Zinnowitz 2011 – dzień 4. – Chłodna wyprawa na północ do Peenemünde…


***** Tekst utworzony 9.12.2011r. *****

Będąc już za pan brat z tutejszym klimatem, wiedzieliśmy, że nie ma sensu zrywać się z łóżka razem z kurami, ponieważ przez dość chłodne noce, wyspa robi się dla mnie przyjazna dopiero około południa. Według prognoz pogody, które każdego ranka i wieczora bacznie śledziliśmy w niemieckiej telewizji oraz internecie, dzisiaj miał być najcieplejszy dzień w tym tygodniu, więc nie mogliśmy go zmarnować na słuchanie muzyki z ipod’a i zbieranie wszechobecnego piasku w małżowinach… Po dwunastej rozpoczęliśmy procedury zmierzające do wymarszu. Na naszym termometrze niestety nie było rewelacji – w cieniu nasz komputerek wskazywał 17 stopni Celsjusza. Fakt, że w słońcu mogło być trochę cieplej, nie był wcale pocieszający. Nad całym północnym krańcem Usedom, panowały dzisiaj gęste, równomierne, szaro-bure chmury. Poza tym i tak większość szlaku biegła przez las… Osobiście jak zwykle podszedłem do tego bardzo optymistycznie i zamiast ciepłej herbaty, do termosu wlałem lodowatego powerade’a. Żeby jakoś przeżyć dzisiejszą wyprawę, musiałem włożyć na siebie coś, w czym cało dojechałbym do mety. Wybór padł na bluzę z konikiem Ferrari na sercu. Od razu poczułem się w niej jak Schumacher ;-) Spod hotelu wyruszyliśmy o 12:30. Do promenady mieliśmy pięćdziesiąt metrów od naszego parkingu. Tym razem skręciliśmy w dziewiczy szlak w lewo, kierując się na północny kraniec wyspy…

Przez dwa kilometry jechaliśmy cały czas maksymalną prędkością po twardej, ziemistej ścieżce rowerowej położonej na wydmach, tuż przy morzu. Ograniczał nas jedynie mój pojazd, który nie wykrzesa z siebie więcej niż 17 km/h oraz skaza w moim mózgu, która po wczorajszym ostrym hamowaniu naprawdę ostro mnie utemperowała. Przez to dzisiaj podczas całej wycieczki, bacznie kontrolowałem pracę mojej maszyny i nasłuchiwałem, czy spod spodu nie wydobywa się ten wywołujący ciarki na plecach pisk. Zachowywałem czujność jak pilot myśliwca, aby w razie czego, zapobiec zablokowaniu kół… Po kilku minutach sprawnej jazdy, znaleźliśmy się w Trassenheide – niewielkiej nadmorskiej miejscowości położonej na północny-zachód od Zinnowitz. Szlak rowerowy do Peenemünde omijał tutejszą promenadę i na samym wjeździe do miasteczka, skręcał w lewo. Gdyby nie ten objazd, wszystkie jednoślady jadąc przez deptak, dokładnie by go zakorkowały. Niestety jeżeli chodzi o mojego quada, to nie miałem najmniejszych szans wcisnąć się na ten skracający drogę odcinek tylko dla rowerów. Żeby się na niego dostać, trzeba było pokonać wąziutką bramkę, którą można było poszerzyć tylko za pomocą specjalnego klucza. Nam pozostało przedostać się dalej przez promenadę… Już na samym jej początku, miałem problem z przeciśnięciem się przez wąską uliczkę, równo z dwóch stron obstawioną stolikami z parasolami oraz plastikowymi krzesełkami. Niemiaszki na mój widok od razu w zorganizowanym pośpiechu zaczęli robić mi miejsce, przestawiając przy tym połowę tamtejszych mebli należących do pobliskich kawiarenek. Żeby dopasować się do tamtejszego klimatu, wyłączyłem silnik. Nie chciałem swoim warkotem zakłócać morskiego szumu, a wzrok przechodniów przykuwałem na siebie i tak bez względu na poziom wytwarzanego hałasu…

W tempie pieszego, powoli przejechaliśmy przez kilkusetmetrowy deptak, na którym czułem się jak przysłowiowa małpa na wybiegu. Korzystając z luki, ostro przyspieszyłem i podczepiłem się do kilku prawdziwych skaterów zasuwających na BMX-ach, którzy w nosie mieli tamtejszy zakaz jazdy rowerami. Przez brak przerzutek w ich cudacznych jednośladach, wykorzystując spore wzniesienie, wyprzedziłem całą tę zgraję chłopaków w czapeczkach z daszkiem i robiąc za lokomotywę pomknęliśmy dalej oddalając się od morza. Mama pchając swój rower została daleko w tyle… Dojechałem sam do skrzyżowania szlaków i zatrzymałem się na pustym chodniku, żeby na nią poczekać. Gdy tak sobie czekałem, dogonili mnie tamci na BMX-ach i mijając mnie, zaczęli radośnie wykrzykiwać jakieś niemieckie słowa w moim kierunku. Tylko jedna odpowiedź przyszła mi do głowy – Schnella, Schnella !!! :-) Kiedy mama pojawiła się w lusterku, na moim niezawodnym czasomierzu była dopiero 12:48…

Zgodnie z drogowskazem musieliśmy skręcić w prawo w nadmorski las. W trakcie gdy mama fotografowała jeszcze okolicę, ja sprawnie podjechałem do krawędzi chodnika, rozejrzałem się zgodnie z metodą przechodzenia przez drogę, którą wpojono mi już w zerówce – lewo, prawo, lewo – i korzystając z przerwy pomiędzy snującymi się powoli samochodami, niezauważony przemknąłem na drugą stronę ulicy. SuperFour może i nie jest demonem prędkości, ale jeżeli chodzi o przyspieszenie, to śmiało mógłby konkurować z większością samochodów poruszających się po naszych drogach. Dzięki temu, żeby znaleźć się po drugiej stronie jezdni, potrzebowałem dosłownie trzech sekund. Niestety od razu po tym sprincie, zostałem zmuszony do gwałtownego hamowania. Na drodze wyrosły mi barierki ogradzające głęboki wykop pod jakąś rurę. Może to ten gazociąg z Rosji przez Bałtyk, ale w każdym bądź razie prace remontowo-budowlane prowadzone na samym wjeździe do lasu, konkretnie mnie przyblokowały. Znowu musiałem poczekać na mamę, ponieważ nie byłem do końca przekonany, czy zmieszczę się w ten przesmyk pomiędzy barierkami, bez składania lusterek…

Na szczęście standardowy niemiecki metr dwadzieścia był zachowany i udało mi się bez problemu wjechać na ścieżkę. W lasku, gdzie po obu stronach dróżki rosły brzozy, powietrze zrobiło się od razu bardziej wilgotne, a temperatura spadła o kilka stopni. Brrr!

