Miesięczne archiwum: Maj 2013

Dwa dni w poszukiwaniu ukojenia, czyli felerne skutki pierwszej przejażdżki po Cesenatico


Po tygodniu przyswajania tutejszego klimatu, w poniedziałek 27-ego maja w końcu na zewnątrz zrobiło się na tyle ciepło, że bez obaw mogłem odbyć wspólnie z Mamą pierwszą jazdę po włoskiej ziemi. Przez te minione 7 dni bez większych zgrzytów i rozczarowań przyzwyczaiłem się do panującej dookoła mnie atmosfery i wsiąkłem już na dobre w szeroko pojęty „Italian Style”. Cappuccino w południe, chusta na szyi oraz zero troski o cokolwiek ;) Jak to zwykle w moim przypadku bywa, ta mająca być zwyczajną, dziewiczą przejażdżką wzdłuż Adriatyku, nieoczekiwanie zapoczątkowała cały łańcuch niesamowitych wydarzeń, które przysporzyły nam kolejne bezcenne przeżycia…

Tak, jak już wspominałem, w rzeczony poniedziałek nareszcie nad półwysep Apeniński dotarł gorący front, który od razu podniósł słupki rtęci, które zaczęły wznosić się ponad dwudziestkę. Jako, że miałem za sobą ponad tygodniową przerwę w jazdach SuperFour’em, postanowiliśmy, że pierwszą z wycieczek potraktujemy całkowicie treningowo i po prostu powłóczymy się po okolicy Cesenatico. Ja i tak byłem w zdecydowanie lepszej sytuacji niż moja Mama, która w tym roku nie miała jeszcze okazji kręcić pedałami swojego jednośladu… Ponieważ do bezpiecznej i przyjemnej jazdy potrzebuję ogólnie pojętego ciepła, poczekaliśmy spokojnie do szesnastej, dając słońcu czas na podniesienie temperatury do 24 stopni Celsjusza. Próbując uzyskać odpowiednią formę, skupienie oraz koncentrację, po włoskim śniadaniu złożonym z ciabatty z prosciutto i żółtego miejscowego sera, udaliśmy się na basen, gdzie przez ponad godzinę słuchając muzyki z ipoda, zażywaliśmy kąpieli słonecznej. Przed wymarszem zafundowaliśmy sobie jeszcze niezastąpione cappuccino oraz włoską pizzę prosto z kamiennego pieca, która pomimo niewielu dodatków była bezkonkurencyjna w porównaniu do polskich podróbek…

Opici i objedzeni ledwo zdołaliśmy przywdziać niezbędne do SuperFouringu kombinezony, po czym uzbrojeni jak Marines na manewrach, udaliśmy się w kierunku windy. Tą, jak Batman, zjechaliśmy do piwnicy na poziom -1, gdzie w podziemnym parkingu, pod ciemną plandeką, cierpliwie stał SuperFour, niezmiernie chcący uwolnić z siebie szalejące w akumulatorach elektrony, nabite jeszcze podczas podłączenia do polskiej sieci energetycznej.

cesenatico_06_2

Po kilku czynnościach organizacyjnych cofnąłem i dodając ostro gazy, ruszyłem w stronę bardzo stromego i śliskiego podjazdu będącego wyjazdem z ciemnego garażu. Czytaj dalej

Jak przeżyć na włoskiej ziemi, czyli gdzie spać, co jeść i jak nie zginąć na drogach w Italii


Tak jak obiecałem wcześniej, postanowiłem dokładnie przedstawić warunki bytowania, które zastałem na miejscu w Cesenatico, żeby każdy kto zechce, mógł tak samo jak ja, wybrać się na wakacje do słonecznej Italii, gdzie niestety jak przekonałem się na własnej skórze, wcale nie musi być tak ciepło i upalnie, jak mogłoby się wydawać…

Minęło już kilka dni odkąd zacumowałem i na dobre osiedliłem się nad włoskim wybrzeżem Adriatyku, więc teraz na spokojnie mogę przedstawić Opinii Publicznej moją aktualną sytuację oraz wspomnieć o tutejszych warunkach, z którymi zdążyłem się już dobrze zapoznać. Włoski klimat, zarówno ten pogodowo-atmosferyczny, jak i ten zwany ogólnie tutejszą kulturą, jest dość specyficzny i na pewno nie każdy będzie czuł się na półwyspie Apenińskim komfortowo. Zdecydowanie Italia to nie Niemcy z tym ich nudnym ordnungiem i wszechpanującym spokojem, więc jeśli ktoś nie lubi chamstwa oraz ogólnie pojętej nieprzewidywalności, którą można spotkać we Włoszech dosłownie na każdym kroku to w żadnym wypadku nie powinien wybierać się do kraju pizzy i parmezanu. Do tutejszej atmosfery trudno przywyknąć, dlatego jeżeli nie dostosujemy się do niej od razu, możemy po prostu zostać pożarci przez włoski klimat…

