SuperFour szuka nowego właściciela!


Wszystko się kiedyś kończy. Każda przygoda ma swój kres. Moja krucjata związana z przemierzaniem bezkresnych dróg i ścieżek za sterami lśniącego elegancką czernią bezkompromisowego SuperFour’a bezwzględnie dobiegła końca. To nie do końca jest tak, że zatraciłem gdzieś w sobie pasję i chęć do długich wypraw. Nie uważam również, iż samochód czy komunikacja miejska jest przyjemniejszą formą transportu podczas odbywania krótkich tras w pobliżu domu niż SuperFouring. Jednakże mój stan fizyczny nie pozwala mi na kontynuowanie tej niezwykłej przygody i nakazuje mi pożegnać się z moim czarnym Rumakiem, który towarzyszył mi .przez minione 7 sezonów.

Z1SZUMI

Czytaj dalej

OGŁOSZENIE – SuperFour na sprzedaż


Nie, to nie jest Batmobil, ani Papamobile, choć prawdę mówiąc zarówno Batman, jak i Papież nie raz nalegali, abym dał im się karnąć. Pierwszy właściciel to pierwszy właściciel i gwarantuję, że nikt poza mną oraz inżynierem testującym pojazd w tajnej fabryce gdzieś na skraju niemieckich wyżyn Turyngii nie jeździł tym cudeńkiem. SuperFour jest boski i chyba nie muszę mówić, iż nie spotkasz go na ulicy nie zapraszając mnie wcześniej na kawę. To nie jest jakieś pospolite czerwone Ferrari 430, czy produkowane masowo czarne Porsche Cayenne S, na których widok dosłownie ziewam. Co z tego, że mają podobno odrobinę więcej mocy, jak na światłach nie mają ze mną najmniejszych szans – 400 njutków nie tylko jest w stanie wcisnąć głowę kierującego w podgłówek uklepując tym samym fryzurę z tyłu czaszki, ale również i gwarantują lepszą zabawę niż w wesołym miasteczku. Gdyby nie elektroniczny kaganiec utrzymujący 3 konie mechaniczne w ryzach, już dawno byłbym zmuszony sprzedać dom, jacht, jeta i samochód, aby móc zapłacić za wszystkie mandaty, które hurtowo lądowałyby w mojej skrzynce na listy. Dzięki temu, że prędkość SuperFour’a ograniczono do około 16 km/h, nie jestem na „ty” z policjantami szczecińskiej drogówki, nie znam smaku jazdy radiowozem w metalowych obrączkach, ani też nie zostało mi odebrane prawo jazdy, którego tak na marginesie nigdy nie miałem… Pojazd jest naprawdę dla każdego. Nawet rasowy celebryta poruszając się po mieście SuperFour’em będzie speszony i po kilku minutach rozdawania autografów na zdjęciach tego czarnego monstrum taplającego się w błocie, będzie chciał uciec w ciemny las, aby dać wytchnienie łzawiącym od błyskających fleszy oczom.

 

SuperFour tak naprawdę nie mieści się w żadnej kategorii. To wspaniała terenówka mogąca służyć do przeprawy przez dziewiczą Puszczę Białowieską lub tropikalną dżunglę gdzieś na równiku. Jest również niezawodnym dostawczakiem, którym można przewieźć arbuza, kalafiora i 5 kilo ziemniaków, a nawet sześciopak piwa i dwa rogale. (Nigdy nie jeżdżę pod wpływem alkoholu, jedynie adrenaliny) Potrzebujesz auta rodzinnego? Proszę bardzo. SuperFour choć jest wyposażony w jedno obszyte cielęcą skórą klasy luks siedzisko Recaro Expert, to bez dwóch zdań pomieści żonę, teściową, szwagra i nawet 5 berbeciów w tym bliźniaczki w fotelikach, w pełni odgrywając rolę wana przez duże Wu. Nie bez kozery ta czwórka w nazwie SuperFour. Jeżeli natomiast jesteś z tych, którzy twierdzą, iż polskie drogi wołają o pomstę do nieba, a ilość dziur na metr kwadratowy jest większa niż ilość turystów w środku sezonu na Krupówkach, to jedynym sposobem, aby wykrzesać z Ciebie choć minimalne pokłady optymizmu jest właśnie zakup SuperFour’a spełniającego w stu procentach rolę modnego i wszechstronnego suwa. Gdyby ktoś z Was natomiast chciał się odmóżdżyć, wyluzować, odstresować, a tym samym po prostu wyjść z domu w kapciach i piżamie na beztroską, resetującą przejażdżkę, to nie ma lepszego środka transportu od SuperFour’a. Duża, praktycznie nieograniczona widoczność sprawia, że to ciemne wozidełko pokryte lakierem schwarz carrera jest idealnym narzędziem do kruzingu i przemierzania szlaków skąpanych w słońcu, gdyż nawet palące promienie w środku lata nie będą bardziej rozgrzewały kierującego niż zamontowany tuż za plecami rozpalony, buchający mocą silnik spalinowy Piaggio. Ze względu na brak wycieraczki taka słoneczna pogoda jest i tak o niebo lepsze niż deszcz, który ma to do siebie, że oprócz zwilgotnienia atmosfery wokół, robi się też mokro w środku pojazdu, ale za to zupełnie w gratisie dodatkowo opady zmywają z tej przeźroczystej okrągłej kopuły rozgniecione muchy i przyklejone szczątki pozostałych owadów latających…

