Miesięczne archiwum: Kwiecień 2014

Nowe oblicze


Już jestem po. Mam za sobą pierwszą jazdę tego sezonu. I jak było? Było :) A bardziej rozwijając moją odpowiedź dodam, że odczucia mam dość oryginalne i jak dla mnie niespodziewane…

Niby zdawałem sobie sprawę z tego, że coś we mnie się zmieniło, ale nie przypuszczałem, że czynność, którą wykonuję od ponad pięciu lat odkryje przede mną tyle bodźców, które wcześniej w ogóle do mnie nie docierały.

Moja pierwsza przejażdżka każdego sezonu zawsze była krótka i niedaleka, ale za to bardzo intensywna i drastycznie dająca się we znaki mojemu „atletycznemu” ciału, wywołując w nim przeciążenia i zakwasy, a tym samym pobudzając mięśnie, które przez cały okres jesienno-zimowy leżały w stanie spoczynku.

Dzisiaj z kolei było zupełnie inaczej i to właściwie pod każdym względem. Sam czas instalacji pilota, czyli mnie, za sterami SuperFour’a nie zajął nam zbyt wiele. Rafał sprawnie przerzucił mnie z fotela wózka na siedzisko czarnego potwora i bez namysłu ustawił mi podnóżek oraz wyregulował oparcie tak, abym mógł wygodnie prowadzić mój terenowy pojazd. Dla umilenia testowej przejażdżki włączyliśmy też iPoda, z którego żywe rytmy R&B z łupiącym za moimi plecami basem na czele, miały dopingować mnie do sumiennej pracy podczas dzisiejszego treningu. Wszystko zdawało się być tak jak zawsze, ale…

Solidnie zaciągnięty hamulec w mojej głowie włączył we mnie wszystkie możliwe systemy bezpieczeństwa, jakie tylko można sobie wymyślić. Nie to, żebym się bał, czy odczuwał jakąś niepewność, bo co jak co, ale własne umiejętności znam doskonale, lecz koniecznie nie chciałem na pierwszej w tym roku jeździe zaliczyć dzwona i zrobić sobie lub komuś krzywdy tym bądź co bądź półtonowym wózkiem inwalidzkim. W związku z tym po raz pierwszy w mojej rajdowej karierze nie licząc powolnych, dosłownie pieszych zimowych spacerów, opuściłem moją zajezdnię na drugim biegu. Konsekwencjami ustawienia „dwójki” była możliwość osiągnięcia przeze mnie maksymalnej prędkości na poziomie 8 km/h. Powoli wyjechałem na ulicę i zaparkowałem na poboczu, aby ustawić jeszcze lusterka, które po naprawach blacharskich i przerwie zimowej nie pokazywały mi dokładnie tego, co chciałem w nich widzieć.

Kiedy już wszystko było idealnie dopasowane do moich potrzeb, z elegancją godną Rolls-Royce’a, potoczyłem się po pustej uliczce w kierunku świecącego słońca. Minąwszy kilka domów postanowiłem udać się do lasu i pojeździć w zielonej głuszy, gdzie nie groziły mi spotkania z samochodami, a i obecność ludzi nie była gwarantowana. Po paru przyspieszeniach i zwolnieniach oraz kilku slalomach na pustej i wyludnionej ulicy, znaleźliśmy się przy wjeździe do lasu, gdzie od razu skierowałem mój pojazd. Wjeżdżając na zacienioną budzącymi się do życia drzewami ścieżkę, zmniejszyłem prędkość i powoli na nowo rozpoznawałem doskonale mi znany teren. Pomimo tego, iż byłem tu po raz setny i wspaniale orientowałem się w tutejszej topografii to moje zmysły zaczęły od razu dostarczać mi tabuny informacji o zagrożeniach. Jejku, niby zawsze wcześniej je dostrzegłem, ale teraz tych czyhających na mnie zewsząd zagrożeń zarejestrowałem znacznie, znacznie więcej. Były to gałęzie wchodzące na ścieżkę, chcące porysować mój nowy lakier, dołki, rowki, muldy i innego rodzaju nierówności mogące niechybnie wpłynąć na tor jazdy, a także wszelkiego typu przeszkody zalegające na wydeptanym szlaku, takie jak szyszki, urwane spróchniałe konary starych drzew i te najgorsze, najbardziej przeze mnie nielubiane – potłuczone butelki…

Mój dziewiczy przejazd przez ten fragment Parku Leśnego Dąbie wyglądał zupełnie inaczej. W lipcu 2008 roku, zaraz po odbiorze SuperFour’a, wybrałem się tam na prawdziwy test drive przez duże „Te”. Choć było mi zimno i pogoda nie sprzyjała to mój wszędołaz ledwo nadążał wykonywać polecenia, które wydawałem mu za pomocą joysticka. Rozpędzone w szaleńczym galopie koła dosłownie wyrywały spod siebie kilogramy mokrego piachu, a szyszki i drobne kamienie wystrzeliwały na boki odbijając się przy tym od błotników i podwozia. Radość z możliwości przemieszczania się za pomocą „własnych mięśni” z prędkością przekraczającą 15 kilometrów na godzinę dawała mi wtedy taką energię i radość, że nie czułem nic poza pojawieniem się w moim organizmie niespotykanej dotąd ilości adrenaliny i endorfiny. Dodatkowo moja fantazja tak mnie poniosła, że w chwili, gdy skończyła się przede mną leśna ścieżka, postanowiłem zamienić mój hybrydowy wózek inwalidzki w czołg i prując po nierównym, wyboistym runie leśnym, łamałem kilkuletnie drzewka posadzone tam przez naturę…

