takt, jaki wystukują pociągi sunąc żwawo po szynach. Puk-puk, puk-puk, puk-puk, puk-puk… Podziwianie widoków było dosyć utrudnione przez wysokie, miejscami już trochę wyschnięte trawy, które przewyższały swoim wzrostem nawet mojego prawie stuosiemdziesięciocentymetrowego SuperFour’a. Nie pozostało nam nic innego, jak tylko bez rozglądania się dookoła, cały czas uważnie spoglądając pod koła, sukcesywnie sunąć w kierunku wysepki Görmitz. Pomimo małej atrakcyjności tego miejsca, po drodze minęliśmy kilka rowerów, które również poszukiwały wrażeń w tym zakątku Uznamu… Po przejechaniu ponad kilometra wzdłuż dzikich pól, dotarliśmy do najbardziej ciekawiącego mnie punktu na dzisiejszej trasie, a mianowicie sztucznego nasypu, czy też grobli, która jest jedyną drogą łączącą te dwie wyspy…

  

Na tym prostym odcinku, nawierzchnia się nie zmieniła ani trochę poza tym, że zrobiło się zdecydowanie szerzej. Dotychczas szlak wyraźnie stanowił jeden pas ruchu, natomiast tutaj, na usypanym moście, mieliśmy już do czynienia z podwojeniem wąskiego traktu. Niestety dziury i szczeliny pomiędzy płytami, były również pomnożone razy dwa. Przez to nasz sprinterski rajd zamienił się w coś na kształt spaceru…
  

Ten ponad półkilometrowy odcinek, stworzony całkowicie przez człowieka, okazał się być miejscem weekendowych spotkań tubylców, którzy w kilku wyznaczonych na grobli punktach, łowili ryby, opalali się na rozłożonych leżakach, a nawet rozpalali grille i ogniska. Nawet mocniejsze podmuchy wiatru pędzącego znad wody, nie były w stanie zakłócić niedzielnej sielanki… Co jakiś czas robiąc zdjęcia, powoli kroczyliśmy na Görmitz. Za każdym razem mijając koczowiska Niemców, kulturalnie i zgodnie z zachodnimi obyczajami pozdrawialiśmy się nawzajem. Czasami było to tylko sugestywne skinienie głową, a czasami kończyło się na machnięciu ręką oraz wymianie „Morgen”, czy też bardziej uniwersalnych „Hi” lub „Hello”. Po przemknięciu koło czterech, a może nawet i pięciu takich obozów, nasyp mieliśmy już za sobą i po pokonaniu ostrego zakrętu w prawo, byliśmy na wysepce. Beton pod naszymi kołami nie zniknął, ale za to wyraźnie dało się odczuć, że płyty były dużo mniej zużyte niż te, po których jechaliśmy na odcinku pomiędzy wyspami. Dodatkowo szarą, twardą nawierzchnię, w wielu miejscach pokrywała zielona trawa, która wyrastała spod spodu, pokrywając większość dziur i nierównych przerw pomiędzy betonem. Kiedy już obiema nogami znaleźliśmy się na Görmitz, nasze przypuszczenia potwierdziły się w stu procentach. Byliśmy po prostu na sporej, podmokłej polanie, która wystawała ponad powierzchnię Zalewu. Będąc już tak daleko od pierwotnego szlaku, szkoda było od razu zawracać, dlatego postanowiliśmy wjechać w głąb wyspy. Przejechanie z jednego końca Görmitz na drugi zajęło nam może pięć minut. Zarośnięta droga urwała się nagle wjeżdżając w ogromne, błotniste kałuże. Tam też stały trzy budynki, będące jedynymi zabudowaniami na wyspie. Sądzę, że jakiś czas temu hodowano tutaj krowy. Dwie z tych ruin pozostałych zapewne jeszcze po NRD, wyglądały na opuszczone obory, a w ich pobliżu na pastwiskach rozłożone były elektryczne pastuchy, mające na celu zatrzymać krnąbrne krasule na wyznaczonej łące. Po ocenie wyglądu tych budynków, jestem przekonany, że już od bardzo dawna nikt w nich nie urzęduje, a już na pewno nie trzyma tam bydła… Korzystając z czegoś na wzór zatoczki, zawróciliśmy i w żółwim tempie, nie płosząc chronionych na wyspie gatunków ptaków, ruszyliśmy z powrotem na Uznam… 
  

Uważnie ponownie pokonaliśmy nasyp i po kilkunastu minutach mało komfortowej trzęsiawki doczłapaliśmy do Neuendorf. Droga powrotna do naszego szlaku, wyzwoliła we mnie nowe pokłady energii, dzięki którym nie zważając na stuki i puki zawieszenia, skutecznie uciekłem mamie, która toczyła się kilkaset metrów za mną. W związku z tym, nie miałem innego wyjścia, jak zakamuflować się gdzieś w Neuendorf i poczekać na nią na poboczu pustej drogi. Jak zawsze ustawiłem się tak, żeby mieć na oku w lusterku całą trasę za moimi plecami i spokojnie czekałem regenerując siły na dalszą część dzisiejszej wyprawy. Kilka minut później, razem powróciliśmy do głównej krzyżówki w Neuendorf, gdzie wcześniej zboczyliśmy z naszego szlaku. W tym miejscu niestety kończyła się nowa ścieżka rowerowa i dalszą jazdę musieliśmy kontynuować jezdnią. Na szczęście znajdowaliśmy się na całkowitym odludziu i droga, po której przemieszczaliśmy się na południe, była praktycznie pusta… Przejazd krętą ulicą biegnącą przez Neuendorf zajął nam dosłownie minutę. Przez wszystkie te zakręty, dziesięć metrów za mamą, którą miałem za plecami, cierpliwie sunął ogromny, zielony traktor z dwiema jeszcze większymi od siebie przyczepami. Każde z jego kół było wyższe od mojego SuperFour’a. Gdyby tylko chciał, mógł po nas przejechać i zapewne nawet by nas nie poczuł pod swoimi grubymi oponami, których nie powstydziłby się żaden Monster Track. Dopiero kiedy zakręty się skończyły, a widoczność przed nami ukazywała około kilometra w przód, niemiecki rolnik zdecydował się nas wyprzedzić. Chwilę po tym, jak to wielkie, zielone monstrum nas minęło, my minęliśmy tablicę oznajmiającą koniec miejscowości… 
  

Mniej więcej tam, rozpoczęła się lekko opadająca, długa prosta łącząca Neuendorf z Lütow. W połowie tego dwukilometrowego odcinka, dogoniliśmy traktor, który na pobliskim polu graniczącym z naszą drogą, odbierał od dwóch kombajnów świeżo ścięty towar. Podczas ładowania tej sypkiej masy, którą najprawdopodobniej była pszenica, w kierunku drogi, którą jechaliśmy, leciały prawdziwe tumany kurzu. Kiedy wjechaliśmy w tą gęstą chmurę, widoczność przed nami była zerowa. Prawdziwy Smoleńsk… Do tego pył, który fruwał w powietrzu, skutecznie utrudniał oddychanie. Ja ze swoimi mizernymi wdechami, nie wciągnąłem do płuc tego drapiącego dziadostwa. Gorzej było z mamą, która zakrztusiła się tym ciemnym pyłem i przez kolejny kilometr, dusiła się nie przestając przy tym pedałować… Na końcu tego długiego zjazdu wjechaliśmy do Lütow. Nadal cały czas jechaliśmy prosto szukając na drzewach i słupach niewielkich tabliczek ze strzałkami wyznaczającymi nasz szlak. Mijaliśmy dom za domem, aż droga, którą jechaliśmy się skończyła i przed nami pojawił się Zalew. Żeby bezsensownie nie krążyć wyjęliśmy mapę i poszukaliśmy najlepszego rozwiązania. Okazało się, że musieliśmy przegapić drogowskaz, który powinien skierować nas sto metrów wcześniej w prawo. Korzystając z samochodowej zatoczki, zawróciłem wśród wysokich trzcin i szybko ruszyłem za mamą. Przed skrętem, byłem już tuż za nią i ostro ścinając zakręt wyszedłem na prowadzenie. Przez następne kilkaset metrów, przecierałem szlak, jadąc wąską lokalną drogą będącą jednocześnie deptakiem. Po drodze wyprzedziliśmy grupkę spacerujących emerytów, którzy najwidoczniej podążali w tym samym kierunku, co my. Dwa łagodne zakręty dalej, dojechaliśmy do końca jezdni. Przed nami wyrosło wysokie ogrodzenie, którego siatka była dokładnie pokryta najróżniejszymi, ciemnozielonymi pnączami. W niewielkiej przerwie pomiędzy płotem znajdowała się furtka, a obok niej tablica informacyjna, która w niewielkim stopniu wyjaśniała to, co czeka nas po drugiej stronie ogrodzenia… 
  

Wysoka siatka wyznaczała teren rezerwatu Südspitz Gnitz, czyli południowego przylądka leżącego na wyspie Uznam. Z naturalnych przyczyn, na terenie rezerwatu występowały jedynie wąskie ścieżki pieszo-rowerowe. O prawdziwej utwardzonej dróżce, można było co najwyżej pomarzyć… Pomimo niesprzyjających warunków, postanowiliśmy dostać się do środka. Otwartą furtkę pokonałem bez żadnego problemu. Gorzej zrobiło się kilka metrów za ogrodzeniem, gdzie gęste krzaki i nieduże drzewa, gwałtownie zwęziły  szerokość naszego szlaku, na którym ponad metrowy SuperFour miał spore trudności. Nasza prędkość od razu spadła do około dwóch kilometrów na godzinę. Właściwie właśnie tam, dzisiejsza wycieczka zamieniła się z normalnej krajobrazowej przejażdżki w wyprawę, a nawet w pełnoprawny rajd przełajowy… Ze względu na spacerowe tempo przeprawy, nasze jak i przede wszystkim uszy chronionych na półwyspie gatunków zwierząt, mogły odpocząć od hałasu mojego silnika, który zgasiliśmy… Przez dłuższą część rezerwatu, po lewej stronie ścieżki rosły przeróżne twarde i klujące krzaki, które co chwilę próbowały przerysować moją styraną już w boju karoserię. Z drugiej zaś strony, rzadko wystawało coś z ziemi kilka centymetrów ponad trawę. Za to tuż przy wydeptanej dróżce rozciągnięty był elektryczny pastuch, który miał oddzielić nas od pasących się luzem byków. Cały czas zastanawiałem się, czy lepiej porysować sobie lewy bok, czy może przysmażyć prawy…
  

W pewnym momencie, byliśmy zmuszeni wyminąć się z jadącymi z naprzeciwka rowerami. Było to nie lada wyzwaniem, ponieważ sam SuperFour zajmował jakieś 120 procent całej szerokości ścieżki. Na szczęście byliśmy w Niemczech, gdzie wszyscy byli dla mnie mili i wyrozumiali, bo na przykład w Polsce nie wiadomo jak to by się skończyło ;-) Kilka minut później i zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej, zostaliśmy wyprzedzeni przez tych, których mijaliśmy jeszcze przed wjazdem na teren rezerwatu. Gdy tylko nas zobaczyli, od razu z uśmiechem na twarzach zaczęli mówić w naszym kierunku coś po Niemiecku. Trudno było zrozumieć choć jeden wyraz, ale dzięki gestom, ich słowa stały się dużo bardziej zrozumiałe. Oczywiście chodziło im o to, że mój pojazd jest troszeczkę za szeroki jak na tą dróżkę. Zgodziliśmy się z nimi i pościliśmy ich grzecznie przodem. Ponieważ nasza prędkość nie była szczytem możliwości mojego sprzętu, przez następne sto metrów poruszaliśmy się razem z tymi rozbawionymi Niemiaszkami, których cel podróży zdradzały plażowe ręczniki oraz piknikowy kosz. Kiedy przez moje stanowcze zwolnienie ze względu na najwęższy fragment przeprawy, nasi zachodni przewodnicy odskoczyli nam kawałek w przód, nie wiedząc czemu, zatrzymali się wśród wysokich drzew i na nas czekali. Gdy się do nich doturlaliśmy okazało się, że na szlaku znajdował się malutki drewniany mostek, pod którym leniwie próbowała płynąć woda z pobliskich pól. Tamci nie znając możliwości SuperFour’a myśleli, że nie uda mi się przedostać na drugą stronę rowu, dlatego czekali na nas, żeby pomoc mamie przenieść mój pojazd…
  

Podjechałem bliżej kładki i poddałem ją wnikliwej ocenie. Patrząc na nią z boku, najtrudniejszym wydawał się sam wjazd na mostek, ponieważ żeby się na nim znaleźć, trzeba było pokonać dwa schodki. Wziąłem więc odpowiedni rozpęd i od razu wskoczyłem przednimi kołami, poczym się zatrzymałem. Moje opony ledwo mieściły się na kładce, która była stworzona idealnie na miarę SuperFour’a. Nie miałem nawet pięciu centymetrów marginesu, o który ewentualnie mógłbym zahaczyć. Kiedy już przednią oś miałem na moście, ostro wystartowałem wrzucając swój ciężki tył na górę. Po tym, wystarczyło tylko uważnie przejechać przez pięciometrową kładkę i powoli z niej zjechać, również po dwóch drewnianych schodach…
  