oferta SuperFour1

Czytaj dalej

Nowe oblicze


Już jestem po. Mam za sobą pierwszą jazdę tego sezonu. I jak było? Było :) A bardziej rozwijając moją odpowiedź dodam, że odczucia mam dość oryginalne i jak dla mnie niespodziewane…

Niby zdawałem sobie sprawę z tego, że coś we mnie się zmieniło, ale nie przypuszczałem, że czynność, którą wykonuję od ponad pięciu lat odkryje przede mną tyle bodźców, które wcześniej w ogóle do mnie nie docierały.

Moja pierwsza przejażdżka każdego sezonu zawsze była krótka i niedaleka, ale za to bardzo intensywna i drastycznie dająca się we znaki mojemu „atletycznemu” ciału, wywołując w nim przeciążenia i zakwasy, a tym samym pobudzając mięśnie, które przez cały okres jesienno-zimowy leżały w stanie spoczynku.

Dzisiaj z kolei było zupełnie inaczej i to właściwie pod każdym względem. Sam czas instalacji pilota, czyli mnie, za sterami SuperFour’a nie zajął nam zbyt wiele. Rafał sprawnie przerzucił mnie z fotela wózka na siedzisko czarnego potwora i bez namysłu ustawił mi podnóżek oraz wyregulował oparcie tak, abym mógł wygodnie prowadzić mój terenowy pojazd. Dla umilenia testowej przejażdżki włączyliśmy też iPoda, z którego żywe rytmy R&B z łupiącym za moimi plecami basem na czele, miały dopingować mnie do sumiennej pracy podczas dzisiejszego treningu. Wszystko zdawało się być tak jak zawsze, ale…

Solidnie zaciągnięty hamulec w mojej głowie włączył we mnie wszystkie możliwe systemy bezpieczeństwa, jakie tylko można sobie wymyślić. Nie to, żebym się bał, czy odczuwał jakąś niepewność, bo co jak co, ale własne umiejętności znam doskonale, lecz koniecznie nie chciałem na pierwszej w tym roku jeździe zaliczyć dzwona i zrobić sobie lub komuś krzywdy tym bądź co bądź półtonowym wózkiem inwalidzkim. W związku z tym po raz pierwszy w mojej rajdowej karierze nie licząc powolnych, dosłownie pieszych zimowych spacerów, opuściłem moją zajezdnię na drugim biegu. Konsekwencjami ustawienia „dwójki” była możliwość osiągnięcia przeze mnie maksymalnej prędkości na poziomie 8 km/h. Powoli wyjechałem na ulicę i zaparkowałem na poboczu, aby ustawić jeszcze lusterka, które po naprawach blacharskich i przerwie zimowej nie pokazywały mi dokładnie tego, co chciałem w nich widzieć.

