Lübbenau 2011 – dzień 1. – Nie jest źle ;-)


***** Tekst utworzony 5.07.2011r. *****

Dzisiaj rozpoczęła się moja kolejna wielka przygoda. Tym razem zamierzam podbić Niemcy, a dokładnie rejon zwany Niederlausitz, czyli po prostu Dolne Łużyce… Zamierzałem spędzić tydzień w Lübbenau i pięć dni w Bad Muskau, ale dzisiaj po przyjeździe do tej pierwszej miejscowości nasze plany uległy zmianie i to można powiedzieć, że diametralnej. Zacznę jednak jak zwykle od początku :-)

Z domu, załadowani po zęby, jak zwykle wyjechaliśmy z lekką obsuwą. Kilka minut po dwunastej wyruszyliśmy w trójkę – tzn. ja, mama i tata – w kierunku autostrady. Do celu mieliśmy niewiele ponad 250 kilometrów. Cała podróż przebiegła sprawnie i bez żadnych problemów. Na miejscu w Lübbenau byliśmy o trzeciej popołudniu…

Zaparkowaliśmy na parkingu przed hotelem, tata ustawiał przyczepę z SuperFour’em w odpowiednim do tego miejscu, a mama z „ugiętymi” nogami, udała się do recepcji po klucz do naszego pokoju. Z jej znajomością języków obcych, miała sporego stracha… Gdy wróciła, stanęła przy samochodzie koło moich drzwi i nic nie mówiąc dziwnie się na mnie patrzyła. Jej mina była trudna do opisania. Nie można było odczuć czy to pozytywny, czy negatywny wyraz twarzy – tak jak u Chińczyków. Po dwudziestu sekundach nie wytrzymałem i grzecznie zapytałem – Co? Nic mi nie odpowiedziała, a jej spojrzenie coraz bardziej mnie irytowało. Ponowiłem pytanie – No co? W końcu wydobyła z siebie – Czy ty wiesz co zarezerwowałeś? Pewny siebie odpowiedziałem – Wiem, pokój. Mama zaprzeczyła mi kiwając głową. – No dobra, apartament. Również zaczęła kręcić łepetyną na boki. Nareszcie powiedziała co wywołało u niej tą głupkowatą minę – Mieszkanie, wynająłeś mieszkanie… Pomyślałem sobie co ona gada, normalny większy pokój z przystosowaną dla niepełnosprawnych łazienką, to dla niej od razu mieszkanie? Po chwili dodała – Tam jest oddzielna kuchnia, dwie sypialnie i salon… W tym momencie lekko zbaraniałem. Zamawiałem dwuosobowy pokój przystosowany dla wózkowiczów. Na potwierdzeniu mojej rezerwacji co prawda napisali do mnie, że Schloss (czyli zamek) nie ma odpowiedniego dla mnie pokoju, ale za to mają takie w Marstall (czyli stajni). Nic nie wspominali o dwóch sypialniach. Najbardziej zdziwiła mnie ta kuchnia, ponieważ tydzień temu wysłałem zapytanie czy w „moim” pokoju będzie czajnik i lodówka. W odpowiedzi otrzymałem, że jest tylko mała lodóweczka – tzw. mini bar… Chwilę później siedziałem już na wózku i pojechałem zobaczyć gdzie spędzimy kolejne siedem dni…

