Świeradów-Zdrój 2009 – dzień 8. – Frydlant…


***** Tekst utworzony 22.02.2011r. ***** 

 

27.07.2009r. – poniedziałek

Już minął tydzień, odkąd stacjonujemy w bazie w Świeradowie ;-) Dzisiaj mieliśmy praktycznie ostatnią szansę na zaliczenie jakiejś konkretnej wycieczki rowerowej. Wieczorem ma przyjechać do nas tata i mamy zamiar zwiedzić okoliczne atrakcje turystyczne, więc SuperFour zostanie zamieniony na samochód, a fotel Recaro na zwykły wózek inwalidzki, którego na marginesie nie cierpię… Żeby nie tracić cennego czasu, wstałem po ósmej i już około dziesiątej byłem w pełnej  gotowości bojowej – najedzony, napity i w pełni sił. O 10:30 wyruszyliśmy z mamą w stronę czeskiej granicy. Pogoda była wprost cudowna, 23°C, do tego słońce, czego chcieć więcej? U południowych sąsiadów (patrząc ze Szczecina), czy jak kto woli zachodnich (z perspektywy Świeradowa), tak się nam spodobało, że dzisiaj również wybraliśmy się do Czech. Chcieliśmy dotrzeć do największej miejscowości w pobliżu – do Frydlantu – i zwiedzić tamtejszy zamek. Na samym starcie, jak zwykle mama prowadziła rower do stacji kolejki, także nasza prędkość nie była powalająca… Jak już się tam wdrapaliśmy, kolarka zapięła swój kask i pomknęliśmy do Czerniawy. Na moim liczniku prędkość nie spadała poniżej 10-ciu kilometrów na godzinę, mimo kocich łbów i dziurawej nawierzchni. Gdybym jechał sam, to pewnie byłoby jeszcze szybciej, ale z drugiej strony to przecież nie wyścigi tylko swawolny freeriding ;-) Kilka minut po jedenastej dotarliśmy do drogi nr 361, skręciliśmy w lewo i pojechaliśmy w stronę Novego Mesta. Dzisiaj ruch był trochę większy, ale mimo to nie było tłoku. Trasa biegła tym samym szlakiem co wczoraj, więc wiedzieliśmy, że zaraz czeka nas kilka pagórków do pokonania, dlatego umówiłem się z mamą, że poczekam na nią na tym parkingu przed granicą, na którym kwitłem wczoraj. Dzisiaj było dużo cieplej, więc mogłem trochę bardziej przycisnąć i wykrzesać z SuperFour’a maksimum możliwości. Na ostrych podjazdach trochę się męczył, ale za to w dół nadrabiałem straty czasowe i na leśny parking dojechałem dużo szybciej niż wczoraj. Ustawiłem się w słońcu, żeby nie tracić czasu i zaliczyć darmowe solarium. Mama przyjechała dopiero po kilkunastu minutach, ale o dziwo nie była zmęczona, tylko śmignęła mi przed nosem krzycząc – No dawaj, dawaj! Mi dwa razy nie trzeba powtarzać, od razu włączyłem światła w wozie i ruszyłem za nią w pościg. Na postoju zgasiłem silnik, a sam go włączyć nie dam rady, więc musiałem ją dogonić, bo prądu miałem zaledwie na 3-4 kilometry. Łyknąłem ją już w Czechach, 250 metrów za przejściem granicznym. Zatrzymaliśmy się na chwilę na poboczu, mama wcisnęła „engine start” i polecieliśmy dalej. Rafał – mój asystent – odpaliłby mi silnik w trakcie jazdy, a moja rodzicielka niestety ma problem z wciśnięciem guzika na swoim liczniku rowerowy, dlatego nie wymagajmy od niej zbyt wiele ;-) W samo południe przemknęliśmy przez Nove Mesto pod Smrkem. Na przedmieściach nic od wczoraj się nie zmieniło. Te same twarze, siedzące na tych samych krawężnikach, machały do nas jak do starych znajomych… Dojechaliśmy do rynku i skręciliśmy w prawo na Frydlant. Dzisiaj centrum miasteczka tętniło życiem. Pepiki na mój widok przystawali i uśmiechali się od ucha do ucha, a jak usłyszeli z mich ust – Ahoj! – to byli w siódmym niebie ;-) Oglądało się krecika, to języki się zna… Żałowałem, że nie mam przy sobie powiewającej polskiej flagi. Na kolejny wyjazd za granicę, muszę sobie coś takiego sprawić. Niech widzą, że jedzie Polak… Za rynkiem minęliśmy osiedle bloków, jakąś czeską Biedronkę, fabrykę i zajezdnię autobusową. Byliśmy na nowym, obcym terenie, więc trzymaliśmy się razem w kolumnie. Przejechaliśmy przez przejazd kolejowy, za którym skończyła się miejscowość. Co jakiś czas przejeżdżaliśmy koło domków i gospodarstw, ale Nove Mesto to, to już nie było…