Rowerów na szlaku nie było zbyt wiele, a na widok tych, które mijaliśmy, robiło mi się naprawdę coraz zimniej. Nagle wszyscy spotykani po drodze, którzy jechali z naprzeciwka, mieli na sobie kurtki, polary i grube bluzy, jakby co najmniej wracali ze Szwecji… Powoli zaczynałem żałować, że zrezygnowałem z cieplejszego odzienia, a w bidonie zamiast gorącej herbaty, zabrałem ze sobą z bazy zimny pomarańczowy napój. Już nie mogłem się doczekać, kiedy wstąpimy na jakąś rozgrzewającą kawę… Odcinek przez las mierzył dokładnie dwa kilometry. Na jego końcu po raz kolejny musiałem przecisnąć się przez wąską bramkę, która tym razem była dodatkowo uzbrojona w kilkudziesięciocentymetrowe korzenie wystające z ziemi. Żeby pokonać te progi i przy okazji nie wypaść z siodła, musiałem zrobić to nad wyraz powoli i rozważnie. Jak zwykle gorzej to wyglądało niż było w rzeczywistości. Ogromne koła SuperFour’a dosłownie połknęły te nieprzyjemne przeszkody i już po kilku sekundach znalazłem się na asfaltowej drodze, kilometr od centrum Karlshagen…

Przez następne półtora kilometra zasuwaliśmy po wąskiej, mało uczęszczanej uliczce, przy której w równym rzędzie stały niewielkie domki do wynajęcia. Prawie przed każdym z nich, zaparkowany był samochód na berlińskiej rejestracji. Najwidoczniej to prawda, co mówią o Zinnowitz, że ta okolica nazywana jest w Niemczech „wanną Berlina”… W połowie tego odcinka zatrzymałem się na poboczu, żeby ogrzać trochę dłonie, ponieważ były już naprawdę solidnie skostniałe. Na końcu tej uliczki dotarliśmy do samego centrum Karlshagen. Na niewielkim rondzie skręciliśmy w lewo i po chwili wskoczyliśmy na chodnik. Zachęciły nas do tego znaki pozwalające skorzystać kolarzom z części przeznaczonej dla pieszych – Fahrrad frei. Osobiście nie jestem zwolennikiem jazdy pomiędzy spacerującymi, zakręconymi turystami, ale w tym przypadku było to lepszym rozwiązaniem niż podróż po krzywej i dziurawej jezdni. Tak, nie przesłyszeliście się. W Niemczech również mają i takie atrakcje ;-) Chodnikiem pokonaliśmy kolejny kilometr dzielący nas od Peenemünde, przejechaliśmy koło Netto, następnie pokonaliśmy przejazd kolejowy, aż skręciliśmy od głównej arterii Karlshagen w prawo. Cały czas skrupulatnie korzystaliśmy z miejscowych drogowskazów, mapa była dzisiaj zbędna… Pięćset metrów dalej napotkaliśmy na kolejną przeszkodę. Jak łatwo się domyśleć, był to również szlaban, tylko że tym razem można powiedzieć, że mieliśmy do czynienia z całą barykadą przeciwczołgową…

Chwila szarpania szlabanu uświadomiła nam, a w szczególności mamie, że bez klucza nie da się go otworzyć. Czułem się jak bezdomny z hollywoodzkiego filmu, który stoi przy ogromnym oknie jakiejś ekskluzywnej restauracji i głodny wpatruje się do środka na jedzącą elitę. Tylko że tutaj, zamiast okna był szlaban, a wykwintne danie zastępowała idealna, gładka jak stół, nowiutka ścieżka rowerowa… Ogólnie rzecz biorąc miałem do wyboru trzy możliwości – tak, jak to było u Hajzera. Najgorzej tylko, że nie wiedziałem gdzie czai się zonk ;-) Pierwszą był ten nieszczęsny szlaban, który odpadł na samym początku. Kolejnym rozwiązaniem, które brałem pod uwagę, była stroma i wąska hopka, znajdująca się z boku…

Niestety ta opcja również okazała się niewypałem. Może gdyby było cieplej i moja sprawność fizyczna była na trochę wyższym poziomie, wtedy mógłbym spróbować wjechać na to wzniesienie z rozpędu, a tak po dwóch próbach, odpuściłem… Było jeszcze jedno wyjście, a mianowicie przejazd zygzakiem przez barierkę, tak, jak robili to wszyscy rowerzyści. Patrząc na ten przesmyk z kilku metrów wydawało mi się, że mój klocowaty wóz będzie miał problem z wykonaniem takiego manewru. Zapomniałem też, że podczas ostatniej naprawy SuperFour’a, która miała miejsce w Lübbenau, mój teamowy inżynier Dirk, znacznie powiększył promień skrętu w moim bolidzie. Do tego kiedy staliśmy z mamą jak takie dwie zagubione sieroty w obcym kraju i patrzyliśmy na ten czerwono-biały szlaban, przez bramkę po naszej lewej stronie przemknął rower z przyczepką na dzieci. Gdy to zobaczyłem, od razu pomyślałem, że skoro on się zmieścił, to i ja spróbuję…

