Zinnowitz 2011 – dzień 8. – Na pożegnanie do Trassenheide…


***** Tekst utworzony 28.04.2012r. *****

Po krótkiej, ostatniej na wyspie nocy, zerwaliśmy się z łóżek wyjątkowo wcześnie. Już przed dziewiątą siedziałem na wózku i będąc jeszcze w górze od piżamy, sączyłem poranną, obowiązkową herbatę. W tym czasie mama kończyła pakowanie. Pomimo tego, że byłem wyspany i wcale nie wstałem lewą nogą, mój humor od rana był mało radosny. Chandra dopadła mnie w chwili, kiedy to spojrzałem za okno i zamiast czystego, błękitnego nieba, ujrzałem ciemne, burzowe chmury oraz gwałtownie uginające się od podmuchów szalejącego wiatru drzewa. Powrót do Świnoujścia SuperFour’em był coraz mniej prawdopodobny… Kiedy byliśmy już praktycznie gotowi do opuszczenia Zinnowitz, o wpół do dziesiątej zjechaliśmy pustą windą na parter i udaliśmy się na ostatnie śniadanie. Jeszcze przed zamoczeniem widelca w mojej ulubionej jajecznicy z pomidorami, resztki nadziei pogrzebała w mojej głowie polska kelnerka, która doniosła nam, że kiedy rankiem opuszczała polską część Uznamu, nad Świnoujściem przechodziła ulewa z piorunami, a dodatkowo w miejscowym radiu ostrzegano przed silnymi burzami, które do wieczora mają siać postrach nad całą wyspą. Lekko ścięte jajka przestały mi smakować i z wielkim trudem sprzątnąłem swoją porcję z niedużego białego talerza. Po śniadaniu, w ponurych nastrojach wróciliśmy do pokoju, gdzie po kilku minutach w drzwiach pojawił się mój tata. Po zwięzłej i jak zwykle treściwej dyskusji, podjęliśmy ostateczną decyzję o rezygnacji z maratonu do Świnoujścia. Jednak, żeby przywieziony przez tatę rower nie był całkowicie bezużyteczny, w zamian za to, w ramach swego rodzaju pocieszenia, przed wyjazdem postanowiliśmy zaliczyć bezpiecznie zapowiadającą się przejażdżkę do pobliskiego Trassenheide… Zgodnie z obowiązującą w większości europejskich hoteli zasadą, do południa należało zwolnić zajmowany pokój, dlatego w związku z tym, jeszcze przed startem, ulokowaliśmy wszystkie nasze manele w samochodzie. Kiedy pokój numer 427 został już pusty, rozpoczęliśmy przeważnie długie i pracochłonne procedury przygotowujące do wymarszu…

W międzyczasie, gdy tata chował mój zwykły wózek do przyczepy, mama będąc w pełnym umundurowaniu zawodowej kolarki, z dumnie założonym granatowo-srebrnym kaskiem, udała się na recepcję, aby za pomocą magicznej karty kredytowej, zapłacić za nasz tygodniowy pobyt i przy okazji oddać klucz z oryginalnym i niepowtarzalnym, ręcznie rzeźbionym breloczkiem w kształcie latarni morskiej, która jednocześnie była symbolem czwartego piętra, na którym znajdował się nasz pokój. Kiedy to moja stara i poczciwa Meyra znalazła się w boksie, opuściliśmy z tatą parking i nie wrzucając nawet drugiego biegu w naszych maszynach, podjechaliśmy do głównego wejścia do hotelu, żeby poczekać tam na moją rodzicielkę. W takiej sytuacji nie mogłem sobie odpuścić i od razu zacząłem pozować tacie do pamiątkowego zdjęcia…

Po dwóch minutach dołączyła do naszego duetu mama i razem w trójkę ruszyliśmy po betonowych płytach w kierunku morza. Sto metrów dalej byliśmy już na właściwym szlaku, który z zinnowitzkiej promenady gwałtownie przemieniał się w leśną ścieżkę położoną na wydmach. Dobrze wiedzieliśmy czego się spodziewać – w końcu jechaliśmy tędy kilka dni wcześniej do Peenemünde… Jeżeli chodzi o pogodę, to rzeczywiście upał zelżał, nie ma co. W ciemnym i ponurym lesie, przy życiu utrzymywała mnie bluza zatrzymująca wiatr oraz niezastąpiona arabska arafatka. Mimo wszystko, ruch na ścieżce był spory. Mijaliśmy rower za rowerem. W związku z tym, nie mogłem sobie pozwolić na słabe panowanie nad moim monstrum, które poza kontrolą mogłoby spokojnie pokiereszować nie jednego przejeżdżającego obok mnie niemieckiego emeryta. Żeby nikogo nie zranić i nie spowodować żadnej czołówki, co jakiś czas zatrzymywałem się na poboczu i korzystając z taty gorących dłoni, ogrzewałem swoje, które już po chwili były lodowate…

