Miesięczne archiwum: Czerwiec 2013

Portowe uciechy Cesenatico


Po dniu przerwy na samochodową wycieczkę krajoznawczą do Rawenny, przyszedł czas na kontynuację eksploracji niepoznanego jeszcze do końca Cesenatico. Licząc na mały ruch i ogólnie pojęty spokój, postanowiliśmy dzisiaj zaliczyć dalszą część portu, którą ostatnim razem odpuściliśmy sobie ze względu na nadmiar zalegających w niej turystów, którzy snując się po tutejszych atrakcjach jak po muzeum sztuk pięknych, nie pozwalali nam w pełni cieszyć się zwiedzaniem. Ile można uśmiechać się i szczerzyć do zdjęć robionych przez otaczających mnie nieznajomych? I jeszcze te „bella machina” (czytaj bella makina) słyszane częściej niż troskliwe polecenia wydawane co chwilę przez będącą gdzieś za mną Mamę – Piotrek uważaj! Czasami celebrytyzm jest naprawdę męczący i już nieraz w mojej głowie zaświtało marzenie o obecności w moim pojeździe przycisku włączającego niewidzialność mojej maszyny bądź chociaż teleportację na najbliższą bezludną wyspę…

Nie mogąc jeszcze skorzystać z takich nieziemskich udogodnień, tym razem zmieniliśmy regułę stosowaną dotychczas i wyruszyliśmy z bazy zaraz po śniadaniu. No dobra, zaraz po śniadaniu nie oznacza skoro świt :) Colazione skończyliśmy po jedenastej, a trzeba było jeszcze się ubrać, przebrać, doposażyć w niezbędne gadżety oraz tonę kluczy do wszelkiego rodzaju zabezpieczeń niepozwalających nocnym brygadom złożonym z nielegalnie przebywających na terenie Unii Albańczyków, podprowadzić nasze nietuzinkowe fury i dopiero mogliśmy opuścić nasze włoskie, przytulne mieszkanko. Celem głównym dzisiejszego wymarszu był historyczny port w samym centrum miasteczka, nad którego przebudową pieczę sprawował sam Leonardo da Vinci…

Około trzynastej, gdy w końcu udało nam się opuścić podziemny garaż, mogłem wreszcie poczuć na własnej skórze promienie włoskiego słońca, które po prawie dwóch tygodnia zdawało się budzić z zimowego snu. Pogoda była naprawdę idealna. Nie za ciepło, nie za zimno, po prostu w sam raz. Dzięki temu, mając spory komfort przebywania na fotelu wewnątrz mojego bolidu, bez najmniejszego problemu włączyliśmy się do ospałego ruchu i potoczyliśmy w kierunku portu…

Droga do centrum Cesenatico jest prosta jak drut, więc nie mieliśmy najmniejszych szans zabłądzić. Chwilę po starcie znaleźliśmy się w pobliżu szkoły noszącej imię wielbionego w całej Italii Enza Ferrari, nie żyjącego już twórcy tej jedynej w swoim rodzaju marki czerwonych torped z Maranello. Ja moją czarną torpedą musiałem nieco zwolnić, ponieważ na tej z reguły pustej ulicy utworzył się korek. Był on spowodowany końcem lekcji, przez co równo z dzwonkiem, przed szkołą pojawiły się auta rodziców odbierających uczniów spod głównej bramy liceum. Co prawda po obu stronach uliczki były miejsca parkingowe, na których można by spokojnie zapakować pięć kolumn prezydenckich i nie utrudniać przemieszczania się po drogach jej innym użytkownikom, ale przecież to Włochy! ;) Sznurek kilkunastu samochodów ustawionych w jedną, jak i drugą stronę, skutecznie mnie przyblokował, więc jak potulna owieczka postanowiłem ustawić się w kolejce i cierpliwie poczekać, aż korek rozładuje się samoistnie. W tym momencie, kiedy stanowczo zwolniłem, żeby nie wylądować w bagażniku auta stojącego przede mną, skorzystałem z odprężenia i możliwości rozejrzenia się dookoła. Wtedy właśnie po mojej prawej stronie na chodniku ujrzałem ogromnego i niezwykle rzadko spotykanego w takich okolicznościach pawia :)

cesenatico_31

Gburowaty i niechętny do współpracy nielot, zdawał się mieć wszystkich w głębokim poważaniu i nie zbaczając na prośby Mamy, aby uśmiechnął się do zdjęcia, zrobił jedynie niewielkie kółko szpanując przy tym swoim, no dobra, kozackim ogonem. Dopiero gdy nasze sugestie co do jego zachowania zamieniły się w dość głośne wydawanie poleceń, paw zdenerwował się i w końcu pokazał swój tren w całej okazałości. Niestety Mama będąca goniona przez takiego niepozornego mordercę w dzieciństwie, mając przed oczami wspomnienia wywołujące na jej plecach gęsią skórkę, tak wystraszyła się jego bojowej postawy, że nawet nie była w stanie zrobić mu zdjęcia. Czytaj dalej