Udało mi się i to za pierwszym razem! Nie byłbym sobą, gdybym nie dodał, że znam kilku takich, którzy nie wykonaliby takiego manewru bez obcierki i za jednym zamachem. Koledzy, liczy się nie tylko sprzęt, ale przede wszystkim umiejętności :P (Może przeczyta to jakiś Briatore, a wtedy koniec z bezrobociem ;-) ) Pobyt po drugiej stronie szlabanu, rozpoczęliśmy od… postoju :-) Po ponad godzinnej jeździe w temperaturze oscylującej w granicach 15-17 stopni, byłem już naprawdę przemarznięty do szpiku kości. Przerwa w zacienionym lesie na niewiele się zdała, dlatego żeby nie tracić czasu i resztek ciepła, ruszyliśmy dalej. W połowie drogi, natrafiliśmy na pierwszą z tutejszych atrakcji historycznych. Nie było to nic nadzwyczajnego. Mogliśmy zobaczyć pozostałości po wyrzutni rakiet V1. Był to długi, ciągnący się przez dobre kilkaset metrów, betonowy tunel bez sufitu. Kiedyś te ściany były dodatkowo wyposażone w szyny po których napędzano rakiety lecące w kierunku Londynu. Obecnie wyglądało to tak, jak od kilku lat nieuczęszczany szlak kolejowy. Wszystko było dokładnie porośnięte chaszczami, chwastami, krzaczorami, a nawet młodymi drzewami. Gdyby nie tablica informująca o tym, że coś takiego w ogóle istnieje, najprawdopodobniej nikt nie zwróciłby na to najmniejszej uwagi, a tak wszyscy rowerowi turyści robili sobie obowiązkowy postój i podziwiali, choć to chyba nienajlepsze określenie, betonowe ruiny… Wykorzystując przystanek jednej z liczniejszych grupek, około sześciu rowerów z dwiema przyczepkami, wyrywając żwir spod kół, ruszyliśmy dalej. Ścieżka przez cały ten prawie sześciokilometrowy odcinek, była palce lizać. No może mogłaby być trochę szersza, ponieważ wyprzedzanie na niej rowerów z wystającymi torbami i sakwami, było istnym szaleństwem. Za każdym razem kiedy starałem się wykonać taki manewr, najpierw musiałem przyczaić się za takim maruderem i poczekać na odpowiedni moment. Gdy nic nie jechało z naprzeciwka, a do najbliższego zakrętu było co najmniej kilkadziesiąt metrów, decydowałem się na wyprzedzanie. Zawsze byłem zmuszony skorzystać z pobocza, ponieważ nie miałem szans zmieścić się na jezdni wraz z wymijanym jednośladem. Za każdym razem kiedy dwoma kołami zaliczałem trawkę, w myślach modliłem się, żeby nie natrafić na jakąś niespodziankę, która mogłaby przebić mi oponę. Muszę przyznać, że nawet spodobało mi się to ryzyko i przynajmniej mogłem się troszeczkę rozgrzać podnosząc sobie adrenalinę, która na płaskim, asfaltowym szlaku, była praktycznie nieobecna. Do tego ten kurz, który pojawiał się w lusterku za każdym razem, gdy odwiedzałem pobocze – to jest to! :-)

Kilometr przed Peenemünde do naszego szlaku dołączyły tory kolejowe kolejki UBB, a my z lasu przenieśliśmy się na zielone pola. Momentami naszą ścieżkę po obu stronach ogradzały wysokie, gęste żywopłoty, które skutecznie ograniczały widoczność. Już nie mogłem pozwolić sobie na ścinanie zakrętów :-( Nagle w przydrożnym rowie, minęliśmy jednego z kolarzy, który po prostu sobie sikał. Kiedy już zrobił to co miał zrobić, wskoczył szybko na rower i zaczął pogoń za swoimi towarzyszami. Wyprzedzenie mojej mamy nie było dla niego większym problemem, ale jeżeli chodzi o mijankę ze mną, to już nie była to taka prosta sprawa. Jako, że jeżdżę z flagą Polski na pokładzie, można śmiało powiedzieć, że jestem ambasadorem naszej ojczyzny ;-) W związku z tym, cały czas muszę zachowywać się jak na ambasadora przystało. Widząc więc w lusterku ostro grzejącego zawodnika, nie mogłem postąpić inaczej, jak zjechać lekko na pobocze i go przepuścić. Tak zrobiłem i tym razem. Ten, kiedy to zobaczył, gwałtownie przyspieszył stając na pedałach i wyminął mnie w mgnieniu oka. Gdy zrównaliśmy się przednimi kołami, kolarz z opróżnionym pęcherzem pomachał do mnie i dodał głośno – Köszönöm! (czytaj kesenem) – co po węgiersku znaczy dziękuję. Tak mnie to zaszokowało, że nie byłem w stanie nic mu odpowiedzieć, a przecież wystarczyło krzyknąć – Szivesem! (czytaj siweszen) – czyli nie ma za co :-) Ciekawe czy to był Węgier, czy może widząc moją flagę pomyślał, że to my jesteśmy znad Balatonu. Tego niestety pewnie nigdy się nie dowiemy… Kawałek dalej nasza ścieżka nagle się skończyła, a my znaleźliśmy się w upragnionym Peenemünde. W miejscu, w którym byliśmy zmuszeni wjechać na jezdnię, mama zauważyła jakąś starą, historyczną przepompownie. Jednym słowem wodociągi…

Jak widać po mojej minie, nie bardzo byłem tym zainteresowany w porównaniu do mamy – No zobacz, zobacz, jakaś stara fabryka… Wesser coś tam… Może można wejść… Zaczekaj! A co mnie jakieś niemieckie rury? Czołgi, samoloty, czy łodzie podwodne to i owszem, ale rury? ;-) Jak łatwo się domyśleć, dzięki sprytnej szybce pokazującej to, co dzieje się za moimi plecami, spojrzałem za siebie i w momencie gdy nic nie jechało, wyrwałem do przodu… Peenemünde to wieś, licząca niespełna 340-tu mieszkańców. Gdyby nie muzeum i historyczna przeszłość, to Peenemünde świeciłoby pustkami, a tak mogliśmy spotkać tu wielu turystów i to nie tylko na rowerach… Mama została jeszcze chwilkę przy tych całych wodociągach, a ja w tym czasie przecierałem już szlak prowadzący do muzeum. Po drodze zatrzymałem się przy pomniku marynarzy Krigsmarine. Niestety jego umiejscowienie na parkingu przed niewielkim sklepikiem, pozostawiało wiele do życzenia… Kiedy dojechała do mnie dokumentująca naszą wyprawę mama, ruszyliśmy w dalszą drogę. Ponownie rozstaliśmy się już kilkadziesiąt metrów dalej na skrzyżowaniu, gdzie ja pojechałem w prawo, a ona w lewo. Ja skierowałem się na drogowskaz prowadzący do Historyczno-Technicznego Muzeum w Peenemünde, a mama na U-Boota, czyli łódź podwodną, zacumowaną w pobliskim porcie. Widząc mój wybór, szybko zawróciła i zrównała szyk ;-) Już z daleka było widać budynek muzeum, który podczas drugiej wojny światowej był gigantyczną elektrownią…

