Miesięczne archiwum: Sierpień 2011

Zinnowitz 2011 – dzień 3. – pętla do Uckeritz i wizyta na molo w Koserow…


***** Tekst utworzony 27.10.2011r. *****

Żeby nie tracić ciekawie zapowiadającego sie dnia, mama wstała z lóżka już o 7:30. Jeżeli chodzi o mnie, to udało jej się wywlec mnie pól godziny później. Mimo brawurowej i zaplanowanej w najmniejszym szczególe akcji, na śniadaniu pojawiliśmy sie o tej samej porze, co wczoraj, czyli parę minut przed dziewiątą. Kiedy się nawpier… znaczy najedliśmy, było już dawno po dziesiątej. Musze przyznać, że obserwując sąsiednie stoliki zauważyłem, że niektórzy mogą w siebie wrzucić i to wcale nie mało ;-) Po powrocie do pokoju musieliśmy zająć się moją mobilną stacją pogodową, którą zawsze zabieram ze sobą z domu. Już z samego rana zostaliśmy przez nią nieźle oszukani, ponieważ wskazywała 30 stopni, gdy naprawdę w rzeczywistości było o dziesięć mniej. Niestety nasz parapet nie był dla niej najlepszą lokalizacją, ponieważ cały czas czujnik pogodynki był narażony na promienie słoneczne. Żeby temu zaradzić, umieściliśmy naszą stację pogodową na malutkim balkoniku przy hotelowym korytarzu. Mam nadzieję, że nikt jej stamtąd nie zwinie… Trawiąc śniadanie, doszliśmy do porozumienia, że przed wyjściem damy jeszcze słońcu chwilę, żeby nagrzało trochę wyspę. Aby nie tracić czasu, zabraliśmy się za wypisywanie pocztówek. Nie było ich zbyt wiele, a właściwie były tylko dwie. Jedną wypełniła mama, a drugą ja. Gdy już były gotowe, zjechaliśmy na dół do recepcji, żeby zakupić znaczki. Niestety recepcjonistka nie miała zielonego pojęcia ile znaczków mamy nakleić, na kartki do Polski. Żeby być pewnym, że mimo wszystko widokówki dojdą do adresatów, przytwierdziliśmy po trzy znaczki za 45 centów. Chyba wystarczy… Tak na marginesie mówiąc, to w Niemczech mają nawet inne znaczki pocztowe! U nas aby je przykleić do listu lub kartki, trzeba albo użyć języka i polizać taki znaczek, albo skorzystać ze specjalnie do tego przeznaczonej, wiecznie suchej gąbki z klejem, którą można znaleźć na poczcie. Tutaj wszystkie znaczki są samoprzylepne i nie ma potrzeby wkładania ich do ust :-) Kiedy pocztówki trafiły do skrzynki, wróciliśmy na górę, uzbroiliśmy się po zęby i ruszyliśmy na parking. Koło przyczepy byliśmy kilka minut przed dwunastą. Przygotowaliśmy sprzęt, załadowaliśmy wszystkie gadżety na pokład i punktualnie w południe wystartowaliśmy spod szlabanu. Dzisiaj postanowiliśmy dotrzeć do Uckeritz, gdzie rok temu udało nam sie dojechać od strony Świnoujścia. Nie było ku temu żadnych przeciwwskazań, wręcz przeciwnie. Aura nam sprzyjała, a do tego SuperFour wydawał sie zapomnieć o swojej wczorajszej przypadłości… Od razu z Casy pojechaliśmy na promenadę, a tam włączyliśmy się do głównego w tej części wyspy szlaku rowerowego. Pierwsze dwa kilometry pokonaliśmy w mgnieniu oka po ultrarównej ścieżce, zrobionej z czegoś podobnego do tartanu. Gdyby nie spora ilość kolarzy i pieszych przewijających się po drodze, byłaby to najprawdziwsza rowerowa autostrada… Niestety po dwóch kilometrach dotarliśmy do jej końca i dalej musieliśmy zamienić cywilizacje na leśną dróżkę z piaskową nawierzchnią. Przez następne 300 metrów nie było wcale najgorzej, ponieważ ścieżka była równa i szeroka, natomiast gdy odbiliśmy w prawo oddalając sie od morza, natrafiliśmy na ciekawy znak…

Widząc znak spotykany czasami na niemieckich drogach, nie bardzo wiedziałem czego mam sie spodziewać. Strassenschaden to nic innego, jak nierówna, uszkodzona, czy po prostu złej jakości nawierzchnia. U nas w Polsce, większość ścieżek rowerowych jest w marnej kondycji, a mimo tego nigdy nie spotkałem się z podobnym ostrzeżeniem. Po pokonaniu niewielkiego podjazdu, okazało sie, że chodziło o dwa rowki, które powstały na dróżce najprawdopodobniej po jakiejś mocniejszej ulewie. Dalej było już zupełnie przyzwoicie. Do Zempina, który był naszą pierwszą miejscowością na dzisiejszej trasie, cały czas jechaliśmy ciemnym i chłodnym lasem…

Rowerów było coraz więcej i szczerze mówiąc, większość z nich niestety mnie łykała. Nie szalałem, ponieważ było mi trochę zimno, dlatego mieli okazje mnie wyprzedzać. Ale jak nadejdą upały, nie będą mieli ze mną najmniejszych szans ;-) Nagle przecinając poprzeczna drogę prowadzącą na plażę, opuściliśmy las wjeżdżając pośród ośrodki i hotele. Przejazd przez Zempin nie był skomplikowany, ani długi. Wykorzystując nieduży parking, zrobiliśmy sobie krótką przerwę, żeby troszeczkę rozgrzać się w słońcu, które ostatnio widzieliśmy kilka kilometrów wcześniej. Kiedy ponownie ruszyliśmy, przejechaliśmy 500 metrów po drodze z kostki, poczym zaliczyliśmy wolniejszy odcinek między pieszymi, aż w końcu wjechaliśmy na długi nasyp, na którym poprowadzono naszą ścieżkę…

