Lübbenau 2011 – dzień 7. – Z nowym siłownikiem do Leipe…


***** Tekst utworzony 14.08.2011r. *****

Wczoraj wieczorem zaplanowaliśmy z mamą cały rozkład dzisiejszego dnia. Żeby w pełni wykorzystać kolejny słoneczny dzień, wstaliśmy znowu po ósmej i około dziewiątej poszliśmy na śniadanie. Na tarasie przed zamkiem wybrałem sobie mało odpowiednie miejsce, ponieważ po kilku minutach pałaszowania jajecznicy poczułem, że moja głowa wystaje spod parasola, a w słońcu było już spokojnie ze czterdzieści stopni. Żeby nie stracić przytomności i nie nabawić się udaru, szybko się przesiadłem… O dziesiątej byliśmy już po, więc wróciliśmy szybko do pokoju, aby skompletować nasz ekwipunek i ruszyć do Slawenburg’u. W momencie, gdy wchodziliśmy do naszej stajni, zadzwonił mój tata z informacją, która całkowicie przewróciła nasze plany… Poinformował nas, że o czternastej przyjedzie do nas mechanik, który spróbuje naprawić SuperFour’a na miejscu. Z jednej strony byliśmy z mamą trochę źli, że stracimy kolejny dzień w Lübbenau. Z drugiej jednak pomyślałem, że gdyby udało się naprawić mój kosmiczny pojazd, miałbym jedyny problem z głowy i do końca sezonu miałbym święty spokój… Nie było sensu gdziekolwiek jechać przed wizytą serwisanta, dlatego też mama postanowiła wykorzystać słońce i przedpołudniem rozpoczęła opalanie. Ja wybrałem bardziej przyjazny sposób spędzania wolnego czasu. Rozsiadłem się przed laptopem, założyłem słuchawki, odpaliłem ipod’a i zabrałem się za pisanie bloga… Liczyłem, że tym mechanikiem z serwisu będzie Dirk, czyli ten, który dwa lata temu miał już przyjemność usuwać tą samą usterkę w moim bolidzie. Razem z mamą zakładaliśmy, że do piątej SuperFour będzie jak nowy, więc po późniejszym obiedzie będziemy mogli wybrać się chociaż na krótką przejażdżkę. Było to dosyć śmiałe i odważne założenie, ale mimo wszystko nie dopuszczaliśmy do siebie myśli, że mogłoby być inaczej :-)

O 13:30 udaliśmy się z mamą na parking, żeby przygotować SuperFour’a do operacji. Kiedy podeszliśmy do przyczepy, na horyzoncie pokazał się duży biały bus ze zdjęciami wózków na bokach. Mało prawdopodobne było, żeby ten serwis pojawił się w Lübbenau w sprawie innego zepsutego wózka. Minutę później mobilny serwis z Dirkiem na pokładzie stał już zaparkowany koło naszej przyczepy. Bardzo ucieszył mnie jego widok. Przede wszystkim dlatego, że jest on nielicznym Niemcem mówiącym trochę po angielsku. Do tego raz już spisał się na medal reperując moją gablotę w 2009-tym roku, dlatego mogłem być spokojny o powodzenie jego misji ;-)

Samochód, którym Dirk pojawił się w Lübbenau był prawdziwym centrum reanimacyjnym, mogącym postawić na nogi każdy wózek inwalidzki na kuli ziemskiej. Ilość sprzętu w nim upchanego była naprawdę imponująca. Wewnątrz panował oczywiście niemiecki ład i porządek, jednym słowem ordnung jak się patrzy. Najmniej optymistyczną rzeczą w tym Mercedesie były szyny, czy też jak kto woli rampa, po której w przypadku zgonu mojego pojazdu, zostałby on wepchany do środka i na sygnale zawieziony do prawdziwego warsztatu w Königsee… Dirk od razu bez zbędnych ceregieli zabrał się do roboty. Na początku zrobił rundkę po parkingu, poczym bez wahania potwierdził dolegliwości zgłaszane przeze mnie i wziął się za rozbieranie SuperFour’a… Przyjechał przed czasem, dlatego nie zdążyliśmy z mamą pościągać wszystkich gadżetów i urządzeń uniemożliwiających otworzenie wnętrza potwora. Dirk musiał zrobić to samemu. Nie było to jednak dla niego problemem – w końcu trafiło na niemieckiego inżyniera ;-) W kilkanaście minut mój pojazd miał już zdjęte pokrywy i wszystkie organy, czy też części były odkryte i gotowe do operacji… Jako, że to nie pierwsza taka usterka, od razu zabraliśmy się za zdemontowanie felernego siłownika. Zabraliśmy, to znaczy Niemiec robił, Polak pilnował ;-) Wyjęcie tej zepsutej części wcale nie było takie proste, ponieważ trudno się było do niej dostać. Kiedy już ten siłownik był na zewnątrz, Dirk zapuścił się w głąb swojego samochodu w poszukiwania takiego samego sprawnego elementu…