 

Droga była naprawdę do-sko-na-ła, po prostu perfekt. Nawet przejazd kolejowy był zrobiony genialnie, w ogóle nie poczułem go pod kołami. Cała trasa nr 291, na odcinku od przejścia granicznego do Frydlantu, była naprawdę najwyższej jakości. Jak dla kierowcy półtonowego wózka inwalidzkiego z napędem hybrydowym, to normalnie autostrada ;-) Za Novym Mestem droga biegła pomiędzy malowniczymi, zielonymi polami, na których leżały walce skoszonego siana. Po lewej stronie – na południu – cały czas towarzyszyło nam pogórze Izerskie ze Stogiem Izerskim na horyzoncie. Po obu stronach jezdni, przeważnie rosły w rzędzie drzewa, które tworzyły przyjemny cień, szczególnie przydatny dzisiaj…

  

Mama wreszcie mogła rozwinąć swoje skrzydła. Do samego Frydlantu nie było praktycznie żadnych podjazdów. Jako że moja kompanka nie czuje się na rowerze jak ryba w wodzie, miała problem z utrzymaniem stałej prędkości na poziomie 15 km/h. W związku z tym wyprzedzała mnie i jechała na zwiad, poczym zatrzymywała się na poboczu i kiedy nadjeżdżałem, robiła mi zdjęcia. Taka sytuacja powtarzała się kilkakrotnie… Ostatnią taką sesję zdjęciową, zrobiliśmy na wjeździe do Frydlantu…

  

Byliśmy tam o 12:50 czasu środkowoeuropejskiego. Mając mapę i telefon z nawigacją, musieliśmy trafić do głównego celu dzisiejszej wycieczki – do Zamku Frydlant. Zadanie wydawało się banalnie proste, ale jak zwykle nie obyło się bez niespodzianek… Chciałem dojechać tam jak najkrótszą drogą, chciałem nawet skrócić skrót, ale nie wyszliśmy na tym najlepiej ;-) Na wjeździe do tego niespełna ośmiotysięcznego miasteczka, przywitało nas mało ciekawe osiedle szarych bloków. Żeby ominąć centrum, w którym spodziewaliśmy się sporego ruchu i drogę nr 13 (13!), pojechaliśmy lokalnymi uliczkami osiedlowymi. Tamtejszy krajobraz nie zrobił na nas piorunującego wrażenia. Mijaliśmy tak jeden blok po prawej, drugi blok po lewej, garaże, kolejne dwa bloki, parking, a na nim jedna Skoda, druga Skoda, trzecia Skoda, czwarta Skoda, piąta Sko…, a nie, to Passat, piąta Skoda, szósta Skoda… Po 300-500 metrach skończyły się zabudowania i na końcu drogi natknęliśmy się na… schody. Nie były to 3 stopnie, tylko ze 30 schodów, do tego w połowie zakręcały o 90 stopni. Na mapie samochodowej, którą się kierowałem, zapomnieli wspomnieć o tym nieistotnym problemie, jakim była droga ze schodami… Musieliśmy się kawałek cofnąć i pojechać dalej trasą nr 13, do tego o 13-tej… Mama twierdziła, że się zgubiłem i wolała upewnić się pytając miejscowych po angielsku – Eeee, heloł, łer is kastyl? Inteligentny 20-25 letni Pepik pokazał palcem na schody i powiedział, że tam… Dojechaliśmy do tej głównej arterii miasta i próbowaliśmy włączyć się do ruchu. Samochody śmigały jeden za drugim, poczekałem z minutę, poczym wrąbałem się na wąski chodnik i pojechałem w stronę zamku. Mama również zrezygnowała z jezdni i poleciała za mną. Zajmowałem swoją kabaryną cały chodnik, miałem szczęście, że akurat nikt tamtędy nie szedł. Po dwóch minutach szaleńczego sprintu czeskim chodniczkiem, dojechaliśmy do zakrętu i na skarpie przed nami, ukazał się on… Zamek Frydlant.