Po lewej stronie walu za wydmami, było czuć bliskość morza, natomiast po prawej w dole biegła droga numer 111, na której był taki sam tłok, jak na naszej rowerówce. W sznurze samochodów zauważyłem busa firmy OTS z Greifswaldu, od której kupiliśmy SuperFour’a. Mam nadziej, że nie będę potrzebował ich pomocy podczas najbliższego tygodnia… Przejazd przez ponad dwukilometrowy wał nie był wcale przyjemny. Wszystko przez to, co miałem pod kołami, czyli siwą kostkę, która na bokach była wyraźnie niżej niż środek ścieżki. Jeszcze nie spotkałem się z czymś takim w Niemczech… Muszę przyznać, że było mi tam strasznie niewygodnie, ponieważ przez kilka minut, cały czas byłem przechylony w prawo. Gdyby ruch był mniejszy, mógłbym śmiało jechać środkiem, ale rowerów z obu stron była naprawdę masa… Kiedy nasyp mięliśmy już za sobą przecięliśmy kolejną z dróg prowadzących do morza. Tym razem oprócz plaży zauważyliśmy molo. Było to Koserow… Pod nasze kola ponownie wrócił ubity piach, a dookoła zrobiło się znowu ciemno. Po raz drugi wjechaliśmy w las. Ze względu na kilka łagodnych, ale długich podjazdów, były momenty, w których urywałem się mamie i traciłem z nią kontakt w moich lusterkach. O trzynastej dotarliśmy do klifu, z którego znane jest Koserow. My byliśmy na jego górze, więc widoki były naprawdę niesamowite. Żeby wszystko dobrze widzieć, wcisnąłem się pomiędzy dwie ławki na czymś w rodzaju tarasu widokowego i cieszyłem oczy…

Klif jest jednym z najwyższych punktów na wyspie Uznam. Jest on położony na około sześćdziesięciu metrach nad poziomem morza. Znajduje się na najwęższym kawałku wyspy, gdzie od północy klif jest wybrzuszany przez Bałtyk, a od południa przez Zalew Szczeciński. Ludzie, którzy wchodzili po schodach wracając z plaży, wyglądali na solidnie zmachanych…

Po dziesięciominutowej refleksji i zadumie, ruszyliśmy dalej. Nasz szlak nadal biegł przez las…

Jako, że zbliżała się pora obiadu, z minuty na minutę mijaliśmy coraz mniej jednośladów na szlaku. Wiadomo – głodny Niemiec, to zły Niemiec ;-) Do kolejnej nadmorskiej miejscowości, Kölpinsee, mięliśmy również około dwóch kilometrów, oczywiście przez las…

W ostatnim fragmencie tego odcinka dzisiejszej wycieczki, można było odczuć, że opuszczamy wyżynę i powoli zbliżamy sie do poziomu morza. Kiedy wreszcie dotarliśmy do Kölpinsee, natrafiliśmy na skrót dla rowerów, z którego niestety musieliśmy zrezygnować, ponieważ były to strome schody… Ale jak to bywa u naszych zachodnich sąsiadów, był również oznakowany wariant dla tych, którzy niekoniecznie chcieli targać swój rower „skrótem”. Jako, że musieliśmy dostać się na dół, bardzo szybko pokonaliśmy stromy (tym razem w dół) objazd po normalnej, prawie pustej drodze. W dwie minuty robiąc zygzak powróciliśmy do naszego szlaku, który teraz biegł pomiędzy morzem bałtyckim, a jeziorem Kölpinsee…

Mając koło siebie morze, jakieś marne jezioro nie zrobiło na mnie dużego wrażenia. Zaraz za nim, przejeżdżając pomiędzy wąsko rozmieszczonymi słupkami, przez które musiałem złożyć lusterko, wjechaliśmy na najtrudniejszy, a na pewno najbardziej wymagający odcinek trasy. Na początku, pomimo tego, że byliśmy chyba na równi z poziomem tutejszych wód, przed nami pojawił się bardzo stromy zjazd, przy którym był znak nakazujący zejść z roweru…

Dla bezpieczeństwa zjazdy lub podjazdy (zależy z której strony się na to spojrzy) były wyłożone polbrukiem, a właściwie deutchebrukiem… Przy każdej z takich górek było sporo ludzi, ponieważ prawie wszyscy zgodnie z instrukcją schodzili z rowerów, robiąc przy tym niemały zator. Przez to na zjazdach nie mogłem uwolnić swoich wodzów fantazji i rozwinąć w pełni skrzydeł mojego bolidu. W sumie na pierwszym ze zjazdów gdybym jechał odrobinę szybciej, najprawdopodobniej zaliczyłbym czołówkę z dwoma rowerami, które nagle wyłoniły się zza zakrętu jadąc całą szerokością ścieżki. Nie obyło się bez hamowania z całkowitym zablokowaniem tylnych kół w jednośladach… Łącznie były cztery takie szesnastoprocentowe odcinki z szarą kostką. Przed ostatnim z nich przeżyłem kolejne z bezcennych doświadczeń zaserwowanych przez mój niezawodny wóz… Korzystając z lekkiego zjazdu, starałem się wyciągnąć z mojego rumaka minimum 17,5 km/h, a nie miałem na to zbyt wiele czasu, ponieważ przede mną pokazał się kolejny podjazd. Gdy udało mi się przekroczyć założoną prędkość, nagle zaczął do mnie dochodzić przedziwny dźwięk. Przez moją owalną szybę z plexi, nigdy tak do końca nie wiem skąd odbieram odgłosy z otoczenia. Tym razem tępy pisk, który trwał około trzech, pięciu sekund, na początku przypominał śpiew konika polnego. Pomyślałem, że na tak małego owada dźwięk jest zdecydowanie za głośny, dlatego przyjąłem wersję, że gdzieś w pobliżu wycinają drzewa i kiedy podczas bardzo szybkiej jazdy zacząłem się rozglądać dookoła, SuperFour nagle zatrzymał się na środku ścieżki przerywając pisk… Przez kolejne dziesięć sekund dochodziłem do siebie. Podobno zrobiłem się strasznie blady, a serce waliło mi tak, jakby zaraz miało opuścić moją klatkę piersiową rozrywając ją od środka… Gdy już się ocknąłem od razu zrozumiałem, że ten hałas wydobywał się z mojego pojazdu. Nie mam pojęcia co to było, ale wydaje mi się, że piszczał pasek, który napędza prądnice. Od szybkiej jazdy mógł złapać jakieś luzy i przez to komputer awaryjnie zatrzymał mojego quada. Nie było to zwyczajne zatrzymania, takie gdybym sam zahamował puszczając joystick. SuperFour dosłownie zablokował koła i stanął prawie tak gwałtownie, jak w przypadku mojej lipcowej czołówki ze słupem. Moja półtonowa maszyna wyryła pod sobą metrowy ślad na ziemi, co jeszcze nigdy nie miało miejsca. Komputer pokładowy pozbawił mnie wpływu na dalszą jazdę odłączając joystick i uruchamiając irytujący alarm dźwiękowy… Moja towarzyszka myślała, że stanąłem na środku ścieżki, żeby pozować do jednej z kolejnych fotografii…

