Wyjazd do Łagowa…


Z uzupełnianiem starych wpisów na moim blogu, wyrobiłem się – jak zwykle – na ostatnią chwilę… Myślałem, że uporam się z tym do końca lutego. W okolicy walentynek, przesunąłem ten termin o miesiąc. Nie obyło się bez trzeciej korekty deadline’u na koniec kwietnia. Chciałem zdążyć przed rozpoczęciem sezonu… Udało się! Skończyłem dokładnie dzień przed Łagowem…

No właśnie, a propos Łagowa – dzisiaj wyjazd… Nie wiem za bardzo czego mam się spodziewać. Nigdy tam nie byłem. Są tam podobno jakieś jeziora i lasy, więc nie powinienem się nudzić. Miejscowość ta jest nazywana „Perłą Ziemi Lubuskiej”. Już nie mogę się doczekać, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście panuje tam tak niezwykły klimat, czy po prostu mają dobrego piarowca… Będę miał na to całe dziesięć dni…

Jak wygląda wyjazd od strony „technicznej”? jak zwykle 😉 Zawozi mnie tata, a na miejscu zostaje ze mną mama… Podczas przygotowań do wyjazdu, starałem się utrzymać jak największy stopień profesjonalizmu. W ubiegłym roku doszedłem prawie do perfekcji, jeżeli chodzi o organizowanie całego przedsięwzięcia. Od zawsze stosuję zasadę – „lepiej nosić, niż się prosić” – dlatego też zabieram ze sobą praktycznie pół domu. Nigdy nie wiadomo, co się może przydać. Tym bardziej w miejscu, gdzie jeszcze nigdy nie byłem… Żeby o niczym nie zapomnieć, przygotowałem długą i obszerną listę. W moim komputerze, znajduje się niezwykle przydatny w takiej sytuacji arkusz Excela o nazwie „lista pakowania”. Mam w nim wypisaną większość rzeczy, które zawsze ze sobą zabieram. Wszystkie przedmioty podzielone są na rożne kategorie – ciuchy, toaleta, kuchnia, jedzenie, rozrywka, inne i oczywiście SuperFour. Wystarczy tylko skopiować rzeczy, które zamierzam spakować i wydrukować gotowy spis. Nic prostszego… Pakowanie zacząłem w czwartek. Z moim asystentem Rafałem wrzuciliśmy do walizek to, co nie było mi już potrzebne przed wyjazdem. Wrzuciliśmy, to znaczy on wrzucał, a ja odhaczałem z listy. Reszta została na piątek i sobotę – wszystko w swoim czasie 😉 Kolejną sprawą, było przygotowanie pojazdu. Wczoraj (piątek) popołudniu, podjechałem z Rafałem na stacje benzynową. Żeby nie iść na łatwiznę, wybrałem jedną z odleglejszych od domu – Statoil. Napełniliśmy bak SuperFour’a pod korek i na specjalnej sprężarce dopompowaliśmy opony do 2,2 bar. Po powrocie do domu, zamontowaliśmy uchwyt na mapę i sakwę z niezbędnymi w terenie przedmiotami – pompką, apteczką, maścią na komary i innymi takimi duperelami…

Jako, że w tym roku wiosna przyszła dosyć wcześnie, a temperatury w tym tygodniu, były prawie letnie, codziennie robiłem sobie trening… Po prawie ośmiu miesiącach siedzenia w domu, musiałem odbudować swoją formę, żeby być w pełni sił w Łagowie. W poniedziałek przejechałem tylko 5 kilometrów – czułem się w porządku. We wtorek podwoiłem dystans i też było w miarę ok. Następnego dnia, w środę zrobiłem 15 i trochę się przetrenowałem… Jechałem w iście szatańskim stylu. Chciałem sprawdzić, czy mój bolid jest w pełni sprawny. Głównie obawiałem się o układ skrętny, dlatego bardzo ostro wchodziłem w zakręty i często jechałem zygzakiem. Wóz to wytrzymał i przeszedł test celująco. Gorzej było ze mną… Moje organy wewnętrzne strasznie dostały w kość. Dla osoby siedzącej pół roku w domu, takie przeciążenia mogą być zabójcze… Po kilku godzinach po powrocie do domu, walczyłem z potwornym bólem brzucha i pleców. Ciężko mi było oddychać. Miałem wrażenie, jakby coś rozrywało mnie od środka… Położyłem sobie mały termofor pod mostkiem i czekałem, aż ból ustanie. Rano było już lepiej, ale dalej podczas napięcia pleców, łapały mnie jakieś skurcze. Ci, którzy mnie znają wiedza, że żaden ból nie jest w stanie pokrzyżować moich planów 😉 W czwartek zasiadłem za sterami SuperFour’a o 14-tej i w półtorej godziny machnąłem 20 kilometrów w jeszcze bardziej ekstremalnym stylu, niż dzień wcześniej. Znowu wszystko mnie bolało, ale dużo szybciej przeszło i w nocy było już zdecydowanie lepiej… Można powiedzieć, że się rozchodziłem, a właściwie rozjeździłem i teraz jestem już gotowy na podbój Łagowa. Trochę bolą mnie jeszcze chyba korzonki, ale jak człowieka boli, to przynajmniej wie, że żyje 😉 Jak kiedyś powiedział mój zaprzyjaźniony lekarz – sport wymaga poświeceń…

SuperFour już w przyczepie, walizki w samochodzie. Kończę właśnie śniadanie, pisanie tego postu i w drogę! Jeżeli na miejscu w Łagowie będę miał czas, warunki i przede wszystkim coś do opowiedzenia, umieszczę tutaj nowe wpisy…

Bez odbioru!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *