Miesięczne archiwum: Lipiec 2012

Świnoujście 2012 II – dzień 1. – Desant na wyspę Uznam…


No i jesteśmy… Po trzech godzinach jazdy samochodem przez dawne NRD, dotarliśmy wreszcie do Świnoujścia, gdzie zamierzam przeżyć jedne z najaktywniejszych wakacji w moim życiu. Na wyspie Uznam, zwanej na zachód stąd Usedom, są do tego nad wyraz sprzyjające warunki, ale o tym później… Niektórzy z Was na pewno sobie teraz pomyślą „No dobra, ale po co ze Szczecina do Świnoujścia jechali przez Niemcy?!” Tym razem nie było tak, że specjalnie wybraliśmy dłuższą i dalszą trasę, żeby zwiedzić zapyziałe niemieckie wioski, czy też zbadać jak wygląda liczebność populacji czapli siwej po zachodniej stronie Zalewu Szczecińskiego. Musieliśmy po prostu jakoś dostać się na wyspę. Wersja w kąpielówkach odpadała ze względu na bagaże. Kajak i łódka podobnie nie wchodziły w grę. Pozostało nam tylko albo przeprawić się na drugi brzeg Świny polskim promem, albo jednym z niemieckich mostów. Jak przez większość letnich miesięcy informuje Polskie Radio Szczecin, ze względu na duże obciążenie linii promowych, średni czas oczekiwania na wolne miejsce na jednej z tych zardzewiałych kryp w takie dni jak dzisiaj wynosi nawet 5 godzin. W związku z tym, idiotyzmem byłoby pchać się do Świnoujścia przez Polskę, dlatego już nie po raz pierwszy wybraliśmy ten bardziej przewidywalny wariant i zgodnie z planem, po nie całych trzech godzinach od wyjścia z domu, byliśmy na miejscu…

 

Pogoda już od samego rana była typowo wakacyjna. 26 stopni w cieniu i lekki wiaterek były wprost idealne do aktywnego spędzania czasu nad polskim morzem. Niestety ta wspaniała sielanka skończyła się z momentem, kiedy to wyciągnęliśmy wszystkie nasze nie małe walizy z samochodu. Na początku pojawił się silny wiatr, a tuż po nim, gdzieś pomiędzy wysokimi apartamentowcami, wyłonił się pas ciemnych i masywnych chmur ciągnących od zachodu. Jedno było pewne – burza zbliżała się wielkimi krokami… Czytaj dalej

Hodowla papugi a SuperFour…


SuperFour to naprawdę doskonały przyrząd do przemieszczania. Poruszanie się nim to idealne rozwiązanie dla osób niepełnosprawnych, które nie są na tyle sprawne, aby prowadzić czterokołowy skuter, czy choćby samochód. SuperFour bardzo dobrze radzi sobie na jezdniach, jak i ścieżkach rowerowych, ale również jest niezastąpiony w trudnym terenie. Błoto, grząski piach, czy na przykład płytkie, górskie strumyki to pestka… Oprócz tego typowo rekreacyjnego wykorzystania mojego pojazdu, powszechnie nazywanego turystyką rowerową, niemiecko-szwajcarskie monstrum wspaniale sprawdza się także jako wózek użytkowy. Co prawda jego dopuszczalna masa całkowita to zaledwie pół tony, z czego prawie 350 kilogramów waży sam pojazd. Jak to bywa w wyścigach konnych, im mniejszy i szczuplejszy dżokej, tym lepiej. Tutaj również, przy wykorzystaniu w miarę chudego operatora, w moim przypadku to jedynie trzydzieści kilogramów, można umiejętnie przewieźć na pokładzie SuperFour’a około stu kilogramów… Osobiście rzadko korzystam z mojego bolidu w taki typowo użytkowy sposób. Choć muszę przyznać, że już nieraz zastanawiałem się nad stworzeniem jakiejś unikatowej przyczepy, w której bezpiecznie i wygodnie mógłbym przewozić moją labradorkę Nukę, a także od czasu do czasu wyręczyć tatę w wywozie makulatury, czy choćby plastikowych butelek do odpowiednich pojemników. Niestety jak na razie nie miałem do tego ani głowy, ani też niezbędnego w przypadku braku wolnego czasu dopingu do wykonania takiego tuningu. Pies na mnie nie szczeka, a i butelki siedzą pod wiatą cicho… Czytaj dalej