Kiedy już zrobiła zdjęcie, podjechała do mnie, poczym na mój widok (bladego jak ściana pomalowana przed chwilą Jedynką) i odgłos dobiegający z joysticka, zaczęła lamentować. Na szczęście ponowne uruchomienie SuperFour’a przywróciło stan pierwotny mojej maszyny i mogliśmy jechać dalej. Gorzej było z moją psychiką, która trochę podupadła po tym drogowym incydencie, który ostro mnie utemperował… Przez następne dwa kilometry, które pozostały nam do Ückeritz, jechałem jak żółw nie przekraczając dziesięciu kilometrów na godzinę. Obawiałem się, że w każdej chwili mój rumak może się zbuntować i spróbować ponownie zrzucić mnie z siodła. Co prawda nic już nie piszczało, ani nie zgrzytało, ale mimo wszystko musiałem jeszcze odzyskać werwę i zapał, które uleciały ze mnie podczas nieoczekiwanego hamowania… Po kilkunastu minutach spokojnej jazdy przez górzysty, ciemny las, dotarliśmy do celu dzisiejszej wycieczki – Ückeritz. Leśna ścieżka skończyła się na samym wjeździe do nadmorskiej miejscowości. Dojechaliśmy do skrzyżowania z asfaltową drogą (ulica Am Steilufer) łączącą centrum miasteczka z plażą. Do morza należało skręcić w lewo, a my chcąc włączyć się do szlaku rowerowego biegnącego wzdłuż drogi B111, pojechaliśmy w przeciwnym kierunku. Mama nie mogła wytrzymać mojego słabego tempa, dlatego przez cały przejazd przez Ückeritz jechała przodem. Ja czułem się, jakbym zamiast zwinnego i błyskotliwego SuperFour’a, prowadził małego i rozklekotanego traktora… Pokonanie spokojnej dzielnicy niewielkiej nadmorskiej mieściny zajęło nam zaledwie kilka minut. Dookoła panował oczywiście ten nudny i perfekcyjny niemiecki Ordnung – bleee! Po kilkuset metrach przeskoczyliśmy przez akurat otwarty przejazd kolejowy, poczym zatrzymaliśmy się na czerwonym świetle. Gdy w końcu pojawiło się zielone, bezpiecznie mogliśmy przedostać się na drugą stronę ruchliwej 111-stki. Stamtąd mieliśmy równą i w miarę szeroką rowerówkę, którą ruszyliśmy z powrotem w kierunku Koserow…

Po lewej w oddali było widać Zalew Szczeciński, od którego oddzielały nas ogromne zielone pola… Cały czas miałem obawy przed bardziej agresywnym, a przede wszystkim szybszym stylem jazdy. Nie mogę powiedzieć, żeby towarzyszyła mi dzisiaj brawura. Na szczęście z każdym przejechanym kilometrem, w mojej pamięci zacierał się ślad po ostatnim ekstremalnym przeżyciu i z minuty na minutę jechałem coraz żwawiej… Po niecałych dwóch kilometrach przemknęliśmy przez malutką miejscowość Stubbenfelde, gdzie przez 200 metrów musiałem przeciskać się przez wąziutki i kręty chodnik. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – przynajmniej przez chwilę mogłem wykazać się moimi kunsztem i megaprecyzyjnie przeprowadzić moją kolumbrynę pomiędzy przeróżnymi miejskimi przeszkodami, jakimi były na przykład śmietniki, latarnie uliczne, czy przystanek autobusowy. Jak zwykle zrobiłem to perfekcyjnie ;-) Tuż przy wylocie ze Stubbenfelde ponownie pojawiła się asfaltowa ścieżka rowerowa…

Kolejny kilometr był dość łatwy i przyjemny, choć muszę przyznać, że jazda po prostej i równej rowerówce była strasznie monotonna. Na takie odcinki przydałby się w moim wozie autopilot, dzięki któremu można by na przykład poczytać przewodnik, postudiować mapę, albo po prostu coś przekąsić ;-) W połowie drogi pomiędzy Stubbenfelde a Kölpinsee, do mojej mamy zadzwonił telefon. Dzięki temu wysunąłem się na prowadzenie i do Kölpinsee dotarłem pierwszy… Żeby nie tamować ruchu na pełnym rowerów szlaku, zjechałem na pobocze i zaparkowałem na pasie zieleni. Jednośladów dookoła była cała masa. Jak na tak niewielką miejscowość to naprawdę robiło wrażenie. Ale wbrew moim przypuszczeniom, większość wcale nie była turystami, którzy postanowili zwiedzić wyspę Uznam z dwóch kółek. Całą wąską ścieżkę rowerową zalewały dzieciaki wracające z pobliskiej szkoły… Stojąc na elegancko przystrzyżonym trawniku, nawet nie próbowałem gasić silnika, bo byłem święcie przekonany, że lada moment dołączy do mnie ta, która została gdzieś z tyłu. Niestety moje przypuszczenia były tym razem całkowicie nietrafne. Jak pomnik, stałem przy głównym skrzyżowaniu Kölpinsee i robiłem za największą miejscową atrakcję ;-) Mama na krzyżówce pojawiła się dopiero po kilku minutach. Jednak na chwilę wyłączyłem silnik i postanowiłem rzucić okiem na mapę. Nie będę ukrywał, że rozważaliśmy wydłużenie dzisiejszej pętli dodatkowo o pobliski Loddin położony nad Zalewem Szczecińskim, zwanym tutaj Stettiner Haff, ale przez moje niedopatrzenie wybraliśmy krótszy wariant. Gdy podczas tego planowania spojrzałem niedbale na zegarek, ujrzałem 15:15 i doszliśmy do wniosku, że musimy już wracać, aby w ogóle zdążyć na kolację. Tak naprawdę była 14:15… Przynajmniej będziemy mieli jeszcze po co tu wrócić ;-) Do następnej mieściny mieliśmy półtora kilometra. Nawierzchnia nadal była Erste Klasse, ale dla osób nie mających wspomagania w postaci napędu na cztery koła, zrobiło się mało przyjemnie. Powodem tego był długi podjazd ciągnący się przez kilkaset metrów. Większość zawodników jadących przed nami stanowiła niewielka grupka Helmutów, czyli niemieckich emerytów. Wszyscy oni wykruszyli się już na samym początku górki i poschodzili z rowerów. Dzięki temu z wielką satysfakcją, na ich terenie, mogłem wyprzedzić całą te zgraję na pełnej mocy, zahaczając jednym kołem o pobocze. Jednemu Helmutowi, aż prawie czapkę zwiało ;-) Kiedy teren już się wygładził, pojawił się kolejny dzisiaj przejazd kolejowy. Szlabany na szczęście były otwarte, a SuperFour nie zrobił mi złośliwego żartu i nie zatrzymał się na torach… Kawałek dalej asfalt zamienił się w czerwoną kostkę, a my znaleźliśmy się w Koserow…