Kiedy już wszystko było idealnie dopasowane do moich potrzeb, z elegancją godną Rolls-Royce’a, potoczyłem się po pustej uliczce w kierunku świecącego słońca. Minąwszy kilka domów postanowiłem udać się do lasu i pojeździć w zielonej głuszy, gdzie nie groziły mi spotkania z samochodami, a i obecność ludzi nie była gwarantowana. Po paru przyspieszeniach i zwolnieniach oraz kilku slalomach na pustej i wyludnionej ulicy, znaleźliśmy się przy wjeździe do lasu, gdzie od razu skierowałem mój pojazd. Wjeżdżając na zacienioną budzącymi się do życia drzewami ścieżkę, zmniejszyłem prędkość i powoli na nowo rozpoznawałem doskonale mi znany teren. Pomimo tego, iż byłem tu po raz setny i wspaniale orientowałem się w tutejszej topografii to moje zmysły zaczęły od razu dostarczać mi tabuny informacji o zagrożeniach. Jejku, niby zawsze wcześniej je dostrzegłem, ale teraz tych czyhających na mnie zewsząd zagrożeń zarejestrowałem znacznie, znacznie więcej. Były to gałęzie wchodzące na ścieżkę, chcące porysować mój nowy lakier, dołki, rowki, muldy i innego rodzaju nierówności mogące niechybnie wpłynąć na tor jazdy, a także wszelkiego typu przeszkody zalegające na wydeptanym szlaku, takie jak szyszki, urwane spróchniałe konary starych drzew i te najgorsze, najbardziej przeze mnie nielubiane – potłuczone butelki…

Mój dziewiczy przejazd przez ten fragment Parku Leśnego Dąbie wyglądał zupełnie inaczej. W lipcu 2008 roku, zaraz po odbiorze SuperFour’a, wybrałem się tam na prawdziwy test drive przez duże „Te”. Choć było mi zimno i pogoda nie sprzyjała to mój wszędołaz ledwo nadążał wykonywać polecenia, które wydawałem mu za pomocą joysticka. Rozpędzone w szaleńczym galopie koła dosłownie wyrywały spod siebie kilogramy mokrego piachu, a szyszki i drobne kamienie wystrzeliwały na boki odbijając się przy tym od błotników i podwozia. Radość z możliwości przemieszczania się za pomocą „własnych mięśni” z prędkością przekraczającą 15 kilometrów na godzinę dawała mi wtedy taką energię i radość, że nie czułem nic poza pojawieniem się w moim organizmie niespotykanej dotąd ilości adrenaliny i endorfiny. Dodatkowo moja fantazja tak mnie poniosła, że w chwili, gdy skończyła się przede mną leśna ścieżka, postanowiłem zamienić mój hybrydowy wózek inwalidzki w czołg i prując po nierównym, wyboistym runie leśnym, łamałem kilkuletnie drzewka posadzone tam przez naturę…

Dzisiaj było spokojniej, o wiele spokojniej. Skupienie nad pokonywaną przeze mnie trasą przejęło całkowitą kontrolę nad moim umysłem. Pomimo tego, że poruszałem się z prędkością niemieckiego emeryta na stalowym rowerze to podświadomie niesłychanie wczułem się w rolę i badałem wybałuszonymi oczami każdy centymetr nawierzchni, który miałem zamiar pokonać. Do tego wszystkiego zatrzymywałem się co jakieś sto metrów, żeby poprawić dłoń operującą joystickiem i sprawdzić czy nie jest już zbyt zmarznięta. Kiedy dotarliśmy z Rafałem do skrzyżowania z cywilizacją, starannie zawróciliśmy i zmieniliśmy ustawienia w mojej maszynie na takie, które można by nazwać ciut bardziej ekstremalnymi. „Dwójkę” podnieśliśmy do „trójki”, a dodatkowo żeby wykorzystać przejazd, po kilku nieudolnych próbach, odpaliliśmy silnik, aby mógł troszeczkę się dotrzeć przed nadchodzącym sezonem. Po tym SuperFour poruszał się zdecydowanie żwawiej i szybciej, a że trasę powrotną miałem już przebadaną to mogłem pozwolić sobie na chwilę szaleństwa. Nie przekraczając dwunastu kilometrów na godzinę, przemknęliśmy przez las i opuściliśmy go w miejscu, w którym do niego wjechaliśmy. Szybszy przejazd powrotny nie był jednak tak beztroski, jak mogłoby się wydawać. Cały czas bacznie rejestrowałem wszelkie możliwe zagrożenia i z prędkością obliczeniową komputerów z NASA, płynnie eliminowałem je na bieżąco.
las04_14
Udało się. Pierwsza tegoroczna przejażdżka zaliczona i choć było zupełnie inaczej niż dotychczas, to bez zawahania zaliczam ją do udanych. A jakby tego było mało to dzisiejszy trening nie tylko wyciągnął mnie z domu, ale także wiele mi uświadomił i sporo nauczył. Czyżby w mojej głowie pojawiła się pokora i zawitał szacunek z rozsądkiem na czele? Zobaczymy wkrótce :)