Najlepiej wychodziła na tym moja mama, która przez całą dzisiejszą wycieczkę liderowała w naszym skromnym peletonie. Przejechanie dwuipółkilometrowego odcinka z Zinnowitz do Trassenheide zajęło nam kilkanaście minut. Znając już tamtejsze zakamarki wiedziałem, że przedostanie się moim szerokim pojazdem na deptak, z którego chcieliśmy zboczyć na plażę, będzie nieco skomplikowaną operacją. Na szczęście tym razem był to poniedziałek, do tego godzina była jeszcze młoda, więc ruch pieszy był znikomy, a całe niewielkie miasteczko dopiero powoli budziło się do życia. Wąski przesmyk pomiędzy ogródkami piwnymi, który poprzednim razem zmusił mnie do wykazania się ogromną precyzją w przeprowadzaniu tamtędy mojego łazika, dzisiejszego poranka był jeszcze całkowicie pusty i dzięki zerowej liczebności pałaszujących turystów, bez żadnego problemu prześliznąłem się pomiędzy plastikowymi krzesełkami. Były one swoistym portalem, po którego pokonaniu od razu z leśnej ścieżki, gdzie co chwilę spod kół wystrzeliwały miażdżone szyszki, znaleźliśmy się na nienagannie wysprzątanym i oceniając po ilości betonu dookoła, nowoczesnym deptaku w Trassenheide. Ze względu na zakaz poruszania się tam rowerami, moi rodzice zsiedli ze swoich jednośladów i prowadząc je w tempie pieszego, eskortowali mnie prosto na tamtejszą plażę znajdującą się przy samej promenadzie…

Sto metrów dalej, nad wyjątkowo wietrznym morzem, ani na trochę nie zjeżdżając z gumowej maty, zawróciłem i mając już dość wpatrywania się w fale, z gracją i elegancją puszczając przodem wszystkich niezmotoryzowanych, opuściłem plażę ponownie wjeżdżając na deptak. Chcąc przed powrotem wypić tradycyjne już cappuccino, zacumowaliśmy przy jednej z wolnych ławek i wysłaliśmy mamę, żeby znalazła gdzieś w okolicy takowy gorący napój… Kilka minut później, pijąc kawę, najprawdopodobniej po raz ostatni w tym roku, zażywaliśmy jodowych inhalacji. Dodatkowo słońce, które jak się później okazało zawitało na niebie na dobre, wcale nas nie popędzało i w żaden sposób nie wyganiało z gościnnej wyspy Usedom. Kąpiel słoneczna w Trassenheide zajęła nam prawie godzinę…

Po wyzerowaniu papierowych kubków z ciemną, energetyczną cieczą, już bez arafatki na torsie i z porozpinanymi bluzami, ruszyliśmy z powrotem do Zinnowitz, gdzie czekał na nas samochód. Szybki sprint zajął nam niecałe piętnaście minut i już po kwadransie byliśmy na miejscu. Żeby maksymalnie wykorzystać przychylną jeździe pogodę, nie skręciliśmy od razu w prawo w kierunku parkingu, tylko pojechaliśmy prosto, aby pokazać tacie zinnowitzką promenadę, po której nieraz włóczyliśmy się przez ostatni tydzień. Niestety jazda po takim deptaku nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy. Ruch pieszy i rowerowy był spory, dlatego musiałem drastycznie zwolnić i bez zbędnego ryzyka, przemknąć przez ten kilometrowy odcinek cywilizacji…

Nie uszkadzając żadnego Helmuta, ani też żadnej Helgi, na końcu Zinnowitz zawróciliśmy i z powrotem potoczyliśmy się na parking. Tam tata wrzucił mnie do samochodu i zajął się pakowaniem SuperFour’a do przyczepy. Następnie wystarczyło już tylko podpiąć ją do haka i punktualnie o trzynastej, przy radiowych wiadomościach, mogliśmy opuścić hotelowy parking… Całą drogę do Świnoujścia, gdy przejeżdżaliśmy wzdłuż ścieżki rowerowej, którą mieliśmy pierwotnie wracać, strasznie z mamą żałowaliśmy, że przez durne, w ogóle nie sprawdzające się prognozy pogody, zrezygnowaliśmy z powrotu rowerami do Polski. Wystarczyło poczekać w Zinnowitz do południa i śmiało można było startować w tę ostatnią, wymarzoną podróż. Następnym razem na pewno tak łatwo się nie poddamy! No właśnie – następnym? Tak, na sto procent wrócimy jeszcze kiedyś w te strony i odwiedzimy te zakątki wyspy, na których nasze opony jeszcze nie miały okazji stanąć. A co do naszej bazy, to zapewne po raz kolejny zostanie nią Casa Familia, która dla takich typków jak ja jest idealna i naprawdę gorąco polecam ją wszystkim wózkowiczom z Polski… Uznam, czy jak mówią Niemcy Usedom, ostatecznie opuściliśmy o 14:15 wjeżdżając na prom, którym przedostaliśmy się na wyspę Wolin…

Auf Wiedersehen Zinnowitz, do zobaczenia za dwa lata!

***** Tekst utworzony 28.04.2012r. *****

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>