Kiedy towarzyszący nam, zaprzyjaźnieni już Niemcy zobaczyli na co mnie stać, wiedzieli, że nie będą nam więcej potrzebni i poszli dalej przodem. Zaraz za mostkiem, ubity wcześniej piach zamienił się w mokre błoto. Dookoła otaczał nas podmokły teren, na którym ciężko było ustać starym i grubym drzewom. Za to miejscami było trochę szerzej, dzięki czemu łatwiej było się wyminąć ze spotykanymi na szlaku turystami, którzy bez względu na to, czy byli pieszo, czy też na rowerach, osiągali wyższe średnie prędkości niż my…
  

Czas mijał nam w zastraszającym tempie, a zdobyte kilometry wcale nie chciały rosnąć. Przedzierając się dalej przez błota i chaszcze, dotarliśmy do malutkiej polany położonej zaledwie metr, może dwa, nad poziomem pobliskiego Zalewu Szczecińskiego. Była ona przedzielona licznymi kablami podłączonymi do wysokiego napięcia. Na samym środku, znajdowała się przerwa pomiędzy drutami. Niestety przedostanie się przez nią na drugą stronę elektrycznego pastucha, było możliwe tylko dla chodzących, ponieważ był tam zamontowany kołowrotek, taki jak w niedużym markecie, który skutecznie mnie zatrzymał. Wiedzieliśmy, że nasza droga się skończyła… Nie pozostało nam nic innego, jak tylko zawrócić. Ale przed tym zrobiliśmy sobie krótką przerwę, a nawet śmiało można by powiedzieć piknik z gorącą herbatą i ciasteczkami…
  

Trochę było szkoda, że nie uda nam się zdobyć południowego przylądka półwyspu, ale na dobrą sprawę, nie było po co pchać się dalej, ponieważ w tej niedostępnej dla mnie części rezerwatu Südspitz Gnitz, luzem, na całkowitej wolności, pasły się białe… byczki!
  

Plaża, która znajdowała się zaraz za kołowrotkiem, wyglądała jak typowe kąpielisko nad jeziorem. Żółty, prawie biały w słońcu piasek, służył nielicznym plażowiczom do rozłożenia koców i ręczników. Niektórzy z nich pluskali się w wodzie Zalewu wiedząc, że na sto procent nie spotkają w niej rekinów. W zamian za to, dreszczyk emocji na pewno podnosiły biegające byki, które leniwie żuły trawę… Gdy jeden z nich zaczął się powoli do nas zbliżać, postanowiliśmy zakończyć podwieczorek i w zorganizowanym pośpiechu, rozpoczęliśmy procedury startowe. Niby byliśmy oddzieleni od niego drutami podłączonymi do wysokiego napięcia, ale jednak nie mieliśmy pewności, czy rzeczywiście płynie po nich prąd. Poza tym, taki rozwścieczony byczek mógłby w ogóle nie zważać na taki szczegół, jak jakiś tam lichy pastuch. Spakowanie wałówki, wjechanie fotelem do środka mojego pojazdu oraz zawrócenie, zajęło nam około trzech minut, ale na szczęście w tym czasie biały, ponad półtonowy byk, nie bardzo zwracał na nas uwagę. Mimo wszystko mama tak przejęła się ewakuacją, że nie zrobiła wyraźnego zdjęcia temu siejącemu postrach stworzeniu. Musicie uwierzyć mi na słowo, że była to naprawdę wściekła i krwiożercza bestia o, na nasze szczęście, łagodnym temperamencie ;-) Powrót był monotonny i trochę męczący. Nie mogłem się doczekać kiedy opuścimy teren rezerwatu. Koniecznie chciałem rozwinąć maksymalną prędkość mojego quada, ale na wąziutkiej ścieżce, było to niemożliwe. Pomimo wszystko znajomość drogi powrotnej, pozwalała nam zdecydowanie szybciej pokonać odcinek specjalny przez obszar objęty ochroną. Dosyć sprawnie dotarliśmy do mostku, który tym razem lekko starał się uprzykrzyć mi jego pokonanie. Przednie koła wjechały na kładkę perfekcyjnie, natomiast schody zaczęły się z chwilą, kiedy próbowałem wjechać na górę tylną osią… Wilgotne, pokryte zielonym mchem deski pod moimi przednimi oponami, nie pozwalały mi wciągnąć po dwóch stopniach pozostałych dwóch kół. Dziesięciocalowe felgi kręciły się w miejscu, wyślizgując przy tym śliski już mech. Kilka razy wycofywałem do tyłu i ponownie gwałtownie przyspieszając próbowałem wspiąć się na most. Dopiero za piątym razem, kiedy mama zdecydowanie popchała mój zadek, udało mi się wjechać na kładkę. Zjechanie z niej nie było już tak trudne i bez problemu opuściłem ją zeskakując na piaszczystą dróżkę… Kawałek dalej, gdy podmokły, grząski teren zamienił się w suchy i ubity piach, mama zarządziła przerwę na siusiu. W związku z tym, zjechałem ze ścieżki na wysoki nasyp oddzielający nas od wód Zalewu i poczekałem na moją towarzyszkę, która zeszła na dół z jego drugiej strony, żeby pozbyć się tego, co nie pozwalało jej kontynuować jazdy. Pech chciał, że z miejsca, gdzie mama poszła się załatwić, rozpościerał się niesamowity widok na niewielką zatoczkę, w której rozstawione były rybackie sieci. Będące już nisko słońce, doskonale wszystko to oświetlało, tworząc ten zakątek, jeszcze bardziej magicznym. Grupa Niemców, która właśnie przechodziła, również chciała rzucić okiem na Zalew. Wspięli się na wysoki, porośnięty trawą wał, na którym stałem i na widok sikającej w krzakach mojej rodzicielki, od razu zawrócili na jednej nodze, dodając przy tym pod nosem – All so… Minutę później, powoli stoczyłem się z nasypu na wydeptaną ścieżkę i razem z mamą ruszyłem w kierunku bramki będącej granicą rezerwatu. Kilkaset metrów dalej, dotarliśmy do furtki i z powrotem znaleźliśmy się na asfaltowej uliczce w Lütow, tuż przy domku z często spotykaną w tej okolicy strzechą… 

  

Następnym celem naszej dzisiejszej wyprawy było Netto w Zinnowitz. Żeby tam dotrzeć, najpierw musieliśmy opuścić półwysep Gnitz i dojechać jezdnią do Neuendorf, a stamtąd nową ścieżką rowerową do Seebad Zinnowitz. Wyjazd z Lütow nie był wymagający, tym bardziej, że po drodze nie spotkaliśmy żadnego samochodu. Od razu za tablicą oznajmującą o końcu miejscowości, jezdnia zaczęła piąć się w górę, żeby po pięciuset metrach wyrównać, a kolejny kilometr dalej znowu gwałtownie opaść do tego samego poziomu, co w Lütow. Podczas podjazdu odskoczyłem mamie daleko do przodu i nie miałem najmniejszego zamiaru zwolnić. Po prawie dwóch godzinach spaceru po Südspitz Gnitz, musiałem w końcu się wyszaleć i poczuć wiatr we włosach. Jako pierwszy zdobyłem szczyt i nie chciałem oddać prowadzenia, nawet kosztem wdechnięcia kolejnej porcji pyłu z pola… 

  

Tym razem na szczęście wiatr hulający po polu wiał od drogi, więc obyło się bez wstrzymywania oddechu na dłuższą chwilę… Na końcu ponad dwukilometrowej prostej, rozpoczął się wyczekiwany zjazd kończący się partią ostrych zakrętów po przekroczeniu rogatek Neuendorf. Mama była już tylko malutką kropką w moim lusterku, a na potencjometrze prędkości maszyny prowadzonej przeze mnie, po raz pierwszy dzisiaj zawitała siedemnastka. Widząc to, od razu przypomniało mi się, że po raz ostatni, udało mi się wyciągnąć tyle z SuperFour’a na wydmach na początku tygodnia. Wtedy wózek z niewyjaśnionych jeszcze przyczyn, nagle się zatrzymał, wyrywając przy tym nawierzchnię pod kołami. Gdy tylko to wspomnienie do mnie dotarło, ponownie usłyszałem ten sam pisk i zgrzyt, który spowodował awaryjne hamowanie. Wiedząc doskonale co może się zaraz wydarzyć, w mgnieniu oka zrzuciłem rękę z joysticka zatrzymując tym samym pojazd. Kiedy SuperFour wyhamował do około pięciu kilometrów na godzinę, włączył się ten nielubiany przeze mnie hamulec bezpieczeństwa, który pomimo niedużej prędkości ponownie prawie wyrwał  pode mną asfalt. Dobrze, że akurat w tym momencie nie uprawiałem frywolnej jazdy środkiem drogi i na szczęście zatrzymałem się na swoim prawym pasie, nie blokując całego ruchu… Żeby ponownie uruchomić mój pojazd, niezbędna była mama, która nie mając pojęcia o mojej awarii, wlekła się gdzieś z tyłu. W czasie kiedy na nią czekałem, mogłem spokojnie ochłonąć po niemiłym i mało przyjemnym zatrzymaniu. Pomimo niewielkiej prędkości podczas nagłego hamowania, znowu odezwały się bolące żebra, w które wbił się pas bezpieczeństwa. Najwidoczniej nie doszły jeszcze do siebie po środowym zdarzeniu. Komputer pokładowy nie pozwolił mi choć na sekundę zemdleć. Cały czas z joysticka wydobywał się głośny i monotonny sygnał informujący o awarii. Minutę, dwie później, dotarła do mnie lekko zziajana mama, która jak zwykle grzecznie zapytała – No co jest? Czemu nie jedziesz? Dawaj! Kiedy powiedziałem jej co się stało, od razu zeskoczyła z roweru i podbiegła do mnie, uderzając kaskiem w mój przezroczysty daszek. Wtedy, jak zawsze pojawiła się w jej oczach panika – Co Ci jest? Jesteś cały blady! Gdy już udało mi się ją uspokoić i wytłumaczyć co się przed chwilą wydarzyło, zrestartowaliśmy SuperFour’a i ostrożnie ruszyliśmy dalej. Nie miałem najmniejszego zamiaru jechać szybciej niż 15 kilometrów na godzinę. Nawet powracający z pola, ogromny, syczący mocą traktor, nie był w stanie mnie do tego zmusić… Nie nękani przez żadnych piratów drogowych, powoli przemknęliśmy przez Neuendorf i wskoczyliśmy na ścieżkę rowerową, którą dotarliśmy prawie do samego Seebad Zinnowitz. Dopiero po kilku kilometrach, nowiutki asfalt dla jednośladów się skończył i zmusił nas do ponownego wjazdu na jezdnię. Jako, że trasa którą wracaliśmy była nam już znana, pokonaliśmy ją w mgnieniu oka. Gdy znaleźliśmy się na drodze, przed nami wyrosło osiedle niewielkich domków pokrytych strzechą, położonych tuż nad Zalewem. Kiedy jechaliśmy w drugą stronę, nie zauważyłem, że to budowane osiedle jest aż tak duże… 

  