Po sprawdzeniu kilku kartonów, szafek i szuflad, niezawodny niemiecki inżynier wyszedł z busa trzymając wysoko w prawej dłoni bezcenną dla mnie część. Siłownik był identyczny jak ten zepsuty, ale miał inne gniazdo, do którego musieliśmy podłączyć między innymi zasilanie z SuperFour’a. Dirk podrapał się po głowie, zamyślając się przy tym przez kilkanaście sekund (często mu się to zdarza), poczym uciął gniazdko z niedziałającego elementu i za pomocą niezastąpionej czarnej taśmy izolacyjnej, zamienił końcówkę kabli w nowej części na pasującą. Później wystarczyło tylko zamontować siłownik w odpowiednim miejscu i mogliśmy zacząć kalibrację nowej części będącej odpowiedzialną za skręt mojego wózka. Do tego zadania potrzebny był jedynie komputerek, na którym po podłączeniu go do joysticka SuperFour’a, ustawiliśmy maksymalne odchylenia w lewo i w prawo oraz wbiliśmy do pamięci pojazdu w jakiej pozycji, koła ustawione są na wprost… Ja schowałem się w cieniu, ponieważ ciężko było mi już wytrzymać w palącym słońcu, a czarnuch, znaczy Dirk, zabrał się za składanie reszty w jedną całość. Po kwadransie wóz wyglądał już prawie tak samo, jak przed wizytą serwisu. Musieliśmy jeszcze tylko założyć na pakę kufer i przymontować biało-czerwoną flagę na wlew paliwa. Pomyślałem sobie – pościągał, to niech teraz cwaniak zakłada ;-) Kiedy uporał się już z tymi wszystkimi gadżetami, wsiadł na moje miejsce i w iście szatańskim stylu zrobił kilka rundek po parkingu. Za sterami mojego wehikułu wyglądał naprawdę dość zabawnie, ponieważ ledwo mieścił się w fotelu ustawionym pode mnie. Nogi miał ułożone po turecku ;-) Pierwszy raz mogłem z perspektywy widza obejrzeć SuperFour’a w tak efektownej akcji. Mama tylko pokręciła głową i dodała – Boże, jak on jeździ! Zatrzymał się przy nas z piskiem opon, spojrzał na mnie znad okularów i powiedział, żebyśmy teraz zamienili się miejscami…

Jeżeli o to chodzi, nie trzeba było mnie namawiać ;-) Od razu mama wrzuciła mnie do środka, ustawiła mi lusterko, zapięła pasy, poczym bystro ruszyłem na szybkie okrążenie po parkingu. Żeby sprawdzić czy Dirk sumiennie wykonał swoją usługę, cały czas jechałem zygzakiem. Wszystko chodziło jak nowe. Dodatkowo podczas kalibracji nowego siłownika, powiększyliśmy promień skrętu mojej małej ciężarówki. Wcześniej na zawrócenie potrzebowałem około pięciu metrów. Teraz wystarczy mi niewiele ponad cztery. Dzięki temu zabiegowi SuperFour może nie będzie zwinny jak baletnica, ale przynajmniej na normalnej dwukierunkowej jezdni będę mógł zrobić w tył zwrot za jednym zamachem… Podczas tej jazdy testowej, minąłem się z kelnerem „Uwe”, który właśnie skończył pracę i rowerem wybierał się najprawdopodobniej do domu. Na mój widok, na jego twarzy pojawił się standardowy już banan :-) Zapewne jutro na śniadaniu będziemy mieli jeszcze lepszą obsługę niż dotychczas ;-) Nie było sensu na dłuższe śmiganie dookoła parkingu, dlatego po dwóch kółkach skończyłem test i z powrotem przesiadłem się na wózek… Kiedy ja sprawdzałem czy wszystko chodzi poprawnie, mechanik składał swój sprzęt i powoli z niemiecką dokładnością pakował narzędzia do samochodu. Byłem bardzo zadowolony z pracy jaką dzisiaj wykonał. Należały mu się brawa… Żeby Dirk mógł się w normalnych warunkach oporządzić i doprowadzić do stanu użyteczności, zaprosiliśmy go do naszej stajni. Wcześniej kilkakrotnie mył ręce pożyczając szlauf, którym akurat przez godzinę na parkingu tutejszy ogrodnik podlewał roślinki… O 15:20 w miłej atmosferze rozstaliśmy się z najlepszym mechanikiem SuperFour’ów w Europie. Gdybym kiedyś zakładał zawodowy team, na pewno zaproponuję mu współpracę ;-)