Zmiany, zmiany, zmiany…


To fakt, dawno mnie tu nie było. Choć prawie codziennie zaglądam na bloga w trosce o jego stan zdrowia oraz z ciekawości dotyczącej częstotliwość Waszych odwiedzin, to już od wielu miesięcy nie wrzuciłem tu żadnego nowego tekstu ani nawet zdjęcia. Na moją przerwę wpływ miało kilka mniejszych lub większych czynników, które drastycznie wyhamowały moją twórczość. Ku zdziwieniu niektórych muszę od razu zaprzeczyć pogłoskom, jakoby przyczyną mojego internetowego niebytu był mój zły stan zdrowia. Nic z tego, bo akurat z tym, to nigdy nie było u mnie tak dobrze…

Choć życie to nie serial, to w tym sezonie moich podróżniczych perypetii odnajdziecie wiele zmian. Nie zmienią się na pewno występujący aktorzy, ale za to metamorfozę przeżyje główny bohater, czyli ja. Z czasem będziecie poznawali mój, wydaje mi się, odmieniony charakter i całkiem nowe podejście do życia, dzięki któremu zupełnie inaczej postrzegam teraz świat. Może niektórzy Czytelnicy poczują się rozczarowani i zawiedzeni, ale nie znajdą już na blogu opowieści i relacji z moich szalonych przejażdżek z naginaniem prawa i łamaniem przepisów w tle. To wcale nie znaczy, że nadal nie będę tropił absurdów i pisał o niesprawiedliwości, które będę napotykał na szlakach, ale na pewno ani centymetr przejechany przeze mnie za sterami mojego półtonowego wehikułu, nie będzie wiązał się z jakimkolwiek, nawet najmniejszym ryzykiem.

Tak, wiem, zachowywałem się niepoprawnie i pomimo moich niesamowitych zdolności „kierowniczych”, nie powinienem jeździć jak szatan po chodnikach i deptakach, poruszać się niekiedy pod prąd, czy ignorować czerwone światło. Robiłem źle i całkowicie się do tego przyznaję, choć wcale nie zaprzeczam, że taki styl pokonywania odległości SuperFour’em sprawiał mi niemałą przyjemność i dawał ogromną frajdę z jazdy. W takim razie skąd te zmiany? A no właśnie. Czy coś uderzyło mnie w głowę? Czy może miałem jakieś objawienie? I tak, i nie…

Kilka miesięcy temu w moim życiu niespodziewanie pojawiła się pewna osoba, która mnie „obudziła” i wyciągnęła z tego zamkniętego, szaro-burego świata, w którym wegetowałem od lat. To dzięki Niej otworzyłem szerzej oczy i zacząłem wreszcie chcieć normalnie żyć, ponieważ w końcu mam dla kogo to robić. W takiej sytuacji podejmowanie jakiegokolwiek ryzyka byłoby po prostu głupotą… (Kochanie, dziękuję że jesteś :* )

Mimo tego, że nie przeczytacie już w moich nowych postach fragmentów w stylu: „(…)Leciałem w dół na maksa, nie zważając na nic. Po drodze wyprzedził mnie tylko jeden rower, który grzał z 50 km/h, poza nim resztę łykałem, jak wieloryb plankton.(…)”, to i tak mam nadzieję, że w moich tekstach znajdziecie coś ciekawego.