„Wojskowy Ośrodek Badawczy w Peenemünde był w latach 1936 – 1945 jednym z najbardziej nowoczesnych ośrodków technologii na świecie. W październiku 1942 roku udało się tutaj po raz pierwszy na świecie wystrzelić rakietę w kosmos. W sąsiednim Zakładzie Doświadczalnym Lotniczych Sił Zbrojnych (Luftwaffe) testowano pociski o rewolucyjnej technice. Niestety badania te od początku służyły jednemu celowi: zdobyciu militarnej przewagi… Do budowy ośrodka wykorzystano robotników przymusowych, więźniów obozu koncentracyjnego i jeńców wojennych, co spowodowało, że powstał on bardzo szybko i szybko też rozpoczął produkcję rakiety na masową skalę. Tysiące ludzi straciło życie podczas odbywającej się w nieludzkich warunkach produkcji rakiety oraz podczas ostrzału belgijskich, angielskich i francuskich miast tą „cudowną bronią”. Przykład Peenemünde ukazuje dobitnie ambiwalencję stosowania wysoko rozwiniętej technologii. Właśnie tej problematyce, obok historii powstania Peenemünde, poświęcona jest wystawa Muzeum Historyczno-Technicznego Peenemünde, którą można obejrzeć w dawnej elektrowni ośrodka. Elektrownia ta jest największym zabytkiem technicznym w kraju związkowym Meklemburgii-Pomorza Przedniego. Muzeum Peenemünde jest dzisiaj miejscem międzynarodowych spotkań i wydarzeń kulturalnych. Za działalność na rzecz pokoju otrzymało w roku 2002 odznaczenie Krzyża z Coventry.” – Trochę wiedzy nigdy nie zaszkodzi ;-)

Przez 200 metrów jechaliśmy po jakiejś starej drodze, którą przekształcono w ścieżkę rowerową, doprowadzającą nas na nieduży, choć zatłoczony parking. Cały czas przemieszczaliśmy się wzdłuż płotu oddzielającego nas od terenu byłego Wojskowego Ośrodka Badawczego, a obecnego muzeum, aż w końcu dotarliśmy do portu… Okazało się, że wejście do muzeum znajduje się z drugiej strony, więc będąc już nad wodą, powoli przejechaliśmy przez całą przystań. Muszę przyznać, że przemieszczając się SuperFour’em pomiędzy spacerującymi turystami, robiłem niemały popłoch w ich szeregach i to do tego stopnia, że niektórzy uciekali mi z drogi nosząc się z zamiarem skoku do wody… Jako ostatnia, zacumowana była radziecka łódź podwodna U-461…

Okręt podwodny JULIETT U-461 o napędzie spalinowo-elektrycznym (prawie jak SuperFour ;-) ), pochodzi z byłego Czerwonego Sztandaru Floty Bałtyckiej. Został zbudowany na początku lat sześćdziesiątych, więc nie można powiedzieć, żeby miał jakikolwiek związek z tutejszą działalnością III Rzeszy. W latach dziewięćdziesiątych wszystkie okręty typu JULIETT zostały zlikwidowane, czyli mówiąc krótko pocięte na żyletki. Jedynie dwa z nich uchowały się przy życiu i do dnia dzisiejszego są na chodzie. Właśnie jednego z nich mogliśmy podziwiać na własne oczy. Niestety z wiadomych względów nie miałem najmniejszych szans wejść do środka… Tak na marginesie, to trochę śmiesznie wygląda radziecki okręt podwodny z dumnie powiewającą czerwoną flagą z sierpem i młotem, zaparkowany przed elektrownią III Rzeszy. Jeżeli Hitler naprawdę nie żyje, to musi przewracać się w grobie… Podczas kiedy ja podziwiałem to techniczne cudo, miałem takie dziwne wrażenie, że wszyscy dookoła zamiast przyglądać się potężnemu U-461, jak zwykle oglądali SuperFour’a. Mama w tym czasie odwiedziła pobliską budkę będącą sklepem z pamiątkami – U-Bott Shop. Poza całą masą t-shirtów z najróżniejszymi motywami związanymi przede wszystkim z okrętem stojącym tuż obok, można było zaopatrzyć się w przedziwne souveniry. Mama miała chrapkę na połowę tamtejszego asortymentu łącznie z radzieckimi odznakami, w które chciała mnie koniecznie doposażyć. Ja na szczęście nie dałem się omamić i szybko wybiłem jej z głowy zakup tych nikomu niepotrzebnych pamiątek… Chwilę później odpaliliśmy mojego klekota i spokojnie ruszyliśmy ponownie siejąc zamęt wśród przechodniów. Opuściliśmy port poczym dziurawą i nierówną ścieżką wzdłuż wysokiego ogrodzenia, podjechaliśmy pod główne wejście muzeum, za zachodnią granicą powszechnie nazywane Eingang