Po przekroczeniu żółtej tablicy Zinnowitz informującej o wjeździe do miejscowości, droga lekko skręciła w lewo. Zaczęliśmy powoli oddalać się od płaskiej tafli wód Zalewu Szczecińskiego i z każdym metrem, byliśmy bliżej równie spokojnego morza… Dosłownie po dwóch minutach dojechaliśmy do skrzyżowania z całkowicie zapchaną 111-tką. Trafiliśmy akurat na sam szczyt niedzielnych podróży. I co ciekawe, więcej samochodów podążało w głąb wyspy, niż ją opuszczało. Była punktualnie 15:30. Wyglądało to tak, jakby nagle wszyscy chcieli spędzić poobiednią sjestę nad samym morzem… Kilkadziesiąt metrów przed tą felerną krzyżówką, po raz kolejny wyprzedził nas ten wielki, tym razem pusty, traktor, który szczelnie zablokował półtora pasa ruchu. W żółwim tempie doturlał się do skrzyżowania i czekał na okazję pozwalającą włączyć się do sznurka jadących zewsząd pojazdów. My nie mieliśmy innego wyjścia, jak tylko czekać na jego tyłach i wdychać ciemne chmury spalin, które wydobywały się z niego pomimo postoju. Za nami kolejka z minuty na minutę robiła się dłuższa, przez co w moim lusterku przybywał samochód za samochodem. Gdy kierowcy stojący za nami tracili cierpliwość, ktoś nawet nieśmiale trąbnął. Najgorsze było to, że zielony traktor miał zamiar pojechać w lewo i w związku z tym musiał załapać się na lukę aut podążających w obu kierunkach. Mama miała nad nami wszystkimi zdecydowaną przewagę, ponieważ niewiele ryzykując, mogła wcisnąć się pomiędzy naczepy tego potwora, a piętrowy domek stojący tuż przy samej jezdni. Ale jako, że nie należy ona do tych szalonych freestylowców, nie dała się skusić moim namowom i grzecznie czekała razem ze mną… W końcu po dobrych pięciu minutach, farmer nie wytrzymał i korzystając z pustego prawego pasa na 111-tce, wjechał na niego i wymusił, aby pozostali kierowcy ustąpili mu pierwszeństwa. Nikt nawet nie próbował z nim zadzierać i utrudniać mu wykonania tego dość trudnego ze względu na jego gabaryty, manewru… Kiedy traktor zniknął nam z pola widzenia jadąc gdzieś w kierunku Greifswaldu, wszyscy stojący za mną ruszyli do krzyżówki tak ochoczo, że nawet ja wystartowałem jak z katapulty. Licząc to monstrum, które już odjechało, byłem pierwszy w kolejce do włączenia się do ruchu. Niestety jakiś niemiecki cham, w dwudziestoletnim puchaczu (Mercedesie), wyprzedził mnie nie wierząc chyba w osiągi mojego SuperFour’a. Trochę się tym zbulwersowałem i mówiąc prawdę, miałem ochotę przerobić go na niemiecki kebab, ale po chwili ochłonąłem i oszczędziłem jego i tak już kiepski lakier… Była już 15:45, a my dalej koczowaliśmy na skrzyżowaniu. Najgorsze było to, że w tamtym miejscu nie było ani przejścia dla pieszych, ani też chodnika, z którego moglibyśmy skrzętnie skorzystać. Gdy nareszcie udało nam się skręcić w prawo, mama po kilkudziesięciu metrach zrezygnowała z jazdy po drodze i przy pierwszej nadążającej się okazji, wskoczyła na krzywy i popękany chodnik. Jako, że wąż z samochodów, w którym również brałem czynny udział, wlókł się maksymalnie trzydzieści kilometrów na godzinę, nie widziałem żadnego zagrożenia i cały czas poruszałem się jezdnią. Mama próbująca za mną nadążyć, robiła co mogła i co chwilę wykrzykiwała w moim kierunku łagodne groźby, które mimo wszystko, miały mnie nakłonić do wjazdu na część dla pieszych. Byłem nieugięty i niewzruszony kontynuowałem podróż za autami. Co jakiś czas spoglądałem na pędzącą po prawej stronie mamę i nie mogąc zrozumieć jej postawy, dotarłem do skrzyżowania z sygnalizacją świetlną. Drogowskazy do centrum Zinnowitz nakazywały skręcić w lewo. Prosto trasa prowadziła do Köserow i dalej do Świnoujścia. Jak przystało na prawdziwego low-ridera w szpanerskim wozie, lewym okiem spojrzałem w lusterko i powoli zjechałem na lewy pas, ustawiając się w kolejce czekających na zapalenie się zielonej strzałki właśnie w lewo. Stojąc przez chwilę na samym środku głównego skrzyżowania w Zinnowitz, lansowałem się w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Co prawda brakowało mi jeszcze ostrego, dudniącego basu i tak zwanego zimnego łokcia, ale i tak byłem nie lada atrakcją… Zielone światło zapaliło się dosłownie na parę sekund. Korzystając z tego, że wszyscy dookoła spoglądali tylko na mnie i mój pojazd, skręciłem w lewo na późnym pomarańczowym, mając nadzieję, że zaraz zza krzaków nie wyskoczyć niebieski wóz z białym napisem Polizei na karoserii… Po szczęśliwym opuszczeniu krzyżówki, dalej podążałem miejscami nierówną jezdnią na północ. W międzyczasie doszedłem do wniosku, że przez mamy głupotę stracił bym nie tylko lans, ale także cenny czas. Dlaczego? Ponieważ mama, która wybrała wariant dla niezmotoryzowanych, ugrzęzła na dobre czekając, aż na przejściu dla pieszych pojawi się zielone światło… Jeszcze przed wjazdem do Zinnowitz ustaliliśmy, że po drodze zatrzymamy się w Netto, gdzie mieliśmy oddać do skupu butelki i kupić trochę słodyczy do domu. Podążając zgodnie z planem, kilkaset metrów od skrzyżowania przejechałem przez otwarty przejazd kolejowy i od razu za nim wbiłem się na lewoskręt, który prowadził na sklepowy parking. Nie zdążyłem jeszcze na niego wjechać, a już zamknięto za mną szlaban, który automatycznie opuścił się ze względu na nadjeżdżający pociąg UBB. Od razu pomyślałem sobie – Gdyby mama dotrzymywała mi tempa, zapewne oboje byliśmy już po drugiej stronie torów, a tak mój czas oczekiwania będzie jeszcze dłuższy… Nie pozostało mi nic innego, jak tylko po raz kolejny uzbroić się w cierpliwość i koczować pod marketem. W związku z tym, szarmancko i z wdziękiem objechałem spory, w połowie zapełniony parking i zaparkowałem przy samym wejściu na jednym z miejsc dla niepełnosprawnych. Żeby dobrze kontrolować sytuację, ustawiłem się tyłem, przez co mogłem bez problemu obserwować stojącą za szlabanami mamę, która pojawiła się tam dopiero minutę po tym, jak zająłem najlepsze miejsce przed sklepem. Pociąg nie nadjeżdżał. Przez te kilka chwil oczekiwania, zachodzące słońce dało mi się na tyle we znaki, że postanowiłem przestawić swoją maszynę i zaparkować przodem. W ramach ochrony środowiska zgasiłem samodzielnie silnik i moje diodowe lampy, bez których i tak prezentowałem się kozacko. Cała rozłąka z moją rodzicielką trwała lekko ponad dziesięć minut. Dodatkowo przeczuwałem, że postój na parkingu przedłuży się minimum o kolejny kwadrans, kiedy to mama będzie robiła zakupy… Niestety tym razem również się nie pomyliłem i następne półgodziny spędziłem wpatrując się w swoje lustrzane odbicie w przeszklonej ścianie marketu. Przez te trzydzieści minut walczyłem z samouwielbieniem i starałem się nie popaść w samo zachwyt. Oprócz tego, co jakiś czas rzucałem okiem na mamowy rower, który mógł stać się łakomym konskiem dla miejscowego rabusia… Kiedy już w końcu zakupy mieliśmy za sobą, spakowaliśmy fanty do mojego kufra i mamy rowerowych sakw, poczym szybko i sprawnie ruszyliśmy w kierunku naszego hotelu. Żeby tam dotrzeć, pozostało nam jeszcze pokonać całe zatłoczone Zinnowitz. Tym razem było o tyle lepiej, że udało mi się namówić moją towarzyszkę do jazdy drogą. Dojazd spod Netto do malutkiego ronda był łatwy i przyjemny. Dopiero za nim, gdy na dobre wtopiliśmy się w centrum, które dosłownie pękało w szwach, musieliśmy włączyć wszelkiego rodzaju radary. Piesi co chwilę wylewali się z chodnika, wpadające na jezdnię pod koła powoli toczących się aut. Ja zapatrzony na polskiego turystę w dużo mówiącej koszulce z sugestywnym nadrukiem PIER-DOL-SIĘ, prawie przejechałem grubego niemiaszka, który bez zastanowienia wszedł na pasy, jedząc przy tym ogromnego hot-doga. Na szczęście jadąca za mną mama była jak zwykle bardziej ostrożniejsza ode mnie i zdążyła wyhamować nie wbijając mi się w tyłek. Kilkaset metrów dalej dojechaliśmy do deptaka, ale żeby nie pchać się w ten tłum, postanowiliśmy wrócić do bazy krótszą drogą po jezdni. Nie mogłem sobie tylko pozwolić na zrezygnowanie z malutkich, przepysznych pączków, które sprzedawano w budce tuż przy wejściu na molo. W związku z tym, inteligentnie zatrzymałem się na dużym miejscu parkingowym z wyraźnie umiejscowionym zakazem postoju, poczym wysłałem mamę na deptak. Po kilku minutach wróciła do mnie z niedużym woreczkiem pełnym świeżutkich, jeszcze ciepłych pączków obficie obsypanych cukrem pudrem. Pyyyycha… Gdybym nie był taką ofermą, to zapewne schrupałbym je na miejscu, a tak musiałem jeszcze przetransportować ten tłusty papierowy woreczek do hotelowego pokoju, gdzie czekał na mnie nóż z widelcem… Bezmandatowo wystartowaliśmy ponownie. Do naszej stajni mieliśmy jeszcze tylko dwieście metrów prostej wzdłuż hotelowych parkingów. Dwie minuty później byliśmy już koło przyczepy, zaliczając dzisiaj ponad 35 kilometrów w ciągu pięciu godzin wycieczki. Nie licząc wielu długich postojów, średnia prędkość, która wyniosła 12,1 km/h nie była wcale zła, a mając na uwadze kilka odcinków specjalnych, na których nie byliśmy szybsi od pieszych, uzyskaliśmy naprawdę całkiem przyzwoity wynik… 

 

Dzisiejszy bieg wcale nie skończył się w momencie, kiedy to SuperFour wylądował w przyczepie. Chciałem jeszcze zaliczyć zachód słońca jadąc moim wszędołazem na plażę. Była to ostatnia szansa, ponieważ już jutro rano mieliśmy opuścić wyspę i wrócić do Szczecina… Najpierw udaliśmy się do pokoju skonsumować pączki, które zaczynały powoli stygnąć. Ledwo zdążyłem się z nimi uporać, a już musieliśmy zjechać windą na kolejny posiłek. Kiedy pojawiliśmy się na kolacji, stoły z jedzeniem świeciły już pustkami. Jakby tego było mało, na samym wejściu polska kelnerka z uśmiechem na ustach od razu nam wypomniała – Co tak późno? Żarłoczni Niemcy wszystko już pożarli… Na szczęście ani mama, ani ja nie byliśmy nad wyraz głodni i te resztki, które leżały jeszcze w garach, w zupełności nam wystarczyły. Prawdę mówiąc, jak to zwykle bywa na takim aktywnym pobycie, nie mogliśmy zbyt długo siedzieć przy stole i pałaszować waniliowy mus, który był na deser. Zachodzące słońce nie miało najmniejszego zamiaru czekać, aż łaskawie dwóch turystów z Polski ruszy swoje leniwe dupska i raczy podjechać na plażę przed nocą. W związku z tym, w zorganizowanym pośpiechu pobiegliśmy do pokoju, ubraliśmy się we wcześniej przygotowane ciuchy i pędem udaliśmy się na parking po SuperFour’a. Wyjazd nim z przyczepy i zajęcie pozycji za sterami poszło nam całkiem sprawnie, przez co rzutem na taśmę zdążyliśmy zobaczyć słońce w całej okazałości… 

  

Co prawda, po minucie schowało się ono za drzewami i zamiast w morzu, utonęło za wydmami, ale i tak było cudownie…

Chwilkę wcześniej, kiedy to zjeżdżałem na plażę, na wydmach spotkaliśmy się z rodziną chłopaczka z SMA, z którymi parę razy minęliśmy się w naszym hotelu. Jak to bywa z osobami z moją chorobą, nie jesteśmy za bardzo wylewni i jeżeli nie widzimy potrzeby zagadania z inną osobą w celu uzyskania jakiejś konkretnej korzyści, po prostu milczymy. Ludzie, bo niechybnie tak niektórzy nas, chorujących na SMA nazywają, przez wysoki, ponad przeciętny iloraz inteligencji poza zamawianiem pizzy przez telefon, potrafimy doskonale obchodzić się bez mowy. Niewerbalna mowa ciała, czy spojrzenie w oczy często mówi znacznie więcej, niż jakieś tam wypowiedziane słowa. Tak samo było i w tym przypadku. Jedynie jego rodzice, z którymi przebywał w Zinnowitz oraz moja rodzicielka chcieli koniecznie nawiązać głębszy kontakt pomiędzy naszymi klanami… Jako, że słońce już się z nami żegnało, tamci trzej postanowili opuścić plażę, a przynajmniej chciał tego ten mądrzejszy ;-) Ja wykorzystując potencjał mojego łazika, od razu zrezygnowałem z postoju na specjalnym, utwardzonym podeście dla wózków i pozwoliłem sobie podjechać po nad wyraz grząskim piasku do samej linii brzegowej, gdzie docierały słabnące, mizerne fale chłodnego Bałtyku. Gdy tak staliśmy z mamą wpatrując się w spokojne morze, podszedł do nas ojciec tego chłopaka, który mniej więcej w takim samym stopniu władał angielskim, co ja portugalskim. Z jego pierwotnej niemieckiej wypowiedzi zrozumiałem, że chce zrobić zdjęcie SuperFour’a. Jako, że szprechanie idzie mi tak, jak gra na skrzypcach, rozmowa z tym mocno łysiejącym już jegomościem, była skazana na niepowodzenie. Co prawda z pomocą machającej rękami mamy, udało nam się mu wyperswadować, że mój pojazd wcale nie jest polskim produktem, a niemieckim. Dodatkowo mama umówiła się z nim, że po powrocie do Casy zostawimy im moją wizytówkę z adresem bloga oraz mailem do niewiadomych bliżej celów. Tamten, cały czas uśmiechnięty z przymkniętymi oczami jak Chińczyk, był co najmniej tak uradowany, jakby do Niemiec ponownie przyłączono Pomorze Zachodnie wraz z Dolnym i Górnym Śląskiem jednocześnie. Zaraz po tym, uhahany, machając aparatem fotograficznym dyndającym na długim pasku, odmaszerował do żony i syna, którzy czekali na niego na utwardzonej części plaży, poczym po chwili zniknęli za wydmą… My zostaliśmy jeszcze nad wodą i podziwialiśmy zachód, który odbywał się niestety za drzewami. W międzyczasie, tuż nad naszymi głowami przemknął żółty śmigłowiec ratunkowy, który zasuwał w kierunku Peenemünde z jakąś niecierpiącą zwłoki sprawą. Lecąc na wysokości wierzchołków pobliskich sosen, na długo dał się zapamiętać naszym bębenkom, w których szumiało nam jeszcze przez ładnych kilka minut. Do tego wiatr, który wywołały jego wirujące śmigła, stworzył niemałą zawieruchę. Przymrużając oczy spojrzeliśmy na siebie i w tumanach piasku ruszyliśmy powoli w stronę budki ratowników. Będąc w tym roku pierwszy raz moim quadem nad samym morzem, nie mogłem odpuścić sobie krótkiej przejażdżki po całkiem pustej plaży. Niestety codziennie orany, przesiewany i dokładnie wyrównywany przez pracującą każdej nocy ekipę piach, był dla mojego pojazdu prawdziwą katorgą. Niby koła dawały radę i sunęły po grząskim, suchym piasku, wyżłabiając w nim dwa korytarze lewej i prawej osi, ale praca jaką wykonywał w tym czasie silnik spalinowy, była niewspółmierna do przebywanej przeze mnie odległości. Pomimo obszernych, balonowatych opon, z każdym przebytym metrem SuperFour zanurzał się coraz bardziej w dół. Silnik próbował dostarczyć niezbędną energię elektryczną do akumulatorów, która w tak trudnym terenie znikała w zastraszającym tempie. Żeby przepływ prądu był wystarczający, stucentymetrowy motor chodził na najwyższych obrotach hałasując przy tym porównywalnie z tym helikopterem, który nie zniknął jeszcze z naszego pola widzenia. Zamiast szumu fal, na plaży było słychać jedynie ryk mojego prawie odrzutowego silnika, który sprawiał wrażenie jakby miał za moment eksplodować. Po może dwustu metrach, miałem już serdecznie dosyć drgań i hałasu, dlatego od razu zawróciłem wjeżdżając z powrotem na tory, które wyżłobiłem sobie jadąc w kierunku Peenemünde i powolutku potoczyłem się do zjazdu z plaży. Tuż przy nim, około piętnastu śmiałków z naszego hotelu uczestniczyło w warsztatach malarskich dla początkujących, organizowanych przez szalonego długowłosego artystę z bródką. Nawet z daleka dało się odczuć jego malarski obłęd. Wszyscy ci artyści stali przed drewnianymi sztalugami przyniesionymi z hotelu przez tego guru przypominającego z wyglądu Jezusa i sumiennie starali się przenieść fragment morza na płótno. Aż głupio mi było burzyć ich wewnętrzny spokój i zakłócać ciszę w pobliżu. Niestety nie miałem innego wyjścia… Po opuszczeniu plaży, zrobiliśmy jeszcze z mamą małą rundkę po ścieżce na wydmach, poczym lekko pokąsani przez komary, wróciliśmy na parking. Chwilę później byliśmy już w naszym pokoju i pakowaliśmy nasz dobytek. To nasza ostatnia noc w Zinnowitz. Jutro jeżeli pogoda pozwoli spróbujemy dostać się do Świnoujścia rowerami i dopiero za przeprawą promową wskoczymy do taty samochodu. Jeśli prognozy się sprawdzą, to niestety będziemy musieli skorzystać z taty usług już w Zinnowitz, ponieważ całe przedpołudnie, nad wyspą mają szaleć gwałtowne burze z piorunami. Ostateczną decyzję podejmiemy jutro rano po śniadaniu…

***** Tekst utworzony 24.04.2012r. *****

Zinnowitz 2011 – dzień 6. – Plażing ciąg dalszy…


***** Tekst utworzony 17.12.2011r. *****

Dzisiejszy dzień, również nie przysporzył nam zbyt wielu ciekawych przeżyć. Przez ogólny chłód, drugą dobę z rzędu, byliśmy zmuszeni spędzić na miejscu. I tak nie mieliśmy aż tak źle, ponieważ swobodnie mogliśmy poruszać się po Zinnowitz. Nie to co SuperFour, który cały ten czas spędził samotnie w przyczepie… Przewagą tej soboty było to, że już nie wiało tak jak wczoraj i przez cały dzień nie spadła ani jedna kropla deszczu. W związku z tym, po śniadaniu udaliśmy się z mamą na pobliską plażę, gdzie spędziliśmy ponad godzinę. Ludzi było sporo, no bo to w końcu weekend, ale i tak nie były to takie tłumy, jak na przykład w Świnoujściu… Kiedy już byliśmy konkretnie znudzeni tym całym plażowaniem, poszliśmy na promenadę w celu zaliczenia codziennej, obowiązkowej kawy. W słońcu zrobiło się na tyle ciepło, że około trzynastej, mogliśmy zdjąć grube bluzy. Po wypiciu smacznego cappuccino z papierowego kubka, kupiliśmy w pobliżu mola małe pączki i wróciliśmy do hotelu na ich degustację. Kiedy deser mieliśmy już za sobą, spakowaliśmy niezbędny sprzęt, czyli ipod’a dla mnie oraz książkę dla mamy, i ponownie ruszyliśmy na plażę. Tym razem wytrzymaliśmy tam prawie półtorej godziny! Ja słuchałem muzyki i opalałem nos, a mama czytała jakiś kryminał. Kiedy tak siedziałem z zamkniętymi oczami, które niemiłosiernie łzawiły mi od nadmiaru światła słonecznego, wpadłem na pewien pomysł. Niestety już za dwa dni, czyli w poniedziałek, wracamy do domu. W związku z tym, postanowiłem dotrzeć do Świnoujścia za sterami SuperFour’a, a do przyczepy wskoczyć dopiero za przeprawą promową na wyspie Wolin. Powodzenie planu, zależy jak zwykle od pogody, więc ostateczną decyzję o wyprawie do Polski, podejmiemy w poniedziałek rano… Żeby pobić mój prywatny rekord spędzania czasu na plaży, po kolacji poszliśmy na zachód słońca…

Nadmierna czerwień na mojej twarzy, była wywołana dzisiejszym opalaniem. Mam nadzieję, że jutro nie będę już wyglądał jak członek Samoobrony ;-) Poza nami, na plaży była tylko jedna para, która tak naprawdę miała chyba w nosie cały ten zachód i zajmowała się tylko i wyłącznie sobą. Być może byli tu już kiedyś i wiedzieli, że słońce w Zinnowitz, zamiast wpadać do morza, chowa się za lądem. Lipa…

Trochę zawiedzeni wróciliśmy do pokoju i po kilku godzinach oglądania telewizji, poszliśmy spać, licząc, że jutro pogoda nie zrobi nam żadnego psikusa i w końcu będziemy mogli pojechać na południe wyspy do Lütow…

***** Tekst utworzony 17.12.2011r. *****

Zinnowitz 2011 – dzień 5. – Walka z wiatrem…


***** Tekst utworzony 17.12.2011r. *****

Już z samego rana za oknem było ciemno i zimno. Dzisiejszą wyprawę na południe, musieliśmy przełożyć na kolejny dzień… W związku z kiepską pogodą zostaliśmy zmuszeni do tego, za czym nigdy nie przepadałem – plażowania. Po śniadaniu, korzystając z chwilowego przejaśnienia, udaliśmy się nad morze… Na niemieckich plażach fajne jest to, że w każdej, nawet najmniejszej miejscowości, można bez problemu dojechać wózkiem inwalidzkim aż do samej linii brzegowej. Wszystko dzięki specjalnie ułożonym podestom z jakiegoś nagumowanego plastiku. Przynajmniej nie trzeba przepychać wózka przez grząski piach…

Po godzinie relaksu wróciliśmy do hotelu na kawę i deser, a następnie znowu ruszyliśmy w miasto. Żeby bezczynnie nie siedzieć na plaży, postanowiliśmy pójść na molo…

Ten strach w moich oczach wcale nie był udawany ;-) Kilkadziesiąt metrów od brzegu w głąb morza, dopadł nas prawdziwy huragan. Jeszcze nigdy nie spotkałem się z takimi mocnymi podmuchami niewidzialnej mocy, jaką był szalejący wiatr. Mistrz Joda mówiąc słynne „Niech moc będzie z tobą”, miał chyba na myśli właśnie zinnowitzki wiatr ;-) Do pełni szczęścia brakowało tylko pięciometrowych fal oraz trąby powietrznej… Gdy wjechaliśmy na molo, bryza morska wiała nam w plecy, więc jedynym problemem było trzymanie czapki, którą cały czas mocno dociskałem do oparcia :-) Na samym końcu, tego jakby nie było drewnianego pomostu, nie było wcale najgorzej. Stałem sobie tyłem do wiatru i próbowałem znaleźć gdzieś na wschodzie klif w Koserow… Po kilku minutach, że tak powiem, upał zelżał ;-) Do tego wszystkiego, czasami spadały na nas spore krople deszczu. Nie pozostało nam nic innego, jak tylko wrócić na ląd… Gdy zawróciłem i ustawiłem się przodem w kierunku plaży, już wiedziałem, że nie będzie łatwo. Gruba chusta, którą miałem pod szyją, z pomocą pierwszego podmuchu, przykryła mi całą twarz. Daszek mojej ulubionej czapki, co chwilę podnosił się do góry. Mama od razu przywiązała swój kapelusik do brody. Ja tego nie zrobiłem, ponieważ nie chciałem robić z siebie większego świra, niż w rzeczywistości jestem :-) I tak wyglądałem ekstrawagancko bez przytwierdzonej czapki za pomocą chusty… Stanie na molu w morzu i ciągłe przyjmowanie na siebie silnych ciosów serwowanych przez niemiecki wiatr, było bez sensu, dlatego musieliśmy w końcu zacząć iść ku stałemu lądowi. Przez pierwsze dwadzieścia metrów, nie było nawet źle. Szalejąca wichura momentalnie zmroziła mi buzię i ręce, a jej moc pompowała we mnie powietrze z dużo większą siłą, niż respirator. Najodowanie w moim organizmie, musiało znacznie przekroczyć zalecaną normę. Po trzydziestu sekundach, nagle wiatr zdmuchnął mi rękę z joysticka. Kiedy ponownie ruszyłem i oszacowałem, że pozostało nam jeszcze jakieś 250 metrów, postanowiłem ustawić się na chwilkę z powrotem tyłem do wiatru i odetchnąć. Mama standardowo zaczęła panikować. Myślała, że silniejszy podmuch zepchnie mnie razem ze studwudziestokilowym wózkiem do wody. W związku z tym, za każdym razem, gdy tylko lekko skręciłem, od razu zaciągała mi tylny hamulec ręczny, jakby to miało mnie przed czymś uchronić :-) Po chwili odpoczynku wystartowałem ponownie. Nad nami pojawiały się coraz to ciemniejsze chmury. Do samej plaży, wiatr wygrał ze mną jeszcze trzykrotnie, zwalając mi dłoń z kierownicy… Kiedy już szczęśliwie znaleźliśmy się na lądzie, nie było czasu na odpoczynek, ponieważ zaczynało padać, a my oczywiście nie mieliśmy przy sobie parasola. Do hotelu pozostało nam jeszcze około półtora kilometra, więc póki tam dotarliśmy, byliśmy już solidnie zmoczeni… Po gruntownym osuszeniu i zmianie ubrań na suche, do kolacji mogłem w spokoju porobić notatki na bloga. Gdyby nie to, po kilku dniach mogłyby uciec mi z głowy niektóre przeżycia z poprzednich dni…