W tym roku w kwestii zwiedzania świata zmian nie będzie. Moje plany nie są ani zbyt nowatorskie, ani odkrywcze, ale może przynajmniej zdążę opisać miejsca, w których byłem w poprzednich latach i które odwiedzę również teraz. Pod koniec maja po raz drugi zamierzam przenieść się na 3 tygodnie do Włoch, a dokładniej do Cesenatico, gdzie w ubiegłym roku udało nam się uwić całkiem przyjemne nadadriatyckie gniazdko. Z kolei na przełomie lipca i sierpnia może ponownie zahaczę o Góry Izerski, gdzie nawet rezygnując z niezwykle ekscytujących i potwornie ryzykownych zjazdów, można naprawdę odpocząć i odwiedzić niesamowitą krainę. Natomiast ostatnią większą eskapadą zaplanowaną na ten sezon jest sierpniowy turnus w Świnoujściu, gdzie podczas ostatnich wizyt, prawie za każdym razem kapryśna pogoda nie pozwalała mi w pełni rozwinąć skrzydeł…

Wracając do tytułu, nie mogę pominąć kilkumiesięcznej operacji, która była przeprowadzana na moim rumaku. Co prawda kaszel, czyli ubiegłoroczne kłopoty z silnikiem zostały błyskawicznie usunięte przez ekipę z ARIES, to skasowany przeze mnie lewy przedni błotnik stale wymagał poważnej operacji plastycznej, w której zastrzyki z botoksem nie byłyby w stanie wiele zdziałać. Ogólnie rzecz biorąc z wgniecioną i połamaną karoserią można jeździć. Gorzej natomiast, jeżeli do tego dochodzi urwany reflektor i dyndające od spodu kable… Ponieważ 1/4 SuperFour’a wymagała gruntownego remontu z plastyką estetyczną i lakierowaniem na czele, postanowiłem zaszaleć i odświeżyć całą karoserię mojego wszędołaza, który w wielu miejscach odsłaniał już pierwsze oznaki starzenia. Aby ułatwić lakierowanie i przede wszystkim naprawę zmasakrowanego błotnika, mój niezastąpiony Rafał odkręcił wszystkie części karoserii SuperFour’a, które przekazaliśmy w styczniu w ręce Pana Marcina z CoolPaint. Tam w kilka dni całość nabrała pierwotnego kształtu i po nałożeniu nowiutkiego czarnego lakieru z ceramiczną powłoką, plastikowe części obudowy wróciły do garażu, aby w odpowiednim czasie ponownie wylądować w sąsiedztwie solidnej ramy i ogromnych kół SuperFour’a. Wszystko wygląda teraz olśniewająco, a jak dojdą do tego jeszcze świeże naklejki to już w ogóle mój wóz będzie prezentował się wybornie :)

Co do tegorocznych zmian to nie mogę również zapomnieć o wymianie mojego elektronicznego notesu, w którym nie tylko tworzyłem liczne notatki z podróży, ale przede wszystkim to za jego pomocą powstawały wszystkie moje teksty, które później lądowały na blogu… Po kilku miesiącach starania udało mi się nawiązać współpracę z Samsungiem, który to przekazał w moje ręce najnowszy model Galaxy Note 3. Mam nadzieję, że dzięki niemu otworzą się przede mną nowe, niespotykane dotąd możliwość, które pozwolą mi czerpać jeszcze więcej przyjemności z moich wycieczek, a co za tym idzie będę mógł aktywniej opisywać i dokumentować moje przeżycia z nieodkrytych jeszcze przeze mnie miejsc i dzielić się tym wszystkim bezpośrednio z Wami, moimi Czytelnikami… Podczas całego sezonu będę starał się przybliżyć Wam możliwości mojego smartfona nie ograniczając się jedynie do bloga, ale także wykorzystam jego procesor do informowania Was o moich wojażach poprzez mój fanpage na Facebooku, a także za pomocą krótkich ćwierknięć na Twitterze, dlatego zaglądajcie tam regularnie ;)
note3
To chyba tyle, jeżeli chodzi o zmiany. Jestem przekonany, że moja ewolucja nikomu nie zaszkodzi, a wręcz przeciwnie wszyscy na niej skorzystamy, więc do zobaczenia w plenerze i w sieci!

Awaria usunięta! Szumi wraca do gry!