Gdy byliśmy już z mamą wolni, zabraliśmy się za przygotowywanie obiadu… Około siedemnastej byliśmy już po i mogliśmy powoli zacząć przygotowania do wymarszu. Mówiąc prawdę, tak późno jeszcze nigdy nie startowałem, ale pogoda i inne przesłanki były naprawdę idealne na rowerową wycieczkę… O 17:45 ponownie siedziałem za sterami mojego odświeżonego wozu. Na początku podjechaliśmy kilkadziesiąt metrów do pomnika Grafa (czyli takiego hrabiego) Rohusa zu Lynar’a, który rządził przed laty w Lübbenau. Zamek, w którym gościmy, nadal należy do rodu zu Lynar’ów…

Po sesji zdjęciowej z Grafem, wróciliśmy z powrotem na teren zamku i powoli bez pośpiechu pojechaliśmy w głąb miejscowego parku. W słońcu nie było już tak gorąco, jak kilka godzin wcześniej, ale za to pomimo nałożonych okularów jadąc na zachód niewiele widziałem…

W pobliżu zamku odwiedziliśmy bardzo ładnie umiejscowiony staw, w którym pluskała się spora grupka kaczek. Na jego środku miały swój domek, z którego co jakiś czas wychodziły z myślą, że ktoś może przyniósł im kawałek chleba…

Przez park przechodził tylko jeden szlak rowerowy. Na jedynym tutejszym drogowskazie widniała tajemnicza nazwa – Wotschofska… Tak naprawdę do końca nie wiemy czy jest to jakaś pobliska wioska, czy dzielnica Lübbenau, a może po prostu jest to jakaś nazwa własna. Niestety na dzisiaj pozostanie to tajemnicą, ponieważ nie udało nam się tam dotrzeć. Dlaczego? Na naszej drodze, około dwustu metrów od zamku, stanął ponownie mostek, a właściwie schody, które pozwalały przez niego przejść…

Nawet gdybyśmy przedostali się jakoś na drugą stronę kanału, najprawdopodobniej i tak musielibyśmy zawrócić, ponieważ ścieżka w dosłownym tego słowa znaczeniu robiła się coraz węższa… Gdy nad samą wodą powoli zawracałem, akurat przepływała jedna z często tutaj spotykanych łódek, którą napędza się odbijając kijem od dna…

Była dopiero 18:10, dlatego też nie poddaliśmy się od razu napotykając na pierwszą przeszkodę… Zahaczając o zamkowy park, przemknęliśmy w pobliżu malutkiego domku, w którym aktualnie mieszka Beatrix Grafin zu Lynar – obecna hrabina, która bacznie czuwa nad całym tym przybytkiem. Jej podobieństwo do Angeli Merkel może świadczyć jedynie o tym, że poza zamkiem, ogarnia ona swoją opieką całe Lübbenau ;-) Dalej pojechaliśmy w kierunku portu – chcieliśmy znaleźć szlak prowadzący do Leipe – miejscowości położonej 7 kilometrów na wschód od Lübbenau. Prawdę mówiąc nie byłem za bardzo przekonany czy uda nam się tam dotrzeć, wątpiłem w powodzenie naszej misji… Zgodnie z mapką wiedzieliśmy, że za portem musimy skręcić gdzieś w lewo. W poszukiwaniu ogórkowego szlaku przejechaliśmy około kilometra, aż w końcu dotarliśmy do głównej lübbenauskiej drogi. Dosłownie 50 metrów przed nią, zauważyłem kierunkowskaz w lewo na Leipe. Długo się nie zastanawiając zjechaliśmy z jezdni na piaszczystą dróżkę biegnącą wzdłuż ogródków działkowych… Ścieżka nie była najlepszej jakości, ale mimo wszystko grzaliśmy cały czas wzdłuż kanału. Po pięciuset metrach dojechaliśmy do kolejnej z rzek. Tutaj niestety nasza droga się skończyła, a szlak, czy bardziej szlaczek przeniósł się na niewielki wał, po którym strach było jechać rowerem, a co dopiero SuperFour’em… Gdy zawracałem, podbiegło do nas dwóch niemieckich partyzantów w wieku około ośmiu lat, którzy w jednym z kanałów za pomocą kija z żyłką, łowili ryby. Niestety przez ich nieznajomość języka polskiego nie mogliśmy się w ogóle dogadać ;-) Ta trasa była już naszym dzisiejszym drugim niepowodzeniem. Można było się trochę podłamać, ale prawdziwy globtroter nigdy się nie poddaje! Z powrotem kierowaliśmy się w kierunku portu i mniej więcej w połowie drogi natrafiliśmy na kolejny szlak prowadzący do Leipe. Tym razem drogowskazy były większe i wyposażone w znaczek ogórka jadącego na rowerze – tak właśnie wygląda logo ogórkowego szlaku. W końcu pojawiła się nadzieja… Wjeżdżając w tą lokalną drogę z zakazem wjazdu pojazdów mechanicznych, akurat mijaliśmy się z radiowozem. Panowie policjanci wykazali się wyrozumiałością, puszczając nas zjechali na pobocze i nie zgłosili nam żadnych uwag ;-) Będąc po raz kolejny ponad prawem, zwiększyliśmy prędkość na najwyższe obroty i pognaliśmy dalej w nieznane…