Dzisiaj było spokojniej, o wiele spokojniej. Skupienie nad pokonywaną przeze mnie trasą przejęło całkowitą kontrolę nad moim umysłem. Pomimo tego, że poruszałem się z prędkością niemieckiego emeryta na stalowym rowerze to podświadomie niesłychanie wczułem się w rolę i badałem wybałuszonymi oczami każdy centymetr nawierzchni, który miałem zamiar pokonać. Do tego wszystkiego zatrzymywałem się co jakieś sto metrów, żeby poprawić dłoń operującą joystickiem i sprawdzić czy nie jest już zbyt zmarznięta. Kiedy dotarliśmy z Rafałem do skrzyżowania z cywilizacją, starannie zawróciliśmy i zmieniliśmy ustawienia w mojej maszynie na takie, które można by nazwać ciut bardziej ekstremalnymi. „Dwójkę” podnieśliśmy do „trójki”, a dodatkowo żeby wykorzystać przejazd, po kilku nieudolnych próbach, odpaliliśmy silnik, aby mógł troszeczkę się dotrzeć przed nadchodzącym sezonem. Po tym SuperFour poruszał się zdecydowanie żwawiej i szybciej, a że trasę powrotną miałem już przebadaną to mogłem pozwolić sobie na chwilę szaleństwa. Nie przekraczając dwunastu kilometrów na godzinę, przemknęliśmy przez las i opuściliśmy go w miejscu, w którym do niego wjechaliśmy. Szybszy przejazd powrotny nie był jednak tak beztroski, jak mogłoby się wydawać. Cały czas bacznie rejestrowałem wszelkie możliwe zagrożenia i z prędkością obliczeniową komputerów z NASA, płynnie eliminowałem je na bieżąco.
las04_14
Udało się. Pierwsza tegoroczna przejażdżka zaliczona i choć było zupełnie inaczej niż dotychczas, to bez zawahania zaliczam ją do udanych. A jakby tego było mało to dzisiejszy trening nie tylko wyciągnął mnie z domu, ale także wiele mi uświadomił i sporo nauczył. Czyżby w mojej głowie pojawiła się pokora i zawitał szacunek z rozsądkiem na czele? Zobaczymy wkrótce :)

Zmiany, zmiany, zmiany…


To fakt, dawno mnie tu nie było. Choć prawie codziennie zaglądam na bloga w trosce o jego stan zdrowia oraz z ciekawości dotyczącej częstotliwość Waszych odwiedzin, to już od wielu miesięcy nie wrzuciłem tu żadnego nowego tekstu ani nawet zdjęcia. Na moją przerwę wpływ miało kilka mniejszych lub większych czynników, które drastycznie wyhamowały moją twórczość. Ku zdziwieniu niektórych muszę od razu zaprzeczyć pogłoskom, jakoby przyczyną mojego internetowego niebytu był mój zły stan zdrowia. Nic z tego, bo akurat z tym, to nigdy nie było u mnie tak dobrze…

Choć życie to nie serial, to w tym sezonie moich podróżniczych perypetii odnajdziecie wiele zmian. Nie zmienią się na pewno występujący aktorzy, ale za to metamorfozę przeżyje główny bohater, czyli ja. Z czasem będziecie poznawali mój, wydaje mi się, odmieniony charakter i całkiem nowe podejście do życia, dzięki któremu zupełnie inaczej postrzegam teraz świat. Może niektórzy Czytelnicy poczują się rozczarowani i zawiedzeni, ale nie znajdą już na blogu opowieści i relacji z moich szalonych przejażdżek z naginaniem prawa i łamaniem przepisów w tle. To wcale nie znaczy, że nadal nie będę tropił absurdów i pisał o niesprawiedliwości, które będę napotykał na szlakach, ale na pewno ani centymetr przejechany przeze mnie za sterami mojego półtonowego wehikułu, nie będzie wiązał się z jakimkolwiek, nawet najmniejszym ryzykiem.