Na chwilę zatrzymałem się na niewielkie placyku. Po raz kolejny zacząłem przykuwać na siebie wzrok odwiedzających Peenemünde. Ludzie podążający do muzeum przystawali na moment i udając, że coś im upadło, albo że niby zawiązują zawiązane już sznurowadła, oglądali zadek mojego pojazdu, tak jakbym nie miał lusterek. Jeden dość utyty pan studiujący na pobliskiej ławce mapę, odłożył ją i przez jakiś czas gapił się na mnie, poczym wyjął z torebki chyba już szóste dzisiaj śniadanie i przeżuwając rozpaćkaną kanapkę kontynuował ekscytację SuperFour’em. Pomyślałem sobie, że kilkaset metrów stąd, skoro tak podobają mu się cuda techniki, mógłby obejrzeć okręt podwodny, ale najpierw musiałby się tam dotoczyć. O wejściu do środka z takim sadłem i tak nie ma co marzyć, bo byłoby duże prawdopodobieństwo, że zaklinowałby się w jednym z wąskich przejść… Czasami naprawdę mam już dosyć tego, że bez względu na czas i miejsce akcji, zawsze robię za główną atrakcję. Ale co zrobić – sława kosztuje ;-) W czasie gdy obserwowałem i jednocześnie byłem obserwowany, mama weszła do środka muzeum, żeby zorientować się czy w ogóle dam radę dostać się do budynku elektrowni moim jakby nie było, klocowatym pojazdem. Podjazd był i owszem, no bo jakże mogłoby go nie być? Tyle, że był on przeznaczony dla standardowych wózków inwalidzkich, a nie dla quadów sterowanych joystickiem… Fuck that! Co będę zwiedzał jakąś starą, nieczynną elektrownię należącą do naszych największych wrogów sprzed lat? W związku z tym, zrobiliśmy krótką naradę i kończąc przedstawienie, ruszyliśmy na północ, ponieważ właśnie tam, dwa kilometry od Peenemünde, mieści się lotnisko… Dookoła ze wszystkich stron, nadciągały ciemne deszczowe chmury, z których w każdej chwili mogło zacząć padać. Jakby tego było mało, ponownie zrobiło się zimno i pod moją szklaną kopułą zawitał hulający wiatr. Przeżywałem taką zawieruchę, że pomimo nałożonych okularów przeciwsłonecznych, dokładnie przylegających do twarzy, do oka wpadła mi mucha, która utopiła się w mojej gałce ocznej. Poza tym droga do lotniska była pierwszorzędna. Przez dwa kilometry zasuwaliśmy po szerokiej, równej i prawie pustej jezdni. Kilka minut później byliśmy już na miejscu… Nie mogę powiedzieć, żeby na lotnisku przywitał nas jakiś nad wyraz ciekawy i interesujący widok. Na końcu drogi był parking otoczony kilkoma szaro-burymi budynkami oraz garażami. Niewielu turystów tam dociera, więc poza naszą ekstremalną dwójką było jeszcze tylko kilka samochodów. Jeden z nich należał do rodzinki z naszego hotelu. Łysiejący trzydziestolatek, torbowata żona z DDR-em na głowie (tak w Szczecinie nazywamy fryzurę składającą się z dwóch kolorów, najczęściej jest to połączenie czerwieni z czarną grzywką, od lat hit w przygranicznych niemieckich wioskach) oraz dwójka rozbrykanych dzieci, którym wydaje się, że wszystko wolno – to właśnie oni ;-) Dzieci były ubrane w czerwone koszulki z dużym logiem naszego hotelu Casa Familia, więc nie sposób było ich pomylić. Na mój widok, mówiąc krótko, opadła im kopara… Codziennie podczas posiłków wielokrotnie się mijaliśmy, do tego parę razy siedzieliśmy przy sąsiednich stolikach. Oni świetnie kojarzyli nas, a my doskonale kojarzyliśmy ich. Dlatego gdy codziennie na stołówce przyglądali mi się, jakby dosłownie pierwszy raz w życiu widzieli ufo, a w tym przypadku osobę niepełnosprawną, nie mieli zielonego pojęcia, że poza wyglądem kosmity jestem również kierowcą, a może nawet i pilotem nieziemskiego pojazdu ;-) Było widać, że jest im dodatkowo trochę głupio, ponieważ oni przyjechali do Peenemünde samochodem, a my no powiedzmy, że rowerami. Może po tym spotkaniu odrobinę inaczej spojrzą teraz na osoby niepełnosprawne… Przy samym wjeździe na parking minąłem głowę ich rodziny, powiedziałem z uśmiechem – Hello! – i ostro dodając gazu, wspiąłem się na dość wysoki krawężnik, żeby przyjrzeć się z bliska pierwszemu dostępnemu eksponatowi…

Był to MiG 21 służący kiedyś w tutejszej armii jeszcze przed połączeniem Niemiec. W miarę szybko objechałem go dwukrotnie dookoła i pojechałem dalej, ponieważ jak zwykle byłem ciekawszą atrakcją niż wyeksponowany obok stary myśliwiec. Dwadzieścia metrów od MiG-a zatrzymałem się koło jakiejś bezzałogowej rakiety, która niestety poza reklamą muzeum łóżek w Karlshagen, nie miała żadnych informacji na temat swojego pochodzenia…

Ku naszemu rozczarowaniu były to wszystkie eksponaty, które udało nam się zobaczyć. W oddali na płycie lotniska, było jeszcze widać kilka wojskowych śmigłowców oraz parę samolotów, ale wjazd na Flughafen był niemożliwy. Wszystkie bramy były pozamykane, a w budce stojącej w pobliżu szlabanu, nie było żywego ducha. Każdy z turystów, odczuwał przez to spory niesmak i rozczarowanie. Nawet tor gokartowy mieszczący się na jednym z pasów startowych był nieczynny… Kiedy zatrzymałem się przy siatce oddzielającej mnie od płyty lotniska, zrobiło mi się strasznie zimno. W związku z tym, przed rozpoczęciem drogi powrotnej do Peenemünde poprosiłem mamę, żeby wyciągnęła mi z kufra moją arafatkę. Sama również odczuła chłód i od razu ubrała swoją odblaskową, rażącą w oczy kurtkę. Szczelnie owinięty mogłem w trochę większym komforcie kontynuować jazdę, ale i tak przydałoby się jakieś ogrzewanie, no a na pewno podgrzewanie fotela…

Wracając szeroką asfaltówką, tym razem mama nadawała naszemu duetowi ostre tempo. Mówiąc prawdę miałem spore problemy żeby dotrzymać jej kroku. Większość trasy byłem daleko, daleko w tyle. Około kilometr od Flughafen odbiliśmy od naszego szlaku w kierunku portu północnego. Myślałem, że może tamtędy uda nam się dostać na lotnisko i obejrzeć z bliska te nietypowe aeroplany. Niestety na końcu drogi natrafiliśmy na wysoki płot i strażnika, który wpuszczał tylko i wyłącznie vipów mających przepustki, ciągnących na lawetach żaglówki. Przepuściliśmy właśnie jednego z takich jegomości i powoli zawróciliśmy. Podczas tego mało skomplikowanego manewru, dopadło nas stado komarów, koczujące gdzieś w pobliskich chaszczach. Zazwyczaj te uprzykrzające życie owady nazywane po polskiej stronie wyspy Uznam Messerschmittami, przede wszystkim przez swoje niemieckie pochodzenie oraz wysoką kąśliwość, starają się omijać mnie szerokim łukiem, ale te były na tyle spragnione ludzkiej krwi, że nie pogardziły nawet moją. Nie patrząc na przeszkody pod kołami, szybko się stamtąd ewakuowaliśmy, powracając do pierwotnej trasy. Do Peenemünde mieliśmy jeszcze kilometr… Pokonanie tego odcinka zajęło nam trochę więcej czasu niż w drodze na lotnisko. Byłem już ostro przemarznięty i ciężko było mi odchylać joystick na maksa do przodu. Długa prosta, dwa zakręty i z powrotem zawitaliśmy do Peenemünde. Przejeżdżając koło żółtej tablicy z nazwą miejscowości wybiła dokładnie piętnasta… Mama czekając na mnie, zauważyła w oddali stojący model rakiety V2. Czarno-biała atrapa (przynajmniej mam taką nadzieję) była ulokowana na terenie muzeum, tuż obok budynku elektrowni. Niestety było ją dosyć kiepsko widać, dlatego też po krótkich namowach mamy, wjechałem przez jakąś starą, zardzewiałą bramę z dwoma znakami zakazu ruchu. Nawet tam rakieta prezentowała się blado, ale lepsze to niż nic. Teraz przynajmniej mogę się chwalić, że widziałem rakietę V2 w pełnej okazałości…