 

Wykonałem rzut oka na mapę i znalazłem drogę, która doprowadziła nas do głównego wejścia na zamek. Na miejscu parking był całkowicie pusty, budka z pamiątkami była zamknięta. Wjechaliśmy przez bramę, asfalt zamienił się w ubity piach, mama przyczepiła rower do ławki i poszliśmy do kolejnej bramy…

 

Puk, puk, anybody here? Niestety, wszystko było szczelnie zamknięte. Nie znaleźliśmy żadnej tabliczki, ani żadnej informacji z godzinami otwarcia tej potężnej twierdzy. Normalnie gorzej jak w Polsce. Nie umieją się Czesi sprzedać, oj nie… U nas taki zamek byłby atrakcją turystyczną na skalę całego kraju, w Niemczech trzeba by stać w dwugodzinnej kolejce razem z turystami z USA, Rosji i Chin, żeby móc wejść chociaż na dziedziniec. A tu luzik, bluzik, wszystko zamknięte, przynajmniej Japończyki z aparatami nie podepczą nam dywanów i marmurów, niech sobie jeżdżą do innych zamków i tam im psują… Czesi już tacy są, podczas drugiej wojny światowej, nikt nie poddał się szybciej od nich. Bramborove knedliky i ceskie pivo to wszystko czego potrzebuje przeciętny Czech do pełni szczęścia… Na ławeczce opalał się jakiś Karel, który nam powiedział, że w poniedziałek zamek jest nieczynny. Jedź tu człowieku 25 km w jedną stronę i na miejscu taki Jozin z Bazin powie ci, że zamek zamknięty… Trochę byliśmy tym zirytowani, w szczególności moja mama, która liczyła na jakieś zwiedzanie… Dookoła murów twierdzy biegła ścieżka, skoro już tam byliśmy, to nie było przeciwwskazań, żeby się tam nie zapuścić…

 

W dole płynęła jakaś mała rzeczka, poza tym nic więcej nie widziałem, ponieważ byłem zajęty czymś innym – po prostu próbowałem się nie zabić. Dróżka była poprowadzona po zboczu górki, na której położony jest zamek. SuperFour ma ponad metr szerokości, także momentami nie było mi łatwo przesuwać się po tej ścieżce dla pieszych. Do tego musiałem uważać na korzenie i przede wszystkim na zaskrońce, których było tam pełno… Nie dało się przejechać dookoła całej fortecy. Na końcu było zdecydowanie luźniej, więc zrobiliśmy sobie tam piętnastominutową przerwę. Uzupełniłem płyny, rozruszałem nogi, które w czasie jazdy trochę się zastały i o 13:40 opuściliśmy Zamek Frydlant… Kilka metrów za główną bramą, zauważyłem kierunkowskaz na Nove Mesto z rysunkiem roweru i jakimś numerem. Już wcześniej mijaliśmy w Czechach te znaki, tyle że nie mamy żadnej mapy, na której byłyby zaznaczone szlaki rowerowe z tą numeracją. Tym razem, żeby ominąć drogę nr 13, zrobiłbym wszystko ;-) Wyglądało na to, że znak prowadzi gdzieś na wschód, czyli w kierunku Świeradowa. Nie było co rozmyślać, ruszyliśmy nową drogą zgodnie z kierunkowskazem. Po dwustu metrach asfalt pod kołami, zamienił się w betonowe płyty, a 50 metrów dalej, był już sam piach. Mieliśmy zawrócić i pojechać starą, sprawdzoną trasą, ale kilka metrów dalej, zauważyłem kolejny kierunkowskaz z numerem naszego szlaku – chyba 3005. Czułem się jakbym bawił się w podchody. Tym razem Czesi pokierowali nas w lewo, skręciliśmy więc z tego grząskiego piachu, a tam normalna fatamorgana… Przed nami stał znak drogi rowerowej, zakaz wjazdu pojazdów mechanicznych i dwie metalowe barierki, które miał zatrzymać kierowców nierespektujących przepisów ruchu drogowego. A za tym wszystkim ujrzeliśmy nowiusieńką ścieżkę rowerową, standard high-lux, biegnącą przez zielone pola. Jako że to Czechy, podobno Unia Europejska, te sprawy, ale tutejsze przepisy mnie nie obowiązują, przynajmniej  tak sobie wmawiałem ;-) Te nieszczęsne blokady mają zawsze 110 cm odstępu pomiędzy sobą, czyli tyle samo, co mój wehikuł, także nie miałem najmniejszego problemu z ich pokonaniem i wjazdem na tą wyśmienitą autostradę. Palce lizać…

