Miesięczne archiwum: Czerwiec 2012

Masa Krytyczna – „zMobilizowani przeciwko barierom”


Już od miesiąca nie mogłem się doczekać dzisiejszej eskapady do miasta. Nie była to tym razem żadna nudna i bezcelowa przejażdżka po Szczecinie, a wręcz przeciwnie. Chyba po raz pierwszy w mojej globtroterskiej karierze, miałem ogromną przyjemność uczestniczenia w czymś takim. Z jednej strony, mogłem bezkarnie przejechać się przez centrum mojego ukochanego rodzinnego miasta, a z drugiej zaś, wziąć udział w comiesięcznym przemarszu rowerów nazwanym powszechnie Masą Krytyczną. Tym razem był to całkowicie pionierski pochód, ponieważ oprócz jednośladów, w imprezie udział brały osoby niepełnosprawne poruszające się na wózkach inwalidzkich. Wszystko przez to, że Stowarzyszenie Rowerowy Szczecin postanowiło zjednoczyć swoje siły z Fundacją Aktywnej Rehabilitacji oraz Fundacją Pomocy Chorym na Zanik Mięśni i wspólnie zaprotestować przeciwko koślawej infrastrukturze miejskiej, która pozostawia wiele do życzenia. Hasłem przewodnim czerwcowej Masy było „zMobilizowani przeciwko barierom”. Braki ścieżek rowerowych, dziurawe i nierówne chodniki, czy chociażby wysokie krawężniki, to tylko niektóre z niedogodności, z którymi przychodzi nam, kolarzom i wózkowiczom, zmagać się podczas codziennego przemieszczania się po Szczecinie. Osobiście byłem bardzo dumny z faktu, że jako jedyny z uczestników całej Masy Krytycznej, mogłem za jednym zamachem reprezentować środowisko osób niepełnosprawnych, jak i również rowerzystów, ponieważ poza przymusowym poruszaniu się na wózku inwalidzkim, dzięki mojemu niekonwencjonalnemu pojazdowi, od czterech lat czynnie uczestniczę w czymś, co większość z nas nazywa turystyką rowerową. I jak większości z Was wiadomo, mój jednoślad pozostawia dwa ślady zamiast jednego, a do tego czasami, kiedy zabraknie mi na pokładzie energii elektrycznej, po odpaleniu silniczka spalinowego, staję się trochę mniej ekologiczny od rowerów, to mimo wszystko czuję się stuprocentowym kolarzem, który po prostu nie musi pedałować, ponieważ cały czas jedzie z górki ;-) Zgodnie z tradycją, Masa została zaplanowana na ostatni piątek miesiąca na godzinę osiemnastą. Już kilka dni przed tym wyjątkowym dniem, bacznie śledziłem pogodę wykorzystując do tego celu internet, który zdecydowanie lepiej przewiduje warunki atmosferyczne, niż mało dokładne prognozy w telewizji. Niestety we wszystkich źródłach, z których czerpałem informacje, zapowiadano na piątkowe popołudnie deszcz i burze. Już z samego rana trudno się było z nimi nie zgodzić, ponieważ niebo przykrywała jednolita, szaro-bura masa chmur, z której nawet na ułamek sekundy do momentu wyjścia z domu, nie wyjrzało słońce. Pozytywna była za to temperatura panująca na zewnątrz, która wahała się pomiędzy 25, a 28 stopni Celsjusza. Jak dla mnie, to wprost idealna atmosfera do pokonywania miasta wzdłuż i wszerz za sterami mojego nieziemskiego SuperFour’a… Intrygujący również był mój horoskop na ten ciekawie zapowiadający się dzionek, który brzmiał następująco: „To będzie bardzo aktywny dzień. Wszędzie tam, gdzie się dzisiaj pojawisz, wzbudzać będziesz podziw, a nawet i zazdrość. Wieczorem możesz natrafić na niemiłą niespodziankę.” Trzymając się zasady – mamę oszukasz, tatę oszukasz, a z przeznaczeniem nie wygrasz – pozostało mi tylko cierpliwie czekać na rozwój wydarzeń… Mając na uwadze, że piątek to zdecydowanie najgorszy dzień tygodnia na samochodowe podróże po mieście, kilka minut po szesnastej SuperFour wraz z rowerami zostały zapakowane do przyczepy i chwilę potem ruszyliśmy w trójkę do centrum. Tym razem wybrałem taki rodzaj transportu do miejsca zbiórki, ponieważ chociaż na pierwszej części pochodu, chciałem skorzystać z napędu elektrycznego, który w przypadku gdybym wystartował z domu, rozładowałby się w połowie drogi na start. Chciałem być fair i nie smrodzić wszystkim uczestnikom już od samego początku marszu. Do tego poziom hałasu, który emituje mój wehikuł po odpaleniu silnika, zmienia potulnego i cichutkiego melexa w krwiożerczą i rycząca bestię, którą chciałem utrzymać w ukryciu przez jak najdłuższą część imprezy… Około 16:30 sznur samochodów opuszczających w popłochu Szczecin, ciągnął się przez całe miasto. My na szczęście jechaliśmy w zupełnie przeciwnym kierunku i poza kilkoma pauzami wywołanymi sygnalizacją świetlną, dotarliśmy do centrum w niecałe dwadzieścia pięć minut… Zazwyczaj Masa Krytyczna ruszała z Placu Lotników, ale tym razem zmieniono miejsce zbiórki na Deptak Bogusława, który znajduje się kilkaset metrów dalej. Przyczyną tej zmiany była zapewne Strefa Kibica, czy mówiąc bardziej światowo „Fan Zona”, która kilka dni przed rozpoczęciem EURO niespodziewanie wyrosła właśnie w miejscu poprzednich startów… Dla mnie było to w sumie bez większej różnicy, ponieważ w żadnej z tych lokalizacji nie ma miejsca, aby zaparkować naszym prawie dziesięciometrowym zestawem. W związku z tym, już parę dni wcześniej, postanowiliśmy rozbić obóz tuż przy Urzędzie Miasta, gdzie po jego zamknięciu robi się całkowicie pusto…

O 17:00 siedziałem już w moim pojeździe i przyzwyczajając się do nowej, niezwykle wygodnej pozycji, czekałem na moich dwóch kompanów, którzy demontowali równie bezkompromisowe rowery z przyczepy. Był to oczywiście mój tata, który nie tylko nas podwiózł, ale także nie mógł sobie odmówić udziału w Masie oraz mój asystent Rafał, mieszkający trzydzieści metrów od miejsca startu i mety. Jako, że mieliśmy jeszcze godzinę, na moment zapuściliśmy się do Parku Kasprowicza prosto pod Pomnik Czynu Polaków, czyli dumnie pozujące trzy orły. Następne dwadzieścia minut spędziliśmy na ławce w pobliżu Pomnika licząc na to, że nadciągający zewsząd deszcz nie pokrzyżuje naszych dzisiejszych planów. Czytaj dalej