Myślałem, że podczas wczorajszej wyprawy do Peenemünde było wymagająco. Guzik prawda :-) Dzisiejsza przechadzka zwykłym wózkiem elektrycznym, po zaledwie trzysta metrowym molo, była dla mnie dużo większym wyzwaniem, niż trzydziestopięciokilometrowy rajd SuperFour’em na północ. Ironia losu…

***** Tekst utworzony 17.12.2011r. *****

Zinnowitz 2011 – dzień 4. – Chłodna wyprawa na północ do Peenemünde…


***** Tekst utworzony 9.12.2011r. *****

Będąc już za pan brat z tutejszym klimatem, wiedzieliśmy, że nie ma sensu zrywać się z łóżka razem z kurami, ponieważ przez dość chłodne noce, wyspa robi się dla mnie przyjazna dopiero około południa. Według prognoz pogody, które każdego ranka i wieczora bacznie śledziliśmy w niemieckiej telewizji oraz internecie, dzisiaj miał być najcieplejszy dzień w tym tygodniu, więc nie mogliśmy go zmarnować na słuchanie muzyki z ipod’a i zbieranie wszechobecnego piasku w małżowinach… Po dwunastej rozpoczęliśmy procedury zmierzające do wymarszu. Na naszym termometrze niestety nie było rewelacji – w cieniu nasz komputerek wskazywał 17 stopni Celsjusza. Fakt, że w słońcu mogło być trochę cieplej, nie był wcale pocieszający. Nad całym północnym krańcem Usedom, panowały dzisiaj gęste, równomierne, szaro-bure chmury. Poza tym i tak większość szlaku biegła przez las… Osobiście jak zwykle podszedłem do tego bardzo optymistycznie i zamiast ciepłej herbaty, do termosu wlałem lodowatego powerade’a. Żeby jakoś przeżyć dzisiejszą wyprawę, musiałem włożyć na siebie coś, w czym cało dojechałbym do mety. Wybór padł na bluzę z konikiem Ferrari na sercu. Od razu poczułem się w niej jak Schumacher ;-) Spod hotelu wyruszyliśmy o 12:30. Do promenady mieliśmy pięćdziesiąt metrów od naszego parkingu. Tym razem skręciliśmy w dziewiczy szlak w lewo, kierując się na północny kraniec wyspy…

Przez dwa kilometry jechaliśmy cały czas maksymalną prędkością po twardej, ziemistej ścieżce rowerowej położonej na wydmach, tuż przy morzu. Ograniczał nas jedynie mój pojazd, który nie wykrzesa z siebie więcej niż 17 km/h oraz skaza w moim mózgu, która po wczorajszym ostrym hamowaniu naprawdę ostro mnie utemperowała. Przez to dzisiaj podczas całej wycieczki, bacznie kontrolowałem pracę mojej maszyny i nasłuchiwałem, czy spod spodu nie wydobywa się ten wywołujący ciarki na plecach pisk. Zachowywałem czujność jak pilot myśliwca, aby w razie czego, zapobiec zablokowaniu kół… Po kilku minutach sprawnej jazdy, znaleźliśmy się w Trassenheide – niewielkiej nadmorskiej miejscowości położonej na północny-zachód od Zinnowitz. Szlak rowerowy do Peenemünde omijał tutejszą promenadę i na samym wjeździe do miasteczka, skręcał w lewo. Gdyby nie ten objazd, wszystkie jednoślady jadąc przez deptak, dokładnie by go zakorkowały. Niestety jeżeli chodzi o mojego quada, to nie miałem najmniejszych szans wcisnąć się na ten skracający drogę odcinek tylko dla rowerów. Żeby się na niego dostać, trzeba było pokonać wąziutką bramkę, którą można było poszerzyć tylko za pomocą specjalnego klucza. Nam pozostało przedostać się dalej przez promenadę… Już na samym jej początku, miałem problem z przeciśnięciem się przez wąską uliczkę, równo z dwóch stron obstawioną stolikami z parasolami oraz plastikowymi krzesełkami. Niemiaszki na mój widok od razu w zorganizowanym pośpiechu zaczęli robić mi miejsce, przestawiając przy tym połowę tamtejszych mebli należących do pobliskich kawiarenek. Żeby dopasować się do tamtejszego klimatu, wyłączyłem silnik. Nie chciałem swoim warkotem zakłócać morskiego szumu, a wzrok przechodniów przykuwałem na siebie i tak bez względu na poziom wytwarzanego hałasu…

W tempie pieszego, powoli przejechaliśmy przez kilkusetmetrowy deptak, na którym czułem się jak przysłowiowa małpa na wybiegu. Korzystając z luki, ostro przyspieszyłem i podczepiłem się do kilku prawdziwych skaterów zasuwających na BMX-ach, którzy w nosie mieli tamtejszy zakaz jazdy rowerami. Przez brak przerzutek w ich cudacznych jednośladach, wykorzystując spore wzniesienie, wyprzedziłem całą tę zgraję chłopaków w czapeczkach z daszkiem i robiąc za lokomotywę pomknęliśmy dalej oddalając się od morza. Mama pchając swój rower została daleko w tyle… Dojechałem sam do skrzyżowania szlaków i zatrzymałem się na pustym chodniku, żeby na nią poczekać. Gdy tak sobie czekałem, dogonili mnie tamci na BMX-ach i mijając mnie, zaczęli radośnie wykrzykiwać jakieś niemieckie słowa w moim kierunku. Tylko jedna odpowiedź przyszła mi do głowy – Schnella, Schnella !!! :-) Kiedy mama pojawiła się w lusterku, na moim niezawodnym czasomierzu była dopiero 12:48…

Zgodnie z drogowskazem musieliśmy skręcić w prawo w nadmorski las. W trakcie gdy mama fotografowała jeszcze okolicę, ja sprawnie podjechałem do krawędzi chodnika, rozejrzałem się zgodnie z metodą przechodzenia przez drogę, którą wpojono mi już w zerówce – lewo, prawo, lewo – i korzystając z przerwy pomiędzy snującymi się powoli samochodami, niezauważony przemknąłem na drugą stronę ulicy. SuperFour może i nie jest demonem prędkości, ale jeżeli chodzi o przyspieszenie, to śmiało mógłby konkurować z większością samochodów poruszających się po naszych drogach. Dzięki temu, żeby znaleźć się po drugiej stronie jezdni, potrzebowałem dosłownie trzech sekund. Niestety od razu po tym sprincie, zostałem zmuszony do gwałtownego hamowania. Na drodze wyrosły mi barierki ogradzające głęboki wykop pod jakąś rurę. Może to ten gazociąg z Rosji przez Bałtyk, ale w każdym bądź razie prace remontowo-budowlane prowadzone na samym wjeździe do lasu, konkretnie mnie przyblokowały. Znowu musiałem poczekać na mamę, ponieważ nie byłem do końca przekonany, czy zmieszczę się w ten przesmyk pomiędzy barierkami, bez składania lusterek…

Na szczęście standardowy niemiecki metr dwadzieścia był zachowany i udało mi się bez problemu wjechać na ścieżkę. W lasku, gdzie po obu stronach dróżki rosły brzozy, powietrze zrobiło się od razu bardziej wilgotne, a temperatura spadła o kilka stopni. Brrr!

Rowerów na szlaku nie było zbyt wiele, a na widok tych, które mijaliśmy, robiło mi się naprawdę coraz zimniej. Nagle wszyscy spotykani po drodze, którzy jechali z naprzeciwka, mieli na sobie kurtki, polary i grube bluzy, jakby co najmniej wracali ze Szwecji… Powoli zaczynałem żałować, że zrezygnowałem z cieplejszego odzienia, a w bidonie zamiast gorącej herbaty, zabrałem ze sobą z bazy zimny pomarańczowy napój. Już nie mogłem się doczekać, kiedy wstąpimy na jakąś rozgrzewającą kawę… Odcinek przez las mierzył dokładnie dwa kilometry. Na jego końcu po raz kolejny musiałem przecisnąć się przez wąską bramkę, która tym razem była dodatkowo uzbrojona w kilkudziesięciocentymetrowe korzenie wystające z ziemi. Żeby pokonać te progi i przy okazji nie wypaść z siodła, musiałem zrobić to nad wyraz powoli i rozważnie. Jak zwykle gorzej to wyglądało niż było w rzeczywistości. Ogromne koła SuperFour’a dosłownie połknęły te nieprzyjemne przeszkody i już po kilku sekundach znalazłem się na asfaltowej drodze, kilometr od centrum Karlshagen…

Przez następne półtora kilometra zasuwaliśmy po wąskiej, mało uczęszczanej uliczce, przy której w równym rzędzie stały niewielkie domki do wynajęcia. Prawie przed każdym z nich, zaparkowany był samochód na berlińskiej rejestracji. Najwidoczniej to prawda, co mówią o Zinnowitz, że ta okolica nazywana jest w Niemczech „wanną Berlina”… W połowie tego odcinka zatrzymałem się na poboczu, żeby ogrzać trochę dłonie, ponieważ były już naprawdę solidnie skostniałe. Na końcu tej uliczki dotarliśmy do samego centrum Karlshagen. Na niewielkim rondzie skręciliśmy w lewo i po chwili wskoczyliśmy na chodnik. Zachęciły nas do tego znaki pozwalające skorzystać kolarzom z części przeznaczonej dla pieszych – Fahrrad frei. Osobiście nie jestem zwolennikiem jazdy pomiędzy spacerującymi, zakręconymi turystami, ale w tym przypadku było to lepszym rozwiązaniem niż podróż po krzywej i dziurawej jezdni. Tak, nie przesłyszeliście się. W Niemczech również mają i takie atrakcje ;-) Chodnikiem pokonaliśmy kolejny kilometr dzielący nas od Peenemünde, przejechaliśmy koło Netto, następnie pokonaliśmy przejazd kolejowy, aż skręciliśmy od głównej arterii Karlshagen w prawo. Cały czas skrupulatnie korzystaliśmy z miejscowych drogowskazów, mapa była dzisiaj zbędna… Pięćset metrów dalej napotkaliśmy na kolejną przeszkodę. Jak łatwo się domyśleć, był to również szlaban, tylko że tym razem można powiedzieć, że mieliśmy do czynienia z całą barykadą przeciwczołgową…

Chwila szarpania szlabanu uświadomiła nam, a w szczególności mamie, że bez klucza nie da się go otworzyć. Czułem się jak bezdomny z hollywoodzkiego filmu, który stoi przy ogromnym oknie jakiejś ekskluzywnej restauracji i głodny wpatruje się do środka na jedzącą elitę. Tylko że tutaj, zamiast okna był szlaban, a wykwintne danie zastępowała idealna, gładka jak stół, nowiutka ścieżka rowerowa… Ogólnie rzecz biorąc miałem do wyboru trzy możliwości – tak, jak to było u Hajzera. Najgorzej tylko, że nie wiedziałem gdzie czai się zonk ;-) Pierwszą był ten nieszczęsny szlaban, który odpadł na samym początku. Kolejnym rozwiązaniem, które brałem pod uwagę, była stroma i wąska hopka, znajdująca się z boku…

Niestety ta opcja również okazała się niewypałem. Może gdyby było cieplej i moja sprawność fizyczna była na trochę wyższym poziomie, wtedy mógłbym spróbować wjechać na to wzniesienie z rozpędu, a tak po dwóch próbach, odpuściłem… Było jeszcze jedno wyjście, a mianowicie przejazd zygzakiem przez barierkę, tak, jak robili to wszyscy rowerzyści. Patrząc na ten przesmyk z kilku metrów wydawało mi się, że mój klocowaty wóz będzie miał problem z wykonaniem takiego manewru. Zapomniałem też, że podczas ostatniej naprawy SuperFour’a, która miała miejsce w Lübbenau, mój teamowy inżynier Dirk, znacznie powiększył promień skrętu w moim bolidzie. Do tego kiedy staliśmy z mamą jak takie dwie zagubione sieroty w obcym kraju i patrzyliśmy na ten czerwono-biały szlaban, przez bramkę po naszej lewej stronie przemknął rower z przyczepką na dzieci. Gdy to zobaczyłem, od razu pomyślałem, że skoro on się zmieścił, to i ja spróbuję…