Żeby wszyscy Czytelnicy mogli bez wychodzenia z domu poczuć to z czym ja mam okazję obcować przez niespełna miesiąc, pokrótce postaram się opisać trzy główne czynniki, które powinny pomóc w zrozumieniu mojej aktualnej sytuacji. Nie mogę nie wspomnieć o apartamencie, który przez 4 tygodnie jest moją oazą i miejscem regeneracji; o szeroko pojętym shoppingu, czyli zakupach i całą resztą z nimi związaną; oraz o drogach i tym co się na nich dzieje…

Nasz hotel, w którym zdecydowałem się osiedlić ma podobno 3 gwiazdki, ale prawdę mówiąc rąk bym sobie za to nie dał obciąć. Z tego co doświadczyłem już na swojej skórze oraz co zaobserwowałem jeżdżąc tu i ówdzie wiem, że ilość gwiazdek znajdujących się na przykład na logo danego hotelu, wcale nie musi być jego faktycznym certyfikatem jakości i posiadanego zaplecza. Tak samo jest tutaj, gdzie jeden z kolorowych budynków ma narysowaną tęczę z pięciu gwiazdek, a rzeczywiście posiada ich tylko dwie, co zresztą zapewne właściciel hotelu potwierdzi i zaprzeczy istnieniu jakiekolwiek „Włoskiego Wału”, ponieważ w logo właśnie dwie z pięciu gwiazdek są jednakowego koloru. Tutaj wszędzie na człowieka czyhają małe i większe oszustwa. Ręce opadają… Nasz albergo, bo właśnie tak po włosku mówi się na hotel, nie jest najgorszy i może naprawdę posiada trzy gwiazdki, które widnieją w valverdowskim logo. No wiadomo, że znalazłoby się kilka rzeczy, które rodzina Riccich mogłaby zmienić lub poprawić, ale w gruncie rzeczy wszystko jest do zaakceptowania.

cesenatico_01

ZAKWATEROWANIE

Hotel & Residenza VALVERDE, apartament nr 406 – to mój aktualny adres ;) Jedyny z apartamentów i w ogóle pokoi przystosowanych, a właściwie bardziej dostępnych dla osób niepełnosprawnych, w którym mieszkamy, mieści się na czwartym piętrze. Na ponad czterdziestu metrach kwadratowych do dyspozycji gości jest mało wszechstronny i uprzykrzający komunikację wózkowiczom kwadratowy przedpokój, z którego można dostać się do pokoju dziennego z aneksem kuchennym, sporej sypialni oraz wąskiej, ale za to długiej łazienki z prysznicem bez żadnych barier architektonicznych. Z tych pierwszych dwóch pomieszczeń można wyjść na duży taras, z którego rozpościera się ciekawy dla oka widok na basen, wiecznie żywą promenadę oraz błękitno-zielonkawy (w zależności od oświetlenia) Adriatyk. Czytaj dalej

Dwa dni na fotelu pasażera – Szczecin-Aschheim-Cesenatico


Buongiorno tutto czyli dzień dobry wszystkim ;)

Przez ostatnie kilka dni tyle się działo, że dopiero po trzech dniach zauważyłem, że mam w telefonie wyłączony roaming i przez ten czas mogłem dzwonić jedynie na numery alarmowe. Teraz po dwóch dniach pakowania, dwóch kolejnych jazdy samochodami w kolumnie złożonej z Volkswagena ciągnącego przyczepę z SuperFour’em i srebrnego Kangura Mamy osłaniającego nasze tyły oraz dwóch dzionkach rozpakowywania i aklimatyzacji na miejscu w Cesenatico, wreszcie znalazłem chwilę, żeby przelać na papier przemyślenia z wydarzeń, których byłem ostatnio świadkiem…

Pierwszy z tych punktów, czyli pakowanie, było chyba najłatwiejsze. Wiedząc o wyjeździe już od ładnych kilku miesięcy, mogłem wszystko dokładnie zaplanować. Lista rzeczy do zabrania, którą regularnie tworzę od paru lat nawet podczas bliskich i krótkich wypadów, wcale nie wymagała wielu przeróbek pomimo tego, że zamierzałem opuścić dom na ponad 4 tygodnie. Przedmioty będące niezbędne we Włoszech, już od grudnia dopisywałem do mojej elektronicznej listy w komputerze. Nie mogło na niej zabraknąć niczego, co mogłoby się przydać podczas urlopu, dlatego ilość toreb, torebek, waliz i walizek zajmowała dokładnie ponad pół jednego i drugiego samochodu, nie wspominając już nawet o przyczepie, w której poza czarną bestią udało mi się zapakować trochę towaru ;) Załadowani jak uchodźcy z Albanii, dwoma samochodami połączonymi ze sobą częstotliwością CB-radia, ruszyliśmy w niedzielę przed jedenastą w kierunku Niemiec. Siedem kilometrów od domu włączyliśmy się w sieć autostrad, którymi mieliśmy dotrzeć w dwóch etapach do kuszących ciepłem Włoch. Pierwszy dzień podróży przebiegał całkowicie przewidywalnie, żeby nie powiedzieć nudno. Niemieckie drogi i tamtejsi kierowcy bezpiecznie i w miarę szybko pozwalali przemieszczać się z punktu A do punktu B zgodnie z czasem zakładanym przez nawigację GPS. Tak samo było i w niedzielę, tym bardziej, że zarówno w Polsce, jak i w Niemczech były akurat Zielone Świątki czy coś takiego, w każdym bądź razie na drogach nie było ciężarówek, które były zmuszone okupować przydrożne parkingi, stacje benzynowe i centra logistyczne oraz zajezdnie zwane na zachodzie „Autohofami”. Fart z kompletnym brakiem tirów wcale nie kończył się w niedzielę, ponieważ w Niemczech oraz w Austrii święta trwały aż do poniedziałku! Między innymi właśnie dzięki ogólnie panującej labie, bez przeszkód dotarliśmy przed zachodem słońca do pierwszej przystani w okolicy Monachium, gdzie spędziliśmy noc…