Budynek samej stajni wyglądał całkiem przyzwoicie. Oczywiście stajnia nie służy już za noclegownie dla koni. Rok temu została całkowicie przebudowana i przekwalifikowana na hotel. Wjechałem po niewysokim podjeździe na klatkę schodową, na której oprócz schodów na górę i wyjście na taras, były drzwi do dwóch apartamentów. Jeden z nich należy teraz do nas… Następne dwie, trzy minuty wyglądały jak ostatnia scena w filmie „Nie ma róży bez ognia”, gdzie główny bohater po wyjściu z wariatkowa, otrzymuje nowy, duży dom i nie może uwierzyć, że wszystkie pokoje należą do niego… Zrobiłem szybki obchód po naszym nowym „mieszkaniu” i byłem troszeczkę zszokowany – przede wszystkim jego wielkością… Łazienka jest w sam raz. Kuchnia większa jak w domu, do tego z małym stolikiem, gdzie można sobie w miłej atmosferze coś przekąsić. Sypialnia również jest akuratna. Na końcu długiego korytarza jest ogromny, stylowy salon, w którym poza fotelami, sofą, stolikiem i stołem z krzesłami, mamy kącik z sekretarzykiem idealnie nadający się do pisania bloga ;-) Na ścianie wisi telewizor, a właściwie „stajenne centrum rozrywki”. Poza oglądaniem dwudziestu kanałów, można na nim włączyć muzykę. Na twardym dysku telewizora, jest wgranych około stu płyt – od Ray’a Charles’a po Michael’a Jackson’a. Jeżeli ktoś nie ma ochoty na słuchanie rzępolenia, może uruchomić sobie radio internetowe. Dla dzieci i hazardzistów są zainstalowane gry. A jeżeli znajdzie się ktoś spragniony kontaktu ze światem – nie ma problemu – w telewizorze jest i przeglądarka internetowa, do której obsługi wystarczy wyjąć z szuflady bezprzewodową klawiaturę. W tej samej szafce znajduje się również odtwarzacz dvd. Po prostu nowoczesność w domu i zagrodzie ;-) Z salonu można wejść do pokoju dziecięcego, gdzie jest jedno piętrowe i jedno normalne nieduże łóżko oraz drzwi na taras. Na zewnątrz można także wyjść przez kuchnię. Naprawdę łatwo się zgubić… Nigdy nie lubiłem takiego stylu i wystroju wnętrza, jak panuje w naszym stajennym mieszkanku, ale muszę przyznać, że z minuty na minutę, zaczyna mi się tu coraz bardziej podobać, a poza tym jestem dobrze wychowany i w gruncie rzeczy nie wypada mi narzekać ;-)

Tata pojechał z powrotem do domu, mama zaczęła nas wstępnie rozpakowywać, a ja usadowiłem się wygodnie na tarasie z widokiem na port, z którego co chwilę odpływają i przypływają wszędobylskie w okolicy łódki przypominające weneckie gondole. Można na nich opłynąć jedną z kilku dostępnych pętli po tutejszej krainie zwanej Spreewald (po polsku Błota), bądź przedostać się miejscowymi kanałami do pobliskich wiosek i miasteczek. Nie jest to zapewne zbyt szybki środek lokomocji, ale na pewno będąc tu, warto zaliczyć taki spływ. Łączna długość Spreewald’zkich kanałów, to aż tysiąc kilometrów!

Przed wyjazdem do Lübbenau, byliśmy przekonani, że nie będziemy mieli do dyspozycji kuchni, dlatego nie zabraliśmy ze sobą nic „konkretnego” do jedzenia. Żeby to naprawić, po krótkim odpoczynku udaliśmy się z mamą na zakupy. Niecałe dwa kilometry od naszego zamku (ale to fajnie brzmi ;-) ), natrafiliśmy na Netto, gdzie zaopatrzyliśmy się w niezbędne do dalszej egzystencji produkty spożywcze. Na marginesie mówiąc, wracaliśmy stamtąd obładowani jak hinduskie autobusy… W drodze powrotnej doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu w następną środę przenosić się na cztery noce do położonego 75 kilometrów stąd Bad Muskau. Trzeba by się ponownie pakować, potem rozpakować – głupiego robota. Poza tym wiadomo, że do dobrego łatwo się przyzwyczaić. Ciężko by było zamienić prawie stumetrowe mieszkanie na jakiś skromny, hotelowy pokoik ;-) Na szczęście nasz „cyma numa ainc” jest w tych dniach wolny, więc mamie bez problemu udało się przedłużyć nasz pobyt. Super! Zostajemy w Lübbenau do trzeciego lipca :-) Żeby tylko moja radość nie była zbyt wczesna…

Jako, że jutro w Polsce jest jakieś kościelne święto, postanowiliśmy zaprosić na nasze „salony” mamy brata z żoną, żeby pomogli nam w pełni wykorzystać wszystkie pokoje ;-) Ze Szczecina (bez przyczepy) do Lübbenau można bez większego szaleństwa dotrzeć w niewiele ponad dwie godziny. Znając ich od urodzenia wiedziałem, że na pewno nie odmówią i prędzej, czy później pojawią się na zamku. Nie pomyliłem się. Kilka minut temu oddzwonili i poinformowali nas, że przyjadą jutro o jedenastej i zostaną do piątku… Prognoza pogody na jutrzejszy dzień jest średnio sprzyjająca, ale pod koniec tygodnia ma być jeszcze gorzej, dlatego jutro muszę wsiąść na SuperFour’a i objechać chociaż okolicę. A goście? Będzie trzeba znaleźć im jakieś alternatywne zajęcie…

***** Tekst utworzony 5.07.2011r. *****

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>