Jako, że nalezę do wygodnych, od razu opuściłem chodnik i wskoczyłem na ulice. Ruch na niej był umiarkowany, a poza tym obowiązywało tam 30 km/h, więc nawet ja przy sprzyjającym wietrze mogłem pokusić się o mandat ;-) Po drodze mijaliśmy różne ciekawe domki ze strzechą na dachach, ale niestety nie było gdzie się zatrzymać, żeby uwiecznić je na fotografiach… Chcieliśmy dojechać do mola, a żeby się tam znaleźć, musieliśmy przejechać przez całe Koserow. Wiadomo, że to nie Świnoujście, ale jednak od plaży dzielił nas ponad kilometr… Gdy już tam dotarliśmy, mama zgodnie z nakazem zeszła z roweru, a ja wyłączyłem silnik zmieniając mojego bojowego potwora w cichego i spokojnego melexa. Mówiąc krótko, zdecydowanie wolę tę pierwszą wersję :-) Byliśmy na niewielkim nadmorskim deptaku. W poszukiwaniu dobrej kawy doszliśmy, aż do mola. Zajęliśmy sobie ławkę przy samym wejściu na ten drewniany pomost i zdjęliśmy zbroje. To znaczy mama zdjęła kask, a ja wyjechałem fotelem na zewnątrz mojego wehikułu. Będąc poza moją szklaną kopułą od razu poprosiłem mamę, żeby zdjęła mi okulary, ponieważ w tym roku nie chciałem mieć białych oczodołów i już od kwietnia dbałem o moją opaleniznę ;-) Gdy nogami byłem już poza moim wozem, moja kompanka zostawiła mnie na chwilkę i udała się po zasłużone cappuccino do jednej z pobliskich kawiarenek. Jak powszechnie wiadomo, Niemcy nie należą do nadzwyczajnych smakoszy, dlatego też zdobycie dobrej kawy wcale nie było takie proste… W pierwszych dwóch budkach z lodami serwowano kawę z termosu. Bleee! Saint Tropez to to nie jest… Na szczęście w trzeciej lodziarni było wszystko czego oczekiwaliśmy od niemieckiej nadmorskiej miejscowości – kawa z ekspresu w zamykanych kubkach na wynos. Czy ja tak dużo wymagam? Mama oczywiście nie odpuściła sobie dodatkowych dwóch gałek w wafelku… W końcu otrzymałem moje upragnione cappuccino…

Gdy tak sobie siedzieliśmy i sączyliśmy gorącą kawę, która w ogóle nie chciała wystygnąć w palącym słońcu, podszedł do nas ratownik… Już wcześniej zauważyłem, jak obserwowali mnie przez lornetkę, zakamuflowani w wymyślnej wieżyczce w kształcie piramidy, zamontowanej nad wejściem na molo. Schowani w tej drewnianej budce, wyglądali jak niemieckie oddziały Wermachtu, pilnujące Wału Atlantyckiego w Normandii podczas drugiej wojny światowej… Tak jak mówiłem, jeden z nich wygramolił się z punktu obserwacyjnego, zszedł po stromych schodkach na molo i z aparatem fotograficznym podszedł do nas. Nie był to byle jaki ratownik. Mieliśmy okazję poznać samego Obersturmbannfuhrera plaży w Koserow :-) Już na samym początku zaskoczył nas biegłą znajomością angielskiego. Powiedział, że odważył się do nas podejść, ponieważ przyjeżdża tu wielu niepełnosprawnych, ale jeszcze nigdy nie widział takiego pojazdu jak mój i chciałby zrobić mi zdjęcie, żeby pokazać SuperFour’a innym. Nie zgłosiłem sprzeciwu i pozwoliłem zrobić mu kilka fotek. Zawsze, kiedy Niemcy coś ode mnie chcą, czy po prostu mnie podziwiają, odczuwam wtedy podwójną, a może nawet i potrójną satysfakcję ;-) Później dowiedzieliśmy się, że mój wóz został zakupiony w rodzinnym mieście pana ratownika – w pobliskim Greifswaldzie. Kiedy powiedziałem mu, że jesteśmy „from Stettin”, on mnie poprawił mówiąc „Szczecin, I know, I was in Szczecin many time for shopping”. Miło nam się rozmawiało, ale jeden David Hasselhoff zawołał naszego Obersturmbannfuhrera i niestety nasza konwersacja dobiegła końca. Tamci tylko wskoczyli na pierwszorzędną motorówkę rodem ze „Słonecznego Patrolu” i po chwili zniknęli gdzieś za wydmami… Nasza samotność nie trwała jednak zbyt długo, ponieważ już minutę później, napatoczyli nam się kolejni spragnieni rozmowy. Tym razem był to ojciec z córką na specjalnym wózku do poruszania się po plaży. Ogromne plastikowe koła, dzięki którym bez problemu można poruszać się po piasku, robiły na promenadzie większy hałas od mojego silnika. Kiedy już do nas dojechali i zgrzytanie piachu pod kołami ustało, ładnie się z nami przywitali. Niestety na tym etapie skończyła się moja znajomość niemieckiego i grzecznie zapytałem czy może znają angielski. Pomyślałem, że skoro ratownik znał, to dlaczego oni mieliby nie… Okazało się, że córka tego poligloty nie mów wcale. W tym przypadku można jej darować nieznajomości angielszczyzny, ale temu panu NO WAY! Nie umiał żadnego, nawet najprostszego słowa po angielsku. Cały czas zadawał jakieś pytania – sądząc po akcentowaniu chyba to były pytania – i czekał na odpowiedź. Ja w każdą jego przerwę wtrącałem obcykane i wyklepane na blachę – Ich nicht verstehen :-) Po dwóch minutach w końcu dotarło do niego, że wspólna konwersacja nie ma najmniejszych szans powodzenia. Wstał z ławki i kilkukrotnie okrążył mój pojazd, bacznie mu się przyglądając – od stóp do głów. Największą jego uwagę przykuła moja nowa naklejka „Nurburgring” prosto z najpopularniejszego toru wyścigowego w Europie. Przyklejając ją dwa tygodnie temu, miałem zamiar nadania mojemu bolidowi jeszcze więcej rajdowego sznytu, ale nigdy nie przypuszczałem, że ktokolwiek pomyśli, że SuperFour wywodzi się z Nurburgringu. Tak właśnie skojarzył naklejkę z moich przednich błotników ten „nur deutsch”. Mówiłem mu, że to tylko „stickers”, ale nie jestem przekonany, czy ten jegomość cokolwiek zrozumiał… Po tym wszystkim odhamował wózek córki i z towarzyszącym im hałasem spod kół, ruszyli z powrotem smażyć się na plażę… Widząc dookoła kilku, a może i nawet kilkunastu kolejnych potencjalnych rozmówców, którzy tylko czekali na okazję, żeby z nami zagadać, ekspresowo dopiliśmy kawę i rozpoczęliśmy procedurę ewakuowania się z promenady w Koserow. Na dowidzenia postanowiłem wjechać sobie na pobliską wydmę, z której rozpościerał się przepiękny widok na kilkukilometrową linię brzegową…