Żeby nie zostać przyłapanym na gorącym uczynku i potem nie czekać kilku tygodni na deportację do kraju, zaraz po zrobieniu dokumentacji fotograficznej, jak Hans Klos wymknąłem się niepostrzeżenie i błyskawicznie wtopiłem się w tłum. Choć muszę otwarcie przyznać, że z tym ostatnim miałem niemałe kłopoty… W mojej sytuacji uratowałby mnie jedynie zlot quadów. Jak dotychczas, przez pełne trzy sezony krążenia po Europie, nie napotkałem na taką grupkę, która mogłaby pomóc mi w ucieczce skądkolwiek. Mam tylko nadzieję, że jak naprawdę będą potrzebni, to zjawią się w odpowiednim miejscu i czasie ;-) Mama szamotała się jeszcze gdzieś w pobliżu tej bramy z ogólnym napisem Verboten, co znaczy po prostu niewolno, a ja przejechałem na drugą stronę ulicy i zaparkowałem pod parasolem pobliskiej kawiarenki. Liczyłem, że w końcu napijemy się jakiejś gorącej kawy, która choć trochę naładuję mnie energią cieplną, niezbędną do pokonania szesnastu kilometrów dzielących nas od Zinnowitz. Gdy mama powoli do mnie doczłapała pchając swój obładowany rower, doszedłem do wniosku, że musimy znaleźć sobie inną kawiarnie. Powód zmiany przeze mnie, kierownika wyprawy, miejsca postoju, może się Wam wydać błahy, aczkolwiek dla mnie był to czynnik całkowicie dyskwalifikujący tą miejscówkę. Co to takiego? Już spieszę z wyjaśnieniem :-) Otóż chodnik w miejscu, gdzie stały stoliki i przez chwilę ja, był pochylony w jedną stronę. Gdyby to był dla mnie przechył w przód, albo w tył to nie byłoby problemu, ponieważ jakby było mi niewygodnie, wyrównałbym sobie poziom za pomocą sterowania fotela. Natomiast w tym przypadku, teren był dla mnie pochylony w lewo. Nie mogłem inaczej zaparkować, ponieważ dookoła otaczały mnie plastikowe stoły i krzesła. Szybko doszedłem do wniosku, że nie będę męczył się przez najbliższe minimum półgodziny siedząc pochylony w lewą stronę tak, jakbym ciągle ostro skręcał w prawo. Co to, to nie! Cofnąłem i powolutku (ze względu na bardzo wysoki krawężnik) wtoczyłem się na standardowo w Peenemünde pustą ulicę. Kawałek dalej wjechałem na deptak prowadzący do muzeum oraz portu i poturlałem się w kierunku U-Boota, gdzie mieliśmy zamiar znaleźć upragnioną kawę… Te kilkaset metrów pokonaliśmy w typowo turystycznym stylu, rozglądając się na lewo i prawo w poszukiwaniu miejscowych atrakcji. Mama wypatrzyła na dachu jednego z najwyższych budynków w okolicy rower z manekinem, a ja zakamuflowany sklep z pamiątkami, gdzie można było na przykład nabyć piracką flagę… Minutę później byliśmy już w porcie. Znalezienie kawy z ekspresu, a dokładnie mówiąc cappuccino, było takim samym wyzwaniem, jak wczoraj w Koserow. Kawa jest tutaj dostępna wszędzie, to fakt. Ale w każdej z budek sprzedają tu czarny, lurowaty, śmierdzący napar z termosu. Ohyda! Niemcy chyba rodzą się całkowicie pozbawieni kubków smakowych. Te ich kiełbasy i inne popularne paskudztwa są na to najlepszym dowodem. My na szczęście po odwiedzeniu trzech portowych kawiarenek, natrafiliśmy na taką, w której otrzymaliśmy to, czego szukaliśmy. Może i nie było to niebo w gębie, ale za to, jaki rozpościerał się przed nami widok – prawdziwa rzadkość…