Udało mi się i to za pierwszym razem! Nie byłbym sobą, gdybym nie dodał, że znam kilku takich, którzy nie wykonaliby takiego manewru bez obcierki i za jednym zamachem. Koledzy, liczy się nie tylko sprzęt, ale przede wszystkim umiejętności :P (Może przeczyta to jakiś Briatore, a wtedy koniec z bezrobociem ;-) ) Pobyt po drugiej stronie szlabanu, rozpoczęliśmy od… postoju :-) Po ponad godzinnej jeździe w temperaturze oscylującej w granicach 15-17 stopni, byłem już naprawdę przemarznięty do szpiku kości. Przerwa w zacienionym lesie na niewiele się zdała, dlatego żeby nie tracić czasu i resztek ciepła, ruszyliśmy dalej. W połowie drogi, natrafiliśmy na pierwszą z tutejszych atrakcji historycznych. Nie było to nic nadzwyczajnego. Mogliśmy zobaczyć pozostałości po wyrzutni rakiet V1. Był to długi, ciągnący się przez dobre kilkaset metrów, betonowy tunel bez sufitu. Kiedyś te ściany były dodatkowo wyposażone w szyny po których napędzano rakiety lecące w kierunku Londynu. Obecnie wyglądało to tak, jak od kilku lat nieuczęszczany szlak kolejowy. Wszystko było dokładnie porośnięte chaszczami, chwastami, krzaczorami, a nawet młodymi drzewami. Gdyby nie tablica informująca o tym, że coś takiego w ogóle istnieje, najprawdopodobniej nikt nie zwróciłby na to najmniejszej uwagi, a tak wszyscy rowerowi turyści robili sobie obowiązkowy postój i podziwiali, choć to chyba nienajlepsze określenie, betonowe ruiny… Wykorzystując przystanek jednej z liczniejszych grupek, około sześciu rowerów z dwiema przyczepkami, wyrywając żwir spod kół, ruszyliśmy dalej. Ścieżka przez cały ten prawie sześciokilometrowy odcinek, była palce lizać. No może mogłaby być trochę szersza, ponieważ wyprzedzanie na niej rowerów z wystającymi torbami i sakwami, było istnym szaleństwem. Za każdym razem kiedy starałem się wykonać taki manewr, najpierw musiałem przyczaić się za takim maruderem i poczekać na odpowiedni moment. Gdy nic nie jechało z naprzeciwka, a do najbliższego zakrętu było co najmniej kilkadziesiąt metrów, decydowałem się na wyprzedzanie. Zawsze byłem zmuszony skorzystać z pobocza, ponieważ nie miałem szans zmieścić się na jezdni wraz z wymijanym jednośladem. Za każdym razem kiedy dwoma kołami zaliczałem trawkę, w myślach modliłem się, żeby nie natrafić na jakąś niespodziankę, która mogłaby przebić mi oponę. Muszę przyznać, że nawet spodobało mi się to ryzyko i przynajmniej mogłem się troszeczkę rozgrzać podnosząc sobie adrenalinę, która na płaskim, asfaltowym szlaku, była praktycznie nieobecna. Do tego ten kurz, który pojawiał się w lusterku za każdym razem, gdy odwiedzałem pobocze – to jest to! :-)

Kilometr przed Peenemünde do naszego szlaku dołączyły tory kolejowe kolejki UBB, a my z lasu przenieśliśmy się na zielone pola. Momentami naszą ścieżkę po obu stronach ogradzały wysokie, gęste żywopłoty, które skutecznie ograniczały widoczność. Już nie mogłem pozwolić sobie na ścinanie zakrętów :-( Nagle w przydrożnym rowie, minęliśmy jednego z kolarzy, który po prostu sobie sikał. Kiedy już zrobił to co miał zrobić, wskoczył szybko na rower i zaczął pogoń za swoimi towarzyszami. Wyprzedzenie mojej mamy nie było dla niego większym problemem, ale jeżeli chodzi o mijankę ze mną, to już nie była to taka prosta sprawa. Jako, że jeżdżę z flagą Polski na pokładzie, można śmiało powiedzieć, że jestem ambasadorem naszej ojczyzny ;-) W związku z tym, cały czas muszę zachowywać się jak na ambasadora przystało. Widząc więc w lusterku ostro grzejącego zawodnika, nie mogłem postąpić inaczej, jak zjechać lekko na pobocze i go przepuścić. Tak zrobiłem i tym razem. Ten, kiedy to zobaczył, gwałtownie przyspieszył stając na pedałach i wyminął mnie w mgnieniu oka. Gdy zrównaliśmy się przednimi kołami, kolarz z opróżnionym pęcherzem pomachał do mnie i dodał głośno – Köszönöm! (czytaj kesenem) – co po węgiersku znaczy dziękuję. Tak mnie to zaszokowało, że nie byłem w stanie nic mu odpowiedzieć, a przecież wystarczyło krzyknąć – Szivesem! (czytaj siweszen) – czyli nie ma za co :-) Ciekawe czy to był Węgier, czy może widząc moją flagę pomyślał, że to my jesteśmy znad Balatonu. Tego niestety pewnie nigdy się nie dowiemy… Kawałek dalej nasza ścieżka nagle się skończyła, a my znaleźliśmy się w upragnionym Peenemünde. W miejscu, w którym byliśmy zmuszeni wjechać na jezdnię, mama zauważyła jakąś starą, historyczną przepompownie. Jednym słowem wodociągi…

Jak widać po mojej minie, nie bardzo byłem tym zainteresowany w porównaniu do mamy – No zobacz, zobacz, jakaś stara fabryka… Wesser coś tam… Może można wejść… Zaczekaj! A co mnie jakieś niemieckie rury? Czołgi, samoloty, czy łodzie podwodne to i owszem, ale rury? ;-) Jak łatwo się domyśleć, dzięki sprytnej szybce pokazującej to, co dzieje się za moimi plecami, spojrzałem za siebie i w momencie gdy nic nie jechało, wyrwałem do przodu… Peenemünde to wieś, licząca niespełna 340-tu mieszkańców. Gdyby nie muzeum i historyczna przeszłość, to Peenemünde świeciłoby pustkami, a tak mogliśmy spotkać tu wielu turystów i to nie tylko na rowerach… Mama została jeszcze chwilkę przy tych całych wodociągach, a ja w tym czasie przecierałem już szlak prowadzący do muzeum. Po drodze zatrzymałem się przy pomniku marynarzy Krigsmarine. Niestety jego umiejscowienie na parkingu przed niewielkim sklepikiem, pozostawiało wiele do życzenia… Kiedy dojechała do mnie dokumentująca naszą wyprawę mama, ruszyliśmy w dalszą drogę. Ponownie rozstaliśmy się już kilkadziesiąt metrów dalej na skrzyżowaniu, gdzie ja pojechałem w prawo, a ona w lewo. Ja skierowałem się na drogowskaz prowadzący do Historyczno-Technicznego Muzeum w Peenemünde, a mama na U-Boota, czyli łódź podwodną, zacumowaną w pobliskim porcie. Widząc mój wybór, szybko zawróciła i zrównała szyk ;-) Już z daleka było widać budynek muzeum, który podczas drugiej wojny światowej był gigantyczną elektrownią…

„Wojskowy Ośrodek Badawczy w Peenemünde był w latach 1936 – 1945 jednym z najbardziej nowoczesnych ośrodków technologii na świecie. W październiku 1942 roku udało się tutaj po raz pierwszy na świecie wystrzelić rakietę w kosmos. W sąsiednim Zakładzie Doświadczalnym Lotniczych Sił Zbrojnych (Luftwaffe) testowano pociski o rewolucyjnej technice. Niestety badania te od początku służyły jednemu celowi: zdobyciu militarnej przewagi… Do budowy ośrodka wykorzystano robotników przymusowych, więźniów obozu koncentracyjnego i jeńców wojennych, co spowodowało, że powstał on bardzo szybko i szybko też rozpoczął produkcję rakiety na masową skalę. Tysiące ludzi straciło życie podczas odbywającej się w nieludzkich warunkach produkcji rakiety oraz podczas ostrzału belgijskich, angielskich i francuskich miast tą „cudowną bronią”. Przykład Peenemünde ukazuje dobitnie ambiwalencję stosowania wysoko rozwiniętej technologii. Właśnie tej problematyce, obok historii powstania Peenemünde, poświęcona jest wystawa Muzeum Historyczno-Technicznego Peenemünde, którą można obejrzeć w dawnej elektrowni ośrodka. Elektrownia ta jest największym zabytkiem technicznym w kraju związkowym Meklemburgii-Pomorza Przedniego. Muzeum Peenemünde jest dzisiaj miejscem międzynarodowych spotkań i wydarzeń kulturalnych. Za działalność na rzecz pokoju otrzymało w roku 2002 odznaczenie Krzyża z Coventry.” – Trochę wiedzy nigdy nie zaszkodzi ;-)

Przez 200 metrów jechaliśmy po jakiejś starej drodze, którą przekształcono w ścieżkę rowerową, doprowadzającą nas na nieduży, choć zatłoczony parking. Cały czas przemieszczaliśmy się wzdłuż płotu oddzielającego nas od terenu byłego Wojskowego Ośrodka Badawczego, a obecnego muzeum, aż w końcu dotarliśmy do portu… Okazało się, że wejście do muzeum znajduje się z drugiej strony, więc będąc już nad wodą, powoli przejechaliśmy przez całą przystań. Muszę przyznać, że przemieszczając się SuperFour’em pomiędzy spacerującymi turystami, robiłem niemały popłoch w ich szeregach i to do tego stopnia, że niektórzy uciekali mi z drogi nosząc się z zamiarem skoku do wody… Jako ostatnia, zacumowana była radziecka łódź podwodna U-461…

Okręt podwodny JULIETT U-461 o napędzie spalinowo-elektrycznym (prawie jak SuperFour ;-) ), pochodzi z byłego Czerwonego Sztandaru Floty Bałtyckiej. Został zbudowany na początku lat sześćdziesiątych, więc nie można powiedzieć, żeby miał jakikolwiek związek z tutejszą działalnością III Rzeszy. W latach dziewięćdziesiątych wszystkie okręty typu JULIETT zostały zlikwidowane, czyli mówiąc krótko pocięte na żyletki. Jedynie dwa z nich uchowały się przy życiu i do dnia dzisiejszego są na chodzie. Właśnie jednego z nich mogliśmy podziwiać na własne oczy. Niestety z wiadomych względów nie miałem najmniejszych szans wejść do środka… Tak na marginesie, to trochę śmiesznie wygląda radziecki okręt podwodny z dumnie powiewającą czerwoną flagą z sierpem i młotem, zaparkowany przed elektrownią III Rzeszy. Jeżeli Hitler naprawdę nie żyje, to musi przewracać się w grobie… Podczas kiedy ja podziwiałem to techniczne cudo, miałem takie dziwne wrażenie, że wszyscy dookoła zamiast przyglądać się potężnemu U-461, jak zwykle oglądali SuperFour’a. Mama w tym czasie odwiedziła pobliską budkę będącą sklepem z pamiątkami – U-Bott Shop. Poza całą masą t-shirtów z najróżniejszymi motywami związanymi przede wszystkim z okrętem stojącym tuż obok, można było zaopatrzyć się w przedziwne souveniry. Mama miała chrapkę na połowę tamtejszego asortymentu łącznie z radzieckimi odznakami, w które chciała mnie koniecznie doposażyć. Ja na szczęście nie dałem się omamić i szybko wybiłem jej z głowy zakup tych nikomu niepotrzebnych pamiątek… Chwilę później odpaliliśmy mojego klekota i spokojnie ruszyliśmy ponownie siejąc zamęt wśród przechodniów. Opuściliśmy port poczym dziurawą i nierówną ścieżką wzdłuż wysokiego ogrodzenia, podjechaliśmy pod główne wejście muzeum, za zachodnią granicą powszechnie nazywane Eingang