Kiedy już się napatrzyliśmy, powoli zawróciłem z nad przepaści i w tempie pieszego przejechałem przez niewielką promenadę. Po drodze mijałem całą masę wózkowiczów, którzy nie wiadomo skąd wyrastali jak grzyby po deszczu…

Kawałek dalej mama wcisnęła przycisk Engine Start, zamieniając mój wóz z powrotem w drapieżną maszynę. Ponownie mogłem przycisnąć gaz do dech. Niestety najpierw jadąc z Koserow w kierunku Zinnowitz, musieliśmy przejechać przez ten sam wał, który już kilka godzin wcześniej, nie przypadł mi do gustu. Wszystko przez to irytujące wybrzuszenie na środku ścieżki…

Cały ten felerny odcinek liczył aż półtora kilometra. Ilość rowerów była porównywalna z liczbą samochodów jadących równoległą 111-tką kilka metrów pod wałem. Niestety, przez ten przechył nie mogłem pobawić się w, tak przeze mnie lubiane, wyprzedzanie niemieckich emerytów. Niech się cieszą, że nie mam żadnego działka na pokładzie ;-) Opuszczając nasyp wjechaliśmy do Zempina. Tam ze względu na pieszych krzątających się w pobliżu plaży, trzeba było zdjąć rękę z joysticka, nogę z gazu, pedału, czy co tam kto miał ;-) Powoli przeturlaliśmy się przez deptak, później przyspieszyliśmy jadąc kilkaset metrów uliczką wzdłuż ośrodków, aż w końcu wjechaliśmy w las, który ciągnął się do samego Zinnowitz… W ciemnym lesie na wydmach nagle zrobiło się zdecydowanie chłodniej. Do tego słońce, które czasami mimo wszystko znajdywało lukę w gęstych konarach, tak mocno świeciło prosto w moją szybę, że momentami nic nie widziałem. W pewnym momencie zwolniłem przed zakrętem, ponieważ moja widoczność była naprawdę zerowa, a tuż za nim na środku ścieżki stały dwa rowery… Gdybym jechał szybciej, mało prawdopodobne żebym wyszedł z tego bez nowej rysy na mojej pięknej czarnej karoserii, ale na szczęście udało mi się ominąć tą mało rozgarniętą grupkę niedzielnych turystów… Z lasu wpadliśmy prosto na zinnowitzką promenadę i chwilę później byliśmy na naszym parkingu pod Casa Familia. O 16:30 SuperFour był już w przyczepie. Niech sobie odpocznie, bo jutro zapowiada się kolejna (mam nadzieję ciekawa) wycieczka po wyspie. Dzisiaj zrobiliśmy niecałe 30 kilometrów. Liczę na to, że była to tylko przystawka przed jutrzejszym daniem głównym – Peenemünde…

***** Tekst utworzony 27.10.2011r. *****

Zinnowitz 2011 – dzień 2. – Zimna rozgrzewka…


***** Tekst utworzony 16.09.2011r. *****

Jak to zwykle bywa na moich wyjazdach, nie można powiedzieć, żebym się lenił i wysypiał aż nadto. Tutaj w Zinnowitz jest jedna rzecz, dzięki której nie powinienem mieć problemu ze spaniem. Mam tu na myśli łóżko na pilota, bez którego nie byłoby mi na pewno tak wygodnie… Dzisiaj wstaliśmy piętnaście po ósmej, ale mimo tego ledwo zdążyliśmy na śniadanie, które w Casa Familia jest teoretycznie serwowane do dziewiątej trzydzieści… Pogoda, pomimo naszego pobytu w Niemczech, wyglądała, jak typowe polskie lato nad morzem ;-) Żeby dać słońcu zabłysnąć i odpowiednio dogrzać wyspę, po wstępnym przetrawieniu śniadania, poszliśmy na plażę. Ogólnie rzecz biorąc, nie jestem fanem spędzania wolnego czasu na nadmorskich plażach, ale tutaj muszę przyznać, że wcale nie było tak źle. Niemiecka kultura i przede wszystkim porządek, zrobiły na mnie naprawdę dobre wrażenie. No i nie mogę nie wspomnieć o zjeździe, dzięki któremu bez problemu można dojechać wózkiem do samej wody…

Niestety po kilkunastu minutach musieliśmy wrócić do hotelu, ponieważ mama musiała zrobić jakieś przelewy na laptopie. Ach ci pracoholicy… Ja cały czas obserwowałem niebo, które było nadal kapryśne i pełne ciemnych, deszczowych chmur… Około trzynastej zrobiliśmy drugie podejście. Po krótkim rekonesansie, doszliśmy do wniosku, że lepiej jeszcze poczekać na lepszą aurę. Żeby bezczynnie nie siedzieć w pokoju, poszliśmy zaliczyć jakiś deser. Najpierw przeszliśmy całą promenadę wzdłuż i wszerz, ale nie zdecydowaliśmy się na żadną z tamtejszych kawiarni. Za to mogliśmy zapoznać się z trasą, którą już niedługo będziemy śmigać…

Dopiero kilkaset metrów dalej w kierunku centrum Zinnowitz, znaleźliśmy lokal, który odpowiadał nam obydwu. Ja zjadłem spory kawałek sernika, a mama na deser skonsumowała… pizzę ;-) Jedząc te pyszności i pijąc dobrą kawę, spędziliśmy tam prawie godzinę. Kiedy stamtąd wyszliśmy na zewnątrz, nareszcie zrobiło się ciepło. Ciepło to znaczy 20-22 stopni. Żeby maksymalnie wykorzystać tą temperaturę, postanowiliśmy szybko wrócić do hotelu i przesiąść się na SuperFour’a. Powrót zajął nam prawie kolejną godzinę, ponieważ po drodze, nie mogłem odpuścić sobie wstąpienia do sporego sklepu z ciuchami z ogromnym napisem „Reduziert 70%”. Gdybym tego nie zrobił nie byłbym sobą ;-) Czas leciał nam nieubłaganie. Gotowi i zwarci na symboliczną przejażdżkę byliśmy dopiero o 16:30. Tym razem promenadę zaliczyłem w zupełnie innych butach, innych okularach, i przede wszystkim za sterami całkiem innego pojazdu, którym oczywiście był SuperFour :-) Od razu, gdy tylko w nim zasiadłem, jak zwykle po podróży w przyczepie, zaczął sam skręcać kołami. Ale muszę przyznać, że się tego spodziewałem i bardziej byłbym zdziwiony, gdyby wszystko działało poprawnie… Kiedy opuszczałem parking, wypuścił mnie z niego szlaban podnoszący się na fotokomórkę…