 

Trasa była naprawdę świetna. Szkoda tylko, że po kilku minutach się skończyła i dalej musieliśmy jechać znaną nam 291. Ale mimo wszystko warto było, przynajmniej ominęliśmy to osiedle (wątpliwej urody) i byliśmy już kilometr za granicami Frydlantu. Mama znowu wyrwała do przodu i czekała na mnie przy jedynym chyba po drodze skrzyżowaniu. Oczywiście z aparatem…

 

Do Świeradowa zostało nam jeszcze 17 kilometrów. Z tego miejsca zaczęliśmy się już powoli wspinać. Mi to było bez różnicy, ale mama zdecydowanie zwolniła. Nasze role teraz się odwróciły i to ja byłem pionierem, a ona wlekła się gdzieś z tyłu… Do Novego Mesta wpadłem o 14.30, zakotwiczyłem na wzniesieniu przy schronisku dla zwierząt i pośród szczekania, a właściwie ujadania czeskich psów, czekałem na Lanca Armstronga ;-) Kiedy do mnie dojechała, puściłem ją przodem, żebym znowu nie musiał pauzować gdzieś po drodze. Poza tym ekspedycja, to ekspedycja, a nie tam jakiś niedzielny spacerek – trzeba się trzymać razem i być przygotowanym na wszystko… Za Novym Mestem pod Smrkem trochę przyspieszyliśmy i po 15-tej byliśmy na granicy. W międzyczasie zatrzymaliśmy się przy jakimś cmentarzu. Mamę zainteresowała kopuła tamtejszej kaplicy, ale jak dla mnie nic ciekawego… Po wjeździe do Polski, znowu zaczęło mną telepać. Ale w sumie to dobrze, bo miałem darmowy masaż i nawet nogi mi od drętwiały ;-) W Czerniawie jak zwykle wracaliśmy na skróty ulicą Sanatoryjną, ale żeby nie było zbyt nudno, pojechaliśmy kawałek czerwonym szlakiem, który był dla nas całkowitą niewiadomą. Dzięki niemu zyskaliśmy jakieś 500 metrów, ale jak to w górach bywa, kosztem stromego podjazdu, a właściwie podejścia. Na początku miałem wątpliwości, czy w ogóle przecisnę się przez tamtejsze chaszcze, które momentami zasłaniały całą ścieżkę. Z góry schodziła  grupka jakiś dzieciaków i jak już przestali się podniecać moim bolidem, powiedzieli nam, że dalej będzie lepiej. Mieli szczęście, nie mylili się… Dobrze, że SuperFour ma napęd na 4 koła, bo inaczej chyba musiałbym sobie odpuścić ten szlak. Najgorzej jak zwykle miała mama, która swój rower praktycznie wnosiła pod górę. Coś tam pod nosem na mnie psioczyła, że znowu wybrałem „świetną” trasę, ale ja się tym nie przejmowałem i z szyderczym uśmiechem kontynuowałem wspinaczkę… Kiedy zdobyliśmy najwyższe wzniesienie i ścieżka była już w miarę dobra, zrobiliśmy sobie przerwę. Była 16:00. Mama była tak spragniona, że wypiła wszystko co miała pochowane w swoich rowerowych sakwach, poczym przykolegowała się do mnie i wyzerowała mój cały litrowy bidon…

Do stacji kolejki mieliśmy już żabi skok, a stamtąd do naszego hotelu trafiłbym z zamkniętymi oczami… Na parkingu przed St. Lukasem wylądowaliśmy o 16:30. Trochę byliśmy wyczerpani, nie  powiem, że nie. Ale to właśnie lubię i mógłbym się tak męczyć codziennie…

Dzisiejsza wycieczka zajęła nam 6 godzin, przejechaliśmy 46 kilometrów. Jak na razie to rekordowa odległość, jeżeli chodzi o podróże z moją rodzicielką…

 

***** Tekst utworzony 22.02.2011r. *****

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>