Na chwilę zatrzymałem się na niewielkie placyku. Po raz kolejny zacząłem przykuwać na siebie wzrok odwiedzających Peenemünde. Ludzie podążający do muzeum przystawali na moment i udając, że coś im upadło, albo że niby zawiązują zawiązane już sznurowadła, oglądali zadek mojego pojazdu, tak jakbym nie miał lusterek. Jeden dość utyty pan studiujący na pobliskiej ławce mapę, odłożył ją i przez jakiś czas gapił się na mnie, poczym wyjął z torebki chyba już szóste dzisiaj śniadanie i przeżuwając rozpaćkaną kanapkę kontynuował ekscytację SuperFour’em. Pomyślałem sobie, że kilkaset metrów stąd, skoro tak podobają mu się cuda techniki, mógłby obejrzeć okręt podwodny, ale najpierw musiałby się tam dotoczyć. O wejściu do środka z takim sadłem i tak nie ma co marzyć, bo byłoby duże prawdopodobieństwo, że zaklinowałby się w jednym z wąskich przejść… Czasami naprawdę mam już dosyć tego, że bez względu na czas i miejsce akcji, zawsze robię za główną atrakcję. Ale co zrobić – sława kosztuje ;-) W czasie gdy obserwowałem i jednocześnie byłem obserwowany, mama weszła do środka muzeum, żeby zorientować się czy w ogóle dam radę dostać się do budynku elektrowni moim jakby nie było, klocowatym pojazdem. Podjazd był i owszem, no bo jakże mogłoby go nie być? Tyle, że był on przeznaczony dla standardowych wózków inwalidzkich, a nie dla quadów sterowanych joystickiem… Fuck that! Co będę zwiedzał jakąś starą, nieczynną elektrownię należącą do naszych największych wrogów sprzed lat? W związku z tym, zrobiliśmy krótką naradę i kończąc przedstawienie, ruszyliśmy na północ, ponieważ właśnie tam, dwa kilometry od Peenemünde, mieści się lotnisko… Dookoła ze wszystkich stron, nadciągały ciemne deszczowe chmury, z których w każdej chwili mogło zacząć padać. Jakby tego było mało, ponownie zrobiło się zimno i pod moją szklaną kopułą zawitał hulający wiatr. Przeżywałem taką zawieruchę, że pomimo nałożonych okularów przeciwsłonecznych, dokładnie przylegających do twarzy, do oka wpadła mi mucha, która utopiła się w mojej gałce ocznej. Poza tym droga do lotniska była pierwszorzędna. Przez dwa kilometry zasuwaliśmy po szerokiej, równej i prawie pustej jezdni. Kilka minut później byliśmy już na miejscu… Nie mogę powiedzieć, żeby na lotnisku przywitał nas jakiś nad wyraz ciekawy i interesujący widok. Na końcu drogi był parking otoczony kilkoma szaro-burymi budynkami oraz garażami. Niewielu turystów tam dociera, więc poza naszą ekstremalną dwójką było jeszcze tylko kilka samochodów. Jeden z nich należał do rodzinki z naszego hotelu. Łysiejący trzydziestolatek, torbowata żona z DDR-em na głowie (tak w Szczecinie nazywamy fryzurę składającą się z dwóch kolorów, najczęściej jest to połączenie czerwieni z czarną grzywką, od lat hit w przygranicznych niemieckich wioskach) oraz dwójka rozbrykanych dzieci, którym wydaje się, że wszystko wolno – to właśnie oni ;-) Dzieci były ubrane w czerwone koszulki z dużym logiem naszego hotelu Casa Familia, więc nie sposób było ich pomylić. Na mój widok, mówiąc krótko, opadła im kopara… Codziennie podczas posiłków wielokrotnie się mijaliśmy, do tego parę razy siedzieliśmy przy sąsiednich stolikach. Oni świetnie kojarzyli nas, a my doskonale kojarzyliśmy ich. Dlatego gdy codziennie na stołówce przyglądali mi się, jakby dosłownie pierwszy raz w życiu widzieli ufo, a w tym przypadku osobę niepełnosprawną, nie mieli zielonego pojęcia, że poza wyglądem kosmity jestem również kierowcą, a może nawet i pilotem nieziemskiego pojazdu ;-) Było widać, że jest im dodatkowo trochę głupio, ponieważ oni przyjechali do Peenemünde samochodem, a my no powiedzmy, że rowerami. Może po tym spotkaniu odrobinę inaczej spojrzą teraz na osoby niepełnosprawne… Przy samym wjeździe na parking minąłem głowę ich rodziny, powiedziałem z uśmiechem – Hello! – i ostro dodając gazu, wspiąłem się na dość wysoki krawężnik, żeby przyjrzeć się z bliska pierwszemu dostępnemu eksponatowi…

Był to MiG 21 służący kiedyś w tutejszej armii jeszcze przed połączeniem Niemiec. W miarę szybko objechałem go dwukrotnie dookoła i pojechałem dalej, ponieważ jak zwykle byłem ciekawszą atrakcją niż wyeksponowany obok stary myśliwiec. Dwadzieścia metrów od MiG-a zatrzymałem się koło jakiejś bezzałogowej rakiety, która niestety poza reklamą muzeum łóżek w Karlshagen, nie miała żadnych informacji na temat swojego pochodzenia…

Ku naszemu rozczarowaniu były to wszystkie eksponaty, które udało nam się zobaczyć. W oddali na płycie lotniska, było jeszcze widać kilka wojskowych śmigłowców oraz parę samolotów, ale wjazd na Flughafen był niemożliwy. Wszystkie bramy były pozamykane, a w budce stojącej w pobliżu szlabanu, nie było żywego ducha. Każdy z turystów, odczuwał przez to spory niesmak i rozczarowanie. Nawet tor gokartowy mieszczący się na jednym z pasów startowych był nieczynny… Kiedy zatrzymałem się przy siatce oddzielającej mnie od płyty lotniska, zrobiło mi się strasznie zimno. W związku z tym, przed rozpoczęciem drogi powrotnej do Peenemünde poprosiłem mamę, żeby wyciągnęła mi z kufra moją arafatkę. Sama również odczuła chłód i od razu ubrała swoją odblaskową, rażącą w oczy kurtkę. Szczelnie owinięty mogłem w trochę większym komforcie kontynuować jazdę, ale i tak przydałoby się jakieś ogrzewanie, no a na pewno podgrzewanie fotela…

Wracając szeroką asfaltówką, tym razem mama nadawała naszemu duetowi ostre tempo. Mówiąc prawdę miałem spore problemy żeby dotrzymać jej kroku. Większość trasy byłem daleko, daleko w tyle. Około kilometr od Flughafen odbiliśmy od naszego szlaku w kierunku portu północnego. Myślałem, że może tamtędy uda nam się dostać na lotnisko i obejrzeć z bliska te nietypowe aeroplany. Niestety na końcu drogi natrafiliśmy na wysoki płot i strażnika, który wpuszczał tylko i wyłącznie vipów mających przepustki, ciągnących na lawetach żaglówki. Przepuściliśmy właśnie jednego z takich jegomości i powoli zawróciliśmy. Podczas tego mało skomplikowanego manewru, dopadło nas stado komarów, koczujące gdzieś w pobliskich chaszczach. Zazwyczaj te uprzykrzające życie owady nazywane po polskiej stronie wyspy Uznam Messerschmittami, przede wszystkim przez swoje niemieckie pochodzenie oraz wysoką kąśliwość, starają się omijać mnie szerokim łukiem, ale te były na tyle spragnione ludzkiej krwi, że nie pogardziły nawet moją. Nie patrząc na przeszkody pod kołami, szybko się stamtąd ewakuowaliśmy, powracając do pierwotnej trasy. Do Peenemünde mieliśmy jeszcze kilometr… Pokonanie tego odcinka zajęło nam trochę więcej czasu niż w drodze na lotnisko. Byłem już ostro przemarznięty i ciężko było mi odchylać joystick na maksa do przodu. Długa prosta, dwa zakręty i z powrotem zawitaliśmy do Peenemünde. Przejeżdżając koło żółtej tablicy z nazwą miejscowości wybiła dokładnie piętnasta… Mama czekając na mnie, zauważyła w oddali stojący model rakiety V2. Czarno-biała atrapa (przynajmniej mam taką nadzieję) była ulokowana na terenie muzeum, tuż obok budynku elektrowni. Niestety było ją dosyć kiepsko widać, dlatego też po krótkich namowach mamy, wjechałem przez jakąś starą, zardzewiałą bramę z dwoma znakami zakazu ruchu. Nawet tam rakieta prezentowała się blado, ale lepsze to niż nic. Teraz przynajmniej mogę się chwalić, że widziałem rakietę V2 w pełnej okazałości…

Żeby nie zostać przyłapanym na gorącym uczynku i potem nie czekać kilku tygodni na deportację do kraju, zaraz po zrobieniu dokumentacji fotograficznej, jak Hans Klos wymknąłem się niepostrzeżenie i błyskawicznie wtopiłem się w tłum. Choć muszę otwarcie przyznać, że z tym ostatnim miałem niemałe kłopoty… W mojej sytuacji uratowałby mnie jedynie zlot quadów. Jak dotychczas, przez pełne trzy sezony krążenia po Europie, nie napotkałem na taką grupkę, która mogłaby pomóc mi w ucieczce skądkolwiek. Mam tylko nadzieję, że jak naprawdę będą potrzebni, to zjawią się w odpowiednim miejscu i czasie ;-) Mama szamotała się jeszcze gdzieś w pobliżu tej bramy z ogólnym napisem Verboten, co znaczy po prostu niewolno, a ja przejechałem na drugą stronę ulicy i zaparkowałem pod parasolem pobliskiej kawiarenki. Liczyłem, że w końcu napijemy się jakiejś gorącej kawy, która choć trochę naładuję mnie energią cieplną, niezbędną do pokonania szesnastu kilometrów dzielących nas od Zinnowitz. Gdy mama powoli do mnie doczłapała pchając swój obładowany rower, doszedłem do wniosku, że musimy znaleźć sobie inną kawiarnie. Powód zmiany przeze mnie, kierownika wyprawy, miejsca postoju, może się Wam wydać błahy, aczkolwiek dla mnie był to czynnik całkowicie dyskwalifikujący tą miejscówkę. Co to takiego? Już spieszę z wyjaśnieniem :-) Otóż chodnik w miejscu, gdzie stały stoliki i przez chwilę ja, był pochylony w jedną stronę. Gdyby to był dla mnie przechył w przód, albo w tył to nie byłoby problemu, ponieważ jakby było mi niewygodnie, wyrównałbym sobie poziom za pomocą sterowania fotela. Natomiast w tym przypadku, teren był dla mnie pochylony w lewo. Nie mogłem inaczej zaparkować, ponieważ dookoła otaczały mnie plastikowe stoły i krzesła. Szybko doszedłem do wniosku, że nie będę męczył się przez najbliższe minimum półgodziny siedząc pochylony w lewą stronę tak, jakbym ciągle ostro skręcał w prawo. Co to, to nie! Cofnąłem i powolutku (ze względu na bardzo wysoki krawężnik) wtoczyłem się na standardowo w Peenemünde pustą ulicę. Kawałek dalej wjechałem na deptak prowadzący do muzeum oraz portu i poturlałem się w kierunku U-Boota, gdzie mieliśmy zamiar znaleźć upragnioną kawę… Te kilkaset metrów pokonaliśmy w typowo turystycznym stylu, rozglądając się na lewo i prawo w poszukiwaniu miejscowych atrakcji. Mama wypatrzyła na dachu jednego z najwyższych budynków w okolicy rower z manekinem, a ja zakamuflowany sklep z pamiątkami, gdzie można było na przykład nabyć piracką flagę… Minutę później byliśmy już w porcie. Znalezienie kawy z ekspresu, a dokładnie mówiąc cappuccino, było takim samym wyzwaniem, jak wczoraj w Koserow. Kawa jest tutaj dostępna wszędzie, to fakt. Ale w każdej z budek sprzedają tu czarny, lurowaty, śmierdzący napar z termosu. Ohyda! Niemcy chyba rodzą się całkowicie pozbawieni kubków smakowych. Te ich kiełbasy i inne popularne paskudztwa są na to najlepszym dowodem. My na szczęście po odwiedzeniu trzech portowych kawiarenek, natrafiliśmy na taką, w której otrzymaliśmy to, czego szukaliśmy. Może i nie było to niebo w gębie, ale za to, jaki rozpościerał się przed nami widok – prawdziwa rzadkość…