Jak tylko wystartowaliśmy w kierunku ścieżki rowerowej biegnącej na promenadzie, słońce ponownie schowało się za chmurami i zrobiło się naprawdę zimno. Do tego jeszcze ten wiatr od morza. Brrr… Ale skoro już wyciągnęliśmy rumaka ze stajni, nie mogliśmy poddać się bez walki… Dość szybko dojechaliśmy do końca cywilizowanej nadmorskiej części Zinnowitz, gdzie mieliśmy z Casy niecałe dwa kilometry. Właśnie tam promenada zamienia się z szerokiego zabetonowanego bulwaru, w normalną leśną drogę poprowadzoną przez wydmy. Pojechaliśmy tamtędy jeszcze kawałek, ale po kilkuset metrach postanowiliśmy zawrócić do bazy… Taka jazda w temperaturze oscylującej w granicach szesnastu stopni Celsjusza, na pewno nie należy do najprzyjemniejszych aktywnych form spędzania wolnego czasu. Korzystając ze skromnego skrzyżowania szlaków rowerowych, zawinąłem moim pojazdem o 180 stopni, poczym pojechaliśmy z powrotem w kierunku naszego hotelu. Byłem już solidnie zmarznięty, dlatego co jakiś czas musiałem się zatrzymać, żeby sprawdzić czucie w prawej ręce… Parę minut przed siedemnastą byliśmy już na parkingu, na który zostaliśmy wpuszczeni po wklepaniu tajemniczego kodu (B442). Gdy mój pojazd trafił już na odpoczynek do przyczepy, jak na złość, ponownie wyjrzało słońce. Muszę przyznać, że na dzisiejszą rundę po promenadzie, wybraliśmy najzimniejszy moment dnia… Ale nie ma to tamto ;-) Jutro to się będzie działo…

***** Tekst utworzony 16.09.2011r. *****

Zinnowitz 2011 – dzień 1. – Aklimatyzacja…


***** Tekst utworzony 15.09.2011r. ***** 

 

Nareszcie… Dawno już nigdzie nie wyjeżdżałem. Ostatnio byłem w Lübbenau ładnych kilka tygodni temu. Teraz nadszedł czas na zupełnie nową wyprawę. Co prawda nie będę oryginalny, ponieważ nie poleciałem do Ameryki Południowej przedzierać się przez dolinę Amazonki, ani nawet nie pojechałem do Afryki wycieńczyć się na pustyni. Z wyborem mojego kolejnego celu było tak, jak z piłką nożną. W piłkę zawsze grają dwie drużyny, a wygrywają Niemcy. Tak samo było w przypadku wjazdu. Było wiele ciekawych miejsc, a i tak wybrałem zachodnich sąsiadów :-) Jako, że w ubiegłym roku, trzykrotnie stacjonując w Świnoujściu nie udało nam się zjechać całej wyspy, tym razem zarzuciliśmy kotwice na jej północno-zachodnim brzegu – w Zinnowitz…

 