Che macello! czyli Dzień Republiki Włoskiej po polsku


Dzisiaj wielki dzień. Na półwyspie Apenińskim obchodzone jest Święto Republiki Włoskiej. Prawdę mówiąc, trudno było znaleźć jakieś szczególne dowody na to, że poza tłokiem związanym z niedzielnym ruchem weekendowych turystów, mamy jeszcze dodatkowe święto. U nas chociaż poprawni obywatele wywieszają flagi, a tu nic… Ja, nie wiedząc do końca na czym polegają włoskie obchody drugiego czerwca, zawierzyłem telewizji, w której już od samego rana nie wspominano o niczym innym, jak tylko o okropnych nazistach i niedobrych faszystach, którzy za wszelką cenę chcieli zawładnąć Italią. Wydawało mi się, że Włosi również byli w większości po stronie krzyczącego pana z wąsem, ale może za mało uważałem na lekcjach historii lub, co dużo bardziej prawdopodobne, zerwałem się wtedy ze szkoły i moja wiedza w tym temacie jest niewłaściwa ;) Chcąc naprawić błędy z młodości, na poważnie zabrałem się za obchodzenie święta Republiki mojej nowej ojczyzny ;) Żeby nie było, już przed śniadaniem podziękowałem swojej piżamie za współpracę i założyłem na siebie prawie wyprasowaną koszulę. Może i nie była ona biała, ale jak to mówią – jest koszula, jest kultura! :) W moim przypadku sam fakt jedzenia pierwszego z posiłków w ubraniu wyjściowym był już swojego rodzaju poświęceniem, ponieważ nie zdarza mi się to zbyt często. Podczas colazione (tak po włosku nazywa się śniadanie :D ), poza wpatrywaniem się w talerz z ledwo ściętą jajecznicą, odpaliłem państwowy kanał Rai Uno, na którym właśnie rozpoczynała się transmisja pochodu w Rzymie. Na pierwszy rzut oka wyglądał on jak obchody święta narodowego w Moskwie, czy Dnia Wojska Polskiego. Tuż przy Koloseum, dumnie, jeden za drugim, przyjeżdżały kolejne oddziały włoskiego wojska, prężąc się i prezentując swoją siłę wzdłuż trybuny, na której siedział, a właściwie bardziej spoczywał prezydent Italii Giorgio Napolitano zakrywający co chwilę ziewającą twarz. Ja będąc w podobnym nastroju do włoskiej głowy państwa, śledziłem przejeżdżające czołgi, wozy bojowe i całą tę resztę przeżuwając przy okazji rzeczoną jajecznicę. W pewnym momencie nad Rzymem pojawiły się nawet myśliwce, wypuszczające za sobą kolorowe dymy tworzące włoską flagę na niebie. W tym całym cyrku wzięli także udział cywile pracujący na co dzień dla włoskiej Republiki. Przed trybuną przemaszerowały pielęgniarki, lekarze, strażacy oraz policjanci i pozostali stróże prawa, których jest tutaj naprawdę od zajeb… znaczy wielu ;)  Najbardziej rozbawiła mnie grupa wolontariuszy, którzy reprezentowani przez sześciu otyłych Włochów, przebiegli trasę pochodu pomiędzy kombatantami, a oddziałem urzędników. Pod koniec prezentacji wjechały odpicowane i błyszczące z daleka złotymi zbrojami legiony na wysokich koniach, które z klasą i gracją przemknęły za pozostałymi formacjami. Najlepszy był papa smerf, znaczy prezydent, który wstał, zszedł z trybuny w stylu przypominającym zasiadanie skoczka narciarskiego na belce startowej, poczym wskoczył do swojej odkrytej limuzyny i powolutku odjechał w eskorcie legionów od niechcenia i z automatu machając do rozentuzjazmowanego tłumu stojącego wzdłuż trasy przemarszu.
 – Tato, tato, tam ktoś macha w Lancii!
– Nie znam synek, ale może to papież, więc machamy. ;)

Gdy kilkakrotnie wyjrzałem za okno podczas obserwacji świątecznej parady, na ulicach Cesenatico aż wrzało. Nie chodzi mi tu w żadnym wypadku o temperaturę, bo ta akurat od tygodnia wcale nie powala, ale miałem tutaj na myśli tłumy ludzi, którzy już z samego rana zaczęły ochoczo walić na plażę. Byłem chyba jedyną osobą w regionie Emilia-Romania, która w jakikolwiek sposób starała się obchodzić Dzień Republiki Włoskiej… W momencie, kiedy wszyscy zaczęli opuszczać plażę i jak zresztą każdego dnia kierować się w południe na obiad, my dopiero co po śniadaniu, podeszliśmy na chwilkę na hotelową plażę, aby przed wymarszem na rowerową wycieczkę, zaliczyć obowiązkowe cappuccino…

cesenatico_21

Czytaj dalej