Szybko przejechaliśmy przez zaplecze portu i zanurzyliśmy się w niesamowity bagienny las. Ilość mostków i kładek na odcinku siedmiu kilometrów, które dzieliły nas od Leipe, była iście wenecka. Można śmiało powiedzieć, że Leipe położone jest za siedmioma mostami, siedmioma kładkami i siedmioma kanałami – normalnie bajka :-) Wszystkie drewniane mosty miały dosyć strome, ale zawsze – podjazdy. Kawałek za Lübbenau pojawił się za nami samochód z przyczepką, który wiózł w niej drzewo. Dzięki niemu byłem spokojniejszy i przekonany, że już dzisiaj nie natkniemy się na żadne schody. Nie myliłem się :-)

Kraina, którą zmierzaliśmy do Leipe, była naprawdę niesamowita. Nigdy nie miałem przyjemności obcować z tak dziką naturą przez niespełna siedem kilometrów. Poza nasypem, na którym poprowadzony był nasz szlak, reszta wyglądała tak, jakbyśmy byli tu pierwszymi ludźmi od wieków. Aż głupio mi było jechać na napędzie spalinowym i burzyć panującą tam harmonię. Niestety nie miałem nadmiaru prądu, więc terkotanie silnika było niezbędne :-( Co kilkaset metrów były wydzielone małe parkingi z ławeczkami i stolikiem. Na każdej takiej stacji były rozstawione tablice informacyjne z różnymi gatunkami zwierząt, które zamieszkują tutejsze bagna. My przede wszystkim mieliśmy okazję spotkać tam całą masę najróżniejszych ptaków. Najwięcej było dzięciołów, które stukały w drzewa położone przy samej ścieżce, w ogóle nie bojąc się warkoczącego SuperFour’a… Na całym tym odcinku spotkaliśmy tylko cztery rowery. W dzień byłoby ich na pewno zdecydowanie więcej… Gdy na moim liczniku stuknął dziewiąty kilometr, minęliśmy tablicę „Leipe”, przejechaliśmy przez mostek i opuściliśmy las. Pojawił się za to asfalt, samochody, maszyny rolnicze, pola i stogi siana. Przejazd przez całą miejscowość zajął nam góra trzy minuty. Zatrzymaliśmy się dopiero o 19:10 przy skrzyżowaniu szlaków rowerowych…

Po krótkiej przerwie zawróciliśmy z powrotem do Lübbenau. W samym Leipe (po łużycku Lipje) widzieliśmy mniej ludzi, niż dzięciołów na bagnach. Około 19:15 ponownie wjechaliśmy do czarującego lasu. A jakie tam było powietrze…

Wracaliśmy jadąc na pół gwizdka, po pierwsze po to, żeby nie straszyć mieszkańców bagien, a po drugie, żeby rozkoszować się tutejszymi widokami i nieziemskim klimatem…

Kilka mostów, kilka kładek i kilka kanałów dalej byliśmy już z powrotem w Lübbenau, które ze względu na wysoką średnią wieku przebywających tu turystów, powoli zamierało…

O 19:50 dotarliśmy z powrotem do naszego zamku… Pogoda nadal była idealna, dlatego kolację zjedliśmy na tarasie. Po niej, również na zewnątrz, przegraliśmy do laptopa zdjęcia z dzisiejszej wycieczki, żeby zrobić w aparacie miejsce na jutro… Pomimo tego, że dzisiejsze plany musieliśmy przełożyć, dzień można spokojnie zaliczyć do bardzo udanych. Za jednym zamachem załatwiliśmy dwie sprawy – SuperFour naprawiony, a oprócz tego odbyliśmy wspaniały wieczorny rajd przez najpiękniejsze bagna, jakie kiedykolwiek widziałem. 17 kilometrów, jakie dzisiaj udało nam się pokonać, to moim zdaniem akuratny dystans na przetestowanie mojego pojazdu i zaliczenie przejażdżki w jednym… Jutro ma być jeszcze cieplej – 29°C. Po śniadaniu ruszamy do Slawenburg’u i nic nam w tym nie przeszkodzi ;-)

***** Tekst utworzony 14.08.2011r. *****

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>