Metalowa przepustka do lasu…


Po raz kolejny moja walka z urzędowymi wiatrakami zakończyła się pełnym sukcesem. Tym razem moja misja polegała na zdobyciu klucza otwierającego wszystkie szlabany w okolicy, które zaraz po zimie niespodziewanie wyrosły w szczecińskich lasach. Kiedy na początku sezonu natknąłem się na jedno z takich biało-zielonych żelastw, o czym z resztą pisałem w połowie maja, lekko poirytowany, postanowiłem zdobyć przepustkę do lasu. Jak to zwykle bywa w kraju pomiędzy Odrą a Bugiem, nie było to wcale łatwym zadaniem… Najpierw musiałem znaleźć właściciela tych piekielnych wrót. Jako, że zastałem je w lesie, na początku rozesłałem maile do pobliskich leśniczówek oraz Nadleśnictwa Kliniska. Po prawie dwóch tygodniach, na moją skrzynkę spłynęły odpowiedzi, z których po pierwsze dowiedziałem się do kogo należy Park Leśny Dąbie, a po drugie, że szlabany postawiło Miasto, a nie jak wcześniej myślałem Nadleśnictwo. Idąc dalej tym tropem, dwudziestego pierwszego maja ponownie wklejając tę samą treść co kilkanaście dni temu, posłałem maila do BOI-u, czyli Biura Obsługi Interesantów Urzędu Miasta Szczecina. Tutaj, ku mojemu zaskoczeniu, odpowiedź przyszła już po dwóch kwadransach. Poinformowano mnie w niej o nadaniu mojej sprawie numeru. Dodatkowo dowiedziałem się również, że moje zapytanie zostało przekazane „według właściwości do Wydziału Gospodarki Komunalnej i Ochrony Środowiska”. Zadowolony z fachowo zapowiadającej się finalizacji transakcji, przez następne kilka dni niecierpliwie czekałem na odpowiedź. Po dziesięciu dniach nerwowego sprawdzania skrzynki, nie doczekawszy się żadnego odzewu ze strony Urzędu, wysłałem zapytanie jak idzie rozpatrywanie mojego podania, zarejestrowanego w rejestrze korespondencji różnej pod numerem 111305. Tym razem, jeszcze szybciej niż poprzednio odebrałem kolejnego maila, tak samo jak ostatnio, od głównego specjalisty z Biura Obsługi Interesantów z lakonicznym i nad wyraz irytującym zdaniem „Przekazuję zapytanie do załatwienia według właściwości”. Tym razem efekt był podobny i załatwianie klucza nadal tkwiło w ciemnym lesie, żeby nie powiedzieć w ciemnej d… Po kolejnym tygodniu naiwnego oczekiwania na odpowiedź, nie licząc już na procedury i niezawodność Biura Obsługi Interesantów, zaadresowałem wiadomość do kierowniczki Wydziału, który rzekomo miał rozpatrywać moje zgłoszenie. Wkleiłem poniżej treść całej korespondencji z Urzędem i krótko jednym zdaniem zapytałem, kiedy mogę spodziewać się decyzji, co do wydania mi klucza. Tutaj odpowiedź przyszła następnego dnia, a w niej ponownie dostałem najbardziej denerwującą sentencję czerwca, czyli „Przesyłam zapytanie do załatwienia według właściwości”. Gdyby otrzymany mail był wydrukowany na papierze, to zapewne bym go zjadł, a tak pozostało mi tylko wylądować się na myszce, którą akurat trzymałem w prawej dłoni. Po miesiącu od rozpoczęcia operacji pod kryptonimem „szlaban”, byłem już solidnie zrezygnowany i miałem serdecznie dość korespondencji z BOI-em i całą tą resztą związaną z placem Armii Krajowej. Postanowiłem udać się do najbliższej leśniczówki lub remizy strażackiej i spróbować wyłudzić jeden z takich kluczy. Czekając na odpowiednią do tegoż zadania pogodę, licząc, że kiedyś w końcu się rozpogodzi, ociepli i wyjrzy w końcu to dawno nie widziane słońce, dwudziestego drugiego czerwca otrzymałem maila od pana Jacka z Wydziału Gospodarki Komunalnej i Ochrony Środowiska. W odpowiedzi na moje zadane miesiąc temu pytanie, z typowo urzędowej paplaniny dowiedziałem się, że lasami miejskimi zajmuje się Zakład Usług Komunalnych, a klucze do „przedmiotowych szlabanów” są w posiadaniu pracowników Wydziału Lasów Miejskich tego Zakładu. To, co niezmiernie mnie ucieszyło to fakt, że urzędnik odpisujący na mojego maila nie widzi żadnych przeciwwskazań, żeby taki klucz przekazać również mi. Aby odebrać moją leśną przepustkę, zostałem poproszony o numer telefonu w celu umówienia się na spotkanie i uroczyste przekazanie klucza do szlabanów. Byłbym nie fair gdybym jeszcze w tym miejscu nie wspomniał o przeprosinach za długi czas oczekiwania na reakcję, załączonych pod koniec listu. Zgodnie z zawartą w mailu instrukcją, od razu odesłałem numer mojego taty, który w moim imieniu miał odebrać wyczekiwany klucz. Zadowolony z posunięcia sprawy w dobrym kierunku, cierpliwie czekałem na telefon… Minął kolejny tydzień, a telefon milczał nadal. Wreszcie w piątek, dwudziestego dziewiątego czerwca, akurat w chwili, kiedy jako uczestnik Masy Krytycznej kręciłem się gdzieś w okolicy Urzędu Miasta, do mojej skrzynki wpadł mail od pana Jacka. Gdy odebrałem go następnego dnia rano, od razu poprawił mi się humor. Pracownik Wydziału Gospodarki Komunalnej poinformował mnie, że odebrał już klucz z Zakładu Usług Komunalnych i chciałby się umówić na jego odbiór. Jako, że rzadko jest w biurze, zabrał go ze sobą do domu i najlepiej byłoby, gdyby udało nam się zakończyć całe to przedsięwzięcie w weekend. Na początku wydawało mi się to lekko dziwne i podejrzane, ale po ponownym zapoznaniu się z treścią listu uznałem, że skoro miejski funkcjonariusz sam to wymyślił, to widocznie tak to się u nas załatwia. Może niedługo będzie nawet można odebrać na przykład paszport u najbliżej mieszkającego urzędnika w pobliżu miejsca zamieszkania. Takie urzędowe paczko maty ;-) Nam nie pozostało nic innego, jak zadzwonić do pana Jacka i dowiedzieć się skąd możemy odebrać klucz. W niedzielę po śniadaniu, tata wykręcił jego numer. Po kilku dłuższych sygnałach, weekendowy urzędnik odebrał telefon i bez chwili zwątpienia oznajmił, że do szesnastej będzie w okolicy ogródków działkowych w północnej części Szczecina. Nie jest to co prawda nasz rejon, ale będąc wdzięcznym za dyspozycyjność w wolny dzień od pracy, bez zrzędzenia i ociągania wsiedliśmy z tatą w samochód i ruszyliśmy w kierunku Polic. Po kilkunastu minutach byliśmy na chyba najgorszym odcinku szczecińskich dróg w pobliżu dawnych terenów Stoczni. Parę minut później pojawiły się przy drodze zielone obszary ogródków, które z drogi nie powalają swoją urodą. Po paru postojach przy bramach ogródków, w końcu znaleźliśmy poszukiwane wejście, zaparkowaliśmy i poinformowaliśmy pana Jacka o naszym przybyciu. Po pięciu minutach, z ulicy na przeciwko parkingu działkowców, wyłonił się wysoki jegomość w modnej, niebieskiej koszuli w kratę z cienką tekturową teczką pod lewą pachą. Z tej samej strony w dłoni mocno trzymał jakieś wypolerowane żelastwo. Kiedy tata wysiadł z samochodu i podpisał protokół przekazania klucza okazało się, że przedmiot, po który jechaliśmy ponad trzydzieści kilometrów to właśnie to, co urzędnik targał w lewej ręce. Na pierwszy rzut oka, moja nowa leśna przepustka wygląda, jak klucz tyle, że do zmiany kół w samochodzie. Połączone ze sobą na amen metalowe rurki w kształcie litery T mogą służyć zgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem do otwierania szlabanów, ale również spokojnie można się nimi posłużyć jako bronią tępą, czy młotkiem do wybijania szyb. Po późniejszej domowej kontroli jakości klucza jednogłośnie stwierdziliśmy, że to naprawdę solidna konstrukcja i nie ma najmniejszych obaw o jego złamanie czy jakiekolwiek zniszczenie. Waga, na której go położyliśmy, wskazała zaledwie 780 gram! Tym na serio można zabić… Dla porównania poniżej możecie zobaczyć mój nowy klucz do leśnych wrót (po prawej) niewinnie spoczywający obok mojego niezbędnika, czyli kluczyka do baku oraz czerwonego klucza do SuperFour’owego kufra…

W jakimś normalnym zachodnim państwie cała ta ponadmiesięczna akcja wyglądałoby zapewne zupełnie inaczej. W nudnie uporządkowanym urzędzie złożyłbym podanie, albo w ogóle nie wychodząc z domu, wysłałbym je mailem i po kilku dniach zostałbym poproszony o odebranie klucza. A u nas w Polsce przynajmniej jest ciekawie i dzięki niekonwencjonalnym procedurą mam o czym pisać ;-) Najważniejsze, że się udało i teraz już bez pokonywania głębokich rowów i przedzierania się przez chaszcze i krzaczory, będę mógł spokojnie dostać się do środka lasu. Tym bardziej, że do mojego ulubionego grzybobrania jeszcze tylko kilka miesięcy ;-) Teraz nie ma dla mnie lasu, do którego nie wjadę. Po sześciu tygodniach misję zdobycia klucza uważam za zakończoną pomyślnie. Już nie musicie życzyć mi szerokiej drogi, ponieważ ja i po wąskiej doskonale sobie poradzę :-P

Do zobaczenia… w lesie!

P.S. I nie pytajcie mnie, gdzie można dorobić taki kluczyk, bo zapewne nie w Castoramie ;-)