Godzinę po środowym odstawieniu przeze mnie SuperFour’a do naprawy, słońce w końcu przebiło się przez chmury. Mimo początku września, zrobiło się naprawdę ciepło i muszę przyznać, że warunki panujące przez ostatnie dwa dni były wprost idealne do uprawnienia SuperFouringu w pełnym tego słowa znaczeniu. Niestety sprzyjająca aura nie była dla mnie. Mój wyczynowy pojazd nadal stał samotnie w serwisie ARIES, a ja również w pojedynkę z niecierpliwością czekałem z telefonem w ręce na wieści dotyczące jego stanu zdrowia. Przez cały dzień wczoraj i dziś szwendałem się na przemian po domu oraz ogrodzie, próbując zająć się czymś i przede wszystkim nie myśleć o prowadzanej w hali na Gdańskiej operacji. Takie czekanie mnie wykańczało…

Dzisiaj po piętnastej, kiedy już na dobre pogodziłem się z faktem, iż SuperFour pozostanie na weekend w serwisie, nagle mój stolik zadrżał poruszony wibracjami wywołanymi przez telefon. Oczywiście był on tak nieszczęśliwie ułożony, że nie dość, że nie mogłem go odebrać to jeszcze nawet nie widziałem kto dzwoni. Gdy dzwonek ucichł, po kilkudziesięciu sekundach telefon znowu się odezwał, ale tym razem był to krotki sygnał świadczący o nadejściu smsa. Od razu pomyślałem, że to na pewno poczta głosowa informuje mnie o nowej wiadomości, ale jak okazało się po chwili, byłem w wielkim błędzie. Sms przyszedł do mnie prosto z salonu ARIES, a jego treść wprawiła mnie w niemałe osłupienie: „Pojazd gotowy. Zapraszam po odbiór (…)”. Jak? Już? Tak nagle? Naprawiony? A może po prostu nie są w stanie go naprawić i dlatego mam go odebrać? Tysiące myśli zaczęło natychmiast krążyć w mojej głowie, siejąc przy tym solidny zamęt. Aby przerwać ten mentlik, od razu przeciągnąłem ARIES po ekranie mojego telefonu nawiązując w ten sposób połączenie. Po dwóch sygnałach wszystkie moje wątpliwości zostały rozwiane. Ku mojemu zaskoczeniu, Pan Maciej poinformował mnie, że mój bolid jest już w pełni sprawny i spokojnie mogę go odebrać do siedemnastej. Nie mając zbyt wiele czasu na radość, zdopingowałem Rafała stojącego koło mnie i naprędce zorganizowałem operację przetransportowania mojego wyleczonego rumaka do bazy. Po skończonych przeze mnie studiach na kierunku Europeistyki, o specjalizacji Transport Międzynarodowy i Logistyka, przygotowanie takiej akcji nie było zadaniem przekraczającym moje możliwości ;) Najgorzej było okiełznać czas, który gonił nas bezlitośnie. Aby dostać się na Gdańską musiałem złapać niskopodłogowy autobus jadący w tamtym kierunku, a jak powszechnie wiadomo, te trzymają się stałego rozkładu i na przystankach pojawiają się tylko o określonych godzinach. Pomiędzy telefonowaniem do Taty, któremu musiałem zlecić odbiór mojego zwykłego wózka z serwisu, a pakowaniem wszystkich nieodzownych gadżetów, bez których ciężko byłoby nam pokonać te 7 kilometrów z ARIES do domu za sterami naprawionego SuperFour’a, rzuciłem okiem na internetowy rozkład jazdy i wyszukałem odpowiednie połączenie. Tak akurat się złożyło, że najbliższy i właściwie jedyny pasujący autobus odjeżdżał za 20 minut spod mojego domu. Szybko zakończyłem prowadzone rozmowy, uzbroiłem się po zęby w motocyklowe buty, które dzięki sporej sztywności odpowiednio trzymają moje stopy, ciepłą bluzę i arafatkę na wszelki wypadek, okulary, żeby żadna mucha nie była w stanie zakłócić mi widoczności podczas powrotu, zegarek do kontrolowania mknącego zawrotnie czasu oraz… cywilną czapkę z daszkiem choć po części rekompensującą brak czerwonego kasku ;) Dodatkowo moją torbę wypchaliśmy po brzegi motorolkami (krótkofalówki) do prowadzenia konwersacji, ipodem bez którego jazda byłaby mdła, aparatem fotograficznym do zbierania dokumentacji oraz niezbędnymi poduszkami, które w środę zabrałem w serwisie z mojego pojazdu, żeby za bardzo się nie przykurzyły…

W ten sposób, 10 minut po odebraniu smsa z informacją o stanie mojego czterokołowego ścigacza, opuściliśmy z Rafałem dom wraz z jego rowerem w dłoni :) Dwie minuty później byliśmy już na przystanku…