Włoskie cappuccino w portowej kafejce w Niemczech, 10 metrów od zacumowanego radzieckiego okrętu podwodnego – nawet J. K. Rowling by tego nie wymyśliła ;-) Kiedy mama przyniosła w końcu tą wyczekiwaną od trzech godzin zabieloną kawę, tak naprawdę po raz pierwszy dzisiaj ukazało się nad nami słońce. Z piętnastu stopni, zrobiło się nagle dwadzieścia pięć, a może nawet i trzydzieści. Na moją zmarzniętą twarz dosłownie żar lał się z nieba. W związku ze zmianą aury nad Peenemünde, od razu zarządziliśmy rozbieranie. Wszyscy dookoła jakby nas naśladując, zaczęli robić to samo… Nareszcie po ponad trzech godzinach w siodle, mogłem rozprostować nogi, a właściwie zgiąć, ponieważ w SuperFour’ze podczas jazdy nogi są wyprostowane prawie tak, jak w bolidzie formuły pierwszej. Żeby to zrobić, oczywiście wystarczyło tylko wyjechać fotelem na zewnątrz pojazdu i zdjąć nogi z podnóżka nazywanego przez nas łopatą. Siedząc tak, słuchając wrzasków mew, bo trudno nazwać to śpiewem, wygrzewając lodowate ciało promieniami słonecznymi i popijając cappuccino, odpoczywaliśmy przed powrotem… Przez liche śniadanie i długą przerwę w przyjmowaniu pokarmu, po kilku łykach słodkiej kawy, już miałem dosyć. Gdybym wypił jeszcze trochę, to zapewne bym zwymiotował. Ci, którzy mają anoreksję wiedzą o czym mówię ;-) Na szczęście nic się nie zmarnowało, ponieważ mama, znana z tego, że zawsze spragniona dopija resztki, pomogła mi i tym razem. Po tym wszystkim odniosła filiżankę i powoli zaczęliśmy zbierać się z powrotem do Zinnowitz. Tak byliśmy rozgrzani, że moja chusta i mamy kurtka, przed startem wylądowały w SuperFour’owym kufrze. Po ponownym zapięciu pasu bezpieczeństwa, a przed założeniem okularów, wreszcie znaleźliśmy czas, żeby wyjąć mi z oka tę muchę, która ugrzęzła w nim godzinę, a może nawet i dwie wcześniej :-) Po tym krótkim zabiegu kosmetycznym byliśmy już prawie gotowi do drogi. Pozostał nam tylko ostatni rzut oka na port, a w szczególności U-461 i mogliśmy żwawo – ze względu na późną godzinę – wracać do bazy… O tej porze, było kilka minut po szesnastej, cały ruch samochodowy, jak i rowerowy, był jednokierunkowy. Wszyscy opuszczali Peenemünde i zmierzali do swoich hoteli, moteli, domków, namiotów, czy co tam kto miał. Miejscowość, w której poza muzeum i lotniskiem tak naprawdę nic nie ma, powoli pustoszała i zamierała szykując się na kolejny dzień odwiedzin… Po dość długiej przerwie, miałem w sobie nową energię, więc przez pierwsze kilka kilometrów nie miałem sobie równych. Wykaszałem konkurencję jak Sebastian Vettel Timo Glocka czy Vitantonio Luzziego. Wszyscy mogli sobie tylko co najwyżej powąchać moją rurę wydechową. Gdybyśmy jechali po zamkniętym torze zataczając pętle, to większość z mijanych na trasie kolarzy, zapewne bym zdublował. Po kilku minutach jazdy, ponownie wpadliśmy na ścieżkę rowerową biegnącą prosto do Karlshagen. To właśnie tam uwolniłem całą moc mojej maszyny i korzystając z tego, że jeszcze nie byłem zmarznięty na kość, zasuwałem na maksa. Nawet mama ledwo dotrzymywała mi tempa… Kiedy ponownie znaleźliśmy się wśród wysokich, zielonych żywopłotów, na poboczu przy niedużym rowie stały dwa rowery. Ich właściciele – babcia z dziadkiem – zbierali z krzaków jakieś owoce, ale na mój widok, a właściwie bardzie hałas mojego silnika, przerwali proces szabrowania i obrócili się w naszą stronę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ponieważ często ludzie nawet pokazują na mnie palcami, ale w tym przypadku było zupełnie inaczej. Otóż ten starszy pan podszedł do linii ścieżki, złapał mocno swój rower w obawie, że przewrócę go podmuchem wiatru, który wywołam przelatując w pobliżu i rozpoczął powolne i wyraźne machanie ręką. Nie był to żaden sposób pozdrowienia, ani tym bardziej próba złapania stopa. Wyglądało to tak, jakby wkręcał dużą żarówkę, tylko że w poziomie. Im byłem bliżej, tym strach w jego oczach był większy. Mimo jego panicznych gestów nie zwolniłem i przemknąłem na pełnym gazie dosłownie kilka centymetrów od tego jego bicykla. Teraz przynajmniej będzie mógł opowiadać swoim wnukom jak to został zaatakowany przez polskiego niepełnosprawnego pirata, który chciał targnąć się na jego życie :-) Ale jednak jakby nie było, ścieżka rowerowa nie należała do tych szerokich…

Po chwili wjechaliśmy w niewysoki lasek liściasty, który towarzyszył nam aż do Karlshagen. To właśnie w nim ilość rowerów na trasie była ponadprzeciętna. Dzięki temu mogłem sobie trochę powyprzedzać :-) Na pierwszy ogień poszła dziewczyna z chłopakiem, którzy nie byli w stanie przekroczyć dziesięciu kilometrów na godzinę. Z nią dałem sobie radę bez żadnego problemu, a kiedy po jej wyprzedzeniu dotarłem do jej towarzysza, ten zjechał mi na pobocze. Mówiąc krótko – nadal siałem konkretny popłoch w szeregach nieprzyjaciela ;-) Śmieliśmy się nawet z mamą, że tutejsza policja otrzymała już telefony od życzliwych obywateli Rzeszy, na temat szalejących w okolicy Polaków w batmobilu i zapewne za szlabanem natkniemy się na blokadę… Po miąchnięciu tamtego rekreacyjnego duetu, dogoniliśmy kwartet. Tym razem byli to rodzice z dwójką dzieci. Na końcu stawki jechała zmachana żona faceta, który z kolei dumnie pedałował na czele rodzinnej kolumny. Żeby wyprzedzić tą dosyć załadowaną sakwami kobiecinę, musiałem znaleźć do tego odpowiednie miejsce z czystym i szerokim poboczem. Kiedy przez kilkadziesiąt metrów dyszałem jej za plecami, ta nie chcąc mnie blokować, delikatnie przyspieszyła. Gdy tylko nadarzyła się pierwsza okazja, od razu ją minąłem i razem z mamą zaczęliśmy pogoń za resztą familii. Dojechanie na ich tyły zajęło nam może nawet i ze dwie minuty. Wyprzedzenie solidnie zapasionego nastolatka było tylko formalnością. Jego kilkuletnia siostra, widząc za sobą czarne, warczące monstrum, z otwartą buzią uciekła w pobliską nieskoszoną trawę. Ich ojciec nie zastanawiając się zbyt długo, zrobił podobnie. Tak oto kolejną czwórkę mieliśmy za nami… Chwilę później byliśmy już przy szlabanie. Powoli w ogromnym skupieniu przejechałem zygzakiem przez tą barierkę, którą pokonywaliśmy również jadąc do Peenemünde. Nie chciałem porysować mojego już porysowanego wozu. Pięćset metrów dalej, wskoczyliśmy na chodnik i doturlaliśmy się nim do samego centrum Karlshagen, którym było niewielkie rondo. Trzydzieści metrów przed nim wjechaliśmy na ulicę. Mama spytała mnie, czy tutaj skręcamy w prawo. Ja przytaknąłem i puściłem ją przodem. Ta, ku mojemu zdziwieniu, pojechała prosto w kierunku miejscowej plaży. Licząc na to, że mama się w porę opamięta, pojechałem zgodnie z wcześniejszym planem. Kawałek za rondem zatrzymałem się na parkingu jednego z hoteli i wpatrując się w lusterko, grzałem się w zachodzącym już za drzewami słońcu. Mama wróciła do mnie dopiero po kilku minutach wmawiając mi, że to ja źle pojechałem… Razem ruszyliśmy dalej. Najpierw musieliśmy zaliczyć jeszcze ponad kilometrowy odcinek wzdłuż domków letniskowych ze słomianymi dachami…