Wyspani, w poniedziałek rano, po hotelowym śniadaniu, ponownie utworzyliśmy kolumnę i wystartowaliśmy w drugi etap rajdu Szczecin-Cesenatico. Około południa byliśmy już w Austrii, gdzie musieliśmy obowiązkowo zatrzymać się w celu wykupienia winiet na legalny przejazd autostradą. Ledwo ruszyliśmy ze stacji benzynowej oklejeni dziesięciodniowym zezwoleniem na tranzyt przez kraj Mozarta, a już minęliśmy Innsbruck, który mniej więcej znajdował się w połowie drogi między granicą niemiecko-austriacką, a austriacko-włoską. Już wcześniej od jakichś kilkudziesięciu kilometrów zaczęły towarzyszyć nam… Alpy :)

alpy_1

Szeroka autostrada przecinająca co jakiś czas rwące turkusowe, górskie strumyki, łagodnie przemykała przez doliny pomiędzy wznoszącymi się szczytami, na których bez problemu można było dostrzec leżący jeszcze śnieg. Poniżej, wśród zielonych hal, na których pasły się wcale nie fioletowe, a biało-czarne i brązowe krowy z dyndającymi pod memlącymi brodami dzwonkami, wiły się drogi i dróżki łączące ze sobą schludne i uporządkowane domostwa tutejszych baców. Czytaj dalej

Szumi Travel zaprasza do Włoch!


baner CESENATICO 750

Koniec tego! Miarka się przebrała!

Po ostatnich wakacjach zepsutych doszczętnie pogodą, w tym roku postanowiłem zrezygnować z ratowania polskiej gospodarki i przestać pompować pieniądze w beznadziejną gałąź turystyki, która bez nastawienia na niemieckich gości, upadłaby już dawano. Zielona wyspa tym razem musi poradzić sobie beze mnie ;) No bo ile można żyć w stresie i codziennie sprawdzać, czy oby szamani z telewizyjnej prognozy pogody akurat się nie pomylą i to, co zastanie nas następnego dnia na dworze, pozwoli udać się na superfour’ową wycieczkę… W 2012 roku nie mieliśmy zbyt wiele szczęścia. Podczas wakacyjnego pobytu w Świnoujściu, przez 2 tygodnie wyjechałem z garażu chyba tylko pięciokrotnie. Paranoja! Ciągle albo temperatura przypominała skandynawską jesień, albo opady deszczu naśladowały porę deszczową w Azji. Takie polskie all inklusive – zimno, wieje, pada ;) Przed Szumi Travel pojawiło się kolejne arcytrudne zadanie, Czytaj dalej

Weekend ze SMA-kiem…


Kilka miesięcy temu, zostałem zaproszony na pierwszy w Polsce zjazd osób z rdzeniowym zanikiem mięśni, czyli schorzeniem, które towarzyszy mi od ponad 26 lat. Niestety ze względu na wcześniej zaplanowany wyjazd do Włoch, nie będę mógł osobiście uczestniczyć w tym ciekawie zapowiadającym się przedsięwzięciu, które zaplanowano na ostatni weekend maja. Na szczęście dzięki Kamili – organizatorce całego tego pionierskiego zjazdu – będę mógł wziąć w nim udział w wersji cyfrowej :) Ustaliliśmy, że podczas imprezy zostanie wyemitowany reportaż, który miałem okazję nagrać przeszło 2 lata temu, dotyczący mojego bloga i podróży, które organizuję sobie już od 2008 roku. Nie byłbym sobą, gdybym po prostu skopiował płytkę z filmem zalegającą gdzieś na mojej półce i wysłał ją do Kamili. To byłoby zbyt banalne ;) Najpierw naszła mnie myśl, żeby przed emisją programu połączyć się z uczestnikami zjazdu przez Skype’a, ale ze względu na brak wiedzy na temat ewentualnego połączenia z internetem we Włoszech, ta opcja szybko upadła.  Zamiast tego, postanowiłem nagrać krótkie pozdrowienia i umiejętnie wkleić je przed reportażem. Aby cały został zrealizowany, musiałem po kilku latach ponownie powołać do życia SZUMI PICTURES i zabrać się do dzieła :)

zjazd sma 01

Do przyrządzenia tego pozdrowienia potrzebne mi były: Czytaj dalej