Ze Szczecina do Zinnowitz można dotrzeć na kilka sposobów. Najszybciej i najprościej byłoby przez Świnoujście, gdyby nie… prom, a właściwie kolejka, w której trzeba spędzić przeważnie ze dwie godziny, żeby w ogóle się na niego dostać. Dzisiaj jest 15-ty sierpnia i o ile mi wiadomo, mamy jakieś święto, więc o przelocie przez polską część wyspy Uznam mogliśmy zapomnieć. Niby wszyscy katolicy, a zamiast do kościoła, pędzą na plaże modlić się do słońca… Żeby nie tracić czasu, a przede wszystkim zdrowia, pojechaliśmy przez Niemcy, gdzie już dawno, dawno temu wybudowano coś takiego jak most, którym bez najmniejszych problemów można dostać się na wyspę… Ze Szczecina pojechaliśmy na przejście graniczne w Lubieszynie, dalej zaliczyliśmy Pasewalk, Anklam, Wolgast i w niecałe dwie godziny dojechaliśmy do Zinnowitz… Jeżeli chodzi o zakwaterowanie, to tym razem niestety nie będziemy mieszkać w zamku, stajni, a nawet w domku dla służby. Ale jeśli myślicie, że przez tydzień będę spał w namiocie, to jesteście w błędzie ;-) Prawdę mówiąc moje wymagania nie są duże – łóżko na pilota, czterdziestocalowy telewizor oraz hot spot, to wszystko czego potrzebuje prawdziwy globtroter dwudziestego pierwszego wieku ;-) Takie warunki znalazłem w hotelu Casa Familia… Na początku roku, kiedy planowałem wszystkie wyjazd, napisałem maila do informacji turystycznej wyspy Uznam, a dokładniej Usedom (nie zapominajmy, że jestem w Niemczech). Jakiś bardzo miły, a przede wszystkim dobrze poinformowany jegomość, odpisał do mnie dopiero po tygodniu, ale warto było czekać. Przysłał mi on całą listę hoteli przystosowanych do potrzeb osób niepełnosprawnych, podzieloną pod względem stopnia tego przystosowania. Głupio brzmi, ale tak było :-) Niektóre z nich miały na przykład tylko podjazd oraz jeden pokój dla wózkowicza. Inne jako, że dawniej głównie w Heringsdorfie często pojawiał się cesarz, niektóre hotele są naprawdę wypasione, tak samo zresztą jak ich cena… Pierwsze dwa hotele zawarte na liście z informacji turystycznej, były miejscówkami całkowicie przystosowanymi, w Niemczech mówią na to barrierefrei. Pierwszy z nich był położony nad Zalewem Szczecińskim (po niemiecku Stettiner Haff), dlatego od razu odpadł bez głębszego zbadania jego oferty, natomiast tym drugim była właśnie Casa Familia w Zinnowitz… Nie mogę powiedzieć, żeby załatwienie pokoju było prostą sprawą. Kilkakrotnie wysyłałem maile do recepcji, ale nie otrzymałem, żadnej odpowiedzi. Nie wiem co było powodem braku współpracy, ale najprawdopodobniej była to po prostu nieznajomość języka angielskiego, za pomocą którego napisałem zapytanie o wolne miejsca. Nie mam tu oczywiście na myśli swojej nieznajomości ;-) W kwietniu, kiedy tak naprawdę był już najwyższy czas, żeby zarezerwować pokój, musiałem po raz kolejny skorzystać z pomocy cioci Heni, która zadzwoniła do Casy i rzutem na taśmę, zaklepała ostatnie wolne miejsce w połowie sierpnia. Nie miałem żadnego wyboru ani jeżeli chodzi o termin, ani o długość pobytu. Ale jako bezrobotny rencista, mimo wszystko, jakoś udało mi się poprzekładać wszystkie wyjazdy, wyloty, wizytacje oraz inne takie na „Wu” i dzięki temu od dzisiaj, przez 7 następnych dni zostałem wyspiarzem :-) Już na dzień dobry, mieliśmy nie małe kłopoty. Żeby wjechać na hotelowy parking, należało się najpierw zameldować na recepcji i wziąć stamtąd kod otwierający szlaban. Niestety „Darek otwórz” w tym przypadku nie zadziałało… Zadanie zdobycia pinu, powierzyłem razem z tatą mamie. Wyglądało to prawie tak, jak w sytuacji gdy dwóch gimnazjalistów wysyła menela do Netto po dwa najtańsze piwa ;-) Tak na marginesie mówiąc, znam to tylko z własnych obserwacji… Wykonanie tego jakby mogło się wydawać prostego zadania, zajęło mamie prawie 10 minut. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – ponieważ na recepcji nikt nie znał polskiego :-) Na szczęście znali w kuchni. Wystraszona recepcjonistka, która w żaden sposób nie mogła porozumieć się z moją uzdolnioną językowo mamą, ściągnęła do pomocy polską kelnerkę, panią Renatę. Ona również nie mogła zrozumieć nawet z polsko-niemieckim słownikiem, o co chodzi tej  Zinnowitzczance zza lady. W końcu okazało się, że ze względu na moją niepełnosprawność, przysługuje mi zniżka, a do jej zatwierdzenia niezbędna jest legitymacja niepełnosprawnego, która w Polsce po prostu nie istnieje. Zakłopotana recepcjonistka wymyśliła, że w takim razie zrobią mi zdjęcie… O cholera, tylko że ja nie przywiozłem ze sobą garnituru ;-) Kiedy już wywalczyliśmy nasz upragniony klucz i kod do parkingowego szlabanu, mogliśmy zacząć rozładowywać nasz cały ekwipunek, którego jak zwykle nie było mało… Żeby dostać się do naszego pokoju 427, musieliśmy wjechać windą na… brawo, czwarte piętro ;-) Kiedy już do niego weszliśmy, nie obyło się bez szybkiego przemeblowania. Aby z ciasnego pokoiku zrobić salon, wystarczyło przesunąć jedno z łóżek pod ścianę i teraz można już u nas dosłownie tańczyć… Poza tym mamy wszystko, co niezbędne. No i nie mogę nie wspomnieć o dwóch obszernych szafach, dzięki którym wreszcie nie będę kłócił się z mamą o półki i wieszaki ;-) Po zniesieniu całego naszego majdanu pod 427, tata zaparkował przyczepę i pojechał z powrotem do kraju…
  

To żółte w tle, to właśnie nasza nowa baza… Po podstawowym ogarnięciu, udaliśmy się z mamą na zwiad po Zinnowitz. Najpierw przeszliśmy promenadę, która zaczyna się sto metrów od naszego hotelu, przy okazji rzucając okiem na morze. Następnym naszym celem był sklep, a dokładnie poczciwe Netto… Po zrobieniu zakupów, powoli wróciliśmy do pokoju i po chwili przerwy, zjechaliśmy windą na kolację, tzw. Abendessen. Czekał tam na nas stolik z karteczką „Familie Karlinski”…  Ze względu na nasz typowo aktywny charakter pobytu, mamy tutaj wykupione śniadania oraz obiado-kolacje. Na obu tych posiłkach jest bufet, więc można zjeść tyle, ile da się radę w siebie wcisnąć. A niektórzy potrafią… ;-) Z takim wyborem dań jeszcze nigdy się nie spotkałem. Nawet taki francuski piesek jak ja znajdzie tu coś dla siebie. Podczas kolacji, kilka razy doświadczyliśmy kontaktu z Renatą (tą polską kelnerką), ale tym razem obyło się bez jej pomocy. Znając zdolność mojej mamy do tworzenia najdziwniejszych problemów, zapewne jeszcze nie raz skorzystamy z jej translatorskich usług… Po kolacji wróciliśmy do pokoju, mama kończyła rozpakowywanie, a ja oswajałem się na nowo z niemiecką telewizją… Nie mamy żadnych planów na jutro, ponieważ tak do końca nie wiadomo, czy pogoda pozwoli nam na „rozegranie meczu”. Ale nie ma się co przejmować, ponieważ jeżeli nawet nie uda nam się pojechać na jakąś wycieczkę rowerową, to na pewno znajdziemy sobie jakieś inne ciekawe zajęcie w samym Zinnowitz, które tak na marginesie nazywane jest wanną Berlina…

***** Tekst utworzony 15.09.2011r. ***** 

Szkoda…


Dlaczego taki tytuł? Ponieważ szkoda lata, szkoda wolnego, szkoda czasu i przede wszystkim szkoda, że przez ponad miesiąc wakacji, pogoda nie pozwoliła mi realizować ambitnych planów, które przyjąłem na początku sezonu… Chciałem w tym roku zrobić minimum półtora tysiąc kilometrów. Przy takim założeniu, od maja do września wystarczyłoby przejechać po 300 kilometrów miesięcznie. Do tego dzięki nieprzeciętnie ciepłemu kwietniowi, wszystko było na jak najlepszej drodze do sukcesu. Niestety cały ten misterny plan zaczął się sypać już podczas pobytu w Lübbenau na przełomie czerwca i lipca… Myślałem, że po tych niemieckich błotach uda mi się w 10 dni zrobić bez większego wysiłku 200, 250 kilometrów. W rzeczywistości nie dobiłem nawet do stówy… Prawie przez cały lipiec miałem być na miejscu w Szczecinie, dlatego myślałem, że spokojnie nadrobię stracony dystans i dzięki trzem, czterem konkretnym wycieczkom tygodniowo wyjdę na prostą. Nic bardziej mylnego. Przez wiele czynników i przede fatalną pogodę, przez cały letni miesiąc zasiadając tylko sześciokrotnie za sterami mojego wehikułu, przejechałem zaledwie 122 kilometry, co normalnie można by zrobić bez większego wysiłku w ciągu trzech dni. Masakra! Nie pamiętam takiego lata. Przecież powinni nam wypłacić jakieś odszkodowania czy coś… Jak tylko wygram w lotka wyjeżdżam stąd na stałe. Obojętnie czy to będzie Lazurowe Wybrzeże, Floryda, czy L. A. – nikt, ani nic mnie tu nie zatrzyma! ;-)

