Lübbenau 2011 – dzień 10. – Przejażdżka po ogórki…


***** Tekst utworzony 8.09.2011r. *****

Nasze środowe przypuszczenia się sprawdziły. Wczoraj nie dość, że przez prawie cały dzień padało, to jeszcze do tego wszystkiego zrobiło się zdecydowanie chłodniej. Żeby nie zwariować w ciemnej i wyziębionej od nocy stajni, w południe mimo lekkiej mżawki, wyrwaliśmy się z mamą na spacer do Netto. Przez dalszą część dnia, oglądaliśmy niemiecką telewizję, słuchaliśmy muzyki i stoczyliśmy ambitną walkę w Rummikuba, którą tym razem przegrałem 2:1 ;-)

Za to dzisiaj od rana pokazało się słońce, z tym że temperatura na zewnątrz była daleka od ideału i w ogóle nie dawała nam odczuć pierwszego dnia lipca… Prognoza pogody na następne dni była jeszcze gorsza, dlatego postanowiliśmy zacisnąć zęby, wyjąć z szafy moją tajną broń – kurtkę zwaną misiem – i przejechać się po Lübbenau. Chcieliśmy za jednym zamachem załatwić dwie sprawy. Musieliśmy zaopatrzyć się w pamiątki i prezenty dla najbliższych, ale przede wszystkim trzeba było uzupełnić wspomnienia, kompletując dokumentację fotograficzną z tej jakby nie było, interesującej mieściny. Zawsze przejeżdżaliśmy przez Lübbenau w pośpiechu i nigdy nie było ku temu odpowiedniej okazji… Naszą stajnię opuściliśmy grubo po dwunastej. Na początku postanowiliśmy pojechać do dzisiejszego najdalszego celu, którym było gospodarstwo rolne, a dokładniej plantacja. Tak, tak, może głupio to zabrzmi, ale pojechaliśmy tam po ogórki ;-) Cóż innego można stamtąd przywieźć do kraju, jak nie świeżutkie, zielone ogórasy. I to nie jakieś zatrute osobniki z Hiszpanii, tylko pierwszy sort prosto z Niemiec ;-) Tak na marginesie mówiąc, to zapewne Polacy uczestniczyli w całym tym procederze i to właśnie dzięki jakiemuś Grzesiowi, czy jakiejś Ani, którzy schylali się po każdego ogórka z osobna, będziemy mogli przywieźć kilka wiaderek tego miejscowego specjału do kraju… Mama najbardziej obawiała się jak powiemy, że chcemy małosolne, ponieważ właśnie na nie mieliśmy najwięcej zamówień. Na miejscu w gospodarstwie nie było z tym najmniejszego problemu, gdyż można było wszystkiego spróbować…

Ja co prawda nie skorzystałem z tego targowego przywileju, ale za to mama nie przepuściła sobie żadnego z rodzajów ogórków – dziabnęła i małosolne, i kiszone, i w occie, a nawet pikle… Kiedy już wiedzieliśmy czego chcemy, złożyliśmy zamówienie, poczym pani w białym, lśniącym czystością fartuchu, udała się do obory, czy składu, gdzie wszystko było pokryte albo białymi kafelkami, albo ryflowaną blachą – taki unijny standard ;-) Następnie w maksymalnie możliwych sterylnych warunkach, załadowała nasze wybrane ogóry do sześciu wiaderek. A trzeba Wam wiedzieć, że nie były to byle jakie wiaderka. Na każdym z nich były nadrukowane miejscowe atrakcje, czyli kanały pełne dennych łódek, miejscowe baby w strojach ludowych, snopy siana, bociany oraz te pieprzone, drewniane mostki ze schodami ;-) Gdybyśmy liczyli tylko na moją pojemność ładunkową, to mięlibyśmy spore problemy z załadowaniem całości na mój pokład. Z pomocą przyszły dwie sakwy z mamowego roweru… Z ogórkami za plecami ruszyliśmy więc dalej, a właściwie z powrotem, do centrum Lübbenau. Kilkaset metrów od plantacji, minęliśmy jakiś niby historyczny słup pocztowy. Na mnie nie zrobił on piorunującego wrażenia, dlatego w ogóle nie zagłębiałem się w jego przeszłość, za to moja mama spędziła przy nim trzy minuty…