Włoskie cappuccino w portowej kafejce w Niemczech, 10 metrów od zacumowanego radzieckiego okrętu podwodnego – nawet J. K. Rowling by tego nie wymyśliła ;-) Kiedy mama przyniosła w końcu tą wyczekiwaną od trzech godzin zabieloną kawę, tak naprawdę po raz pierwszy dzisiaj ukazało się nad nami słońce. Z piętnastu stopni, zrobiło się nagle dwadzieścia pięć, a może nawet i trzydzieści. Na moją zmarzniętą twarz dosłownie żar lał się z nieba. W związku ze zmianą aury nad Peenemünde, od razu zarządziliśmy rozbieranie. Wszyscy dookoła jakby nas naśladując, zaczęli robić to samo… Nareszcie po ponad trzech godzinach w siodle, mogłem rozprostować nogi, a właściwie zgiąć, ponieważ w SuperFour’ze podczas jazdy nogi są wyprostowane prawie tak, jak w bolidzie formuły pierwszej. Żeby to zrobić, oczywiście wystarczyło tylko wyjechać fotelem na zewnątrz pojazdu i zdjąć nogi z podnóżka nazywanego przez nas łopatą. Siedząc tak, słuchając wrzasków mew, bo trudno nazwać to śpiewem, wygrzewając lodowate ciało promieniami słonecznymi i popijając cappuccino, odpoczywaliśmy przed powrotem… Przez liche śniadanie i długą przerwę w przyjmowaniu pokarmu, po kilku łykach słodkiej kawy, już miałem dosyć. Gdybym wypił jeszcze trochę, to zapewne bym zwymiotował. Ci, którzy mają anoreksję wiedzą o czym mówię ;-) Na szczęście nic się nie zmarnowało, ponieważ mama, znana z tego, że zawsze spragniona dopija resztki, pomogła mi i tym razem. Po tym wszystkim odniosła filiżankę i powoli zaczęliśmy zbierać się z powrotem do Zinnowitz. Tak byliśmy rozgrzani, że moja chusta i mamy kurtka, przed startem wylądowały w SuperFour’owym kufrze. Po ponownym zapięciu pasu bezpieczeństwa, a przed założeniem okularów, wreszcie znaleźliśmy czas, żeby wyjąć mi z oka tę muchę, która ugrzęzła w nim godzinę, a może nawet i dwie wcześniej :-) Po tym krótkim zabiegu kosmetycznym byliśmy już prawie gotowi do drogi. Pozostał nam tylko ostatni rzut oka na port, a w szczególności U-461 i mogliśmy żwawo – ze względu na późną godzinę – wracać do bazy… O tej porze, było kilka minut po szesnastej, cały ruch samochodowy, jak i rowerowy, był jednokierunkowy. Wszyscy opuszczali Peenemünde i zmierzali do swoich hoteli, moteli, domków, namiotów, czy co tam kto miał. Miejscowość, w której poza muzeum i lotniskiem tak naprawdę nic nie ma, powoli pustoszała i zamierała szykując się na kolejny dzień odwiedzin… Po dość długiej przerwie, miałem w sobie nową energię, więc przez pierwsze kilka kilometrów nie miałem sobie równych. Wykaszałem konkurencję jak Sebastian Vettel Timo Glocka czy Vitantonio Luzziego. Wszyscy mogli sobie tylko co najwyżej powąchać moją rurę wydechową. Gdybyśmy jechali po zamkniętym torze zataczając pętle, to większość z mijanych na trasie kolarzy, zapewne bym zdublował. Po kilku minutach jazdy, ponownie wpadliśmy na ścieżkę rowerową biegnącą prosto do Karlshagen. To właśnie tam uwolniłem całą moc mojej maszyny i korzystając z tego, że jeszcze nie byłem zmarznięty na kość, zasuwałem na maksa. Nawet mama ledwo dotrzymywała mi tempa… Kiedy ponownie znaleźliśmy się wśród wysokich, zielonych żywopłotów, na poboczu przy niedużym rowie stały dwa rowery. Ich właściciele – babcia z dziadkiem – zbierali z krzaków jakieś owoce, ale na mój widok, a właściwie bardzie hałas mojego silnika, przerwali proces szabrowania i obrócili się w naszą stronę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ponieważ często ludzie nawet pokazują na mnie palcami, ale w tym przypadku było zupełnie inaczej. Otóż ten starszy pan podszedł do linii ścieżki, złapał mocno swój rower w obawie, że przewrócę go podmuchem wiatru, który wywołam przelatując w pobliżu i rozpoczął powolne i wyraźne machanie ręką. Nie był to żaden sposób pozdrowienia, ani tym bardziej próba złapania stopa. Wyglądało to tak, jakby wkręcał dużą żarówkę, tylko że w poziomie. Im byłem bliżej, tym strach w jego oczach był większy. Mimo jego panicznych gestów nie zwolniłem i przemknąłem na pełnym gazie dosłownie kilka centymetrów od tego jego bicykla. Teraz przynajmniej będzie mógł opowiadać swoim wnukom jak to został zaatakowany przez polskiego niepełnosprawnego pirata, który chciał targnąć się na jego życie :-) Ale jednak jakby nie było, ścieżka rowerowa nie należała do tych szerokich…

Po chwili wjechaliśmy w niewysoki lasek liściasty, który towarzyszył nam aż do Karlshagen. To właśnie w nim ilość rowerów na trasie była ponadprzeciętna. Dzięki temu mogłem sobie trochę powyprzedzać :-) Na pierwszy ogień poszła dziewczyna z chłopakiem, którzy nie byli w stanie przekroczyć dziesięciu kilometrów na godzinę. Z nią dałem sobie radę bez żadnego problemu, a kiedy po jej wyprzedzeniu dotarłem do jej towarzysza, ten zjechał mi na pobocze. Mówiąc krótko – nadal siałem konkretny popłoch w szeregach nieprzyjaciela ;-) Śmieliśmy się nawet z mamą, że tutejsza policja otrzymała już telefony od życzliwych obywateli Rzeszy, na temat szalejących w okolicy Polaków w batmobilu i zapewne za szlabanem natkniemy się na blokadę… Po miąchnięciu tamtego rekreacyjnego duetu, dogoniliśmy kwartet. Tym razem byli to rodzice z dwójką dzieci. Na końcu stawki jechała zmachana żona faceta, który z kolei dumnie pedałował na czele rodzinnej kolumny. Żeby wyprzedzić tą dosyć załadowaną sakwami kobiecinę, musiałem znaleźć do tego odpowiednie miejsce z czystym i szerokim poboczem. Kiedy przez kilkadziesiąt metrów dyszałem jej za plecami, ta nie chcąc mnie blokować, delikatnie przyspieszyła. Gdy tylko nadarzyła się pierwsza okazja, od razu ją minąłem i razem z mamą zaczęliśmy pogoń za resztą familii. Dojechanie na ich tyły zajęło nam może nawet i ze dwie minuty. Wyprzedzenie solidnie zapasionego nastolatka było tylko formalnością. Jego kilkuletnia siostra, widząc za sobą czarne, warczące monstrum, z otwartą buzią uciekła w pobliską nieskoszoną trawę. Ich ojciec nie zastanawiając się zbyt długo, zrobił podobnie. Tak oto kolejną czwórkę mieliśmy za nami… Chwilę później byliśmy już przy szlabanie. Powoli w ogromnym skupieniu przejechałem zygzakiem przez tą barierkę, którą pokonywaliśmy również jadąc do Peenemünde. Nie chciałem porysować mojego już porysowanego wozu. Pięćset metrów dalej, wskoczyliśmy na chodnik i doturlaliśmy się nim do samego centrum Karlshagen, którym było niewielkie rondo. Trzydzieści metrów przed nim wjechaliśmy na ulicę. Mama spytała mnie, czy tutaj skręcamy w prawo. Ja przytaknąłem i puściłem ją przodem. Ta, ku mojemu zdziwieniu, pojechała prosto w kierunku miejscowej plaży. Licząc na to, że mama się w porę opamięta, pojechałem zgodnie z wcześniejszym planem. Kawałek za rondem zatrzymałem się na parkingu jednego z hoteli i wpatrując się w lusterko, grzałem się w zachodzącym już za drzewami słońcu. Mama wróciła do mnie dopiero po kilku minutach wmawiając mi, że to ja źle pojechałem… Razem ruszyliśmy dalej. Najpierw musieliśmy zaliczyć jeszcze ponad kilometrowy odcinek wzdłuż domków letniskowych ze słomianymi dachami…

Gdy tamtędy zasuwaliśmy, z naprzeciwka nadjechała na nas kolumna melexów Algidy. Tak, tak, melexów… Tutaj po zachodniej stronie Odry, nikt nie chodzi po plaży z lodówką turystyczną w ręce i nie wydziera się wniebogłosy – Kukurydza gotowana! Lody, lody, dla ochłody! Na niemieckich Sztrandach” można za to spotkać nieduże, czterokołowe pojazdy z napędem elektrycznym, które cicho i powoli przemieszczają się po plaży. Na ich wyposażeniu jest zawsze duża lodówka z lodami i innymi słodyczami, do tego spory pojemnik na zimne napoje (w szczególności piwo). Na ciepło serwują currywursty, czyli paskudne parówko-kiełbasy oraz kawę z termosu… Zapewne niedługo i u nas będzie można spotkać coś takiego, a może nawet i już gdzieś w Polsce takie melexy śmigają… W Zinnowitz codziennie około siedemnastej, te mobilne barowozy zjeżdżały gdzieś do bazy na ładowanie akumulatorów. Podobnie było w Karlshagen. Gdy zbliżyli się do nas, na ich buziach zawitały znane już z poprzednich moich wojaży banany :D Zaczęli do mnie machać i trąbić jakby zobaczyli starszego brata, ponieważ rzeczywiście SuperFour jest trochę podobny do tych lodziarni na kółkach. Ale poza przewagą technologii mojego pojazdu nad ich quadzikami, była jeszcze jedna znacząca różnica – ja nie byłem w pracy :P Po chwili opuściliśmy to niewielkie nadmorskie miasteczko i ponownie wjechaliśmy w las. Robiło się już potwornie zimno… W połowie drogi pomiędzy Karlshagen a Trassenheide musiałem się zatrzymać i rozgrzać zesztywniałą rękę…

Na miejsce postoju starałem się znaleźć taki fragment lasu, gdzie choć trochę prześwitywało przez drzewa nisko już położone słońce. Było to nie lada wyzwaniem, ale w końcu natura się nade mną zlitowała i tuż przy wejściu na plażę dla psów, zaparkowałem na słonecznym skrawku ziemi… Gdy ja próbowałem przywrócić moją prawą dłoń do życia, mama w tym czasie zbierała borówki, których w pobliżu było naprawdę mnóstwo. Po chwili była już cała fioletowa i odpuściła sobie dalsze zrywanie… Do Zinnowitz mieliśmy jeszcze około czterech kilometrów, dlatego po krótkiej przerwie ruszyliśmy dalej, a muszę Wam przyznać, że w panującej temperaturze wcale nie było to takim prostym zadaniem. Taka ledwo co ogrzana ręka marznie bardzo szybko, więc już po kilkuset metrach ponownie byłem zmrożony i nie mogłem pozwolić sobie na tak szybką jazdę, jak przedtem… Wyjeżdżając z lasu w Trassenheide, do nadmorskiego deptaka dojechaliśmy ulicą. Na miejscu musieliśmy już lekko zwolnić, ponieważ akurat ładowano turystów do dwóch autokarów, przez co gęstość zaludnienia była typowa dla Pekinu czy Szanghaju, a nie malutkiej miejscowości nad Bałtykiem. Kiedy udało nam się przedostać przez ten zakorkowany fragment deptaka, sprawnie dotarliśmy do ścieżki rowerowej prowadzącej prosto do naszego hotelu, gdzie pozostało nam jeszcze około dwóch kilometrów. Po niecałym kilometrze miałem już dosyć i zatrzymałem sie na poboczu, nie utrudniając przy tym ruchu kolarzom, biegaczom i spacerującym po naszym szlaku turystom. Kompletnie nie miałem już czucia w zamarzniętej prawej dłoni, która jakby nie było, jest mi niezbędna do prowadzenia mojego pojazdu. Na szczęście z pomocą przyszedł niezastąpiony w takiej sytuacji ogrzewacz. Jest to taki mały, przeźroczysty woreczek z glutowatą substancją w środku, która po przełamaniu małego patyczka, który pływa wewnątrz, twardnieje i robi się gorąca. Nigdzie się bez niego nie ruszam… Po kilku minutach ogrzewania ręki poprzez trzymanie w niej tego termoforka, było mi zdecydowanie lepiej, ale powietrze dookoła było już na tyle chłodne, że tak naprawdę żadne ustrojstwo tego typu, nie było w stanie mi pomóc. Mamie również zrobiło się zimno i zaczęła mnie delikatnie poganiać. Ciepły jeszcze ogrzewacz, przełożyłem do drugiej ręki, która tak naprawdę mogła zamarznąć, ponieważ aktualnie nie była mi do niczego potrzebna i powoli potoczyłem się dalej. Do końca jechałem równo z pieszymi. Po prostej jeszcze jakoś sobie radziłem, ale najgorzej było na naszym parkingu, gdzie musiałem precyzyjnie zaparkować przy samym podjeździe od przyczepy. Myśl o tym, że w pokoju dostanę gorącą herbatę, pomogła mi wykrzesać z siebie ostatki sił i jakoś udało mi się trafić w przyczepę… O 17:30 byliśmy już na górze. Cała ta północna wyprawa, bo rzeczywiście czułem się jakbym przed chwilą wrócił z dalekiej północy, zajęła nam dokładnie pięć godzin. W tym czasie zrobiliśmy 35 i pół kilometra. Jak to zwykle bywa w Niemczech, szlak prowadzący do Peenemünde był przygotowany na najwyższym poziomie i pokonanie go, mimo słabej pogody, było prawdziwą przyjemnością :-) Odmrożenie zamarzniętych kończyn zajęło nam prawie godzinę, przez co spóźniliśmy się trochę na kolację. Zaprzyjaźniona kelnerka powiedziała nam na wejściu, że najlepszego już nie ma, ponieważ wszystko podobno zostało wszamane przez wygłodniałych Niemców, którzy jak zwykle za pięć szósta rzucili się na bufet. Ja byłem tak wygłodniały, że nawet jakaś przeciętna ryba z ryżem i sosem holenderskim, wydała mi się wprost cudownym daniem… Po kolacji od razu zażyłem gorący prysznic, a po nim, nawet nie wiedząc kiedy, zasnąłem oglądając niemiecką telewizję i tak zakończyłem ten pracowity dzień…

***** Tekst utworzony 9.12.2011r. *****