Zachowuję się już jak prawdziwy jeździec (dżokej). Ja to, ja tamto, a o rumaku ani słowa… ;-) Po naprawie, a właściwie wymianie silniczka skręcającego kołami SuperFour’a, wszystko było wspaniale przez całe kilkadziesiąt kilometrów. Później jak już pisałem, wóz ponownie zaczął wariować… Pod koniec lipca (26-ego) przyjechał do mnie w końcu fachowiec z serwisu Otto Bock’a – Thomas z Greifswald’u, który po pierwsze miał sprawdzić dlaczego pojazd dalej sam skręca, a po drugie przeczyścić cały układ skrętny, który dokładnie zapiaszczyłem podczas kąpieli błotnej 13-ego lipca. Przypuszczałem, że najprawdopodobniej zabierze SuperFour’a ze sobą do Niemiec i odstawi mi go z powrotem po tygodniu, dwóch. Już na dzień dobry wiedziałem, że nic z tego, ponieważ przyjechał do Szczecina zbyt małym samochodem, żeby zmieścić w nim moje cacko. Jak zwykle nie miał ze sobą również żadnych narzędzi poza koszulką z segregatora, w której zawsze przywozi taki mały komputerek (palmtop). Za wiele tym nie zdziałał… Prace rozpoczął tak jak za każdym poprzednim razem od wypicia dużej latte macchiatto ;-) Później podłączył ten kieszonkowy komputer do joysticka mojej maszyny i pobrał dane z komputera pokładowego SuperFour’a. Nie można powiedzieć, żeby się przy tym zbytnio pobrudził ;-) Następnie zadzwonił do centrali i spytał Dirka (tego, który był między innymi w Lübbenau) co ma dalej robić. Nie podsłuchiwałem ich rozmowy, ponieważ i tak niewiele bym zrozumiał. W każdym bądź razie Thomas wsiadł sobie za stery mojego ścigacza i pojechał w nieznane. Po dwudziestu minutach kiedy wrócił, próbowaliśmy dodzwonić się do mojej cioci, żeby ta przetłumaczyła mi diagnozę mechanika. Niestety moja ulubiona translatorka była akurat na zakupach i po kilku słowach wyładowała się jej komórka… Byłem zdany wyłącznie na siebie. Niemiec znając mniej więcej mój stopień wtajemniczeniach w ich nieziemski język, nie chciał za bardzo ze mną gadać, dlatego umówiliśmy się, że popołudniu Thomas skontaktuje się z moją ciocią, a ona do mnie oddzwoni, poczym spakował swój sprzęt do koszulki i pojechał… Dobrze, że nie zauważył wgniecenia po spotkaniu ze słupem. Mógłby wtedy na mnie nakablować do centrali, a tamci zaraz zapewne wznieciliby aferę, jak to Niemcy. Zaraz by było te ich – Och mein Got, was ist das, was ist das? ;-) Opowiadając Thomasowi jak jeździłem po błocie, gdzie doszczętnie zasyfiłem swój pojazd, nie powiedział mu, że świetnie się bawiłem przez godzinę penetrując kałużę za kałużą. Prawdziwy Niemiec mógłby tego nie zrozumieć ;-) Dlatego też wymyśliłem bajeczkę, którą opowiedziałem mu ze smutkiem na twarzy. Powiedział, że jechałem przez las nieznaną drogą do domu i natknąłem się na ogromne kałuże. Powinienem zawrócić i znaleźć inną ścieżkę, ale było już bardzo późno i byłem strasznie zmęczony, więc zaryzykowałem. Dobrze grałem, ponieważ Thomasowi również zrobiło się przykro :-) Po tej dramatycznej opowieści, trzykrotnie powtórzył, że SuperFour’a można zanurzać tylko na głębokość 10 centymetrów. Taaa, chyba on ;-) Najważniejsze, że zapewnił mnie, że mogę spokojnie jeździć dalej, a to co chrobocze w środku z czasem się wykruszy. Bardzo ucieszyła mnie ta informacja, ponieważ bałem się, że bez rozebrania całego podwozia się nie obejdzie. A jednak! Najlepszy moment był, kiedy Rafał zamknął energicznie szybę w SuperFour’ze. Wtedy gdzieś z pod przednich lamp wysypała się spora łyżeczka piasku. Gdy zrobił to ponownie, kolejna porcja suchego pyłu wylądowała na oponie :-) Ale Niemiec miał rację. Po jakimś czasie wszystko się wysypało, wykruszyło i teraz jest git. No prawie, ponieważ obecnie wszystko strasznie skrzypi, a właściwie piszczy i bez gruntownego smarowanka, ani rusz…

Jedna trzecia sierpnia już za nami, a ja nie mogę mieć zbytnich powodów do zadowolenia… Za oknem nadal zimno i deszczowo. W lasach pojawiły się już grzyby, więc co by nie mówić jesień tuż, tuż… W ciągu tych dziesięciu poprzednich dni, udało mi się 4 razy odbyć rejsy na pokładzie mojego quada. Na liczniku zanotowałem zaledwie 55 kilometrów :-( I wygląda na to, że do 15-ego sierpnia mój wynik nie wzrośnie. Właśnie tego dnia wyjeżdżam na cały tydzień na kolejną niemiecką wyprawę. Tym razem wybieram się do Zinnowitz na północny-zachód wyspy Uznam. Cały ten sezon przejeżdżę w Niemczech. Jeszcze chyba nie miałem w życiu takiego roku, żebym łącznie miesiąc spędził u naszych zachodnich sąsiadów. Ale właściwie dlaczego nie? Mają tam wszystko, co mi do szczęścia potrzebne, a nawet i więcej, dlatego czemu mam sobie żałować ;-) Moje kolejne wpisy będą właśnie stamtąd, przynajmniej mam taką nadzieję. Przecież kiedyś w końcu musi wyjść słońce! Nie będę teraz pisał gdzie to nie pojadę, ponieważ nie chciałbym zapeszać…

W każdym bądź razie do usłyszenia z niemieckiej części wyspy Uznam :-)

P.S. Pozdrowienia z nielicznej sierpniowej wycieczki do Czarnej Łąki…