ARIES2_01

Punktualnie o 15:53 na przystanku pojawił się zielono-biały Solaris obsługujący pospieszną linię C, z której bez skrupułów postanowiłem skorzystać. Czytaj dalej

Jedyna nadzieja w ARIES


Kilka dni temu, dość okrężną drogą, dotarła do mnie wycena naprawy połamanego błotnika wraz ze zbadaniem dziwnie zachowującego się silnika przez niemiecki Ottobock. Kwota jaką usłyszałem najpierw wprowadziła mnie w stan głębokiej konsternacji. Po tym, jak wstępnie się otrzęsłem i dotarło do mnie, że za kawałek czarnego plastiku oraz rzucenie okiem na włoski motor Niemcy zażyczyli sobie 3 tysiące euro plus hotel dla mechanika, roześmiałem się niemalże do łez. Wymiana nadkola miałaby kosztować tylko, co wysokiej klasy zwykły wózek inwalidzki lub średniej jakości wózek elektryczny?! Tak właśnie wygląda paranoja ;)

Ponieważ minęło już 5 lat od nabycia mojego wszędołaza, okres gwarancji się przedawnił i nie obawiając się jej utraty, bez zastanowienia zachodnia oferta została odrzucona. Musiałem tylko znaleźć kogoś, kto byłby w stanie uleczyć mojego kontuzjowanego rumaka. Operacją plastyczną przywracającą pierwotny wygląd karoserii zajmę się po zakończeniu sezonu, bo bez jednego oka, czy w tym przypadku lampy, można przecież żyć ;) Natomiast chcąc jeszcze trochę pojeździć przed nadejściem srogiej zimy i co najmniej raz wybrać się na grzyby, musiałem przeszukać internet w celu znalezienia serwisu, który byłby w stanie mi pomóc. Już po kilku kliknięciach myszką natrafiłem na salon motocyklowy ARIES w Szczecinie. Co najważniejsze, na stronie firmy odnalazłem tyle pozytywnych informacji, że zaprzestałem dalszych poszukiwań. Nie dość, że ARIES jest autoryzowanym serwisem Piaggio, czyli włoskiej marki, której silnik terkocze wewnątrz mojego SuperFour’a to jeszcze sam salon położony jest zaledwie 7,6 kilometra od mojego domu! Niezmiernie ucieszony z faktu odnalezienia idealnej kliniki tuż pod nosem, od razu wysłałem do nich maila z zapytaniem czy zechcą przyjąć mój pojazd na swój oddział intensywnej terapii. Po dwóch dniach dostałem pozytywną odpowiedź ze wstępnym zaproszeniem do serwisu :)

Zgłębiając ofertę ARIES i oglądając w domu na monitorze komputera zdjęcia ich salonu, wstąpił we mnie Valentino Rossi i na chwilę zapomniałem o bożym świecie… Ach… Weźmy taką czerwoną Aprilię – ten ziejący mocą silnik ryczący przy każdym nawet najmniejszym obróceniu manetki, do tego szeroki slik na tyle sprawiający, że przy starcie przód motocykla aż sam podrywa się do góry, i jeszcze ta bojowa pozycja na pędzącej ponad 200 kilometrów na godzinę maszynie, przy której na zakrętach nie trudno dotknąć kolanem asfaltu. Prawda, że bajka? ;) Wpatrując się tępo w ekran, przypomniało mi się, że gdzieś w garażu leży czerwony kask, w którym 10 lat temu szalałem po Wągrowcu na mojej wyścigowej Meyrze Sprint GT, która wyciągała 12 km/h i nie miała najmniejszego resoru, ani jakiejkolwiek innej amortyzacji. Jak sobie pomyślę jakie niesamowite emocje ona dostarczała i ile kalorii na niej straciłem to aż łezka kręci się w oku. Swoją drogą, teraz już się nie dziwię czemu wtedy ludzie na mój widok – szesnastolatka na wózku inwalidzkim z kaskiem na głowie – pukali się w czoło :D W każdym bądź razie mój niezawodny asystent i kompan Rafał ekspresowo przytachał mi czerwony hełm z garażu i po gruntownym umyciu i renowacji, mogłem ponownie poczuć tą magię, o której zapomniałem na prawie dekadę…

aries_01

Czytaj dalej