Gdy tamtędy zasuwaliśmy, z naprzeciwka nadjechała na nas kolumna melexów Algidy. Tak, tak, melexów… Tutaj po zachodniej stronie Odry, nikt nie chodzi po plaży z lodówką turystyczną w ręce i nie wydziera się wniebogłosy – Kukurydza gotowana! Lody, lody, dla ochłody! Na niemieckich Sztrandach” można za to spotkać nieduże, czterokołowe pojazdy z napędem elektrycznym, które cicho i powoli przemieszczają się po plaży. Na ich wyposażeniu jest zawsze duża lodówka z lodami i innymi słodyczami, do tego spory pojemnik na zimne napoje (w szczególności piwo). Na ciepło serwują currywursty, czyli paskudne parówko-kiełbasy oraz kawę z termosu… Zapewne niedługo i u nas będzie można spotkać coś takiego, a może nawet i już gdzieś w Polsce takie melexy śmigają… W Zinnowitz codziennie około siedemnastej, te mobilne barowozy zjeżdżały gdzieś do bazy na ładowanie akumulatorów. Podobnie było w Karlshagen. Gdy zbliżyli się do nas, na ich buziach zawitały znane już z poprzednich moich wojaży banany :D Zaczęli do mnie machać i trąbić jakby zobaczyli starszego brata, ponieważ rzeczywiście SuperFour jest trochę podobny do tych lodziarni na kółkach. Ale poza przewagą technologii mojego pojazdu nad ich quadzikami, była jeszcze jedna znacząca różnica – ja nie byłem w pracy :P Po chwili opuściliśmy to niewielkie nadmorskie miasteczko i ponownie wjechaliśmy w las. Robiło się już potwornie zimno… W połowie drogi pomiędzy Karlshagen a Trassenheide musiałem się zatrzymać i rozgrzać zesztywniałą rękę…

Na miejsce postoju starałem się znaleźć taki fragment lasu, gdzie choć trochę prześwitywało przez drzewa nisko już położone słońce. Było to nie lada wyzwaniem, ale w końcu natura się nade mną zlitowała i tuż przy wejściu na plażę dla psów, zaparkowałem na słonecznym skrawku ziemi… Gdy ja próbowałem przywrócić moją prawą dłoń do życia, mama w tym czasie zbierała borówki, których w pobliżu było naprawdę mnóstwo. Po chwili była już cała fioletowa i odpuściła sobie dalsze zrywanie… Do Zinnowitz mieliśmy jeszcze około czterech kilometrów, dlatego po krótkiej przerwie ruszyliśmy dalej, a muszę Wam przyznać, że w panującej temperaturze wcale nie było to takim prostym zadaniem. Taka ledwo co ogrzana ręka marznie bardzo szybko, więc już po kilkuset metrach ponownie byłem zmrożony i nie mogłem pozwolić sobie na tak szybką jazdę, jak przedtem… Wyjeżdżając z lasu w Trassenheide, do nadmorskiego deptaka dojechaliśmy ulicą. Na miejscu musieliśmy już lekko zwolnić, ponieważ akurat ładowano turystów do dwóch autokarów, przez co gęstość zaludnienia była typowa dla Pekinu czy Szanghaju, a nie malutkiej miejscowości nad Bałtykiem. Kiedy udało nam się przedostać przez ten zakorkowany fragment deptaka, sprawnie dotarliśmy do ścieżki rowerowej prowadzącej prosto do naszego hotelu, gdzie pozostało nam jeszcze około dwóch kilometrów. Po niecałym kilometrze miałem już dosyć i zatrzymałem sie na poboczu, nie utrudniając przy tym ruchu kolarzom, biegaczom i spacerującym po naszym szlaku turystom. Kompletnie nie miałem już czucia w zamarzniętej prawej dłoni, która jakby nie było, jest mi niezbędna do prowadzenia mojego pojazdu. Na szczęście z pomocą przyszedł niezastąpiony w takiej sytuacji ogrzewacz. Jest to taki mały, przeźroczysty woreczek z glutowatą substancją w środku, która po przełamaniu małego patyczka, który pływa wewnątrz, twardnieje i robi się gorąca. Nigdzie się bez niego nie ruszam… Po kilku minutach ogrzewania ręki poprzez trzymanie w niej tego termoforka, było mi zdecydowanie lepiej, ale powietrze dookoła było już na tyle chłodne, że tak naprawdę żadne ustrojstwo tego typu, nie było w stanie mi pomóc. Mamie również zrobiło się zimno i zaczęła mnie delikatnie poganiać. Ciepły jeszcze ogrzewacz, przełożyłem do drugiej ręki, która tak naprawdę mogła zamarznąć, ponieważ aktualnie nie była mi do niczego potrzebna i powoli potoczyłem się dalej. Do końca jechałem równo z pieszymi. Po prostej jeszcze jakoś sobie radziłem, ale najgorzej było na naszym parkingu, gdzie musiałem precyzyjnie zaparkować przy samym podjeździe od przyczepy. Myśl o tym, że w pokoju dostanę gorącą herbatę, pomogła mi wykrzesać z siebie ostatki sił i jakoś udało mi się trafić w przyczepę… O 17:30 byliśmy już na górze. Cała ta północna wyprawa, bo rzeczywiście czułem się jakbym przed chwilą wrócił z dalekiej północy, zajęła nam dokładnie pięć godzin. W tym czasie zrobiliśmy 35 i pół kilometra. Jak to zwykle bywa w Niemczech, szlak prowadzący do Peenemünde był przygotowany na najwyższym poziomie i pokonanie go, mimo słabej pogody, było prawdziwą przyjemnością :-) Odmrożenie zamarzniętych kończyn zajęło nam prawie godzinę, przez co spóźniliśmy się trochę na kolację. Zaprzyjaźniona kelnerka powiedziała nam na wejściu, że najlepszego już nie ma, ponieważ wszystko podobno zostało wszamane przez wygłodniałych Niemców, którzy jak zwykle za pięć szósta rzucili się na bufet. Ja byłem tak wygłodniały, że nawet jakaś przeciętna ryba z ryżem i sosem holenderskim, wydała mi się wprost cudownym daniem… Po kolacji od razu zażyłem gorący prysznic, a po nim, nawet nie wiedząc kiedy, zasnąłem oglądając niemiecką telewizję i tak zakończyłem ten pracowity dzień…

***** Tekst utworzony 9.12.2011r. *****

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>