Przez to jak zwykle musiałem na nią czekać… W międzyczasie zza chmur wyszło upragnione słońce i mój miś mógł dołączyć do ogórków kotłujących się w kufrze… Kiedy ponownie znaleźliśmy się w samym środku Lübbenau, na rynku stawiano scenę, parkowano przyczepy z piwem i kiełbaskami oraz dekorowano ulice krzaczkami, słomom i kolorowymi flagami. Na każdej krzyżówce stał porządkowy w czarnym mundurze, który kontrolował przepływ osób i towarów w centrum :-) Tak poza tym, to na wszystkich głównych drogach już od rana stały rozstawione barierki z zakazem wjazdu, nie dotyczącym jedynie mieszkańców, jak i zaopatrzenia. My na szczęście spełnialiśmy oba te warunki – mieszkamy w stajni i przewoziliśmy ogórki ;-) Cały ten cyrk, to zamieszanie, było spowodowane festynem, który miał dzisiaj ruszyć na dobre… Na chwilkę chcieliśmy odbić z głównego szlaku i przejechać się ulicą Poststrasse, która po obu stronach była przepięknie obsadzona kwitnącymi różami. Niestety cały efekt popsuło wesołe miasteczko, które wyrosło wzdłuż tej drogi, zaledwie w przeciągu dwóch dni…

Szkoda, że nie zrobiliśmy tam zdjęć na początku naszego pobytu… Nie pozostało nam nic innego, jak ponownie przejechać przez rynek i skręcić w prawo w kierunku zamku, a przede wszystkim portu, który był naszym następnym celem dzisiejszej sesji zdjęciowej. Żeby tam dotrzeć najpierw musieliśmy przejechać przez Ehm-Welk-Strasse…

Kawałek dalej skręciliśmy w prawo wjeżdżając na deptak prowadzący do Grossen Hafen, czyli portu, skąd odpływają i przypływają kursujące po Spreewald’zie gondole…

Na drugą stronę kanału można przedostać się pokonując jedną z dwóch tutejszych drewnianych kładek ze schodkami. My musieliśmy pojechać dookoła… Z portu cały czas było widać naszą stajnię razem z naszym tarasem. Objechaliśmy więc przystań z drugiej strony, zaliczając przy tym niewielki park z miejscową specjalnością – ogromnymi snopami siana…

Tak na marginesie mówiąc, okno za tą kupą słomy, to właśnie nasza zagroda, czy jak to zwą w stajni ;-) Kiedy już przejechałem wszystkie parkowe ścieżki wzdłuż i wszerz, powoli poturlałem się w kierunku portu. Do głównego kanału miałem zaledwie pięćdziesiąt metrów…

Kiedy już tą część Lübbenau mieliśmy obfotografowaną z każdej strony, wróciliśmy na zamek. A tam rozpoczęliśmy zdjęcia od oranżerii, w której obecnie mieści się kawiarnia. Aż wstyd się przyznać, ale z naszego pokoju mamy tam dosłownie trzydzieści metrów, a jeszcze nie udało nam się wypić tam choćby kawy. Normalnie nie ma kiedy załadować ;-) A oto oranżeria w całej okazałości…

W drodze powrotnej na parking, a dokładniej do przyczepy, zatrzymałem się jeszcze przy naszej stajni, w której mamy ogromną przyjemność mieszkać od dziesięciu dni…

Przez niewiele ponad dwie godziny, zrobiliśmy niespełna siedem kilometrów. Ale za to zdobyliśmy w końcu upragnione spreewald’zkie ogórki i dokładnie zapełniliśmy kartę pamięci w naszym aparacie fotograficznym… Chwilę po tym, jak wróciliśmy do naszego mieszkanka, ponownie się rozpadało. Żeby do końca nie zgnuśnieć, po obiedzie zagraliśmy z mamą w Scrabble – chyba nie muszę mówić kto wygrał? ;-) A wieczorem pozostała nam tylko telewizja i Craig David w moim ipodzie… Jutro ma niestety znowu padać, więc prawdopodobnie nie powiększymy przebiegu w naszych krążownikach. Szkoda, ponieważ pojutrze, w niedzielę, wracamy już do domu…

***** Tekst utworzony 8.09.2011r. *****

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>