Tak, wiem, zachowywałem się niepoprawnie i pomimo moich niesamowitych zdolności „kierowniczych”, nie powinienem jeździć jak szatan po chodnikach i deptakach, poruszać się niekiedy pod prąd, czy ignorować czerwone światło. Robiłem źle i całkowicie się do tego przyznaję, choć wcale nie zaprzeczam, że taki styl pokonywania odległości SuperFour’em sprawiał mi niemałą przyjemność i dawał ogromną frajdę z jazdy. W takim razie skąd te zmiany? A no właśnie. Czy coś uderzyło mnie w głowę? Czy może miałem jakieś objawienie? I tak, i nie…

Kilka miesięcy temu w moim życiu niespodziewanie pojawiła się pewna osoba, która mnie „obudziła” i wyciągnęła z tego zamkniętego, szaro-burego świata, w którym wegetowałem od lat. To dzięki Niej otworzyłem szerzej oczy i zacząłem wreszcie chcieć normalnie żyć, ponieważ w końcu mam dla kogo to robić. W takiej sytuacji podejmowanie jakiegokolwiek ryzyka byłoby po prostu głupotą… (Kochanie, dziękuję że jesteś :* )

Mimo tego, że nie przeczytacie już w moich nowych postach fragmentów w stylu: „(…)Leciałem w dół na maksa, nie zważając na nic. Po drodze wyprzedził mnie tylko jeden rower, który grzał z 50 km/h, poza nim resztę łykałem, jak wieloryb plankton.(…)”, to i tak mam nadzieję, że w moich tekstach znajdziecie coś ciekawego.

W tym roku w kwestii zwiedzania świata zmian nie będzie. Moje plany nie są ani zbyt nowatorskie, ani odkrywcze, ale może przynajmniej zdążę opisać miejsca, w których byłem w poprzednich latach i które odwiedzę również teraz. Pod koniec maja po raz drugi zamierzam przenieść się na 3 tygodnie do Włoch, a dokładniej do Cesenatico, gdzie w ubiegłym roku udało nam się uwić całkiem przyjemne nadadriatyckie gniazdko. Z kolei na przełomie lipca i sierpnia może ponownie zahaczę o Góry Izerski, gdzie nawet rezygnując z niezwykle ekscytujących i potwornie ryzykownych zjazdów, można naprawdę odpocząć i odwiedzić niesamowitą krainę. Natomiast ostatnią większą eskapadą zaplanowaną na ten sezon jest sierpniowy turnus w Świnoujściu, gdzie podczas ostatnich wizyt, prawie za każdym razem kapryśna pogoda nie pozwalała mi w pełni rozwinąć skrzydeł…

Wracając do tytułu, nie mogę pominąć kilkumiesięcznej operacji, która była przeprowadzana na moim rumaku. Co prawda kaszel, czyli ubiegłoroczne kłopoty z silnikiem zostały błyskawicznie usunięte przez ekipę z ARIES, to skasowany przeze mnie lewy przedni błotnik stale wymagał poważnej operacji plastycznej, w której zastrzyki z botoksem nie byłyby w stanie wiele zdziałać. Ogólnie rzecz biorąc z wgniecioną i połamaną karoserią można jeździć. Gorzej natomiast, jeżeli do tego dochodzi urwany reflektor i dyndające od spodu kable… Ponieważ 1/4 SuperFour’a wymagała gruntownego remontu z plastyką estetyczną i lakierowaniem na czele, postanowiłem zaszaleć i odświeżyć całą karoserię mojego wszędołaza, który w wielu miejscach odsłaniał już pierwsze oznaki starzenia. Aby ułatwić lakierowanie i przede wszystkim naprawę zmasakrowanego błotnika, mój niezastąpiony Rafał odkręcił wszystkie części karoserii SuperFour’a, które przekazaliśmy w styczniu w ręce Pana Marcina z CoolPaint. Tam w kilka dni całość nabrała pierwotnego kształtu i po nałożeniu nowiutkiego czarnego lakieru z ceramiczną powłoką, plastikowe części obudowy wróciły do garażu, aby w odpowiednim czasie ponownie wylądować w sąsiedztwie solidnej ramy i ogromnych kół SuperFour’a. Wszystko wygląda teraz olśniewająco, a jak dojdą do tego jeszcze świeże naklejki to już w ogóle mój wóz będzie prezentował się wybornie :)

Co do tegorocznych zmian to nie mogę również zapomnieć o wymianie mojego elektronicznego notesu, w którym nie tylko tworzyłem liczne notatki z podróży, ale przede wszystkim to za jego pomocą powstawały wszystkie moje teksty, które później lądowały na blogu… Po kilku miesiącach starania udało mi się nawiązać współpracę z Samsungiem, który to przekazał w moje ręce najnowszy model Galaxy Note 3. Mam nadzieję, że dzięki niemu otworzą się przede mną nowe, niespotykane dotąd możliwość, które pozwolą mi czerpać jeszcze więcej przyjemności z moich wycieczek, a co za tym idzie będę mógł aktywniej opisywać i dokumentować moje przeżycia z nieodkrytych jeszcze przeze mnie miejsc i dzielić się tym wszystkim bezpośrednio z Wami, moimi Czytelnikami… Podczas całego sezonu będę starał się przybliżyć Wam możliwości mojego smartfona nie ograniczając się jedynie do bloga, ale także wykorzystam jego procesor do informowania Was o moich wojażach poprzez mój fanpage na Facebooku, a także za pomocą krótkich ćwierknięć na Twitterze, dlatego zaglądajcie tam regularnie ;)
note3
To chyba tyle, jeżeli chodzi o zmiany. Jestem przekonany, że moja ewolucja nikomu nie zaszkodzi, a wręcz przeciwnie wszyscy na niej skorzystamy, więc do zobaczenia w plenerze i w sieci!